Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

poniedziałek, 25 czerwca 2018

The Nobody - Jeff Lemire

Jeff Lemire opowiada historię niewidzialnego człowieka, więc wszelkie wycieczki porównawcze do H.G. Wellsa są usprawiedliwione. Oto niejaki John Griffen (kiedyś podobno naukowiec) przyjeżdża do Large Mouth i mimo tego, że nie szuka towarzystwa, w pewien sposób zaprzyjaźnia się z Vickie. Griffen owinięty jest w bandaże i nosi gogle.

Ta prosta historia dzieje się w małym miasteczku, „Home of the World’s Biggest Bass. Population 754”. Nie ma tu zbyt wiele do roboty, więc kiedy zjawia się nieznajomy, z miejsca staje się obiektem zainteresowania. Z powodu utrzymywanej wokół siebie aury tajemniczości, zainteresowanie wkrótce ewoluuje w kilku kierunkach i dzieli mieszkańców Large Mouth. W takiej atmosferze dalszy rozwój wypadków jest raczej przewidywalny (jakaś tragedia, jakieś duchy z przeszłości ścigające Griffena, etc.) i Lemire nie zaskakuje niczym specjalnym. Jest jednak coś, co sprawia, że ten komiks Lemire’a, choć nie wciąga jak Essex County i nie wali w łeb jak Czarny Młot, zaciekawia i na czas lektury satysfakcjonuje.

The Nobody nie ukazywał się w częściach, w „zeszytówkach”, i chociaż jest podzielony na rozdziały, to jednak nie wybieram żadnego konkretnego, żeby zwrócić na niego Waszą uwagę. Elementy, które zdobią The Nobody, to mniejsze całości: wizualna klamra, która pokazuje nicniedzianie się w Large Mouth (koniecznie porównajcie sobie pierwszą i ostatnią stronę komiksu; koniecznie zwróćcie uwagę, jak między pierwszą i ostatnią planszą sygnalizuje się zmianę pór roku!); okładki kolejnych rozdziałów, które nawiązują do taniej literatury grozy; pomysł Griffina na morderstwo doskonałe; kilka świetnych kompozycji plansz, które pięknie wpływają na nasze doświadczenie z lektury (np. te z elementem powiększonych „oczu” różnych postaci, z których zbliżeń tworzą się pełne napięcia sekwencje), etc.

Komiks zdaje się napisany i opowiedziany „nijako”, bo jest o nikim. Poszukajcie jednak na planszach detali i chłońcie atmosferę małego miasteczka. Być może tyle wystarczy, żeby dobrze wspominać pobyt w Large Mouth, „Home of the World’s Biggest Bass. Population 754”.
(Kuba Jankowski)
"The Nobody". Autor: Jeff Lemire. Wydawca: DC Vertigo, lipiec 2009.

niedziela, 24 czerwca 2018

Ziniol nr 53 - zapowiedź i przedsprzedaż

Dziś, 24 czerwca, Peter Milligan obchodzi urodziny. Wszystkiego najlepszego, Peter! Ta szczególna okoliczność to świetna okazja do podzielenia się kilkoma niezłymi niusami:
Po 9 latach Peter ponownie odwiedzi Polskę. Będzie gościem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi w dniach 14-16 września 2018 roku.
W związku z tym faktem, podczas MFKiG do sprzedaży trafi nowy, 53. numer Ziniola. Znajdzie się w nim stworzony specjalnie na potrzeby naszego magazynu komiks Ostatnia powieść Jamesa Joyce'a, narysowany do scenariusza Petera Milligana przez Daniela Chmielewskiego. Ponadto, Z#53 zawierał będzie bogaty blok publicystyczny poświęcony pracom Milligana. A na okładce znajdzie się rysunek wieloletniego współpracownika scenarzysty - Brendana McCarthy'ego. Będą również komiksy polskich autorów - ich nazwiska ujawnimy niebawem.
Ziniol nr 53 zostanie wydany jak za dawnych lat - własnym sumptem jako 32-stronicowy czarno-biały zeszyt z kolorową okładką. Cena: 12 złotych (z odbiorem na MFKiG), 20 złotych (wysyłka). Nakład: limitowany. Przedsprzedaż (trwa do 1 sierpnia): ziniolzine@gmail.com

UWAGA! Do Ziniola można sobie oczywiście dorzucić egzemplarz Dolores!

