Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

sobota, 30 czerwca 2018

Transmetropolitan (1) - Ellis/ Robertson

Transmetropolitan to bardzo istotny powrót po latach na polski rynek komiksowy. Dawno temu serię wydawała Mandragora, teraz na fali wydawania wszystkiego powrócił do niej Egmont. To komiks o bezkompromisowym dziennikarzu, dla którego Prawda jest największą wartością oraz którego zasób słów jest niezwykle okazały i bezlitośnie kłujący uszy. 

Serial początkowo pisany był dla linii wydawniczej Helix, która jednak nie przetrwała zbyt długo. Przejście Transmetropolitana do uniwersum Vertigo było jedynym słusznym posunięciem. Ten komiks, ci autorzy i ta postać pasują do zeszytów na krawędzi idealnie. Zresztą wszystkie smaczki związanie z transferem Transa do V znakomicie opisał redaktor Stuart Moore w najciekawszym wstępie, jaki czytałem w ostatnich latach. Na cholernej górze to tekst wart uwagi czytelników tak samo, jak rasowy komiks, który następuje po nim.

Pająk Jeruzalem to jedna z najciekawszych i najbardziej intrygujących postaci, jakie pojawiły się na przestrzeni 25 lat istnienia Vertigo, imprintu dla dojrzałych czytelników. Wybuchowy geniusz, naspidowany szaleniec, mistrz pióra, który doprowadzi cię do łez. Spróbuje również uświadomić ci jak ogromną warstwą łajna pokryty jest świat. Ale na pewno cię z niego nie wyciągnie. Ani nie poda pomocnego szpadla.
Postać Pająka skonstruowana jest tak, że już podczas kilku pierwszych scen wiemy jakimi postaciami był inspirowany i jakich bohaterów zainspirował. Wystrzeliwując setki, tysiące słów Pająk Jeruzalem zdecydowanie robi różnicę.
Stworzona przez Warrena Ellisa i Daricka Robertsona historia nie jest osadzona we współczesności. To cyberpunkowa rzeczywistość, bogata w różne odjechane sytuacje, stechnicyzowana i wywołująca alienację. Miejsce idealne do znienawidzenia. Nienawidząc szczerze, Pająk Jeruzalem pisze świetne materiały, z którymi trzeba się zapoznać. 
"Transmetropolitan" (1). Scenariusz: Warren Ellis. Rysunki: Darick Robertson. Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski. Wydawca: Egmont Polska, 2018.

Hellblazer #266 - Milligan/Bisley

Charakteryzujące młodość sprzeciw i walka z systemem w pewnym momencie przemijają i zostają zamienione na puste frazesy wypowiadane z perspektywy obrotowego krzesła w korpo. Wielcy obrońcy ideałów stają się ich cichymi przeciwnikami. Irokezy idą w przedziałki, wóda przemienia się w herbatkę. Czy zawsze? Kumpel Johna Constantine, pięćdziesięcioletni Faeces McCartney udowadnia, że nie. Wali od niego gorzałą, wciąż wielbi Sida Viciousa i, co najważniejsze, ma te same ideały, co trzydzieści lat temu. 
Tchatcheryzmy, które powodowały że chciało się skakać z mostu i brudne trzy akordy, powrót konserwatystów (w wersji demono-zombie) i konfuzja wśród młodych punków, subkultury i brak kultury. Dwuodcinkowa historia No future ma w sobie to wszystko i jeszcze kilka innych elementów, nierozerwalnie związanych z głównym trzonem opowieści wymyślonej przez Milligana - czyli tym, co dzieje się w "życiu sercowym" bohatera. Akompaniujący Milliganowi Simon Bisley (a może odwrotnie) jest w formie, punk mu bardzo leży, brudne mordy i barowe potyczki także.
Są tacy, dla których John Milligana to w ogóle nie John i coś, czego powinni zakazać lub chociaż nie uwzględniać w kontinuum serii. A ja tę wersję cynicznego dziada w prochowcu lubię coraz bardziej. No future to jeden z najlepszych kawałków ze wszystkich 300 numerów serialu. Duet Milligan/Bisley w najwyższej formie. Z przekazem, który powinien zawstydzić każdego antysystemowca, który po latach, zagnieździwszy się w tym systemie, pierdzi sobie wesoło w stołek. 
"Hellblazer" #266. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Simon Bisley. Kolor: Brian Buccellato. Wydawca: DC Vertigo, czerwiec 2010

piątek, 29 czerwca 2018

Ziniol nr 54 - zapowiedź i przedsprzedaż

Przedstawiamy ostatnią ziniolowa zapowiedź:

Wrzesień to miesiąc, w którym Ziniol się rozpędził! Zerknijcie na okładkę 54. numeru zina, który pojawi się razem z #53. Jej autorem jest Krzysztof Prosiak Owedyk. Spis treści już niebawem!
Ziniol nr 54 zostanie wydany własnym sumptem jako 32-stronicowy czarno-biały zeszyt z kolorową okładką. Cena: 12 złotych (z odbiorem na MFKiG), 20 złotych (wysyłka). Nakład: limitowany. Przedsprzedaż: ziniolzine@gmail.com

UWAGA! Zamówienie można łączyć z Ziniolem nr 53 oraz albumem Dolores.

Get Jiro! - Bourdain/Rose/Foss

“Flesh eaters!! Go vegan or go fuck yourselves. Meat is murder” to jedno z haseł, którymi Jiro prowokuje walczące o niego frakcje restauracyjne. W niedalekiej przyszłości bowiem sektor gastronomiczny stał się najbardziej wpływowym poletkiem społecznym, a każdy specjalista, zwłaszcza taki koneser i fachura jak Jiro, jest na wagę złota dla większych, rywalizujących ze sobą organizacji. On jednak wybiera drogę gastrosamuraja i nie zamierza nikomu ulegać. Zamierza napuścić na siebie ludzi, dla których nie chce pracować, choć oni o jego usługach marzą.

Zrobienie komiksu o tym, jak mógłby wyglądać świat, w którym decydujące o wszystkim jest jedzenie (i w którym policja na kulinarne zbrodnie przymyka oko), to odważny pomysł. W podobny sposób wykreowali rzeczywistości komiksowe autorzy Chew, czy Tomasz Woroniak w dającym do myślenia Edenie. Tym „kulinarnym” komiksiarzom przyświecają zupełnie inne cele, ale jeśli ktoś szukałby tematu na ciekawy artykuł, to w/w komiksy spokojnie można porównać ze sobą i zestawić ze złożoną analizą niezrozumiałego dla mnie fenomenu popularności spod znaku „gotuj na lodzie”. Z tą różnicą, że telewizyjne programy kulinarne w stylu reality shows to granie na najniższych instynktach i lokowanie produktów, podczas gdy komiksy, o których piszę, to jednak dużo wyższa półka.

To nie tak, że nie lubię całkowicie szumu kulinarnego (Ottolenghi mistrz! Totalnie muszę pojechać do jego knajpy w Londynie! Ile tam wcześniej trzeba rezerwować? Rok?), że nie uprawiam turystyki kulinarnej, kiedy już gdzieś poza miejscem zamieszkania przebywam. Uwielbiam gotować, uwielbiam jeść… no i wpadłem w sidła przepysznej kuchni wegetariańskiej. Coraz rzadziej jadam mięso, choć nigdy do końca z niego nie zrezygnuję. Tak jak z czytania komiksów. Nie lubię w kuchni improwizować (gotuję zawsze z Remikiem z Ratatuja, który jest maskotką mojej kuchni), lubię trzymać się przepisów.

