Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 31 lipca 2014

Gdzie jest Wschód?

"Gdzie jest Wschód?" to hasło kolejnych warsztatów komiksowych przeprowadzonych w Rzeszowskim Inkubatorze Kultury. Autorem okładki powstałej publikacji powarsztatowej jest Krzysztof Budziejewski, a zamieszczonych prac komiksowych: Joanna Kołcz, Krzysztof Budziejewski, Tomek Malankiewicz, Tadeusz Petynia, Mimii, Paulina Kawa, Tomasz Bezak, Maciej Mazur i Dominik Szcześniak. Wernisaż wystawy prac warsztatowiczów odbędzie się dzisiaj o godzinie 18.00 w RIK-u, a tymczasem zapraszam do zapoznania się z cyfrową wersją antologii:

poniedziałek, 7 lipca 2014

Kibicujemy (403)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Jędrzej Rayski to niezwykle płodny jak na swój wiek twórca komiksów spod Wrocławia. Jego pierwszym większym projektem był komiks "Niezatytułowany", poprzedzony "Krótkim opowiadaniem o bezsensie i przemijaniu", liczącym 8 stron i narysowanym przez autora w drugiej klasie gimnazjum. Kibicując jego najnowszemu projektowi - „Historii Louisa Montgolfier”, zapraszamy czytelników Ziniola do poczytania o tym, co Jędrzej ma do powiedzenia...

O Twórczości

Z (web)komiksem zacząłem eksperymentować w wieku lat 12, zauroczony minimalistyczną formą takich internetowych pozycji, jak „Bunny Comic” czy „LBDY” Mikołaja Tkacza. Ta forma ekspresji pozwalała mi na zespolenie w jedno dwóch pasji – rysunku (na którym co prawda średnio się znam i umiejętności posiadam wątpliwe) oraz prozy/poezji. Jednak jako twórca musiałem przejść długą drogę chodzenia po omacku, błądzenia we mgle i metamorfozy odtwórczości w twórczość, jako że na początku byłem bardzo podatny na pułapki naśladownictwa, co było mankamentem niedojrzałości wynikającej z wieku. Dopiero po czasie człowiek zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę naśladując innych odziera to co tworzy z wyjątkowości, świeżości i oryginalności. 
Więc zamiast szukać inspiracji wciąż na zewnątrz, pochłaniając stosy pomysłów zagranicznych autorów, dobrze budowanych scenariuszy, ciekawych rozwiązań – myślę, że dobrze jest spojrzeć we własne wnętrze, wsłuchać się w swój własny głos, i TWORZYĆ. Wówczas mamy do czynienia z unikalną i jedyną swoim rodzaju (nie bójmy się dużych liter) Twórczością.
Moja pierwsza poważna styczność ze wspomnianą Twórczością miała miejsce na początku 2012 roku, kiedy to jako 15-latek spłodziłem swoją pierwszą, zamkniętą na ośmiu stronach historię, noszącą tytuł „Krótkie opowiadanie o bezsensie i przemijaniu”. (Do przeczytania tutaj) Była ona studium tęsknoty tak dotkliwej, że zacierającej granice pomiędzy snem a rzeczywistością. 
Następnym projektem, nad którym spędziłem burzliwe półtora roku z wieloma rozłąkami i powrotami, był „Niezatytułowany” – historia, której wyjaśnienie i zakończenie niestety nie zostało przekształcone w materię. Osią dla tej historii było zmaganie się głównego bohatera z ciemnymi zakamarkami własnej podświadomości, a utrzymana została w konwencji science-fiction. Pojawia się w niej motyw organizacji prowadzącej badania nad tajnikami ludzkiego umysłu, która, jak się okazuje, bezdusznie wykorzystuje swoje „króliki doświadczalne”. Historia jednak kończy się przy zasadniczym zwrocie akcji, na 36 stronie – dlaczego? Zabrakło motywacji, chęci do dalszego rozwijania pomysłu. Lecz znów – dlaczego? Tutaj wyszły wady procesu twórczego, który polegał na improwizowaniu według scenariusza, który, nigdzie nie spisany, tkwił w mojej głowie. Brak było szkieletu, trwałego fundamentu na którym można było oprzeć fabułę i dalszy rozwój, coraz mniej pociągała mnie również sama tematyka, więc „Niezatytułowany” ostatecznie został świętej pamięci „Niezatytułowanym”.  
Tak więc, wspomniałem o tematyce. Science-fiction przestało mnie pociągać, a bardziej kusiła tematyka egzystencjalna – komiks, który zadawałby czytelnikowi pytania na tematy oscylujące wokół istoty człowieczeństwa, sensu życia, jednocześnie jednak nie nadymał się wyzierającym z każdej strony patosem. Poszukując dojrzalszej formy wyrazu, zapoczątkowałem mój najświeższy projekt pt. „Historia Louisa Montgolfier”. Na dzień dzisiejszy liczy on cztery strony, lecz po doświadczeniu z „Niezatytułowanym” wyciągnąłem wnioski i wprowadziłem znaczne modyfikacje samego procesu twórczego, o czym później, i mam nikłą nadzieję że uda mi się ten projekt zapiąć. 
Jak tytuł wskazuje, komiks opowiada historię jakiejś postaci – Louisa Montgolfiera. Louis jest 50-latkiem o niespełnionych ambicjach - sprzedaje balony na placu w małej miejscowości (w tym aspekcie nazwisko nabiera nieco ironicznego wydźwięku), a wieczorami pracuje jako ochroniarz dworca. Jego życia upływa mu w dużej mierze na roztrząsaniu przeszłości i rozdrapywaniu wewnętrznych ran. Do czasu… 
Moim zamysłem jest przedstawić portret człowieka, któremu blizny z przeszłości zasłaniają teraźniejszość, jak i zobrazować proces próby wyrywania się z tego marazmu, zadając pytanie – czy człowiek jest w stanie uwolnić się od ran i cierpienia?
To jest mój zamysł. Jaki będzie ostateczny efekt – życie pokaże.

