Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

piątek, 17 sierpnia 2018

Cykada - Tan

Cykada Shauna Tana to, lojalnie zaznaczę, nie komiks, a cykl ilustracji autora Przybysza wsparty tekstem. Książkę opublikowało jednak wydawnictwo specjalizujące się w komiksie i jest na tyle świetna, że oficjalnie ją dzisiaj rekomenduję do lektury. 
To prosta historia na pięć minut czytania i kilkanaście minut śmiania, zatem nie będę o niej zbyt długo rozprawiał. Cykada, czyli owad wydający szczególne dźwięki, jest pracownikiem korporacji traktowanym gorzej niż owad. Jest też narratorem w książce Tana. Obserwujemy kilka scen podsumowujących jego życie tuż przed odejściem na emeryturę. 
Krytyka korpo i pędu za pieniądzem? Obecna. Pochwała wolności i niezależności? Również. Głos w temacie sensu życia? Też jest. Znakomite ilustracje? Jak najbardziej. 
I to wszystko w jednej niepozornej książeczce, którą bardzo polecam. 
"Cykada". Autor: Shaun Tan. Tłumaczenie: Łukasz Buchalski. Wydawca: kultura gniewu, 2018

Sweet Tooth #11 - Lemire

Komiks, o którego pierwszym zeszycie w cyklu Vertigo pisał D.Sz., przeczytałem „na raz” w polskim wydaniu zbiorczym. Przez trzy dni zastanawiałem się, który zeszyt tej serii wybrać do cyklu i się poddałem (ale redakcja się nie poddała - przyp.red.). Z pierwszych dwunastu nie potrafię wskazać żadnego, który byłbym w stanie wyróżnić na plus lub na minus.

Sweet Tooth to po prostu Jeff Lemire, którego storytellingu nie pomylicie z żadnym innym. Lemire ma styl opowiadania teoretycznie pozbawiony fajerwerków, ale tak lekki i płynny, że jego historie połyka się w mig, a apetyt na kolejne rośnie w miarę czytania. Smaczki kompozycyjne są w nim umieszczone jak żurawina w masie sernikowej, nieregularnie, ale w odpowiednich miejscach.

W Sweet Tooth Lemire opowiada historię, jakiej jeszcze mu się nie zdarzyło, a która wpisuje się w vertigowski nurt apokaliptyczny. Trochę skojarzył mi się ten pomysł na „mutacje” (nie zdradzam, jaka jest najbardziej prawdopodobna wersja wyjaśnienia) z Hinterkind, ale tam akurat historia miała inny rozwój i zdecydowanie mniej ciekawie została opowiedziana. Nie byłby sobą Lemire, gdyby nie dorzucił do przepisu na sukces dwóch ulubionych elementów: czegoś o hokeju, i czegoś o prowincji. Tak, to zdecydowanie nadaje charakterystyczny smak jego wytworom.

Polskie wydanie jest super, ale absolutnie nie podoba mi się w nim jedna rzecz: wstęp Michaela Sheena – takiego pieprzenia dawno nie czytałem i szkoda, że polski red. zdecydował się to puścić. Szkoda tak ogólnie też, że sekwencja otwierając pierwszy zeszyt (kiedy Łasuch leży na łóżku), w której Lemire chował rogi bohatera, żeby nas zaskoczyć, zespoilerowana jest na okładce. Ale tak ogólnie – uczta!
(Kuba Jankowski)
"Sweet Tooth" #11. Autor: Jeff Lemire. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 2010

czwartek, 16 sierpnia 2018

DMZ #72 - Wood/Burchielli

(Uwaga! Spoilery!)
No i skończyła się walka o Manhattan. Roth postanowił odpowiedzieć za swoje czyny. Przyznał się do tego, co zrobił, i do tego, czego nie zrobił. Zamiast wyroku śmierci, dostał dożywocie. Ale napisał też książkę, której fragmenty możemy sobie przeczytać, kiedy jej czytelniczka podążą śladem myśli i miejsc opisanych przez Rotha. Piętnaście lat później.

Ponieważ sporo odcinków DMZ postanowiłem w cyklu Vertigo jakoś wyróżnić, pozytywnie lub negatywnie, nie chciałem zostawiać opisu epizodów gdzieś w środku, bez konkluzji. Stąd słów kilka o epilogu.

Ogólnie pomysł na plus. Czasami tak się czytelnik/widz zżywa z postaciami serii, że chciałby więcej i więcej. On nie potrafi postawić kropki w odpowiednim miejscu, zawiesić myśli w wierszu tak jak autor, żeby wyszło niezwyczajnie. Wood dodał ten jeden odcinek chyba odczytując pragnienia czytelników, ale nie popełnił w sumie błędu, nic wielkiego nie popsuł. Daleko temu epilogowi do fatalnie dodanych scen żałosnego pościgu i bijatyki choćby z Okupu z Melem Gibsonem, które z jako-takiego sensacyjnego filmu robią hollywoodzką żenadę. Wiecie, kiedy jego porwany syn poznaje porywacza po głosie? A potem jest nawalanka na ulicy, żeby „ten zły” dostał za swoje. Gdyby sobie scenarzysta darował ten „fight” o „justice, truth and the American Way” na końcu, to byśmy mieli film z intrygującym zawieszeniem. A nie mamy.

