Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

wtorek, 16 września 2014

Wyspa kamieni - Max/Pau/Marc Ferre

"Wyspa kamieni" to takie "Było sobie życie" w wersji archeologicznej. Bohaterowie, zamiast zgłębiać tajniki ludzkiego ciała, eksplorują osadę Son Fornes, leżącą w sercu Majorki, a autorzy pod płaszczykiem przygody przemycają mnóstwo faktów i ciekawostek związanych z tym miejscem i jego okolicami. Całość rysowana jest czystą kreską, wyróżniającą się zarówno niesamowitym rygorem i komunikatywnością, jak i dużą dozą oryginalności w porównaniu z szablonowymi komiksami osadzonymi w stylistyce cartoon.
Na album składają się dwie opowieści: "Czarny las" i "Sowia jaskinia". W pierwszej, mały Nor i jego mama Nura udają się w niebezpieczną podróż na poszukiwanie rośliny, która mogłaby zażegnać epidemię panującą w ich rodzinnej osadzie, w drugiej zaś bohaterska para wraz z wyrzuconym na brzeg rozbitkiem - druidem Mugiem - poszukują źródeł swoich wierzeń na oddalonej od ich domostw wyspie Minorce.
Perypetiom protagonistów towarzyszy szereg spostrzeżeń dotyczących życia w osadzie, tamtejszych obyczajów, wzajemnych stosunków z innymi osadami. Autorzy wgłębiają się w religijność ówczesnych mieszkańców Minorki i Majorki, szukając w nich punktów wspólnych, ale również badają zabobony i ukazują podejrzliwość osadników w konfrontacji zarówno z czymś nowym, jak i tym, co dawno temu zostało przez nich pogrzebane w pamięci. Ze stron komiksu nie bije jednak dydaktyzm i łopatologia. Wiedza przemycana jest w dialogach, rysunkach i postępowaniu bohaterów, a nie w napchanych tekstem ramkach faktograficznych. Skutkiem tego, "Wyspę kamieni" określić można mianem idealnego komiksu edukacyjnego dla dzieci. 
Podobnie udanym mariażem nauki z rozrywką jest na przykład cykl komiksów Tomasza Samojlika, zapoczątkowany publikacjami Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk. Zresztą "Wyspa kamieni" ma również swojego "odgórnego" zleceniodawcę i współscenarzystę, jakim jest Muzeum Archeologiczne w Son Fornes. Mając na uwadze przybliżanie archeologii ludziom, przedstawiciele tej instytucji zainicjowali program dydaktyczny, w ramach którego powstał również omawiany komiks. Interesującą i bogato ilustrowaną historię powstania "Wyspy kamieni" okiem Cristiny Rihuete Herrada znaleźć można na końcu albumu.
Zważywszy na "okoliczności graficzne" powstawania rzeczonego komiksu, "Wyspę kamieni" uznać można za idealną kooperację dwóch rysowników. Znany w Polsce z wydanej z okazji Polskiego Dnia Darmowego Komiksu "Sagi o Atlasie i Axisie" (którą polski wydawca w pełniejszej wersji planuje opublikować w okolicach lutego/marca 2015 roku) Pau oraz jego bardziej doświadczony kolega - guru hiszpańskiego komiksu, podpisujący się pseudonimem Max - podzielili zakres swoich obowiązków: w pierwszej części Max zajął się storyboardem i postaciami, a Pau - tłami, w drugiej natomiast panowie zamienili się rolami. Efekt? Album bardzo spójny i konsekwentny, z naprawdę niewielkimi różnicami w warstwie graficznej. Ponadto, "Wyspa kamieni" to dynamiczne nawiązanie do czystej kreski, dbałość o drugi plan i udana rysunkowo-tekstowa lekcja historii.
Akcja przemycenia archeologii do komiksu została zakończona powodzeniem. "Wyspa kamieni" bawi, uczy, rozśmiesza, zaciekawia i wciąga wykreowanym przez rysowników światem. Tego typu produkcje powinny z marszu lądować na liście lektur szkolnych.
"Wyspa kamieni". Scenariusz wyjściowy: Marc Ferre. ostateczny scenariusz: Marc Ferre i Muzeum Archeologiczne w Son Fornes. Rysunki: Max i Pau. Tłumaczenie: Jakub Jankowski. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2014.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl, Incal