O inspiracjach


Przy projektowaniu aparycji głównego bohatera „Niezatytułowanego” przyświecała mi idea prostoty (może stąd, że nie mam zbyt rozległej wiedzy na temat rysunku anatomicznego), jak i również łatwości w powielaniu postaci na kolejnych stronach komiksu. Krąg inspiracji można tu zawęzić do dwóch postaci: pierwsza – Mikołajek Rene Goscinnego, druga – bohater komiksów wspomnianego Mikołaja Tkacza. Zainspirował mnie fakt, że tak naprawdę nie trzeba mieć wielkich umiejętności technicznych, aby opowiedzieć historię. Że można przełamać bariery i wykorzystując swoje dotychczasowe umiejętności, po prostu opowiadać.

O sposobie tworzenia komiksów

Podczas pracy nad pierwszymi komiksami – całkowita „wolna amerykanka”. Po prostu siadałem przed kartką, a w miarę rysowania kształtowały się pomysły na fabułę, zwroty akcji. Jednak dopiero po 2 latach pracy takim sposobem, zdałem sobie sprawę że mimo że pozornie pozwala on nie wtłaczać się w schematy, to jednak ogranicza. Mnie ograniczał tym, że nie wiedziałem dokąd zmierzam; nie miałem motywacji, aby zasiąść do kolejnej strony, bo nie wiedziałem często od czego zacząć.

Przy pracy nad kolejnym komiksem postanowiłem wprowadzić, jak już wspomniałem, pewne modyfikacje do procesu twórczego. Po pierwsze, zacząłem od szkieletu całej fabuły. Zadanie sobie pytania: co ma się w niej znaleźć, co chcę przekazać? Dalej pracuję w ten sposób, że najpierw piszę krótki scenariusz każdej strony, drukuję go. Scenariusz daje mi informację ile kadrów będzie na stronie, więc układam je sobie w programie Inkscape i również drukuję. Dalej w ruch idzie ołówek a potem program GIMP i nakładanie kolorów. Moim zdaniem, tworzenie takim sposobem sprawia, że praca nad komiksem idzie znacznie sprawniej.
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "kibicujemy komiksiarzom" jest Krzysztof Małecki

czwartek, 3 lipca 2014

Kibicujemy (402)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
"Niesłychane losy Ivana Kotowicza" to komiks, którego pierwszy rozdział możecie już przeczytać w Internecie. O w tym miejscu na przykład. Zanim jednak zabierzecie się za lekturę (lub też zaraz po jej zakończeniu) posłuchajcie co na jego temat ma do powiedzenia scenarzysta - Kajetan Kusina...
O początku współpracy