Weird War Tales #4

Zeszytowe antologie tematyczne pojawiały się od czasu do czasu w imprincie dla dojrzałych czytelników. Był horror (Flinch), western (Weird Western Tales), sprawy sercowe (Heart Throbs), była także wojna. Warto nadmienić, że dziwne historie przesycone wojenną treścią miały swój vol. 1, wydawany przez DC Comics w latach 1971-83 i zamykający się w 124 zeszytach. Edycja Vertigo składała się z czterech odcinków wydanych w roku 1997. 
Na łamach czwartego numeru Weird War Tales spotkali się Peter Milligan, Duncan Fegredo, John Ney Rieber, Danijel Zezejl, Neal Barrett Jr. oraz Phil Winslade, a świetną okładkę przygotował George Pratt. Trzy historie zawarte w niepozornym zbiorku nie trzymają równego poziomu. Jest tu wzlot, niewielki upadek i solidny constans.
Peter Milligan w krótkich formach spotykał się z Duncanem Fegredo znacznie rzadziej niż w dłuższych, lecz kiedy już do współpracy dochodziło, efekt był co najmniej przyzwoity. Znajdująca się w omawianym numerze serii historia War & Peas jest moim ulubionym szorciakiem tego duetu. Takim, którego można zapętlić jak dobrą piosenkę. Jest tu pewien śmieszek ukryty w tytule: War & Peas, "he he", to prawie jak War & Piss - oba ryzykowne hasła w umyśle niewprawionego scenarzysty mogłyby posłużyć do napisania beznadziejnie zabawnej opowiastki. Milligan na 10 stronach tytułowy groszek traktuje jednak jako pretekst do historii osadzonej we współczesności, ale skupionej na odkopywaniu starych demonów i zakopywaniu nowych. Kameralna opowieść obyczajowa o starych ludziach, dramat wojenny i horror w jednym. Znakomity kawałek.
Po wzlocie czas na leciutki upadek: Bad Day on the Sajo to niespecjalnie porywająca tekstowo, ale znakomita i bogata w szczegół graficznie, krótka historia osadzona gdzieś na bitewnych polach Węgier 1241 roku. Dużo tu niewysublimowanego wyzywania od pierdzących kóz, trochę skojarzeń z Monty Pythonem i jedna szarża wśród martwych ciał. Ale graficznie jest to duży skok jakościowy - Phil Winslade nastawiał tu całe mnóstwo kresek i dostał kolorystę, który mu ich nie zepsuł (a są tacy, którzy twierdzą, że kolor zepsuł jego Goddess). Zamykające zeszyt Salvation to znów historia uciekająca od wielkiej wojny i skupiająca się na jednostkach. Swój poziom trzyma tu Danilej Zezejl, który we współpracy z Grantem Goleashem osiągnął naprawdę znakomity efekt.
Dobry zeszyt. Ma swoje tempo - od niespiesznego kawałka Milligana i Fegredo, poprzez wybuchowy wręcz epizod Winslade'a, aż po wyciszający zachód słońca Zezejla. Dobry zeszyt. Trochę też dziwny.
(Dominik Szcześniak)
"Weird War Tales" #4. Scenariusz: Peter Milligan, Neal Barrett Jr., John Ney Rieber. Rysunki: Duncan Fegredo, Phil Winslade, Danijel Zezejl. Kolor: Bjarne Hansen, Matt Hollingsworth, Grant Goleash. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1997.

sobota, 23 czerwca 2018

100 Bullets #50 - Azzarello/Risso

Który to mógł być rok? 2007? Upalne lato, wakacje, niewiele do roboty. Wtedy właśnie wpadło mi w ręce drugie wydanie zbiorcze 100 Naboi od Mandragory. Tak, zacząłem czytać „od środka”. Lubię tak czasem. Dać się rzucić w wir wydarzeń, powoli samemu dochodzić, kto jest kim, i o co tu biega. Szybko nadrobiłem resztę wydanych w Polsce tomów, ale wciąż było mi mało, a Mandragora powoli przestawała dawać jakiekolwiek znaki życia. Zacząłem więc szukać wydań oryginalnych. W zupełnie losowej kolejności dozbierałem brakujące trade’y, aż do numeru dziesiątego, po czym śledziłem „100 kulek” numer po numerze, miesiąc po miesiącu.

Widzicie, byłem trochę opętany tym komiksem. Aktówka ze spluwą i stoma nienamierzanymi nabojami przewijająca się w luźno powiązanych ze sobą historiach, które powoli tworzyły większy obraz? Kilkunastoletni ja nie potrafił sobie wyobrazić, by dało się wymyślić coś genialniejszego. Minęło kilkanaście lat i dziś dostrzegam, że Brian Azzarello w którymś momencie zaczął się trochę motać i pogubił w licznych wątkach historii, ale i tak mam ogromny sentyment do tej serii. Nauczyła mnie sporo ciekawego (i, bądźmy szczerzy, wątpliwego) angielskiego, owszem, ale przede wszystkim był to jeden z pierwszych tytułów, który uświadomił mi, jak bogatym medium jest komiks i ile da się z jego pomocą pokazać; Wcześniej miałem styczność tylko z typowym komiksem superbohaterskim, albo z „poważnymi” powieściami graficznymi.