poniedziałek, 15 września 2014

Wieże Bois-Maury: Sigurd - Hermann

W "Sigurdzie" zapędy Hermanna ku łączeniu średniowiecznej obyczajowości z realizmem magicznym dają o sobie znać z siłą większą, niż w "Reinhardzie" i "Germainie" razem wziętych. Szósty tom "Wież Bois-Maury", poprzez swój niedopowiedziany klimat, wylewający się z kadrów mrok i absolutnie arcymistrzowską kreskę zaliczyć można do najlepszych dokonań belgijskiego artysty.
Już w znakomitej "Aldzie" Hermann rozpoczął wręcz niezauważalny, subtelny proces zapoznawania się czytelnika z Aymarem de Bois-Maury - bohaterem, który wprawdzie gra główną rolę w historii poszukiwania tytułowych wież, lecz częstokroć pojawia się w albumie na moment, zrzucając całą uwagę odbiorcy na tytułowe postaci. Jak się okazuje, owi bohaterowie z drugiego planu i ich relacje z Aymarem służą budowaniu postaci błędnego rycerza, ukazując zarówno jego szlachetność, jak i upór, a przede wszystkim - dążenie do celu wbrew przeciwnościom losu i według zakodowanego w głowie obrazu. Aymar, aspirujący do odbicia rodzinnych wież Bois-Maury, brnie ze swoim giermkiem przez mniej lub bardziej znane ziemie. W przypadku "Sigurda" napisać, że "przeżywa przygody" byłoby lekkim nadużyciem, bowiem zdarzenia z pogranicza snu i jawy, jakich doświadcza, nie są przygodami sensu stricte. To impresje, ułudy, gry pozorów, które niewprawnemu twórcy pozwoliłyby stworzyć stereotypową serię awanturniczo-przygodową, zaś w dłoniach mistrza posłużyły do wykreowania fantastycznej wizji starego świata.
Aymar z pozycji świadka zdarzeń ("Babette") i cichego pomocnika ("Alda") w "Sigurdzie" jawi się jako archetypowy wybraniec. Jego przybycie do objętej klątwą osady zbiega się z pojawieniem się w niej białego rumaka i statku-widmo. Błędny rycerz będzie musiał doświadczyć zdarzeń, udostępnionych tylko jego oczom i stoczyć bój o odkupienie przodków bez wiary. Z drugiej strony, czeka go bardzo życiowa rozprawa z wyszczekanym rycerzem Jocelynem de Courcy, znającym odpowiedzi na pytania, których Aymar nie chce zadać. A wszystko to przy akompaniamencie ówczesnych realiów - rozmów o chrześcijaństwie i czasach pogańskich prowadzonych przy biesiadnych stołach oraz częstokroć drastycznych relacjach na linii giermek-pan.
Prace Hermanna cieszą oko zarówno w rozmiarze planszy, jak i w powiększeniu (wspaniałe wyklejki na wewnętrznych stronach okładki!), a wszyscy, którzy narzekali na jakość kolorów w poprzednich tomach, nasyceniem barw w "Sigurdzie" powinni być usatysfakcjonowani. Mistrzowska kreska belgijskiego rysownika robi niesamowite wrażenie zwłaszcza w nocnych scenach oraz finałowej batalii w scenerii zamczyska i gruzu.
W dotychczasowych tomach, Hermann umiejętnie splatał ze sobą losy kilku postaci i choć kilkoro z nich doczekało się już rozliczenia z serią, pozostali tacy, których pojawienia możemy się jeszcze spodziewać. Zakończenie "Sigurda" jasno pokazuje jaki będzie cel podróży w kolejnym tomie - Ziemia Święta. Towarzyszem Aymara będzie tym razem debiutujący w "Sigurdzie" William, imieniem którego zatytułowany został siódmy odcinek serii. 
Po dłuższej przerwie, Wydawnictwo Komiksowe ruszyło z publikacją kolejnych albumów w tempie podobnym do pierwszych pięciu tomów. W chwili, gdy piszę te słowa, "William" jest już dostępny, a 15 stycznia 2015 roku na rynku zadebiutuje dziesiąty tom "Wież". Rewelacyjna seria w rewelacyjnym tempie i rewelacyjnej jakości. Czego chcieć więcej?
"Wieże Bois-Maury (tom 6): Sigurd". Autor: Hermann. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, Incal