Z Michałem Ambrzykowskim poznałem się parę lat temu dzięki mojej obecnej dziewczynie, która studiowała z nim na grafikę w gdańskim ASP. Dwa lata temu zrobiliśmy komiks na konkurs w Łodzi i okazało się, że całkiem dobrze się dogadujemy jeśli chodzi o komiksową współpracę. Snuliśmy plany zrobienia czegoś więcej, ale jakoś nie mogliśmy się zebrać i ruszyć z czymś na dobre. Jak to często w takich historiach bywa, musiał zadziałać przypadek. Byłem akurat w odwiedzinach u mojego kolegi, Wojtka Tyszkiewicza, który właśnie skończył tworzyć grafiki przedstawiające różne postacie z głowami zwierząt. Wśród nich znajdował się właśnie Ivan Kotowicz, który strasznie mi się spodobał. Spytałem więc Wojtka czy mogę go wykorzystać do stworzenia króciutkiej komiksowej opowieści. Uzyskałem zgodę i napisałem jednostronicową historyjkę o tragicznej śmierci Iwana, a Michał ją narysował. Postać bardzo mu się spodobała i przesłał mi okładkę, którą wymyślił sobie dla przygód tego bohatera. Okładka z kolei zainspirowała mnie i w ten sposób zacząłem wymyślać zręby fabuły o niesłychanych losach Iwana Kotowicza.

O czym jest komiks?

Komiks opowiada o przygodach największego bohatera w historii Rosji, czyli Iwana Kotowicza. Ten wychowany w małej wiosce kociak wpada w szprychy koła dziejów i staje się uczestnikiem wielkich zdarzeń. Trudno trochę opisać to tak, by nie brzmiało naiwnie i kiczowato, bo sami jeszcze nie wiemy czy po drodze nie zdarzy się coś, co trochę zmieni naszą opowiastkę. Celujemy w klimaty przygodowe, bo takich trochę u nas brakuje. Nie ma co się spodziewać wielkich pytań o sens egzystencji :) Ma być dużo dziwnej technologii, zjawisk paranormalnych i rosyjskiej duszy. Chciałbym napisać, że robimy coś w stylu "Hellboya" po rosyjsku, ale chyba nie ma nic gorszego, niż takie szufladkowanie. Poza tym każdy może przeczytać pierwszy rozdział, który wrzuciliśmy na Issuu i poczuć o co chodzi :)

Plany 
Oczywiście chcemy zdobyć rynek światowy i do końca życia odcinać kupony. A tak na poważnie, to jeszcze żadnych naprawdę skonkretyzowanych planów nie ma. Na razie zrobiliśmy jeden rozdział składający się z dwudziestu stron, a jak dobijemy do szećdziesięciu to zaczniemy się uśmiechać do kogoś, kto może chciałby to wydać. Przy okazji dałem pierwszy rozdział do przetłumaczenia na angielski wspomnianemu wcześniej Wojtkowi Tyszkiewiczowi. Wyślemy angielską wersję na Comixology, a nóż się na to skuszą.

Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Piotr Nowacki

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kibicujemy (401)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Komiks "Pancerni" Sławomira Lewandowskiego już wydrukowany, więc niby nie ma czemu kibicować. Zanim jednak na Ziniolu pojawi się recenzja komiksu, wykorzystujemy łamy kibicowskie, aby opublikować dramatyczny apel autora do polskich aktorów.  
Sławomir Lewandowski: Siedzę w chacie i się boję. Boję się że zaraz przyjdą po mnie. Wiecie kto. Wiesław Gołas i Janusz Gajos. Podobno Wiesław Gołas po przeczytaniu komiksu PANCERNI powiedział, że jak mnie dorwie, to mi przywali w pysk akordeonem. Boję się dostać w pysk akordeonem. Nie chcę mieć poodbijanych na czole guziczków akordeonowych. Ktoś puka do drzwi – poczekajcie chwilkę – idę otworzyć .
.........  
Uff – to tylko sąsiadka. Przyszła pożyczyć trochę kawy. Ona pije strasznie mocną berbeluchę. Sypie łopatę kawy na setkę wody - no i właśnie jej zabrakło trochę do pełnej łopaty. Dałem kobicie kawę – nie chcę, żeby miała pretensje, że przeze mnie nie dostała wymarzonego zawału serca. Wolę mieć na sumieniu trupa, niż być posądzonym o nieżyczliwość sąsiedzką. Kawę wzięła, poszła, nie ma jej. A ja dalej się boję – Gajosa, Pieczki, Gołasa. Może kiedyś mi wybaczą. 
W tajemnicy przed Januszem Gajosem i resztą pancernej ekipy podaję adres mailowy, pod którym można zakupić towar pod tytułem PANCERNI: czarnykopaczpodziemniowy@tlen.pl
Proszę, błagam – ani słowa Januszowi, Wiesławowi ni Franciszkowi. To będzie nasza słodka tajemnica.  
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Marcin Rustecki

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kibicujemy (400)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Znany już ze stron "Kibicowania" Tomasz Kleszcz powraca z nowym projektem. Tym razem jest to komiks do scenariusza Piotra Mańkowskiego, zatytułowany "Umarłem na Gibraltarze". Piotra zapytałem o genezę powstania komiksu i o współpracę z rysownikiem. 
Piotr Mańkowski: "Umarłem na Gibraltarze" to komiks opowiadający o wydarzeniach z 1943 roku dziejących się w Europie, których finałem była śmierć generała Sikorskiego. Dodajmy od razu, że Naczelny Wódz jest tu postacią drugoplanową, a głównymi bohaterami jest dwójka ludzi: Polak oraz tajemnicza postać o nieznanej proweniencji, która przybywa z Ameryki do Europy w celu wykonania supertajnej  misji. To tak mówiąc w największym skrócie, bez spoilerowania. 

Nie jest to jednak typowy komiks wojenny. Nie ma wiec zburzonych domów, płonących barykad czy matek płaczących po śmierci synów. Pisząc scenariusz, chciałem pokazać wojnę z innej strony. Jako cyniczną rozgrywkę, walkę prowadzoną w gabinetach i podczas spotkań w parkach czy restauracjach. 
Nie jest to również komiks śmiertelnie na poważnie. Dużo jest w nim umowności, ironii, czarnego humoru i cynizmu. Niektóre sytuacje są świadomie przerysowane.