A wracając do Get Jiro!, to komiks ten ma tak dużo wad, uproszczeń i konfundujących przeskoków, że aż mi się nie chce ich tutaj wymieniać, ale przy czytaniu z pewnością ani was nie zemdli, ani nie nabawicie się niestrawności. A ja tymczasem poszłem do sklepu po bułki i wziąłem się za tradycyjną sobotnią jajecznicę. 
(Kuba Jankowski)
"Get Jiro!". Scenariusz: Anthony Bourdain, Joel Rose. Rysunki: Langdon Foss. Kolor: Dave Stewart. Wydawca: DC Vertigo, kwiecień 2012.

czwartek, 28 czerwca 2018

Dark Knight: A True Batman Story - Dini/ Risso

W komiksie autorzy specjalizują się w jakimś rodzaju opowieści. Jakaś konkretna seria sprawia, że urastają do miana gwiazd i zaczynają pisać przygody z innymi postaciami, niekoniecznie swojego autorstwa. Budzą nadzieje i ekscytujące jest oczekiwanie na ich wizję np. Batmana. I tak Azarello i Risso dla mnie zabłysnęli 100 Bullets, ale początkowy zachwyt nad tym, że piszą Batmana (od numeru #620 do #625), ustąpił rozczarowaniu jakością Broken City. Skoro jesteśmy przy Risso, to podobny zawód może budzić Torpedo 1972 - brawa za odwagę, ale poważne zastrzeżenia do wykonania są jak najbardziej na miejscu. Inny przypadek to Neil Gaiman, którego Sandman mną pozamiatał, ale już inne komiksy do jego scenariusza, które zapewne czytałem w polskich wydaniach całkowicie niechronologicznie, prawie bez wyjątku nie przypadały mi do gustu. Tym bardziej jego Batman: Whatever Happened to the Caped Crusader? (rysowany przez Andy’ego Kuberta) zawiódł oczekiwania. Można podać także przykłady pozytywne, ale nie są mi one akurat tutaj do niczego potrzebne, bo Dark Knight: A True Batman Story (An Original Graphic Novel) dostaje negatywa.

Nie musiało tak być, bo pomysł na opowieść jest znakomity. Paul Dini został pobity i postanawia o tym opowiedzieć: zostaje bohaterem komiksu do własnego scenariusza. Treścią komiksu, który rysuje Risso, jest więc projekt, który Dini streszcza nam i „producentom” (Ha! Doczytajcie do 119 strony i zobaczcie, kto siedzi przy stole!). Przy okazji zdajemy sobie sprawę, że otoczenie Risso zamieszkują postaci, nad którymi pracował m.in. przy filmach animowanych. To bardzo ciekawy zabieg, gdyż rady Diniemu dają częściowo przez niego kreowane fikcyjne osobistości pokroju Poison Ivy czy Jokera. Szaleństwo.

Niestety, to szaleństwo na dłuższą metę staje się męczące i nudne (Dini-autor/główny bohater tak rozsmakowuje się w fakcie pobicia, że jest to aż niestrawne). Doceniam pomysł, doceniam mieszanie planów realnego i zmyślonego w fikcyjnej opowieści komiksowej, doceniam leczenie traum z dzieciństwa. Doceniam zmiany stylów rysowania Risso. Nie doceniam zmarnowanego pomysłu na opowiedzenie o superbohaterach (i superzłoczyńcach) inaczej, niż czyniąc z nich „prawdziwych ludzi, z krwi i kości, z codziennymi problemami”. Tak, Dini spróbował opowiadać inaczej niż dzieje się to wielu superkomiksach, które próbują „odrajtuzawiać”. Tylko efekt jest daleki od np. Marvels. Dark Knight: A True Batman Story (An Original Graphic Novel) to opowieść trykociarska „nie wprost”, która mimo wielkich nazwisk wcale wielka nie jest.

Co się stało z pomysłowością scenarzysty, którego wielu kojarzy z genialnym Batman: TAS? Dlaczego nie jest to komiks z Batmanem tak dobry, jak te zebrane w Batman Detective (Detective Comics #821-#826)? Jak kolejne zebrane w Batman: Death and the City (#827-#834)? Dini-bohater komiksu mówi w pewnym momencie tak: „I know I’ve probably overdramatized my feelings toward her [jedna z nieudanych romantycznych przygód Diniego – przyp. jj]. That’s what I do when I write, I add things, blow them totally out of proportion sometimes”. No właśnie, Dini pozostał wierny temu modus operandi i rooozwleeekł za bardzo kilka ciekawych i kilka zabawnych pomysłów.
(Kuba Jankowski)
"Dark Knight: A True Batman Story (An Original Graphic Novel)". Scenariusz: Paul Dini. Rysunki:  Eduardo Risso. Wydawca: DC Vertigo, czerwiec 2016.

środa, 27 czerwca 2018

Industrial Gothic #2 - McKeever

Ściągam z półki komiks The Superannuated Man. Zerkam na tylną okładkę, gdzie jakiś pan napisał, że Ted McKeever to David Lynch skrzyżowany z Fellinim. Coś w tym jest, myślę. Spoglądam do środka - widzę czarno-białe realistyczne rysunki i autora jako głównego bohatera. Totalnie inny klimat niż w jego komiksach z lat 90. To na pewno McKeever? Ted McKeever?

Na pierwszym kadrze komiksu widzę oko. Tak, to ten Ted McKeever. Jest oko na pierwszej planszy. W drugim odcinku Industrial Gothic oko pojawia się na drugiej. W pierwszym oka nie było w ogóle.

David Lynch, reżyser filmowy oraz autor stripu komiksowego The Angriest Dog in the World zna pewnie prace McKeevera na pamięć. Brudny, industrialny charakter Gotyku, pięknie brzydkie fabryki i wysypiska oraz absurdalne sceny - materiał idealny dla twórcy Twin Peaks. A nad tą brzydotą unosi się piękny przekaz.

Po ucieczce z więzienia dla brzydkich ludzi Pencil i Nickel w poszukiwaniu mitycznej Aluminiowej Wieży trafiają do świata pięknych hipokrytów. Można tu dostać butelką w głowę, wzbogacić swoje doświadczenia seksualne, niespodziewanie uzyskać pomoc lub obudzić się golusieńkim w kostnicy. Po prostu cudownie. A może więzienie było azylem?

Ta miniseria o pięknie i brzydocie to mocarne dzieło. Unoszący się nad nią morał, że piękno fizyczne nie jest najważniejsze, a liczy się to, co mamy w sobie, nie jest podawany przez Teda McKeevera w jakiś banalny, grafomański sposób do głów czytelników, którzy nie jeden raz czytali o podobnych sprawach. Podawany jest natomiast w sposób, który jest nieinwazyjny, ubrany w zgrabną historię i narysowany odpowiednio do zagadnienia.

Piękna rzecz. Czytam dalej.
 
(Dominik Szcześniak)
 
"Industrial Gothic" #2. Autor: Ted McKeever. Wydawca: DC Vertigo, styczeń 1996.

wtorek, 26 czerwca 2018

DMZ #1 - Wood/ Burchielli

Druga Amerykańska Wojna Secesyjna. United States of America kontra secesjoniści z Free States of America. Manhattan to strefa zdemilitaryzowana. Początkujący dziennikarz, Matty Roth, trafia do DMZ i postanawia zostać. Dokumentuje życie w strefie i nadaje na zewnątrz. Pulitzera ma już w garści, prawda?