sobota, 6 września 2014

Patronujemy: Postapo: Najpierw słychać grzmoty

"Generalnie to ja już nie chcę robić szorciaków. To znaczy chcę, bo to fajne w ogóle robić komiksy ale chciałbym jednak zajmować się pełnymi metrażami." - pisał niemal 4 lata temu w ziniolowym "Kibicowaniu" Daniel Gizicki. Śląski scenarzysta miał już wówczas gotowych kilka scenariuszy, jednak rysownicy albo nie dawali znaków życia (jak w przypadku "Gillesa McCabe"), albo ich nie było (jak w przypadku "Postapo"). W związku z tym Daniel wystosował apel do rysowników, rozpoczynający się od słów: "jeśli czytasz te słowa, zainteresował Cię mój projekt i chciałbyś spróbować swoich sił to zapraszam. Nie dam gwarancji, że ktoś to wyda, że dostaniesz jakiekolwiek pieniądze za swoją pracę. Stawiam uczciwie sprawę - poszukuję osoby, która włoży w "Postapo" tyle serca ile może (czyt. tyle, ile ja) licząc po cichu, że to zaprocentuje i że jakieś fajne wydawnictwo przyklepie ten projekt. Być może to naiwne, ale co z tego?" 
Co z tego? Zgłoszenia od rysownika Krzysztofa Małeckiego i wydanie pierwszego tomu "Postapo". Akces rysowniczki Barbary Okrasy i zrealizowanie dwóch albumów "Gillesa McCabe'a" (z czego jeden został opublikowany). I widoczny wkład serca w tę robotę ze stron wszystkich, którzy maczali w niej palce. Krok po kroku, nienachalnie, Daniel Gizicki dopiął swego. A jako, że pracom nad "Postapo" Ziniol kibicował, jak również objął patronatem pierwszy tom tej (miejmy nadzieję) długiej opowieści, to samo robimy z drugim, zatytułowanym "Najpierw słychać grzmoty", który pojawi się w sprzedaży podczas zbliżającego się Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Album będzie miał zbliżoną objętość do poprzedniego, złożą się na niego cztery rozdziały (1. "Jedźmy na wycieczkę!", 2. "Jak widzisz swoją przyszłość, synu?", 3."Najpierw słychać grzmoty", 4. "Po burzy") i epilog ("Biel"). Zestaw twórców pozostaje ten sam, za wyjątkiem autora kolorów na okładce - Tomasza Grządzielę zmienił w tej roli Robert Sienicki. Album zostanie wydany przez Dolną Półkę, a jeśli wszystko się powiedzie - jednocześnie doczekamy się dodruku części pierwszej. 
A o tym, co znajdziemy wewnątrz albumu i jaka przyszłość czeka serię, autor scenariusza mówi tak: "Dojdą nowi bohaterowie, będzie nieco retrospekcji z normalnego życia, trochę akcji ale i survivalowego obyczaju. Ponadto planuję niewielkie spin-offowe antologie zbierające szorciaki, rysowane przez innych rysowników (kilku już potwierdziło swój udział, jeden - narysowany przez Grześka Pawlaka - jest już gotowy), które pokazywałyby losy ludzi w innych miejscach w kraju. Takie uzupełnienie świata "Postapo". Chciałbym, żeby taka antologia ukazywała się raz w roku, pomiędzy albumami głównej serii. Przewiduję objętość takich antologii na max. 30 stron".  
Tym ambitnym planom Ziniol kibicuje, trzymając kciuki za autorów.