A co zrobił Wood źle w zakończeniu? Splasz z wzlatującymi na tle wieżowców NYC białymi gołąbkami pokoju… Tak, to zdecydowanie mógł sobie darować. Ale wy nie darujcie sobie tej serii. Mimo moich spoilerów, przeczytajcie! 
(Kuba Jankowski)
"DMZ" #72. Scenariusz: Brian Wood. Rysunki: Riccardo Burchielli. Kolor: Jeromy Cox. Wydawca: DC Vertigo, luty 2012

środa, 15 sierpnia 2018

Kinderland - Mawil

Kinderland to popisowy komiks Markusa Mawila Witzela, twórcy urodzonego pod koniec lat 70. w Berlinie Wschodnim, autora znanych i dobrze przyjętych w Polsce komiksów Możemy zostać przyjaciółmi, Bend i Safari na plaży. Warto dodać, że Mawil wystąpił również w drugim numerze Ziniola z 2008 oraz dwóch numerach Bicepsa.
We wspominkowym albumie Mawil opowiada o ostatnich dniach Niemieckiej Republiki Demokratycznej z perspektywy dzieciaka, jakim wówczas był. Zamiast historycznych traktatów Kinderland proponuje czytelnikowi historię w tle, na pierwszy plan wysuwając kolorowe, ale osadzone w ówczesnej szarzyźnie, przygody szkolnych mistrzów ping-ponga. Rodzice dzieciaków prowadzą dysputy na temat czmychnięcia na Zachód, a oni sami poświęcają się urokom życia. Niedolom również. 
Choć każdy z poprzednich komiksów Mawila wciąż bardzo mi się podoba, ten ląduje na szczycie listy. Niemiecki twórca prezentuje wybitny constans jeśli chodzi o poziom swoich prac. Znakomite cartoonowe rysunki idealnie trafiają w klimat, pojedynki w ping-ponga ukazane są z niesamowitą witalnością, a zakończenie, na dłużej wprowadzające na karty komiksu wspomnianą historię, jest idealne. 
Nie można tego przegapić! 
"Kinderland". Autor: Markus Mawil Witzel. Tłumaczenie: Grzegorz Janusz. Wydawca: kultura gniewu, 2018

Preacher #5 - Ennis/ Dillon

No i wraz z ekipą Jessiego dotarliśmy do Nowego Jorku. Byliście kiedyś? Tak na żywo, nie w filmie, komiksie czy książce? Ja byłem i uważam NYC za jedno z trzech najbardziej podobających mi się miast (dodam jeszcze do TOP 3 Wenecję i Porto, ale bez rankingów, na równi, bo każde miasto jest totalnie inne).

Kiedy stamtąd wróciłem, na pytanie, co takiego zajebistego w Wielkim Jabłku (a swoją drogą: nie wiedziałem, że mówi się na NYC także Naked City) jest, miałem jedną odpowiedź: wychodzisz na ulicę i czujesz się jak w filmie. Tyle razy już te ulice widzieliśmy w filmach, że takiego uczucia nie da się chyba uniknąć. Nie będziecie jednak zawiedzeni na zasadzie „tyle razy widziałem to już na zdjęciach/w filmie, że na żywo wcale nie robi takiego wrażenia”. Tak to będzie z Big Benem i Londynem, ale nie z Big Apple! Gwarantuję wam!

Więc i wy będziecie/byliście już takimi turystami, jakim jest w NY Jessie. I może powiecie/powiedzieliście coś w stylu jego tekstu, kiedy patrzy na miasto z Empire State: „TO JEST NAPRAWDĘ COŚ. TEN WIDOK… JEST DOKŁADNIE TAKI JAK… W KAŻDYM CHOLERNYM FILMIE, KTÓRY WIDZIAŁEM O TYM MIEJSCU, WIESZ? JAKBY KAŻDY Z TYCH FILMÓW NAPRAWDĘ SIĘ ZDARZYŁ, GDZIEŚ TAM W DOLE, W ŚWIETLE ULIC…”*.