Kiedy wpadła mi w ręce seria DMZ Briana Wooda, znałem tego autora z Demo i Local. Stosunkowo szybko zapoznałem się z pierwszymi dziesięcioma zeszytami DMZ i równie szybko zapomniałem. Potem poznałem New York Four i jakoś straciłem z oczu Wooda. Wood wrył mi się w głowę jako autor obyczajówek, a nie futurologicznego realizmu. W DMZ nie pisze listu miłosnego do Nowego Jorku, ale ponownie czyni go bohaterem swojej opowieści. Wiadomo, Nowy Jork to przecież centrum świata.

Co mnie wciągnęło w DMZ na tyle, że czytałem szybko dalej? Sądzę, że przede wszystkim ciekawy pomysł, jak z naszej polskiej Burzy – wybrać ważne historyczne wydarzenie i napisać je na nowo. Rzecz jasna Parowski i Gawronkiewicz chcieli zmienić historię dawną. Wood i Burchielli postanowili natomiast opowiedzieć o powtarzaniu błędów przeszłości.

Wciąga w DMZ też klimat stworzony kreską i paletą kolorystyczną. Jest brudno, gęsto, rzeczywistość jakby została przygaszona. Wciąga jeszcze to, że zostajemy z jednej strony wrzuceni w trwający konflikt, więc wielu rzeczy musimy się dowiadywać i domyślać, a z drugiej to, że od początku śledzimy historię Matty’ego i razem z nim odkrywamy mroczne zakątki „strefy”. Idealna równowaga między wiedzą i niewiedzą.

Zanim w serii pojawią się dosyć nieznośne wojenne amerykanizmy, klisze i uproszczenia, dostajemy pierwszym zeszytem po oczach. Żebyśmy się obudzili, tak jak krzyczy do nas napis Wake up na ścianie w ostatnim kadrze DMZ #1.
(Kuba Jankowski)
"DMZ" #1. Scenariusz: Brian Wood. Rysunki: Riccardo Burchielli i Brian Wood. Wydawca: DC Vertigo, styczeń 2006

poniedziałek, 25 czerwca 2018

The Nobody - Jeff Lemire

Jeff Lemire opowiada historię niewidzialnego człowieka, więc wszelkie wycieczki porównawcze do H.G. Wellsa są usprawiedliwione. Oto niejaki John Griffen (kiedyś podobno naukowiec) przyjeżdża do Large Mouth i mimo tego, że nie szuka towarzystwa, w pewien sposób zaprzyjaźnia się z Vickie. Griffen owinięty jest w bandaże i nosi gogle.

Ta prosta historia dzieje się w małym miasteczku, „Home of the World’s Biggest Bass. Population 754”. Nie ma tu zbyt wiele do roboty, więc kiedy zjawia się nieznajomy, z miejsca staje się obiektem zainteresowania. Z powodu utrzymywanej wokół siebie aury tajemniczości, zainteresowanie wkrótce ewoluuje w kilku kierunkach i dzieli mieszkańców Large Mouth. W takiej atmosferze dalszy rozwój wypadków jest raczej przewidywalny (jakaś tragedia, jakieś duchy z przeszłości ścigające Griffena, etc.) i Lemire nie zaskakuje niczym specjalnym. Jest jednak coś, co sprawia, że ten komiks Lemire’a, choć nie wciąga jak Essex County i nie wali w łeb jak Czarny Młot, zaciekawia i na czas lektury satysfakcjonuje.

The Nobody nie ukazywał się w częściach, w „zeszytówkach”, i chociaż jest podzielony na rozdziały, to jednak nie wybieram żadnego konkretnego, żeby zwrócić na niego Waszą uwagę. Elementy, które zdobią The Nobody, to mniejsze całości: wizualna klamra, która pokazuje nicniedzianie się w Large Mouth (koniecznie porównajcie sobie pierwszą i ostatnią stronę komiksu; koniecznie zwróćcie uwagę, jak między pierwszą i ostatnią planszą sygnalizuje się zmianę pór roku!); okładki kolejnych rozdziałów, które nawiązują do taniej literatury grozy; pomysł Griffina na morderstwo doskonałe; kilka świetnych kompozycji plansz, które pięknie wpływają na nasze doświadczenie z lektury (np. te z elementem powiększonych „oczu” różnych postaci, z których zbliżeń tworzą się pełne napięcia sekwencje), etc.

Komiks zdaje się napisany i opowiedziany „nijako”, bo jest o nikim. Poszukajcie jednak na planszach detali i chłońcie atmosferę małego miasteczka. Być może tyle wystarczy, żeby dobrze wspominać pobyt w Large Mouth, „Home of the World’s Biggest Bass. Population 754”.
(Kuba Jankowski)
"The Nobody". Autor: Jeff Lemire. Wydawca: DC Vertigo, lipiec 2009.

niedziela, 24 czerwca 2018

Ziniol nr 53 - zapowiedź i przedsprzedaż

Dziś, 24 czerwca, Peter Milligan obchodzi urodziny. Wszystkiego najlepszego, Peter! Ta szczególna okoliczność to świetna okazja do podzielenia się kilkoma niezłymi niusami:
Po 9 latach Peter ponownie odwiedzi Polskę. Będzie gościem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi w dniach 14-16 września 2018 roku.
W związku z tym faktem, podczas MFKiG do sprzedaży trafi nowy, 53. numer Ziniola. Znajdzie się w nim stworzony specjalnie na potrzeby naszego magazynu komiks Ostatnia powieść Jamesa Joyce'a, narysowany do scenariusza Petera Milligana przez Daniela Chmielewskiego. Ponadto, Z#53 zawierał będzie bogaty blok publicystyczny poświęcony pracom Milligana. A na okładce znajdzie się rysunek wieloletniego współpracownika scenarzysty - Brendana McCarthy'ego. Będą również komiksy polskich autorów - ich nazwiska ujawnimy niebawem.
Ziniol nr 53 zostanie wydany jak za dawnych lat - własnym sumptem jako 32-stronicowy czarno-biały zeszyt z kolorową okładką. Cena: 12 złotych (z odbiorem na MFKiG), 20 złotych (wysyłka). Nakład: limitowany. Przedsprzedaż (trwa do 1 sierpnia): ziniolzine@gmail.com

UWAGA! Do Ziniola można sobie oczywiście dorzucić egzemplarz Dolores!