czwartek, 4 września 2014

Saga: Tom pierwszy - Vaughan/ Staples

Zazwyczaj docenia się zakończenia. "Saga" Briana K. Vaughana i Fiony Staples nie jest tu co prawda wyjątkiem, bo finał ma całkiem niezły, podobnie zresztą jak i punkty kulminacyjne poszczególnych rozdziałów, ale najszybciej rzucającym się w oczy powiewem świeżości jest w tym komiksie fantastyczna plansza otwierająca. Zabawna, oryginalna, prawdziwa i pozwalająca na gładkie wejście w lekturę.
Wspaniałemu początkowi wtóruje środek - jest rozmach, kosmos, tajemnicza mapa, baśniowo nazywające się miejsca, zwalczające się rasy, paskudne czarne charaktery, seks, przemoc, cliffhangery i wykrywający kłamstwa kot.
Tę epicką historię poznajemy z perspektywy nowo narodzonej dziewczynki, której rodzicom towarzyszymy w podróży przez świat ogarnięty wojną. Składająca się z przedstawicieli dwóch ras oraz powstałego z ich połączenia bękarta rodzina, podatna na oskarżenia o zdradę z każdej ze stron, znalazłszy starą mapę, wyrusza w poszukiwanie szczęścia do Rakietowego Lasu, który wydaje się być przepustką do opuszczenia miejsca będącego centrum niekończącego się konfliktu. Na drodze stają im: operujący wysublimowanym słownictwem książę Robot IV oraz najemnicy: Uparty i Zaczajona. Rozpoczyna się intryga, w którym największą wartością jest życie dziecka.
Brian K. Vaughan wykreował mnóstwo fantastycznych światów, mogących swobodnie posłużyć producentom hollywodzkich filmów do stworzenia superprodukcji. Te światy byłyby jedynie pustymi sceneriami, gdyby nie twarde charaktery głównych bohaterów oraz relacje między nimi, które w większości co prawda dopiero raczkują, ale już dają słodką obietnicę rozwinięcia w kolejnych tomach sagi. Jak wspomniałem, większość poczynań implikowana jest dziećmi - troską o ich dobro i walką o ich bezpieczeństwo. W pewnym sensie jest to temat łączący poczynania antagonistów i protagonistów. Z jednej strony mamy naturalny matczyny lęk o los noworodka, z drugiej zaś mocne, piętnujące pedofilię stanowisko jednego z - wydawałoby się - bezwzględnych, okrutnych i zdolnych do wszystkiego bohaterów. Świat przedstawiony na kartach komiksu to świat, który jednocześnie pyta o sens sprowadzania nań dzieci, jak również taki, w którym niektórzy usilnie i bezrefleksyjnie starają się o potomstwo. Wszystko zależne jest od wysokości siedzenia.
"Saga" jest brutalna. Bohaterowie klną na lewo i prawo, krew zalewa kadry,  podobnie zresztą jak golizna. Spod tej ostrej i wulgarnej otoczki spozierają jednak prawdziwie piękne wartości, dlatego ten komiks pochłania się lubieżnie szybko, zastygając w bezruchu przy każdym zawieszeniu akcji na końcu rozdziału i żałując, że to już koniec przewracając ostatnią stronę.
Fiona Staples ma tę niezwykle potrzebną podczas rysowania długich historii cechę, że zamiast cyzelowania każdego kadru, wytwarza je sprawnie, nie tracąc przy tym na jakości. Tła są raczej umowne, postaci momentami wyglądają jakby były w nie wklejone. I dobrze. Bo to komiks nie do oglądania, a do chłonięcia. Idealna współpraca tekstu z rysunkiem.
"Saga" zaliczyła świetny start zarówno pierwszą stroną, jak i całym tomem. Kolejny album serii polski wydawca zaplanował na marzec 2015. Sądzę, że do tego czasu fanów tego komiksu przybędzie i trzeba będzie pomyśleć nad szybszym cyklem wydawniczym...
"Saga: Tom pierwszy". Scenariusz: Brian K. Vaughan. Rysunki: Fiona Staples. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Mucha Comics, Warszawa 2014.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl, Incal