Czemu akurat zeszyt pięćdziesiąty ze stu? Cóż, kto czytał 100 Bullets, wie, że przez 49 wcześniejszych naboi autorzy bawili się z czytelnikami stawiając za każdym razem więcej pytań, niż dając odpowiedzi. Pięćdziesiątka z kolei była poświęcona głównie odpowiedziom. Była trochę jak prezent dla wytrwałych fanów, którzy spędzali całe noce dyskutując o serii na internetowych forach. Główny wątek fabularny 100 Bullets bazował na teorii spiskowej: pokazywał Stany Zjednoczone, którymi z cieni rządziła grupa zamożnych rodzin zwana Trustem. Zawarta w 100 Bullets #50 historia Prey for Reign wyjaśniała, skąd Trust się wziął, i skąd wzięli się pilnujący w nim równowagi minutemani, a najzabawniejsze jest to, że robiła to wyjaśniając inną znaną tajemnicę historyczną, wokół której powstało przez lata multum teorii: co stało się z brytyjską kolonią Roanoke.

Historię Trustu opowiada nam Victor Ray, minuteman, którego Agent Graves „obudził” za kulisami w pierwszym zeszycie serii. Dwutorowe prowadzenie akcji to w „stu kulkach” standard: z jednej strony poznajemy dzieje Trustu, z drugiej obserwujemy konsekwencje kradzieży diamentów, w której uczestniczył Victor. Trochę jak u Tarantino, dużo gadania poprzedza tu krótką, brutalną strzelaninę. Snuta przez cały numer opowieść w przewrotny sposób zwiastuje wydarzenia, które będą miały miejsce w kolejnych pięćdziesięciu zeszytach, a ostatnie słowa Victora znajdują swoje odzwierciedlenie na ostatniej stronie finału całej serii. Wybrałem do tego tekstu 100 Bullets, bo to ważny dla mnie komiks, a historia z numeru pięćdziesiątego jest jednocześnie jednym z najbardziej mięsistych przykładów konstruowania fabuły przez Azzarello i Risso, jak również wyśmienitym podsumowaniem tego, co czytelnik już widział, jak i zapowiedzią tego, co zobaczy w 100 nabojach. Można się czepiać autorów za spadek jakości w późniejszych tomach, ale tworząc Prey for Reign byli jeszcze w szczytowych formach; Ta historia po prostu działa na każdym możliwym poziomie. 
(Mateusz Jankowski)

"100 Bullets" #50. Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Eduardo Risso. Kolor: Patricia Mulvihill. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 2004

piątek, 22 czerwca 2018

Bug (1) - Bilal

Enki Bilal znów dokopuje ludzkości. Ludzkości w przyszłości. Tym razem zabiera nas do 2041 roku, kiedy to mieszkańcy Ziemi są już ogłupiale uzależnieni od techniki i cybersfery. 
Dzisiejsze tabuny pacjentów wpatrzonych w ekrany smartfonów w autobusach to pikuś. U Bilala ilość technologicznie zaangażowanych gadżetów jest wprost proporcjonalna do ubytków nie tylko w inteligencji, ale i w podstawowym rozumieniu świata. I w tych okolicznościach przyrody w świat wpuszczony zostaje tytułowy Bug - wirus, który odcina cybersferę. Ludzie stają się bezradni. Nie potrafią komunikować się spoglądając sobie w oczy, nie potrafią sklecić zdania. Pozbawione autokorekty mechanicznych redaktorów gazety w co drugim słowie sadzą babole. 100 tysięcy ludzi zostaje uwięzionych w skomputeryzowanych windach. Rośnie panika. Młodzi ludzie, nie potrafiący żyć bez współczesnych im odpowiedników Facebooka popełniają samobójstwa. Przerwane nagle w pełni stechnicyzowane operacje powodują śmierć wielu osób. I tak dalej i tak dalej. Jednym słowem: chaos. 
Ale jak wiemy każda sytuacja bez wyjścia ma swojego Mad Maxa. I tu też jest śmiałek, a właściwie bohater mimo woli, który może stać się lekarstwem na światowy rozgardiasz. Tyle że staje się on obiektem poszukiwań wszystkich ruchów i frakcji politycznych, skrupulatnie opisanych przez Bilala. 
Bug zaczyna się jak nieznośna reklama sieci internetowej, ale już po kilku kadrach wszystko zaczyna funkcjonować jak w zegarku. Bilal gra swoimi modelami, tymi samymi twarzami co zawsze i dokładnie takimi samymi barwami, jak w kilku ostatnich albumach. Wchodzimy do jego teatru i patrzymy na jego aktorów. I na doskonałą reżyserię. I - na szczęście - na zupełnie nowy scenariusz. Komiks o totalnym globalnym zamieszaniu to dzieło (dzieło, nie produkt) ze świata, w którym Bilal funkcjonuje od wielu lat i z którego nadaje wizualne przekazy dotyczące zagrożeń czyhających na ludzkość. Jego droga artystyczna jest bardzo konsekwentna i pełna. I do pozazdroszczenia. 
"Bug". Autor: Enki Bilal. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska, 2018.