Wcześniej udzielałem się w branży gier komputerowych i filmowej. komiksy czytałem od lat, a ostatnimi czasy kilka razy przywoziłem sobie z Brukseli pełen plecak różnych ciekawych wydań "integrale" plus kupowałem w Amazonie ciekawostki typu ekskluzywne wydania Hellboya i BPRD. Teraz gdy mnie o to zapytałeś, zacząłem się zastanawiać, czy chęć zrobienia komiksu nie naszła mnie właśnie po lekturze tych wydań. W przeciwieństwie do tego, co opublikował Egmont, owe "library editions" wyglądają jak albumy z reprodukcjami obrazów. Są wielkie, ciężkie i pachną wspaniałym gatunkiem farby drukarskiej. Chyba właśnie leżąc na kanapie wieczorem, ze słabym snopem lampki halogenowej oświetlającej genialne rysunki Mignoli zapragnąłem zrobić własny komiks. Ale nie jestem pewien czy to było właśnie to. Nigdy nie starałem się szukać na siłę źródeł inspiracji.
W każdym razie napisałem scenariusz "Umarłem na Gibraltarze". Rzecz opowiadającą o dramacie Polski i jednocześnie jednej z największych zagadek XX wieku. Książki lepszej niż Tadeusz A. Kisielewski, którego miałem zaszczyt poznać osobiście, rzecz jasna nie napiszę. Filmu nie nakręcę, bo nie umiem kręcić filmów, poza tym tam trzeba dowodzić setką ludzi. Komiks jest idealnym medium do opowiedzenia takiej historii. Wiedziałem to i dlatego pisałem. Zajęło mi to około trzech miesięcy. Działałem wieczorami, bo za dnia synek zwykle przejmował komputer i oglądał "Maszę  i niedźwiedzia" na YouTube.
Na Tomka Kleszcza trafiłem przez Internet. Potem spotkaliśmy się w Łodzi na festiwalu komiksowym. Tomek ma trzy ogromne zalety: pali się do rysowania, potrafi to robić i jest niezwykle pracowity i terminowy. Tak, tak, to nie żart. Terminowy. Słowo w niektórych kręgach całkowicie wyśmiewane a w najlepszym razie nierespektowane.
Uzgodniliśmy koncepcję całości, Tomek na próbę narysował scenę w londyńskiej palarnii opium i wówczas zobaczyłem, że to jest właściwy człowiek. Oczywiście, nasza współpraca nie była idyllą, ale założenie było proste: ten komiks musi zostać ukończony w założonym terminie i zostać narysowany na dobrym poziomie. Jesteśmy już prawie na finiszu naszej drogi. Czekają nas jeszcze tylko poprawki, redakcja, skład, no i druk. Zaraz minie rok od rozpoczęcia przez nas wspólnej pracy. Nie wiem ile roboczogodzin poszło łącznie na to, żeby ta historia ożyła, ale na pewno więcej niż 2000, może nawet bliżej 3000. Koniecznie w tym momencie trzeba wspomnieć o naszym koloryście, Mariuszu Topolskim, który też wyciska siódme poty, żeby wszystko wyglądało jak należy.
W przelocie zająłem z Pawłem Piechnikiem trzecie miejsce w konkursie na pełen album zorganizowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego, z historią zatytułowaną "Mamy dużo czasu". W praktyce był to mój komiksowy debiut.
Premiera "Umarłem na Gibraltarze" planowana jest na październik. Dalsze szczegóły będziemy podawać w kolejnych tygodniach. Na razie jestem w siódmym niebie, bo rozmawiałem wczoraj telefonicznie z jednym z dwóch największych polskich rysowników, który po przeczytaniu wersji roboczej pochwalił nas komiks. Mój rysownik, Tomasz Kleszcz, skomentował to krótkim "Niech się dzieje".
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "kibicujemy komiksiarzom" jest Rafał Szłapa

sobota, 21 czerwca 2014

Rag & Bones

Pomysł na ten komiks wziął się od Kaśki, a pojawił się w związku z zaproszeniem jej na festiwal komiksowy w Luksemburgu. Organizatorzy poprosili ją o przywiezienie ze sobą swoich anglo bądź francuskojęzycznych komiksów. A takich nie miała. No więc trzeba zrobić. Początkowo sama miała zająć się scenariuszem, ale ostatecznie (dokładnych okoliczności nie pamiętam) stanęło na tym, że ja go napiszę. Nic nie obiecuję, ale spróbuję. Pisanie scenariuszy na zawołanie nie jest moją domeną, ale kiedy Kaśka przedstawiła mi zarys swojego pomysłu - wsiąkłem. Wśród ogólników, które podała byli główni bohaterowie, postapokaliptyczna sceneria, motyw zapomnianego przez ludzi przeznaczenia przedmiotów, gość z czajnikiem na głowie i tytuł: "Rag& Bones".
I właściwie ten tytuł wystarczył, żeby przez bity tydzień dudniła mi w głowie naprędce ułożona piosenka, składająca się z jednego wersu: "Rag&Bones, dum dum dum, Rag&Bones". Nuciłem ją wszędzie, będąc przekonanym, że w końcu zaprocentuje to scenariuszem, który sam napisze się w mojej głowie. "Rag&Bones, dum dum dum, Rag&Bones"... Dopiero później odsłuchałem piosenkę, która zainspirowała Kaśkę - "Rag and Bones" zespołu The White Stripes. Z całym szacunkiem dla kapeli - moja nuta była lepsza. Po tygodniu dudnienia w głowie siadłem i zacząłem pisać. No i napisałem. I byłem bardzo zadowolony z efektu. Coś, co miało być pretekstowym i wymuszonym pomysłem, ewoluowało do czegoś, co chciałbym pisać dalej. A moje chcenie pisania dalej zostało wzmocnione żywiołową reakcją rysowniczki, która wypowiedziała się następująco: "Przeczytałam, zakochałam się. Narysuję to i mogę umrzeć."
Mam nadzieję, że też zakochacie się w tym komiksie, bo z ilustracjami Kaśki wygląda świetnie. I że nie pozwolicie jej umrzeć, bo choć zeszyt, który pojawi się już niebawem jest zamkniętą historią, pomysłów na jego rozwój mamy sporo. Dzisiaj prezentujemy kilka kadrów i grafikę autorstwa Daniela Grzeszkiewicza, która znajdzie się w galerii (razem z kilkoma innymi). Tutaj znajdziecie pierwszych pięć stron w wersji polskiej i angielskiej. Jeśli poczujecie, że te klimaty mogą się Wam spodobać i że macie akurat przy sobie 14 złotych, wyślijcie mejla o jakiejkolwiek treści (na przykład: "chcę") na adres ragandbonescomic@gmail.com. Wszystkim zamawiającym w przedsprzedaży wrysujemy i wpiszemy dedykacje. Chyba, że ktoś nie lubi jak mu się bazgrze po komiksach. Wtedy oszczędzimy.