środa, 3 września 2014

Wonder Woman: Krew - Azzarello/ Chiang/ Akins

Egmontowska kolekcja "Nowe DC Comics" od momentu swojego startu przeżywa zarówno wzloty, jak i upadki. Do tych pierwszych zdecydowanie zaliczyć można pisaną przez Briana Azzarello i rysowaną przez Cliffa Chianga oraz Tony'ego Akinsa serię o Wonder Woman. Premierowy tom historii, zatytułowany "Krew" - według informacji z tylnej strony okładki - zebrał dużo pochwał za oceanem. Zasłużenie.
Azzarello przypomina tu siebie z czasów "100 naboi" - świetnie operuje słowem, błyszczy liniami dialogowymi, stosuje mocne zawieszenia akcji i opowiada o tym, o czym zapewne fani Wonder Woman (zarówno ci nowi, jak i weterani) chcieliby przeczytać: sięga do narodzin bohaterki i weryfikuje legendę o jej "glinianym rodowodzie". Angażując w historię cały zastęp greckich bogów, pomija tego najważniejszego, który zaginął/ zniknął/ zrezygnował ze stanowiska (niepotrzebne skreślić). I być może jest to porównanie na wyrost, ale podczas lektury "Krwi" na myśl przychodziły mi główne założenia starych i uznanych vertigowskich serii - poszukiwanie boga w "Preacherze" oraz więzi boskiej rodziny z "Sandmana". 
Azzarello, podobnie do Gartha Ennisa nie przebiera w słowach i nie boi się odsłonić ciała bohaterek, a w stylu Neila Gaimana historiami zwykłych ludzi opowiada o bogach. W "Krwi" tą zwykłą, szarą myszką jest Zola - młoda dziewczyna, która zyskuje najpierw ochronę Hermesa, a następnie samej Wonder Woman z prostej przyczyny: nosi w sobie dziecko Zeusa. Aby uchronić dziewczę przez zaborczą i nieznającą kompromisów żoną boga - Herą, bohaterowie przemycają ją na Rajską Wyspę, siedzibę Amazonek. I tam właśnie zaczynają się kłopoty. Solidnie napisane i świetnie narysowane kłopoty.
Od momentu swojego startu w amerykańskim biznesie komiksowym, Cliff Chiang nieznacznie zmienił swój styl. Z ascezy i minimalizmu przeskoczył na stronę nieco większego przywiązania do szczegółu, pozostawiając charakteryzujący go od zawsze dynamizm. Drugi z rysowników - odpowiedzialny za dwa ostatnie zeszyty omawianego zbioru Tony Akins - nie spisał się tak dobrze jak kolega, będąc od niego o kilka klas gorszy. Niemniej jednak, możliwość podziwiania stylu Chianga przez pełne cztery rozdziały rekompensuje to w zupełności. Kilka rysowanych przez niego scen zostaje w pamięci. 
Wonder Woman, choć nie jest najpopularniejszą postacią uniwersum DC i choć do jej przygód można podchodzić jak do jeża (ja podchodziłem), w ujęciu Azzarello i Chianga zyskuje bardzo dużo. "Krew" to nadspodziewanie dobrze napisany komiks, przywołujący ciekawe inspiracje, posiadający w sobie duże stężenie dawnego klimatu imprintu Vertigo  i dający nadzieję na solidną popową serię. Na ciąg dalszy czekam z jak największym zainteresowaniem. 
"Wonder Woman: Krew". Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Cliff Chiang, Tony Akins. Tusz: Dan Green. Kolor: Matthew Wilson. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2014.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl, Incal