Weird War Tales #4

Zeszytowe antologie tematyczne pojawiały się od czasu do czasu w imprincie dla dojrzałych czytelników. Był horror (Flinch), western (Weird Western Tales), sprawy sercowe (Heart Throbs), była także wojna. Warto nadmienić, że dziwne historie przesycone wojenną treścią miały swój vol. 1, wydawany przez DC Comics w latach 1971-83 i zamykający się w 124 zeszytach. Edycja Vertigo składała się z czterech odcinków wydanych w roku 1997. 
Na łamach czwartego numeru Weird War Tales spotkali się Peter Milligan, Duncan Fegredo, John Ney Rieber, Danijel Zezejl, Neal Barrett Jr. oraz Phil Winslade, a świetną okładkę przygotował George Pratt. Trzy historie zawarte w niepozornym zbiorku nie trzymają równego poziomu. Jest tu wzlot, niewielki upadek i solidny constans.
Peter Milligan w krótkich formach spotykał się z Duncanem Fegredo znacznie rzadziej niż w dłuższych, lecz kiedy już do współpracy dochodziło, efekt był co najmniej przyzwoity. Znajdująca się w omawianym numerze serii historia War & Peas jest moim ulubionym szorciakiem tego duetu. Takim, którego można zapętlić jak dobrą piosenkę. Jest tu pewien śmieszek ukryty w tytule: War & Peas, "he he", to prawie jak War & Piss - oba ryzykowne hasła w umyśle niewprawionego scenarzysty mogłyby posłużyć do napisania beznadziejnie zabawnej opowiastki. Milligan na 10 stronach tytułowy groszek traktuje jednak jako pretekst do historii osadzonej we współczesności, ale skupionej na odkopywaniu starych demonów i zakopywaniu nowych. Kameralna opowieść obyczajowa o starych ludziach, dramat wojenny i horror w jednym. Znakomity kawałek.
Po wzlocie czas na leciutki upadek: Bad Day on the Sajo to niespecjalnie porywająca tekstowo, ale znakomita i bogata w szczegół graficznie, krótka historia osadzona gdzieś na bitewnych polach Węgier 1241 roku. Dużo tu niewysublimowanego wyzywania od pierdzących kóz, trochę skojarzeń z Monty Pythonem i jedna szarża wśród martwych ciał. Ale graficznie jest to duży skok jakościowy - Phil Winslade nastawiał tu całe mnóstwo kresek i dostał kolorystę, który mu ich nie zepsuł (a są tacy, którzy twierdzą, że kolor zepsuł jego Goddess). Zamykające zeszyt Salvation to znów historia uciekająca od wielkiej wojny i skupiająca się na jednostkach. Swój poziom trzyma tu Danilej Zezejl, który we współpracy z Grantem Goleashem osiągnął naprawdę znakomity efekt.
Dobry zeszyt. Ma swoje tempo - od niespiesznego kawałka Milligana i Fegredo, poprzez wybuchowy wręcz epizod Winslade'a, aż po wyciszający zachód słońca Zezejla. Dobry zeszyt. Trochę też dziwny.
(Dominik Szcześniak)
"Weird War Tales" #4. Scenariusz: Peter Milligan, Neal Barrett Jr., John Ney Rieber. Rysunki: Duncan Fegredo, Phil Winslade, Danijel Zezejl. Kolor: Bjarne Hansen, Matt Hollingsworth, Grant Goleash. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1997.

sobota, 23 czerwca 2018

100 Bullets #50 - Azzarello/Risso

Który to mógł być rok? 2007? Upalne lato, wakacje, niewiele do roboty. Wtedy właśnie wpadło mi w ręce drugie wydanie zbiorcze 100 Naboi od Mandragory. Tak, zacząłem czytać „od środka”. Lubię tak czasem. Dać się rzucić w wir wydarzeń, powoli samemu dochodzić, kto jest kim, i o co tu biega. Szybko nadrobiłem resztę wydanych w Polsce tomów, ale wciąż było mi mało, a Mandragora powoli przestawała dawać jakiekolwiek znaki życia. Zacząłem więc szukać wydań oryginalnych. W zupełnie losowej kolejności dozbierałem brakujące trade’y, aż do numeru dziesiątego, po czym śledziłem „100 kulek” numer po numerze, miesiąc po miesiącu.

Widzicie, byłem trochę opętany tym komiksem. Aktówka ze spluwą i stoma nienamierzanymi nabojami przewijająca się w luźno powiązanych ze sobą historiach, które powoli tworzyły większy obraz? Kilkunastoletni ja nie potrafił sobie wyobrazić, by dało się wymyślić coś genialniejszego. Minęło kilkanaście lat i dziś dostrzegam, że Brian Azzarello w którymś momencie zaczął się trochę motać i pogubił w licznych wątkach historii, ale i tak mam ogromny sentyment do tej serii. Nauczyła mnie sporo ciekawego (i, bądźmy szczerzy, wątpliwego) angielskiego, owszem, ale przede wszystkim był to jeden z pierwszych tytułów, który uświadomił mi, jak bogatym medium jest komiks i ile da się z jego pomocą pokazać; Wcześniej miałem styczność tylko z typowym komiksem superbohaterskim, albo z „poważnymi” powieściami graficznymi.

Czemu akurat zeszyt pięćdziesiąty ze stu? Cóż, kto czytał 100 Bullets, wie, że przez 49 wcześniejszych naboi autorzy bawili się z czytelnikami stawiając za każdym razem więcej pytań, niż dając odpowiedzi. Pięćdziesiątka z kolei była poświęcona głównie odpowiedziom. Była trochę jak prezent dla wytrwałych fanów, którzy spędzali całe noce dyskutując o serii na internetowych forach. Główny wątek fabularny 100 Bullets bazował na teorii spiskowej: pokazywał Stany Zjednoczone, którymi z cieni rządziła grupa zamożnych rodzin zwana Trustem. Zawarta w 100 Bullets #50 historia Prey for Reign wyjaśniała, skąd Trust się wziął, i skąd wzięli się pilnujący w nim równowagi minutemani, a najzabawniejsze jest to, że robiła to wyjaśniając inną znaną tajemnicę historyczną, wokół której powstało przez lata multum teorii: co stało się z brytyjską kolonią Roanoke.

Historię Trustu opowiada nam Victor Ray, minuteman, którego Agent Graves „obudził” za kulisami w pierwszym zeszycie serii. Dwutorowe prowadzenie akcji to w „stu kulkach” standard: z jednej strony poznajemy dzieje Trustu, z drugiej obserwujemy konsekwencje kradzieży diamentów, w której uczestniczył Victor. Trochę jak u Tarantino, dużo gadania poprzedza tu krótką, brutalną strzelaninę. Snuta przez cały numer opowieść w przewrotny sposób zwiastuje wydarzenia, które będą miały miejsce w kolejnych pięćdziesięciu zeszytach, a ostatnie słowa Victora znajdują swoje odzwierciedlenie na ostatniej stronie finału całej serii. Wybrałem do tego tekstu 100 Bullets, bo to ważny dla mnie komiks, a historia z numeru pięćdziesiątego jest jednocześnie jednym z najbardziej mięsistych przykładów konstruowania fabuły przez Azzarello i Risso, jak również wyśmienitym podsumowaniem tego, co czytelnik już widział, jak i zapowiedzią tego, co zobaczy w 100 nabojach. Można się czepiać autorów za spadek jakości w późniejszych tomach, ale tworząc Prey for Reign byli jeszcze w szczytowych formach; Ta historia po prostu działa na każdym możliwym poziomie. 
(Mateusz Jankowski)

"100 Bullets" #50. Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Eduardo Risso. Kolor: Patricia Mulvihill. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 2004