*wszystkie cytaty z polskiego przekładu M. Drewnowskiego; tak drobnym druczkiem zastanawiam się nad tłumaczeniem na polski „space cadet” jako „kosmicznego kadeta” w odniesieniu do Si, kumpla Cassidy’ego. Czy wam też się wydaje, że chodziło tutaj raczej o kogoś oderwanego od rzeczywistości?
(Kuba Jankowski)
"Preacher" #5. Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Steve Dillon. Kolor: Matt Hollingsworth. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 1995 

wtorek, 14 sierpnia 2018

El Diablo #3 - Azzarello/ Žeželj


Azzarello uparł się swego czasu na westerny, bo oprócz El Diablo sieknął też Loveless i to mniej więcej w tym samym czasie. A zrobić dobry western komiksowy jest równie trudno, co zrobić dobry horror komiksowy. Zwłaszcza w duecie z nie kim innym jak z… Žeželjem!
No dobra, trochę sobie żartuję, bo przyznam bez bicia, że ten komiks akurat kupiłem z powodu rysunków, a dopiero w drugiej kolejności z powodu Azzarello. A kupiłem, bo z jakiegoś powodu uznałem, że fajniej przywieźć z Lizbony bratu w prezencie komiks, niż jakiś tradycyjny turystyczny pierdolet. Pierdolet się będzie kurzył, a komiks można czytać i czytać, a potem po latach jest jak znalazł, żeby coś o nim napisać. Kto by pomyślał? No ale z drugiej strony masa rzeczy dzieje się przecież pRzYpAdKiEm… Tak, to były te czasy.
No więc czytany po latach El Diablo wypada nawet ciekawie. To jest mroczny western, w którym gruba krecha Žeželja pasuje jak ulał, zwłaszcza oblana zgaszonymi kolorami Kevina Somersa. Ale żeby nie było, nie jest to szczyt szczytów, a bardzo odpowiadające historii rzemiosło. Trochę rażą momentami te puste tła rysunków, ale sądzę, że inaczej rysownik o kresce Žeželja nie może rysować, bo by mu się plany pozlewały w jedno.
Azzarello w czterech rozdziałach postawił na dosyć szybkie ujawnienie tajemnicy pewnego szeryfa, o którego upomniała się przeszłość. Problem w tym, że nie była to przeszłość samego szeryfa, a tego, kogo ten szeryf zabił. To znaczy to ten drugi zabił tego szeryfa, ale ten szeryf/nieszeryf też miał za kołnierzem, więc musiał się zmierzyć z… eee… no z przeszłością. Dobra, bez sensu tak pisać, żeby za dużo Wam nie zdradzić, więc powiedzmy tak: Azzarello postanowił być przewrotny i kiedy porozstawiał pionki na planszy opowieści raz, to postanowił je poprzewracać. Kiedy stały już ponownie gotowe do akcji, poprzewracał je raz jeszcze. Tak, twistów tu od cholery, co sprawia, że El Diablo sprawdza się jako lektura na zaskoczenie.
Z westernów komiksowych zawsze będzie mi wyskakiwał na pierwszym miejscu hiszpański Sunday (Mora/De La Fuente), ale powrót do El Diablo okazał się bardzo przyjemny.
(Kuba Jankowski)
"El diablo" #3. Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Danijel Žeželj. Kolor: Kevin Somers. Wydawca: DC Vertigo, maj 2001

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

The Losers #3 - Diggle/ Jock

Trzydzieści dwa zeszyty tej serii to gratka dla fanów klimatów w stylu The Expendables czy The A-Team. Przede wszystkim jednak Drużyny A, ale serialowej, nie z filmu kinowego (chociaż ten też mi się podobał – sterowanie spadającym z samolotu czołgiem za pomocą wystrzałów? Odlot!). W Polsce spróbował Taurus Media, ale na jednym trejdzie skończył. Szkoda, bo to porządny komiks sensacyjny w stylu klasycznych filmowych strzelanek z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia  (no, z unowocześnieniami oczywiście): wrobieni żołnierze walczą przeciwko swemu złemu rządowi o odzyskanie dobrego imienia.

W takich grupach zawsze mamy silne osobowości, każdy jest inny. Mnie najbardziej przekonał do siebie strzelec wyborowy Cougar. Człowiek, który nie marnuje słów i porozumiewa się treściwym „uh-huh” lub „bang-bang”. Jego duet z Jensenem z tego zeszytu to majstersztyk. W poprzednim Jensen, zespołowy spec od techniki, miał za zadanie przechwycić dane projektu Goliath. Został jednak osaczony na wysokim piętrze wieżowca. Jak można z tego było wybrnąć?

Wystarczyło złożyć palce tak, by udawały broń i wygłosić magiczną formułkę „bang” i „boom”. Najpierw jednak ostrzegł ochroniarzy, że jest „zabójczą bronią”, efektem eksperymentów rządowych. Za „bang” i „boom” stał ulokowany na strategicznej pozycji w budynku naprzeciwko Cougar. Czysta i piękna akcja.

Owszem, w The Losers pełno klisz i kiedy teraz, po czasie, odświeżam sobie kolejne zeszyty, widzę to jeszcze wyraźniej. Ale ta scenka ani trochę się nie zestarzała.
(Kuba Jankowski)
"The Losers" #3. Scenariusz: Andy Diggle. Rysunki: Jock. Kolor: Lee Loughridge. Wydawca: DC Vertigo, listopad 2003