piątek, 20 czerwca 2014

Przeczytane (01)

"Przeczytane" to rubryka, która powstała na łamach xerowanego "Ziniola" kilkanaście lat temu. Wówczas twierdzono, że "walimy w niej we wszystko, co się rusza". Dział na krótko powrócił do drukowanej wersji magazynu, nigdy natomiast nie pojawił się w jego mutacji internetowej. Do dzisiaj. Zainspirowany działem "Varia" Kuby Jankowskiego na Polterze oraz popularnością krótkich facebookowych notek, uruchamiam: przegląd komiksów w krótkich niekoniecznie-recenzjach.
"Do narysowania zostały trzy-cztery strony po których przyjdzie czas na wymyślenie co tak w zasadzie ma się znajdować w dymkach. Prościzna." - gdyby te słowa Łukasza Mazura dotyczące finiszu prac nad jego debiutanckim komiksem wziąć na poważnie, to po lekturze "Planety uciętych kończyn" należałoby przyznać mu status geniusza komiksu. Śmiem jednak twierdzić, że popularny Łazur troszkę się naigrywał i miał wszystko dokładnie zaplanowane. Ex-dowodzący Kolorowych Zeszytów, wielki fan Erika Larsena i 1/3 ekipy ATY zeszytem wydanym pod szyldem "Rok komiksu głupiego" zaskoczył w bardzo pozytywny sposób, wykorzystując wszystko co wie na temat patentów, chwytów i ciosów, wykształconych przez lata w komiksie amerykańskim. Czytelniku! Ten komiks nie jest kolejną lecącą na łatwiznę parodią superbohaterów. Nie jest też nieudaną próbą przeniesienia tychże na grunt polski. "Planeta uciętych kończyn" jest świadomym, polanym popowym sosem dziełem człowieka, który wie o co chodzi i tę wiedzę wykorzystuje w praktyce.
Czytając pierwszy (mam nadzieję, że nie ostatni) odcinek "Opowieści niestworzonych" czułem się jakbym czytał semikowego "Spidermana" nr 5/95 (proszę nie sprawdzać w archiwach, to był strzał). Łazur prowadzi narrację tak, jak mógłby to robić David Michelinie, gdyby potrafił pisać. W przepiękny sposób dba o drugi plan (spójrzcie co robi żona głównego bohatera na drugiej planszy), powodując, że ten drugi plan żyje i też opowiada historię. A sama historia dotyczy Petera Parkera (zbieżność personaliów z bohaterem Marvela przypadkowa) czyli Człowieka-Rakiety i jego sidekicka - Orbitera, w świecie niesuperbohaterskim znanego jako Bruce Wayne (zbieżność personaliów z bohaterem DC przypadkowa). Panowie reagują na wezwanie prezydenta i lecą na planetę Sumatran, by odzyskać jego córkę. Tam czeka ich nieznane i niezbadane. I jeszcze takie, po którym nic już nigdy nie będzie takie samo.
Łazur średnio umie rysować, ale świetnie rozumie język komiksu i wykorzystuje go na kartach "Planety". Kiedy trzeba, stosuje ten sam układ kadrów, gdy zachodzi taka potrzeba stawia na planszy dominantę, stosuje różnorodne kadrowanie. Potrafi pięknie skoordynować graficznie scenę walki bez pokazywania walki, a gadające głowy bez gadających głów. No i to zakończenie! "Planeta uciętych kończyn" to wielka niespodzianka i świetna robota. Oczami wyobraźni widziałbym Łukasza Mazura odbierającego nagrodę za najlepszy komiks 2014 roku na Festiwalu Komiksowa Warszawa. Widziałbym, ale niestety, sądzę, że Łukasz będzie stał poza fleszami fotoreporterów. Ale stał będzie wesoły i cieszący się z sukcesu kolegi. Bo statuetkę, splendor i kupę forsy sprzątnie mu sprzed nosa Mateusz Skutnik. 