wtorek, 2 września 2014

Pięć tysięcy kilometrów na sekundę - Fior

Pisanie o komiksach pokroju "Pięć tysięcy kilometrów na sekundę" jest o tyle trudne, że choć ich lektura otwiera w głowie mnóstwo furtek, to jednak nie sposób prześlizgujących się przez nie myśli przenieść na papier w odpowiedni, przystający do poziomu komiksu sposób. Łatwiej popaść w tani banał lub nabić odpowiednią ilość recenzenckich znaków regularnym przywoływaniem długiego tytułu rzeczonego dzieła, niż wykrzesać coś, co mogłoby oddać istotę rzeczy.
Bo co można oryginalnego napisać o prostej historii miłosnej, angażującej trzy osoby, dziejącej się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, osadzonej w plenerach włosko- norwesko- egipskich? Że jest piękna i okrutna zarazem? Że opowiada o chwilach uniesień i ostatecznym braku spełnienia? Że podszyta jest lekką erotyką i humorem? To banały. Że płynie się przez nią tak, że czas przestaje mieć znaczenie i znienacka orientujemy się, że przewróciliśmy ostatnią kartkę? Że przedstawia młodzieńcze uniesienia i "pierwsze razy," następnie "dorosłe decyzje", aż wreszcie dojrzałe spojrzenie wstecz, żal i rozczarowanie?
A może, że mimo poruszanej tematyki, jest historią kameralną, bez nagłych ucieczek sprzed ołtarza, grafomańskich słowotoków i ze sporym akcentem onirycznym? Albo że jest narysowana tak przepięknie, że uwodzi, otumania i żąda, by się w niej zakochać?
Banały, czy nie banały - komiks włoskiego artysty pokazuje epizody z życia zakochanych ludzi (oraz ludzi, którym wydaje się, że są zakochani). Narysowane przez Fiora sytuacje mogły wydarzyć, wydarzają i będą się wydarzały zawsze i wszędzie, a czytając je, każdy będzie mógł odnieść je w jakiś sposób do własnego życia. Ta uniwersalność niewątpliwie pomaga w lekturze, czyniąc ją jeszcze bardziej przyjemną, niż można by wnosić po samych rysunkach i komiksowych możliwościach autora.
Perfekcyjny kolor, elegancka i dostojna kreska i ta niesamowita zdolność do graficznego ukazania miejsc, w których przebywają bohaterowie. Paląca żółć, przygaszona zieleń - nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy we Włoszech. Deszczowy błękit - Norwegia. Czerwień i pomarańcz - witamy w Egipcie. Energia bijąca z kolorów, udzielająca się czytelnikowi, skonfrontowana zostaje z prostym, monotonie pięknym kadrowaniem. 
Manuele Fior dostał za "Pięć tysięcy kilometrów na sekundę" nagrodę w Angouleme za najlepszy komiks roku 2011. Wiele komiksów dostaje nagrody z różnych powodów. Ta została przyznana prawdopodobnie dlatego, że Fior na nią w stu procentach zasłużył.
Bez nadęcia, z wyczuciem, pięknymi rysunkami. O każdym z was i o tych, których znacie. Być może ciężko napisać coś oryginalnego o takiej historii, nie popadając w tani banał, ale wiem jedno: ten komiks jest jednym z tych, które i w Polsce będą najlepsze. W roku 2014.
"Pięć tysięcy kilometrów na sekundę". Autor: Manuele Fior. Tłumaczenie: Katarzyna Koła. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2014.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl, Incal