piątek, 22 czerwca 2018

Bug (1) - Bilal

Enki Bilal znów dokopuje ludzkości. Ludzkości w przyszłości. Tym razem zabiera nas do 2041 roku, kiedy to mieszkańcy Ziemi są już ogłupiale uzależnieni od techniki i cybersfery. 
Dzisiejsze tabuny pacjentów wpatrzonych w ekrany smartfonów w autobusach to pikuś. U Bilala ilość technologicznie zaangażowanych gadżetów jest wprost proporcjonalna do ubytków nie tylko w inteligencji, ale i w podstawowym rozumieniu świata. I w tych okolicznościach przyrody w świat wpuszczony zostaje tytułowy Bug - wirus, który odcina cybersferę. Ludzie stają się bezradni. Nie potrafią komunikować się spoglądając sobie w oczy, nie potrafią sklecić zdania. Pozbawione autokorekty mechanicznych redaktorów gazety w co drugim słowie sadzą babole. 100 tysięcy ludzi zostaje uwięzionych w skomputeryzowanych windach. Rośnie panika. Młodzi ludzie, nie potrafiący żyć bez współczesnych im odpowiedników Facebooka popełniają samobójstwa. Przerwane nagle w pełni stechnicyzowane operacje powodują śmierć wielu osób. I tak dalej i tak dalej. Jednym słowem: chaos. 
Ale jak wiemy każda sytuacja bez wyjścia ma swojego Mad Maxa. I tu też jest śmiałek, a właściwie bohater mimo woli, który może stać się lekarstwem na światowy rozgardiasz. Tyle że staje się on obiektem poszukiwań wszystkich ruchów i frakcji politycznych, skrupulatnie opisanych przez Bilala. 
Bug zaczyna się jak nieznośna reklama sieci internetowej, ale już po kilku kadrach wszystko zaczyna funkcjonować jak w zegarku. Bilal gra swoimi modelami, tymi samymi twarzami co zawsze i dokładnie takimi samymi barwami, jak w kilku ostatnich albumach. Wchodzimy do jego teatru i patrzymy na jego aktorów. I na doskonałą reżyserię. I - na szczęście - na zupełnie nowy scenariusz. Komiks o totalnym globalnym zamieszaniu to dzieło (dzieło, nie produkt) ze świata, w którym Bilal funkcjonuje od wielu lat i z którego nadaje wizualne przekazy dotyczące zagrożeń czyhających na ludzkość. Jego droga artystyczna jest bardzo konsekwentna i pełna. I do pozazdroszczenia. 
"Bug". Autor: Enki Bilal. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska, 2018.

The Invisibles #12 - Morrison/ Parkhouse

Ten zeszyt to jednostrzałowiec. Odskocznia od głównych wydarzeń serii. Opowiada pozornie banalną historię kompletnie nieistotnej postaci, która pojawiła się w pierwszym odcinku serialu, ale na bank nikt o niej nie pamięta. Poza scenarzystą. 
Znakomicie narysowana przez Steve'a Parkhouse'a opowieść Best Man Fall to przekrój życia tej nieistotnej postaci. Przekrój, pokazujący, że ten bohater również miał swoją historię. Koncept dopisania życia jednemu z elementów drugiego planu Morrison ubrał w odpowiedni zabieg formalny: cała opowieść ma charakter retrospekcyjnej szatkownicy. Wraz z bohaterem niechronologicznie przechadzamy się po scenach z jego życia, zwracając uwagę na pewne elementy, odgrywające w nim istotną rolę. Aż do finałowej sceny, w której te elementy eksplodują, a my - czytelnicy - krzyczymy: "O!" lub "Gyaaa!"
Po lekturze wszystkich odcinków The Invisibles lata temu okazało się, że dziś w pamięci pozostał mi właśnie ten zeszyt. Kilka innych również, bo akurat Morrison i spółka mieli szczęście do fenomenalnych wejść. Ale ten najbardziej. 22 strony życia nieistotnej postaci i komunikat scenarzysty reżysera: Wszystko jest ważne. Każda papierowa postać ma swoje życie. Możesz zrobić coś z niczego.
Kiedy Kuba Jankowski recenzując jeden z zeszytów Skalpu, prezentujący samodzielną opowieść, nieco go skrytykował, stałem po drugiej stronie. Od razu w głowie pojawił mi się Best Man Fall. Ten komiks ma niewiele wspólnego z The Invisibles i można powiedzieć, że nie sprawdza się jako część większej całości. Ale jednocześnie, ta całość byłaby bez niego uboższa o najlepszy zeszyt serii. Czasem warto stanąć z boku, odpuścić serialowy rytm i wyjść poza kadr, by doświadczyć naprawdę fenomenalnej historii.
(Dominik Szcześniak)
"The Invisibles" vol. 1 #12. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Parkhouse. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1995.

czwartek, 21 czerwca 2018

Mesmo Delivery - Rafael Grampá (2)

Rafaela Grampę, autora komiksu Mesmo Delivery, Brian Azzarello nazywa mistrzem. Jestem bezradny wobec tego stwierdzenia i nie mam zamiaru polemizować z Azzarello, który przecież również mistrzem jest. Mesmo Delivery to komiks brutalny i nie dla wszystkich, ale rzeczywiście zrealizowany po profesorsku. 
To, jak ten gościu rysuje, ten rozmach, ta dbałość o detal w tle, jest niesamowite. Inwestując w szczegół, jednocześnie tworzy niesamowitą przestrzeń. Kadruje jak filmowiec. Komponuje plansze jak wirtuoz, potrafiący należycie wykorzystać wszystkie elementy planszy, rysunku i zawarte na nich onomatopeje. 
Frank Quitely spotyka Paula Pope’a, a Quentin Tarantino zatrudnia Elvisa Presleya do kolejnego odcinka Strefy Zmroku - tak to w skrócie wygląda. Wizualne szaleństwo fabułę ma prostą i polegającą głównie na mordobiciu, ale i tak autor świetnie kompozycyjnie rozgrywa swój album. 
Nie ma tu wielkiej filozofii - to komiks o tym, jak kierowcy ciężarówek mierzą sobie bicepsy na przydrożnym parkingu. I jeszcze o czymś. Ale nie powiem o czym. Bo jest szansa, że kiedy już Grampá odwróci waszą uwagę niesamowitymi rysunkami, ta prosta historia w paru momentach okaże się zaskakująca.
(Dominik Szcześniak)
"Mesmo Delivery". Autor: Rafael Grampá. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Bum Projekt, 2018.

Fables #41 - Willingham/ Buckingham

Kolejny efekt grzebania w pudle z komiksowymi zeszytami gdzieś za Oceanem ponad dekadę temu: Fables.

Znałem większość tego, co udało mi się wygrzebać: Hellblazer? Jasne. Preacher? Ależ oczywiście. Shade? Nie znam, ale to Milligan i Bachalo, wziąłbym, choćby na okładce nie znalazło się logo Vertigo. Sandman, Black Orchid, Swamp Thing, wszystko za śmieszną cenę. Co prawda prawie za każdym razem były to epizody gdzieś ze środka serii, więc później momentami nawet nie za bardzo wiedziałem, o czym czytam, ale co tam.

No i tak trafiłem na Fables. O! Nigdy o tym nie słyszałem. Ale to Vertigo, więc sprawa jest oczywista: kupuję, a tak poza tym, po powrocie do Polski może wytatuuję sobie to logo na klacie.

Fables, czy też Baśnie, bo w międzyczasie seria Billa Willinghama pojawiła się i w naszym kraju, to historia o znanych nam wszystkim postaciach - akurat w zeszycie #41 pojawiają się między innymi Pinokio, Czerwony Kapturek, Piękna (z Pięknej i Bestii) oraz sympatyczny, tajemniczy jegomość z okładki. Splatamy ze sobą losy tych oraz wielu innych baśniowych/bajkowych bohaterów, każemy im przenieść się do naszego, pozbawionego magii świata, gdzie uciekli przed podbijającym ich krainy Adwersarzem i mamy bardzo interesujący punkt wyjścia dla komiksowego cyklu. Omawiany epizod skutecznie zachęcił mnie do dalszego śledzenia przygód licznych i barwnych postaci z Fables, a raczej: do śledzenia ich przygód od początku.

Tak czy inaczej, #41 zeszyt nie był jednak dobrym wejściem w Baśnie. W zasadzie był wejściem bardzo złym, bowiem już na dzień dobry dowiedziałem się, kim jest Adwersarz, co było bardzo długo utrzymywane w tajemnicy. Czytałem więc wszystko trochę tak, jakbym oglądał Fight Club, wiedząc od pierwszej minuty (uwaga, jeśli nie oglądaliście), że Edward Norton i Brad Pitt są tą samą osobą. Na szczęście cykl okazał się być bardzo dobry z wielu innych powodów, a nieujawnianie tożsamości głównego przeciwnika nie było jedynym, co skłaniało do dalszej lektury.