"Blaki: Czwórka" to powrót bohatera, który miał się już nie odzywać. Decyzja o reaktywacji serii okazała się jedyną słuszną decyzją. Do samego wskrzeszenia nawiązał zresztą autor na dwóch pierwszych planszach albumu - planszach, które rozłożyły mnie na łopatki i zostały w głowie po dziś dzień (na pewno też zadomowią się w niej na dłużej). Tak eleganckiego i konkretnego wejścia nie miał w polskim komiksie chyba jeszcze nikt. 
A - uwaga! - dalej jest jeszcze lepiej. Skutnik, jak to u Blakiego, komiksuje o codzienności - relacjach z rodziną, wychodzeniu do sklepu po bułkę tartą, śmierci, fakturze mchu. Do lektury komiksu zaprasza czytelnika jak dobrego kolegę... Wróć! To czytelnik wprasza się tym razem do świata Blakiego. A na standardowe "Co słychać?" dostaje odpowiedź zagłuszoną dziecięcym świergotaniem. "Czwórka" to ukomiksowiona szczera i wielka radość z ojcostwa. Bohater przedstawiony jest jako troskliwy, mający swoje wątpliwości, kochający rodzic, taki sam jak ja, ty i pewnie jeszcze kilku innych gości. Dzieło Skutnika jest totalnie osobiste, a jednocześnie tak uniwersalne, że podczas lektury nie opuszczało mnie wrażenie, że czytam swoje własne przygody.
Skutnik jako twórca posiada cechę, której pewnie zazdroszczą mu wszyscy scenarzyści w Polsce: nie przegaduje swoich komiksów, nie zasypia ich niepotrzebnymi tekstami... on pisze obrazami. W przypadku "czwórki" są to obrazy czarno-białe, za którymi jako fan twórczości autora tęskniłem. Jeśli również tęskniliście, to tutaj macie czarno-białego Skutnika w najwyższej formie. Osobiście do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze skutnikowej kulfoniastej czcionki, ale w obliczu tak wielkiego komiksu (jak również pewnych obowiązujących standardów estetycznych) jestem w stanie zaakceptować tę, która jest.
Jedyne, co w "Blakim" mi się nie podoba, to okładka. Z drugiej strony, taka była koncepcja autora, więc milknę. Zresztą jest inna, niż okładki poprzednich tomów. Bardzo inna.
Pewnie znowu znajdą się tacy, co będą twierdzić, że Skutnik nie umie rysować, ale hej! nawet ci, którzy potrafią idealnie i w najmniejszym szczególe odwzorować monetę nie podskoczą mu w kwestii rozumienia języka komiksu i stosowania tego języka w praktyce. 

"Blaki. Czwórka" to ekstraklasa komiksu światowego. Co ważne, komiks ukazał się również w wersji angielskiej. I bardzo dobrze. Teraz zasłużone pochwały będą mogły spływać z najdalszych zakamarków świata (w związku z czym żywię nadzieję, iż wydawca zdecydował się na nakład z co najmniej sześcioma zerami na końcu). Panie Skutnik, kłaniam się nisko, bo przez te 60 stron bawiłem i wzruszałem się bardzo intensywnie.
"Opowieści niestworzone:Planeta uciętych kończyn". Autor: Łukasz Mazur. Wydawca: Wydawnictwo ATY, 2014. Komiks można nabyć tutaj: Incal
"Blaki: Czwórka". Autor: Mateusz Skutnik. Wydawca: Centrala, Poznań 2014. Komiks można nabyć tutaj: Sklep Gildia.pl, Incal