The Invisibles #12 - Morrison/ Parkhouse

Ten zeszyt to jednostrzałowiec. Odskocznia od głównych wydarzeń serii. Opowiada pozornie banalną historię kompletnie nieistotnej postaci, która pojawiła się w pierwszym odcinku serialu, ale na bank nikt o niej nie pamięta. Poza scenarzystą. 
Znakomicie narysowana przez Steve'a Parkhouse'a opowieść Best Man Fall to przekrój życia tej nieistotnej postaci. Przekrój, pokazujący, że ten bohater również miał swoją historię. Koncept dopisania życia jednemu z elementów drugiego planu Morrison ubrał w odpowiedni zabieg formalny: cała opowieść ma charakter retrospekcyjnej szatkownicy. Wraz z bohaterem niechronologicznie przechadzamy się po scenach z jego życia, zwracając uwagę na pewne elementy, odgrywające w nim istotną rolę. Aż do finałowej sceny, w której te elementy eksplodują, a my - czytelnicy - krzyczymy: "O!" lub "Gyaaa!"
Po lekturze wszystkich odcinków The Invisibles lata temu okazało się, że dziś w pamięci pozostał mi właśnie ten zeszyt. Kilka innych również, bo akurat Morrison i spółka mieli szczęście do fenomenalnych wejść. Ale ten najbardziej. 22 strony życia nieistotnej postaci i komunikat scenarzysty reżysera: Wszystko jest ważne. Każda papierowa postać ma swoje życie. Możesz zrobić coś z niczego.
Kiedy Kuba Jankowski recenzując jeden z zeszytów Skalpu, prezentujący samodzielną opowieść, nieco go skrytykował, stałem po drugiej stronie. Od razu w głowie pojawił mi się Best Man Fall. Ten komiks ma niewiele wspólnego z The Invisibles i można powiedzieć, że nie sprawdza się jako część większej całości. Ale jednocześnie, ta całość byłaby bez niego uboższa o najlepszy zeszyt serii. Czasem warto stanąć z boku, odpuścić serialowy rytm i wyjść poza kadr, by doświadczyć naprawdę fenomenalnej historii.
(Dominik Szcześniak)
"The Invisibles" vol. 1 #12. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Parkhouse. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1995.

czwartek, 21 czerwca 2018

Mesmo Delivery - Rafael Grampá (2)

Rafaela Grampę, autora komiksu Mesmo Delivery, Brian Azzarello nazywa mistrzem. Jestem bezradny wobec tego stwierdzenia i nie mam zamiaru polemizować z Azzarello, który przecież również mistrzem jest. Mesmo Delivery to komiks brutalny i nie dla wszystkich, ale rzeczywiście zrealizowany po profesorsku. 
To, jak ten gościu rysuje, ten rozmach, ta dbałość o detal w tle, jest niesamowite. Inwestując w szczegół, jednocześnie tworzy niesamowitą przestrzeń. Kadruje jak filmowiec. Komponuje plansze jak wirtuoz, potrafiący należycie wykorzystać wszystkie elementy planszy, rysunku i zawarte na nich onomatopeje. 
Frank Quitely spotyka Paula Pope’a, a Quentin Tarantino zatrudnia Elvisa Presleya do kolejnego odcinka Strefy Zmroku - tak to w skrócie wygląda. Wizualne szaleństwo fabułę ma prostą i polegającą głównie na mordobiciu, ale i tak autor świetnie kompozycyjnie rozgrywa swój album. 
Nie ma tu wielkiej filozofii - to komiks o tym, jak kierowcy ciężarówek mierzą sobie bicepsy na przydrożnym parkingu. I jeszcze o czymś. Ale nie powiem o czym. Bo jest szansa, że kiedy już Grampá odwróci waszą uwagę niesamowitymi rysunkami, ta prosta historia w paru momentach okaże się zaskakująca.
(Dominik Szcześniak)
"Mesmo Delivery". Autor: Rafael Grampá. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Bum Projekt, 2018.