Lubię ten zeszyt, bo to od niego zaczęła się moja wieloletnia znajomość z Fables. Co prawda ta „długowieczność” nie wyszła serii najlepiej, bo to jeden z tych komiksów, które wspominałoby się o wiele cieplej, gdyby scenarzysta wiedział, kiedy skończyć i zejść ze sceny niepokonanym. Pomimo tego Baśnie zdecydowanie warto znać, przynajmniej do któregoś tam tomu. Nie warto natomiast za wszelką cenę zostawać aż do finału.
 (Michał Misztal)

"Fables" #41. Scenariusz: Bill WIllingham. Rysunki: Mark Buckingham i Steve Leialoha. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, listopad 2005.

środa, 20 czerwca 2018

Futura nostalgia - Tony Sandoval

Futura nostalgia to standardowy komiks Tony'ego Sandovala, polegający na wikłaniu zjawisk nadprzyrodzonych w wątek młodzieńczej, licealnej miłości. Naiwnym scenom eksplodującego po pierwszym pocałunku świata towarzyszą tu piękne podwodne kadry czy próby ukazania pewnych… zjawisk w zwolnionym tempie. Młodociana drama ma wartość dodaną - gadającą żabę, wyrażającą się w sposób dość nieparlamentarny oraz jednego z bohaterów, zajmującego się robieniem zinów komiksowych. 

Ta ostatnia kwestia wprowadza nieco pozytywnego urozmaicenia do albumu – czarno-białe plansze z fanzinów rysowane są tak zachęcająco, że już teraz przytuliłbym album Sandovala stworzony w takiej właśnie technice. Tylko żeby miał on trochę więcej treści i żeby zagrała w nim nieco inna melodia. 

Sandoval jest specjalistą od komiksów produkowanych na zapętleniu i opowiada tę samą historię od lat. Owszem, wielkim rysownikiem jest i basta, ale ileż pożytku by było, gdyby nie tylko narysował, ale i napisał wreszcie coś nowego?

"Futura Nostalgia", tom 1. Autor: Tony Sandoval. Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska. Wydawca: timof comics, 2018.

Industrial Gothic #1 - McKeever

Kult piękna wybił, jak wybija szambo. Wybił tak bardzo, że piękni ludzie wyizolowali się od brzydkich i niepełnosprawnych, zamykając ich w industrialnych budynkach fabrycznych, które stały się ich wiecznymi więzieniami. Ale grupa śmiałków postanowiła nawiać z obskurnych pomieszczeń i zobaczyć jak wygląda prawdziwy, piękny świat. Jedni widzieli go za młodu, inni nie zaznali tej przyjemności wcale. A historię o ich ucieczce z hali produkcyjnej spisał nie kto inny, jak Ted McKeever - gość od "brzydkich" rysunków, ekskomunikowany przez polskiego czytelnika lata temu. Miał tupet, skubaniec!
Nawiasem mówiąc, Ted McKeever strasznie długo ma przyczepioną do pleców kartkę z napisem "brzydko rysuję". Ten gimnazjalny żart powinien już się zakończyć. Jakiś polski wydawca musi w końcu zdjąć tę karteczkę, poklepać go po plecach i powiedzieć: "Ktoś zrobił ci głupi kawał, Ted. Ale już jest ok.".
Bo to nie jest śmieszna sprawa, gdy omija nas takie dobro, jak Industrial Gothic lub jakiekolwiek inne dzieło tego wybitnego amerykańskiego artysty. Pierwszy zeszyt opowieści o pięknie i brzydocie to dopiero rozgrzewka, ale narysowana w zapierający dech w piersiach sposób. Głównych bohaterów mamy okazję poznać dogłębnie - z ich fizycznymi deformacjami i literackimi skłonnościami. McKeever ster narratora oddaje jednej z tych postaci, a sam pozwala sobie na rysunkowe ekscesy - nie ma tu "Oka McKeevera", ale za to są inne eleganckie zabiegi formalne. Jest też Christopher Walken na gościnnych występach.
To, co Ted McKeever wyprawiał w Vertigo każdorazowo zahaczało o geniusz. Tutaj też. Prosta historia, ale jak przedstawiona! Co wydarzy się dalej? Ile opcji po spektakularnej ucieczce będą mieli bohaterowie? Jak piękny świat zareaguje na ich brzydotę?
Do tematu na pewno wrócimy.
(Dominik Szcześniak)
"Industrial Gothic" #1. Autor: Ted McKeever. Wydawca: DC Vertigo, grudzień 1995.

wtorek, 19 czerwca 2018

Terminator - Arcudi/ Warner/ Robinson/ Wagner

Terminator - kolejna po Predatorze i Obcym komiksowa kontynuacja filmowego hitu. Składają się na nią dwie historie: Nawałnica Johna Arcudiego i Chrisa Warnera oraz Jednym strzałem Jamesa Robinsona i Matta Wagnera. 
Podobnie jak w przypadku Predatora, Terminator: Nawałnica powstał w momencie, kiedy uniwersum Elektronicznego Mordercy ograniczało się do pierwszego filmu Jamesa Camerona z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Komiks miał być oficjalną kontynuacją tej produkcji. I trzeba przyznać, że jako taka sprawdza się całkiem nieźle. Choć zamiast obecnego w filmie mrocznego klimatu więcej tu pstrokatych kolorów, a rolę jednego tajemniczego androida zajęła grupa Terminatorów, komiks zdaje się być zbieżny z pomysłami, jakie podjęli twórcy drugiej części filmu. 
Nie bez znaczenia dla poziomu tej produkcji są rysunki. Chris Warner ma solidną kreskę i podobnie jak w Predatorze świetnie odnajduje się w klimacie oryginału. Podczas gdy w pierwszej historii czuć nieco piętno czasu, druga do dziś może robić wrażenie pomysłowością oraz wykonaniem. James Robinson napisał historię osadzoną w czasie, w którym rozgrywa się akcja pierwszej części Terminatora. Wyszedł z założenia, że chwilę przed Terminatorem Schwarzeneggera John Connor wysłał w przeszłość innego Terminatora. I ten android wskutek zrządzenia losu ruszył w pościg za złą Sarą Connor. Nie tą, która miała w przyszłości zostać matką Johna Connora, stojącego na czele ruchu oporu przeciwko maszynom, a jakąś inną. Inną, ale posiadającą swoją własną historię. 
Pięknie namalowane przez Wagnera plansze wyciągają z tematu Terminatora wszystko co najlepsze, a ilość nawiązań do oryginalnego filmu zadowoli najbardziej wybrednych fanów.
Świetnie wydany Terminator to obowiązkowa lektura dla fanów filmu z 1984 roku. Do postawienia na półce obok równie elegancko przygotowanego Predatora
"Terminator: Nawałnica/ Jednym strzałem". Scenariusz: John Arcudi, James Robinson. Rysunek: Matt Wagner, Chris Warner. Kolor: Chris Chalenor, Rachelle Menashe. Tusz: Paul Guinan. Tłumaczenie: Paweł Biskupski. Wydawca: Scream Comics, 2018.

Daytripper #4 - Moon/ Bá

W recenzji Mesmo Delivery zastanawiałem się, czy w komiksie amerykańskim nadszedł czas na Brazylijczyków, tak jak kiedyś nadszedł na Brytyjczyków, którzy dokonali przede wszystkim jakościowej inwazji w USA. Pytanie pozostaje otwarte.

Autorzy Daytrippera, bliźniacy Fábio Moon i Gabriel Bá (Gabriela uwielbiam w The Umbrella Academy), na pewno w USA się już zadomowili i zdobyli serca czytelników i kolegów po fachu. W Polsce nie wyszli poza Daytrippera, ale warto zwrócić też uwagę na takie prace z ich udziałem (czasami osobno, nie w duecie; ja polecam przede wszystkim obłędne The Umbrella Academy) jak De: tales, Pixu czy Two Brothers.

Pisanie o wybranym zeszycie Daytrippera jest bardzo trudne, bo tak naprawdę ten komiks nabiera sensu czytany i łączony w całość, mimo tego, że w zasadzie każdy jego rozdział jest piękną i samowystarczalną miniaturką, w której rozważana jest nierozerwalna natura życia i śmierci. Głównego bohatera, Brása de Oliva Domingosa, obserwujemy w różnym wieku i w różnych sytuacjach. Jesteśmy świadkami jego śmierci na wiele sposobów (ale spokojnie, nie jest to nic w stylu Miliona sposobów jak zginąć na Zachodzie, tylko poważna, chwytająca za serce opowieść o kruchości życia i roli przypadku).

Rozdział czwarty Daytrippera ma dla mnie wymiar bardzo osobisty, dlatego wyróżniam go w cyklu Vertigo i nominuję. To w nim Brás (lat 41) jedzie do szpitala, gdzie rodzi się jego syn. W tym samym szpitalu umiera jego ojciec. Namacalność więzi między życiem i śmiercią przybiera tutaj wymiar, z którym trudno się pogodzić, mimo że się go rozumie. Pamiętam słowa koleżanki z pracy po śmierci mojej mamy. Powiedziała, że wraz ze śmiercią w rodzinie, pojawia się w tej rodzinie też nowe życie. I tak miało się wtedy stać, ale niestety się nie udało. To uzmysławia mi przy kolejnej lekturze Daytrippera, że życiem rządzi nie nasza wola i pragnienia, ale coś innego. Nie nazwałbym tego przypadkiem, nie wierzę w przeznaczenie i w to, że Bóg ma dla mnie jakiś plan. Wierzę, że do końca swojego życia będę próbował pewne rzeczy zrozumieć, próbując się z innymi rzeczami pogodzić. I to jest według mnie też sedno zamysłu braci w Daytripperze i rozterek, którymi obdarzyli Brása.
(Kuba Jankowski)
"Daytripper" #4. Autorzy: Fábio Moon i Gabriel Bá. Kolor: Dave Stewart. Wydawca: DC Vertigo, maj 2010.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Rozmagnes (0000000013)


The Invisibles #1 - Morrison/ Yeowell

Zanim Grant Morrison zaczął pisać Invisibles, zdążył już wyraźnie zaznaczyć swoją obecność w Vertigo. Doom Patrol, Kid Eternity, dwa numery Hellblazera, Sebastian O, Misterium - to wszystko było wcześniej. We wrześniu 1994 roku ukazał się pierwszy rozdział najważniejszej serii szkockiego autora, zatytułowany Dead Beatle$. Rysunkami w tym zeszycie zajął się stary znajomy Morrisona - Steve Yeowell. Panowie robili wcześniej razem Zenitha, The New Adventures of Hitler i wspomnianego wcześniej Sebastiana O.

Invisibles, okultystyczno-psychodeliczna seria o ezoterrorystach walczących z międzywymiarowymi bytami kontrolującymi naszą rzeczywistość to opus magnum tego twórcy. Nie tylko dlatego, że nic co później napisał nie zbliżyło się do tego poziomu. To komiks najbardziej przemyślany konstrukcyjnie (choć zawierający też dużą dozę szaleństwa oraz swobody narracyjnej) i niezwykle osobisty.

Okultystyczna tematyka jest Morrisonowi bardzo bliska – autor praktykuje magię od 18 roku życia i wszystkich do tego gorąco zachęca. Samo tworzenie serii z założenia było hypersigilem – działaniem magicznym, dzięki któremu miał na trwale zmienić rzeczywistość oraz odcisnąć piętno na popkulturze. W zasadzie mu się to udało - jego seria stała się (delikatnie mówiąc) inspiracją do powstania Matrixa. Magia została też wykorzystana w momencie, kiedy sprzedaż serii spadała. Autor namówił fanów do przeprowadzenia "wankathonu" - rytuału polegającego na symultanicznej masturbacji dużej liczby osób. Energia uzyskana w ten sposób miała uratować cykl przed kasacją. Invisibles dociągnęli do szczęśliwego finału, więc najwyraźniej się udało.

King Mob, jedna z ważniejszych postaci w komiksie, to alter-ego Morrisona, wyobrażające jego cool personę, człowieka, jakim twórca chciałby być. W czasie tworzenia kolejnych rozdziałów związek między autorem a bohaterem jeszcze się pogłębił - jak sam wspomina, ciężko zachorował w czasie, gdy King Mob był torturowany. Wyzdrowiał dopiero, gdy postać została oswobodzona. 

W pierwszym zeszycie King Mob nie jest jednak głównym bohaterem. Tę funkcję pełni póki co Dane McGowan - zbuntowany nastolatek z Liverpoolu: agresywny, wyszczekany, ale jednocześnie cholernie inteligentny. Po próbie podpalenia szkoły, dzieciak trafia do ośrodka wychowawczego, gdzie ma przejść reedukację. Ośrodek nie jest jednak zwykłą placówką - żeby z niego uciec, Dane będzie potrzebował pomocy Niewidzialnych.

Morrison od samego początku uderza na bogato - atakuje czytelnika okultystyczną symboliką, dużą ilością wątków oraz dziwnych postaci, tropami pop- i kontrkulturowymi, motywami religijnymi, teoriami spiskowymi, itd., itp. Jest gęsto. Odbiorca od początku wie, że wkroczył do rzeczywistości kompletnej, pełnej dziwów oraz niespodzianek. Sacrum zderza się z profanum i razem tworzą narkotyczną miksturę z laboratorium szalonego alchemika. Blokowiska Liverpoolu koegzystują z rytuałami magicznymi, duchy Beatlesów objawiają się w środku nocy, karty tarota wskazują ścieżkę bohaterom, a istoty pozaziemskie rozkazują rządowym oficjelom. Jest tu dużo wszystkiego: dużo słów w dymkach, dużo wydarzeń. A także mnóstwo postaci i wątków, które znajdą swoje rozwinięcie w późniejszych rozdziałach - na razie tworzą barwną mozaikę tajemnic, podkreślającą złożoność niewidzialnego świata.

W pierwszym zeszycie Dane staje na początku drogi ku oświeceniu i stania się nowym Buddą - jeszcze niczego nie wie, dopiero dowiaduje się o istnieniu magicznego świata. Na tym samym poziomie znajduje się się czytelnik. Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co Morrison próbuje mu sprzedać, jest oszołomiony nadmiarem bodźców, ale wie, że chce dowiedzieć się więcej, wniknąć w ten bogaty świat. To popularny zabieg fabularny - bardzo wygody dla scenarzysty. Morrison bardzo umiejętnie go wykorzystuje. Odbiorca przechodzi inicjację wraz z bohaterem i razem z nim przechodzi kolejne stopnie wtajemniczenia. Warto podążyć z nim do samego końca - Invisibles to seria, która daje naprawdę dużo satysfakcji z lektury. Przez wszystkie 57 zeszytów, do których będziecie niejednokrotnie wracać.
(Jerzy Łanuszewski)
"The Invisibles" #1. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Yeowell. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1994.

niedziela, 17 czerwca 2018

Gangland #3

Na okładce Glenn Fabry w okresie najlepszej formy, a w środku m.in. Ed Brubaker, Kilian Plunkett i Danijel Zezejl w czterech historiach o gangsterach. Mistrzowie krótkiej formy czy zmarnowany potencjał?
To, co najlepsze w trzecim zeszycie z cyklu Gangland, znalazło się na samym jego początku. Napisana przez Darko Macana historia (Gang Buff) o pewnym znudzonym codzienną  monotonią dentyście, który wskutek przypadku rzuca się w wir gangsterskiego stylu życia napisana jest bardzo solidnie, posiada zabawne wprowadzenie i wyprowadzenie i jest zwartą historią ze świetnie nakreślonymi postaciami. Ponadto, narysowana jest przez Kiliana Plunketta w tak ekspresyjny sposób, że z łatwością można przypisać większość kresek postawionych w tym komiksie Duncanowi Fegredo.
Ta bardzo życzliwa dla zmysłów opowieść zyskuje przeciwwagę w kolejnej krótkiej formie, jaką jest Original Gangster Tayyara Ozkana. Sięgający w gangsterskich odwołaniach okresu prehistorii szorciak pozwala bardzo przychylnie spojrzeć na krótkie komiksy publikowane w tym samym czasie (sierpień 1998) w polskich fanzinach. 
I nawet Small time, opowiadający o drobnych dziecięcych przestępstwach, napisany przez Eda Brubakera i narysowany przez Erica Shanowera nie robi dziś większego wrażenia. Wielbiciele klasyki mogą zwrócić uwagę na spokojne kadrowanie i kompozycję plansz. Fani późniejszego pisarstwa Brubakera mówią zapewne o tym szorcie, że to "taka tam wprawka" ich mistrza.
Mocnym punktem kolejnej historii (Worldwide gangster robots) i całego zeszytu są rysunki Danijela Zezejla, miksujące Richarda Corbena z Johnem Paulem Leonem. Widać, że jego wcześniejsza kreska bywała bardzo efektowna. A scenariusz? Teorie spiskowe, faceci w czerni, narracja z offu i pointa nie warta zachodu.
Niby Vertigo, niby świetni twórcy, niby radzący sobie w dłuższych metrażach, a jednak ciężko wśród nich o mistrzów krótkiej formy. Trzeci Gangland to strzał w próżnię.
(Dominik Szcześniak)
"Gangland" #3. Scenariusz: Darko Macan, Tayyar Ozkan, Ed Brubaker, Scott Cunningham. Rysunki: Kilian Plunkett, Tayyar Ozkan, Eric Shanower, Danijel Zezejl. Kolor: Daniel Vozzo, Matt Hollingsworth, Alex Morrissey, Grant Goleash. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 1998

sobota, 16 czerwca 2018

Brother Lono #4 - Azzarello/ Risso

Brother Lono to seria ze świata 100 Bullets, która ukazywała się między 2013 a 2014 rokiem. Opowiada wydarzenia późniejsze wobec głównej serii. Liczy sobie 8 zeszytów i w opinii Comic Book Resources jest to „a true return to Azzarello and Risso’s vivid world, intact in texture and mood”. Wokół kogo innego można było taki powrót zbudować, jeśli nie wokół postaci Lono, inteligentnego w swej brutalności ostatniego minutemana?

Braciszek Lono próbuje ułożyć sobie życie w meksykańskim Durango, pracując w sierocińcu prowadzonym przez ojca Pereza. Jak to w Meksyku tylko możliwe, szybko okazuje się, że sierociniec stoi na szlaku interesów miejscowego kartelu. Pod przykrywką działa w tym rejonie agentka DEA. Ojciec Perez nie zwykł łatwo ustępować pod presją, a Lono nie do końca opanował drzemiącą w nim brutalność. Gangsterzy nie przebierają w środkach. Wziąwszy pod uwagę te zmienne możemy więc być pewni, że czeka nas meksykańska masakra w stylu prawdziwej meksykańskiej masakry.

Zanim do niej dojdzie, w czwartym zeszycie (pt. ¡El monstruo del norte!) na scenę przybywa jeden z jej uczestników. Przydrożnemu sprzedawcy owoców przedstawia się jako turysta. Ten dialog to znakomite streszczenie klimatu Durango, pozwala poczuć słońce i piach. Turysta to Maddon, filozof przemocy, który zmierzy się w grande finale jeden na jeden z Lono i… Wiecie przecież, kto wygra, prawda? W tym samym zeszycie zobaczycie, jak bardzo Lono stara się trzymać na wodzy swoją naturę. Kiedy w Brother Lono plansze zalewa czerwień, nie oznacza to tradycyjnego rozlewu krwi, gdyż czasami to krew zalewa Lono, a my możemy wejrzeć na chwilę w jego głowę.

Czy historia z Brother Lono musiała zostać opowiedziana? Nie. Czy autorzy naruszyli fundament swojego opus magnum? Nie. Więc spokojnie można po Brother Lono sięgnąć i na chwilę powrócić do klimatu 100 Bullets, nie psując sobie wcześniejszych wrażeń. Nie jest jednak tak, że to w 100% ten sam nastrój. Brakuje tutaj klimatu konspiracji, budowania sieci zależności między postaciami, wielowymiarowego zarysowywania niepowtarzalnych charakterów… Brakuje stron, żeby autorzy mogli to zrobić. Świat 100 Bullets nie potrzebował tej opowieści, aby się dopełnić, i dlatego nic ona nie mogła w nim zepsuć. Co najwyżej było ryzyko, że wyjdzie tak sobie jako samodzielna opowiastka. Wyszło jednak znacznie wyżej niż średnio. Sprawdźcie koniecznie. Niekoniecznie czytając wcześniej całe 100 Bullets.
(Kuba Jankowski)
"Brother Lono" #4. Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Eduardo Risso. Wydawca: DC Vertigo, listopad 2013.

piątek, 15 czerwca 2018

Dolores - przedsprzedaż

motto:
Bo ja się czuję maleńki jak robak, ale króla nie widzę większym od siebie" 
Pan Franciszek
ze Złotych Łanów

Dolores to traktat o zemście i rzucaniu palenia,
Dolores
to hołd dla wybranych twórców popkultury,
Dolores
to elektryzująca rzecz o gadającym kocie i bezwarunkowej przyjaźni,
Dolores
to odpowiedź na pytanie dlaczego trzeci sezon Prison Break był tak zły,

Dolores to komiks o okrucieństwie człowieka i wyższości ciecierzycy nad mielonym,
Dolores
to najnowszy komiks duetu Rust/ Szczezz.
Dolores
to 80 stron, czerń i biel oraz twarda oprawa.

Dolores to niezależny album komiksowy. Jego nakład jest limitowany i dostosowany do ilości zamówień w przedsprzedaży. Planowana premiera komiksu przewidziana jest na 14 września, podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.
Cena albumu w przedsprzedaży z odbiorem podczas MFKiG to 40 złotych.
Cena w przedsprzedaży z wysyłką po MFKiG - 50 złotych.
Aby nabyć komiks w przedsprzedaży należy wysłać maila na adres: ziniolzine@gmail.com
Przedsprzedaż trwa do 1 sierpnia 2018 roku.
Przykładowe plansze: