Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

sobota, 23 czerwca 2018

100 Bullets #50 - Azzarello/Risso

Który to mógł być rok? 2007? Upalne lato, wakacje, niewiele do roboty. Wtedy właśnie wpadło mi w ręce drugie wydanie zbiorcze 100 Naboi od Mandragory. Tak, zacząłem czytać „od środka”. Lubię tak czasem. Dać się rzucić w wir wydarzeń, powoli samemu dochodzić, kto jest kim, i o co tu biega. Szybko nadrobiłem resztę wydanych w Polsce tomów, ale wciąż było mi mało, a Mandragora powoli przestawała dawać jakiekolwiek znaki życia. Zacząłem więc szukać wydań oryginalnych. W zupełnie losowej kolejności dozbierałem brakujące trade’y, aż do numeru dziesiątego, po czym śledziłem „100 kulek” numer po numerze, miesiąc po miesiącu.

Widzicie, byłem trochę opętany tym komiksem. Aktówka ze spluwą i stoma nienamierzanymi nabojami przewijająca się w luźno powiązanych ze sobą historiach, które powoli tworzyły większy obraz? Kilkunastoletni ja nie potrafił sobie wyobrazić, by dało się wymyślić coś genialniejszego. Minęło kilkanaście lat i dziś dostrzegam, że Brian Azzarello w którymś momencie zaczął się trochę motać i pogubił w licznych wątkach historii, ale i tak mam ogromny sentyment do tej serii. Nauczyła mnie sporo ciekawego (i, bądźmy szczerzy, wątpliwego) angielskiego, owszem, ale przede wszystkim był to jeden z pierwszych tytułów, który uświadomił mi, jak bogatym medium jest komiks i ile da się z jego pomocą pokazać; Wcześniej miałem styczność tylko z typowym komiksem superbohaterskim, albo z „poważnymi” powieściami graficznymi.

Czemu akurat zeszyt pięćdziesiąty ze stu? Cóż, kto czytał 100 Bullets, wie, że przez 49 wcześniejszych naboi autorzy bawili się z czytelnikami stawiając za każdym razem więcej pytań, niż dając odpowiedzi. Pięćdziesiątka z kolei była poświęcona głównie odpowiedziom. Była trochę jak prezent dla wytrwałych fanów, którzy spędzali całe noce dyskutując o serii na internetowych forach. Główny wątek fabularny 100 Bullets bazował na teorii spiskowej: pokazywał Stany Zjednoczone, którymi z cieni rządziła grupa zamożnych rodzin zwana Trustem. Zawarta w 100 Bullets #50 historia Prey for Reign wyjaśniała, skąd Trust się wziął, i skąd wzięli się pilnujący w nim równowagi minutemani, a najzabawniejsze jest to, że robiła to wyjaśniając inną znaną tajemnicę historyczną, wokół której powstało przez lata multum teorii: co stało się z brytyjską kolonią Roanoke.

Historię Trustu opowiada nam Victor Ray, minuteman, którego Agent Graves „obudził” za kulisami w pierwszym zeszycie serii. Dwutorowe prowadzenie akcji to w „stu kulkach” standard: z jednej strony poznajemy dzieje Trustu, z drugiej obserwujemy konsekwencje kradzieży diamentów, w której uczestniczył Victor. Trochę jak u Tarantino, dużo gadania poprzedza tu krótką, brutalną strzelaninę. Snuta przez cały numer opowieść w przewrotny sposób zwiastuje wydarzenia, które będą miały miejsce w kolejnych pięćdziesięciu zeszytach, a ostatnie słowa Victora znajdują swoje odzwierciedlenie na ostatniej stronie finału całej serii. Wybrałem do tego tekstu 100 Bullets, bo to ważny dla mnie komiks, a historia z numeru pięćdziesiątego jest jednocześnie jednym z najbardziej mięsistych przykładów konstruowania fabuły przez Azzarello i Risso, jak również wyśmienitym podsumowaniem tego, co czytelnik już widział, jak i zapowiedzią tego, co zobaczy w 100 nabojach. Można się czepiać autorów za spadek jakości w późniejszych tomach, ale tworząc Prey for Reign byli jeszcze w szczytowych formach; Ta historia po prostu działa na każdym możliwym poziomie. 
(Mateusz Jankowski)

"100 Bullets" #50. Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Eduardo Risso. Kolor: Patricia Mulvihill. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 2004

piątek, 22 czerwca 2018

Bug (1) - Bilal

Enki Bilal znów dokopuje ludzkości. Ludzkości w przyszłości. Tym razem zabiera nas do 2041 roku, kiedy to mieszkańcy Ziemi są już ogłupiale uzależnieni od techniki i cybersfery. 
Dzisiejsze tabuny pacjentów wpatrzonych w ekrany smartfonów w autobusach to pikuś. U Bilala ilość technologicznie zaangażowanych gadżetów jest wprost proporcjonalna do ubytków nie tylko w inteligencji, ale i w podstawowym rozumieniu świata. I w tych okolicznościach przyrody w świat wpuszczony zostaje tytułowy Bug - wirus, który odcina cybersferę. Ludzie stają się bezradni. Nie potrafią komunikować się spoglądając sobie w oczy, nie potrafią sklecić zdania. Pozbawione autokorekty mechanicznych redaktorów gazety w co drugim słowie sadzą babole. 100 tysięcy ludzi zostaje uwięzionych w skomputeryzowanych windach. Rośnie panika. Młodzi ludzie, nie potrafiący żyć bez współczesnych im odpowiedników Facebooka popełniają samobójstwa. Przerwane nagle w pełni stechnicyzowane operacje powodują śmierć wielu osób. I tak dalej i tak dalej. Jednym słowem: chaos. 
Ale jak wiemy każda sytuacja bez wyjścia ma swojego Mad Maxa. I tu też jest śmiałek, a właściwie bohater mimo woli, który może stać się lekarstwem na światowy rozgardiasz. Tyle że staje się on obiektem poszukiwań wszystkich ruchów i frakcji politycznych, skrupulatnie opisanych przez Bilala. 
Bug zaczyna się jak nieznośna reklama sieci internetowej, ale już po kilku kadrach wszystko zaczyna funkcjonować jak w zegarku. Bilal gra swoimi modelami, tymi samymi twarzami co zawsze i dokładnie takimi samymi barwami, jak w kilku ostatnich albumach. Wchodzimy do jego teatru i patrzymy na jego aktorów. I na doskonałą reżyserię. I - na szczęście - na zupełnie nowy scenariusz. Komiks o totalnym globalnym zamieszaniu to dzieło (dzieło, nie produkt) ze świata, w którym Bilal funkcjonuje od wielu lat i z którego nadaje wizualne przekazy dotyczące zagrożeń czyhających na ludzkość. Jego droga artystyczna jest bardzo konsekwentna i pełna. I do pozazdroszczenia. 
"Bug". Autor: Enki Bilal. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska, 2018.

The Invisibles #12 - Morrison/ Parkhouse

Ten zeszyt to jednostrzałowiec. Odskocznia od głównych wydarzeń serii. Opowiada pozornie banalną historię kompletnie nieistotnej postaci, która pojawiła się w pierwszym odcinku serialu, ale na bank nikt o niej nie pamięta. Poza scenarzystą. 
Znakomicie narysowana przez Steve'a Parkhouse'a opowieść Best Man Fall to przekrój życia tej nieistotnej postaci. Przekrój, pokazujący, że ten bohater również miał swoją historię. Koncept dopisania życia jednemu z elementów drugiego planu Morrison ubrał w odpowiedni zabieg formalny: cała opowieść ma charakter retrospekcyjnej szatkownicy. Wraz z bohaterem niechronologicznie przechadzamy się po scenach z jego życia, zwracając uwagę na pewne elementy, odgrywające w nim istotną rolę. Aż do finałowej sceny, w której te elementy eksplodują, a my - czytelnicy - krzyczymy: "O!" lub "Gyaaa!"
Po lekturze wszystkich odcinków The Invisibles lata temu okazało się, że dziś w pamięci pozostał mi właśnie ten zeszyt. Kilka innych również, bo akurat Morrison i spółka mieli szczęście do fenomenalnych wejść. Ale ten najbardziej. 22 strony życia nieistotnej postaci i komunikat scenarzysty reżysera: Wszystko jest ważne. Każda papierowa postać ma swoje życie. Możesz zrobić coś z niczego.
Kiedy Kuba Jankowski recenzując jeden z zeszytów Skalpu, prezentujący samodzielną opowieść, nieco go skrytykował, stałem po drugiej stronie. Od razu w głowie pojawił mi się Best Man Fall. Ten komiks ma niewiele wspólnego z The Invisibles i można powiedzieć, że nie sprawdza się jako część większej całości. Ale jednocześnie, ta całość byłaby bez niego uboższa o najlepszy zeszyt serii. Czasem warto stanąć z boku, odpuścić serialowy rytm i wyjść poza kadr, by doświadczyć naprawdę fenomenalnej historii.
(Dominik Szcześniak)
"The Invisibles" vol. 1 #12. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Parkhouse. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1995.

czwartek, 21 czerwca 2018

Mesmo Delivery - Rafael Grampá (2)

Rafaela Grampę, autora komiksu Mesmo Delivery, Brian Azzarello nazywa mistrzem. Jestem bezradny wobec tego stwierdzenia i nie mam zamiaru polemizować z Azzarello, który przecież również mistrzem jest. Mesmo Delivery to komiks brutalny i nie dla wszystkich, ale rzeczywiście zrealizowany po profesorsku. 
To, jak ten gościu rysuje, ten rozmach, ta dbałość o detal w tle, jest niesamowite. Inwestując w szczegół, jednocześnie tworzy niesamowitą przestrzeń. Kadruje jak filmowiec. Komponuje plansze jak wirtuoz, potrafiący należycie wykorzystać wszystkie elementy planszy, rysunku i zawarte na nich onomatopeje. 
Frank Quitely spotyka Paula Pope’a, a Quentin Tarantino zatrudnia Elvisa Presleya do kolejnego odcinka Strefy Zmroku - tak to w skrócie wygląda. Wizualne szaleństwo fabułę ma prostą i polegającą głównie na mordobiciu, ale i tak autor świetnie kompozycyjnie rozgrywa swój album. 
Nie ma tu wielkiej filozofii - to komiks o tym, jak kierowcy ciężarówek mierzą sobie bicepsy na przydrożnym parkingu. I jeszcze o czymś. Ale nie powiem o czym. Bo jest szansa, że kiedy już Grampá odwróci waszą uwagę niesamowitymi rysunkami, ta prosta historia w paru momentach okaże się zaskakująca.
(Dominik Szcześniak)
"Mesmo Delivery". Autor: Rafael Grampá. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Bum Projekt, 2018.

Fables #41 - Willingham/ Buckingham

Kolejny efekt grzebania w pudle z komiksowymi zeszytami gdzieś za Oceanem ponad dekadę temu: Fables.

Znałem większość tego, co udało mi się wygrzebać: Hellblazer? Jasne. Preacher? Ależ oczywiście. Shade? Nie znam, ale to Milligan i Bachalo, wziąłbym, choćby na okładce nie znalazło się logo Vertigo. Sandman, Black Orchid, Swamp Thing, wszystko za śmieszną cenę. Co prawda prawie za każdym razem były to epizody gdzieś ze środka serii, więc później momentami nawet nie za bardzo wiedziałem, o czym czytam, ale co tam.

No i tak trafiłem na Fables. O! Nigdy o tym nie słyszałem. Ale to Vertigo, więc sprawa jest oczywista: kupuję, a tak poza tym, po powrocie do Polski może wytatuuję sobie to logo na klacie.

Fables, czy też Baśnie, bo w międzyczasie seria Billa Willinghama pojawiła się i w naszym kraju, to historia o znanych nam wszystkim postaciach - akurat w zeszycie #41 pojawiają się między innymi Pinokio, Czerwony Kapturek, Piękna (z Pięknej i Bestii) oraz sympatyczny, tajemniczy jegomość z okładki. Splatamy ze sobą losy tych oraz wielu innych baśniowych/bajkowych bohaterów, każemy im przenieść się do naszego, pozbawionego magii świata, gdzie uciekli przed podbijającym ich krainy Adwersarzem i mamy bardzo interesujący punkt wyjścia dla komiksowego cyklu. Omawiany epizod skutecznie zachęcił mnie do dalszego śledzenia przygód licznych i barwnych postaci z Fables, a raczej: do śledzenia ich przygód od początku.

Tak czy inaczej, #41 zeszyt nie był jednak dobrym wejściem w Baśnie. W zasadzie był wejściem bardzo złym, bowiem już na dzień dobry dowiedziałem się, kim jest Adwersarz, co było bardzo długo utrzymywane w tajemnicy. Czytałem więc wszystko trochę tak, jakbym oglądał Fight Club, wiedząc od pierwszej minuty (uwaga, jeśli nie oglądaliście), że Edward Norton i Brad Pitt są tą samą osobą. Na szczęście cykl okazał się być bardzo dobry z wielu innych powodów, a nieujawnianie tożsamości głównego przeciwnika nie było jedynym, co skłaniało do dalszej lektury.

Lubię ten zeszyt, bo to od niego zaczęła się moja wieloletnia znajomość z Fables. Co prawda ta „długowieczność” nie wyszła serii najlepiej, bo to jeden z tych komiksów, które wspominałoby się o wiele cieplej, gdyby scenarzysta wiedział, kiedy skończyć i zejść ze sceny niepokonanym. Pomimo tego Baśnie zdecydowanie warto znać, przynajmniej do któregoś tam tomu. Nie warto natomiast za wszelką cenę zostawać aż do finału.
 (Michał Misztal)

"Fables" #41. Scenariusz: Bill WIllingham. Rysunki: Mark Buckingham i Steve Leialoha. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, listopad 2005.

środa, 20 czerwca 2018

Futura nostalgia - Tony Sandoval

Futura nostalgia to standardowy komiks Tony'ego Sandovala, polegający na wikłaniu zjawisk nadprzyrodzonych w wątek młodzieńczej, licealnej miłości. Naiwnym scenom eksplodującego po pierwszym pocałunku świata towarzyszą tu piękne podwodne kadry czy próby ukazania pewnych… zjawisk w zwolnionym tempie. Młodociana drama ma wartość dodaną - gadającą żabę, wyrażającą się w sposób dość nieparlamentarny oraz jednego z bohaterów, zajmującego się robieniem zinów komiksowych. 

Ta ostatnia kwestia wprowadza nieco pozytywnego urozmaicenia do albumu – czarno-białe plansze z fanzinów rysowane są tak zachęcająco, że już teraz przytuliłbym album Sandovala stworzony w takiej właśnie technice. Tylko żeby miał on trochę więcej treści i żeby zagrała w nim nieco inna melodia. 

Sandoval jest specjalistą od komiksów produkowanych na zapętleniu i opowiada tę samą historię od lat. Owszem, wielkim rysownikiem jest i basta, ale ileż pożytku by było, gdyby nie tylko narysował, ale i napisał wreszcie coś nowego?

"Futura Nostalgia", tom 1. Autor: Tony Sandoval. Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska. Wydawca: timof comics, 2018.

Industrial Gothic #1 - McKeever

Kult piękna wybił, jak wybija szambo. Wybił tak bardzo, że piękni ludzie wyizolowali się od brzydkich i niepełnosprawnych, zamykając ich w industrialnych budynkach fabrycznych, które stały się ich wiecznymi więzieniami. Ale grupa śmiałków postanowiła nawiać z obskurnych pomieszczeń i zobaczyć jak wygląda prawdziwy, piękny świat. Jedni widzieli go za młodu, inni nie zaznali tej przyjemności wcale. A historię o ich ucieczce z hali produkcyjnej spisał nie kto inny, jak Ted McKeever - gość od "brzydkich" rysunków, ekskomunikowany przez polskiego czytelnika lata temu. Miał tupet, skubaniec!
Nawiasem mówiąc, Ted McKeever strasznie długo ma przyczepioną do pleców kartkę z napisem "brzydko rysuję". Ten gimnazjalny żart powinien już się zakończyć. Jakiś polski wydawca musi w końcu zdjąć tę karteczkę, poklepać go po plecach i powiedzieć: "Ktoś zrobił ci głupi kawał, Ted. Ale już jest ok.".
Bo to nie jest śmieszna sprawa, gdy omija nas takie dobro, jak Industrial Gothic lub jakiekolwiek inne dzieło tego wybitnego amerykańskiego artysty. Pierwszy zeszyt opowieści o pięknie i brzydocie to dopiero rozgrzewka, ale narysowana w zapierający dech w piersiach sposób. Głównych bohaterów mamy okazję poznać dogłębnie - z ich fizycznymi deformacjami i literackimi skłonnościami. McKeever ster narratora oddaje jednej z tych postaci, a sam pozwala sobie na rysunkowe ekscesy - nie ma tu "Oka McKeevera", ale za to są inne eleganckie zabiegi formalne. Jest też Christopher Walken na gościnnych występach.
To, co Ted McKeever wyprawiał w Vertigo każdorazowo zahaczało o geniusz. Tutaj też. Prosta historia, ale jak przedstawiona! Co wydarzy się dalej? Ile opcji po spektakularnej ucieczce będą mieli bohaterowie? Jak piękny świat zareaguje na ich brzydotę?
Do tematu na pewno wrócimy.
(Dominik Szcześniak)
"Industrial Gothic" #1. Autor: Ted McKeever. Wydawca: DC Vertigo, grudzień 1995.

wtorek, 19 czerwca 2018

Terminator - Arcudi/ Warner/ Robinson/ Wagner

Terminator - kolejna po Predatorze i Obcym komiksowa kontynuacja filmowego hitu. Składają się na nią dwie historie: Nawałnica Johna Arcudiego i Chrisa Warnera oraz Jednym strzałem Jamesa Robinsona i Matta Wagnera. 
Podobnie jak w przypadku Predatora, Terminator: Nawałnica powstał w momencie, kiedy uniwersum Elektronicznego Mordercy ograniczało się do pierwszego filmu Jamesa Camerona z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Komiks miał być oficjalną kontynuacją tej produkcji. I trzeba przyznać, że jako taka sprawdza się całkiem nieźle. Choć zamiast obecnego w filmie mrocznego klimatu więcej tu pstrokatych kolorów, a rolę jednego tajemniczego androida zajęła grupa Terminatorów, komiks zdaje się być zbieżny z pomysłami, jakie podjęli twórcy drugiej części filmu. 
Nie bez znaczenia dla poziomu tej produkcji są rysunki. Chris Warner ma solidną kreskę i podobnie jak w Predatorze świetnie odnajduje się w klimacie oryginału. Podczas gdy w pierwszej historii czuć nieco piętno czasu, druga do dziś może robić wrażenie pomysłowością oraz wykonaniem. James Robinson napisał historię osadzoną w czasie, w którym rozgrywa się akcja pierwszej części Terminatora. Wyszedł z założenia, że chwilę przed Terminatorem Schwarzeneggera John Connor wysłał w przeszłość innego Terminatora. I ten android wskutek zrządzenia losu ruszył w pościg za złą Sarą Connor. Nie tą, która miała w przyszłości zostać matką Johna Connora, stojącego na czele ruchu oporu przeciwko maszynom, a jakąś inną. Inną, ale posiadającą swoją własną historię. 
Pięknie namalowane przez Wagnera plansze wyciągają z tematu Terminatora wszystko co najlepsze, a ilość nawiązań do oryginalnego filmu zadowoli najbardziej wybrednych fanów.
Świetnie wydany Terminator to obowiązkowa lektura dla fanów filmu z 1984 roku. Do postawienia na półce obok równie elegancko przygotowanego Predatora
"Terminator: Nawałnica/ Jednym strzałem". Scenariusz: John Arcudi, James Robinson. Rysunek: Matt Wagner, Chris Warner. Kolor: Chris Chalenor, Rachelle Menashe. Tusz: Paul Guinan. Tłumaczenie: Paweł Biskupski. Wydawca: Scream Comics, 2018.

Daytripper #4 - Moon/ Bá

W recenzji Mesmo Delivery zastanawiałem się, czy w komiksie amerykańskim nadszedł czas na Brazylijczyków, tak jak kiedyś nadszedł na Brytyjczyków, którzy dokonali przede wszystkim jakościowej inwazji w USA. Pytanie pozostaje otwarte.

Autorzy Daytrippera, bliźniacy Fábio Moon i Gabriel Bá (Gabriela uwielbiam w The Umbrella Academy), na pewno w USA się już zadomowili i zdobyli serca czytelników i kolegów po fachu. W Polsce nie wyszli poza Daytrippera, ale warto zwrócić też uwagę na takie prace z ich udziałem (czasami osobno, nie w duecie; ja polecam przede wszystkim obłędne The Umbrella Academy) jak De: tales, Pixu czy Two Brothers.

Pisanie o wybranym zeszycie Daytrippera jest bardzo trudne, bo tak naprawdę ten komiks nabiera sensu czytany i łączony w całość, mimo tego, że w zasadzie każdy jego rozdział jest piękną i samowystarczalną miniaturką, w której rozważana jest nierozerwalna natura życia i śmierci. Głównego bohatera, Brása de Oliva Domingosa, obserwujemy w różnym wieku i w różnych sytuacjach. Jesteśmy świadkami jego śmierci na wiele sposobów (ale spokojnie, nie jest to nic w stylu Miliona sposobów jak zginąć na Zachodzie, tylko poważna, chwytająca za serce opowieść o kruchości życia i roli przypadku).

Rozdział czwarty Daytrippera ma dla mnie wymiar bardzo osobisty, dlatego wyróżniam go w cyklu Vertigo i nominuję. To w nim Brás (lat 41) jedzie do szpitala, gdzie rodzi się jego syn. W tym samym szpitalu umiera jego ojciec. Namacalność więzi między życiem i śmiercią przybiera tutaj wymiar, z którym trudno się pogodzić, mimo że się go rozumie. Pamiętam słowa koleżanki z pracy po śmierci mojej mamy. Powiedziała, że wraz ze śmiercią w rodzinie, pojawia się w tej rodzinie też nowe życie. I tak miało się wtedy stać, ale niestety się nie udało. To uzmysławia mi przy kolejnej lekturze Daytrippera, że życiem rządzi nie nasza wola i pragnienia, ale coś innego. Nie nazwałbym tego przypadkiem, nie wierzę w przeznaczenie i w to, że Bóg ma dla mnie jakiś plan. Wierzę, że do końca swojego życia będę próbował pewne rzeczy zrozumieć, próbując się z innymi rzeczami pogodzić. I to jest według mnie też sedno zamysłu braci w Daytripperze i rozterek, którymi obdarzyli Brása.
(Kuba Jankowski)
"Daytripper" #4. Autorzy: Fábio Moon i Gabriel Bá. Kolor: Dave Stewart. Wydawca: DC Vertigo, maj 2010.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Rozmagnes (0000000013)


The Invisibles #1 - Morrison/ Yeowell

Zanim Grant Morrison zaczął pisać Invisibles, zdążył już wyraźnie zaznaczyć swoją obecność w Vertigo. Doom Patrol, Kid Eternity, dwa numery Hellblazera, Sebastian O, Misterium - to wszystko było wcześniej. We wrześniu 1994 roku ukazał się pierwszy rozdział najważniejszej serii szkockiego autora, zatytułowany Dead Beatle$. Rysunkami w tym zeszycie zajął się stary znajomy Morrisona - Steve Yeowell. Panowie robili wcześniej razem Zenitha, The New Adventures of Hitler i wspomnianego wcześniej Sebastiana O.

Invisibles, okultystyczno-psychodeliczna seria o ezoterrorystach walczących z międzywymiarowymi bytami kontrolującymi naszą rzeczywistość to opus magnum tego twórcy. Nie tylko dlatego, że nic co później napisał nie zbliżyło się do tego poziomu. To komiks najbardziej przemyślany konstrukcyjnie (choć zawierający też dużą dozę szaleństwa oraz swobody narracyjnej) i niezwykle osobisty.

Okultystyczna tematyka jest Morrisonowi bardzo bliska – autor praktykuje magię od 18 roku życia i wszystkich do tego gorąco zachęca. Samo tworzenie serii z założenia było hypersigilem – działaniem magicznym, dzięki któremu miał na trwale zmienić rzeczywistość oraz odcisnąć piętno na popkulturze. W zasadzie mu się to udało - jego seria stała się (delikatnie mówiąc) inspiracją do powstania Matrixa. Magia została też wykorzystana w momencie, kiedy sprzedaż serii spadała. Autor namówił fanów do przeprowadzenia "wankathonu" - rytuału polegającego na symultanicznej masturbacji dużej liczby osób. Energia uzyskana w ten sposób miała uratować cykl przed kasacją. Invisibles dociągnęli do szczęśliwego finału, więc najwyraźniej się udało.

King Mob, jedna z ważniejszych postaci w komiksie, to alter-ego Morrisona, wyobrażające jego cool personę, człowieka, jakim twórca chciałby być. W czasie tworzenia kolejnych rozdziałów związek między autorem a bohaterem jeszcze się pogłębił - jak sam wspomina, ciężko zachorował w czasie, gdy King Mob był torturowany. Wyzdrowiał dopiero, gdy postać została oswobodzona. 

W pierwszym zeszycie King Mob nie jest jednak głównym bohaterem. Tę funkcję pełni póki co Dane McGowan - zbuntowany nastolatek z Liverpoolu: agresywny, wyszczekany, ale jednocześnie cholernie inteligentny. Po próbie podpalenia szkoły, dzieciak trafia do ośrodka wychowawczego, gdzie ma przejść reedukację. Ośrodek nie jest jednak zwykłą placówką - żeby z niego uciec, Dane będzie potrzebował pomocy Niewidzialnych.

Morrison od samego początku uderza na bogato - atakuje czytelnika okultystyczną symboliką, dużą ilością wątków oraz dziwnych postaci, tropami pop- i kontrkulturowymi, motywami religijnymi, teoriami spiskowymi, itd., itp. Jest gęsto. Odbiorca od początku wie, że wkroczył do rzeczywistości kompletnej, pełnej dziwów oraz niespodzianek. Sacrum zderza się z profanum i razem tworzą narkotyczną miksturę z laboratorium szalonego alchemika. Blokowiska Liverpoolu koegzystują z rytuałami magicznymi, duchy Beatlesów objawiają się w środku nocy, karty tarota wskazują ścieżkę bohaterom, a istoty pozaziemskie rozkazują rządowym oficjelom. Jest tu dużo wszystkiego: dużo słów w dymkach, dużo wydarzeń. A także mnóstwo postaci i wątków, które znajdą swoje rozwinięcie w późniejszych rozdziałach - na razie tworzą barwną mozaikę tajemnic, podkreślającą złożoność niewidzialnego świata.

W pierwszym zeszycie Dane staje na początku drogi ku oświeceniu i stania się nowym Buddą - jeszcze niczego nie wie, dopiero dowiaduje się o istnieniu magicznego świata. Na tym samym poziomie znajduje się się czytelnik. Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co Morrison próbuje mu sprzedać, jest oszołomiony nadmiarem bodźców, ale wie, że chce dowiedzieć się więcej, wniknąć w ten bogaty świat. To popularny zabieg fabularny - bardzo wygody dla scenarzysty. Morrison bardzo umiejętnie go wykorzystuje. Odbiorca przechodzi inicjację wraz z bohaterem i razem z nim przechodzi kolejne stopnie wtajemniczenia. Warto podążyć z nim do samego końca - Invisibles to seria, która daje naprawdę dużo satysfakcji z lektury. Przez wszystkie 57 zeszytów, do których będziecie niejednokrotnie wracać.
(Jerzy Łanuszewski)
"The Invisibles" #1. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Yeowell. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1994.

niedziela, 17 czerwca 2018

Gangland #3

Na okładce Glenn Fabry w okresie najlepszej formy, a w środku m.in. Ed Brubaker, Kilian Plunkett i Danijel Zezejl w czterech historiach o gangsterach. Mistrzowie krótkiej formy czy zmarnowany potencjał?
To, co najlepsze w trzecim zeszycie z cyklu Gangland, znalazło się na samym jego początku. Napisana przez Darko Macana historia (Gang Buff) o pewnym znudzonym codzienną  monotonią dentyście, który wskutek przypadku rzuca się w wir gangsterskiego stylu życia napisana jest bardzo solidnie, posiada zabawne wprowadzenie i wyprowadzenie i jest zwartą historią ze świetnie nakreślonymi postaciami. Ponadto, narysowana jest przez Kiliana Plunketta w tak ekspresyjny sposób, że z łatwością można przypisać większość kresek postawionych w tym komiksie Duncanowi Fegredo.
Ta bardzo życzliwa dla zmysłów opowieść zyskuje przeciwwagę w kolejnej krótkiej formie, jaką jest Original Gangster Tayyara Ozkana. Sięgający w gangsterskich odwołaniach okresu prehistorii szorciak pozwala bardzo przychylnie spojrzeć na krótkie komiksy publikowane w tym samym czasie (sierpień 1998) w polskich fanzinach. 
I nawet Small time, opowiadający o drobnych dziecięcych przestępstwach, napisany przez Eda Brubakera i narysowany przez Erica Shanowera nie robi dziś większego wrażenia. Wielbiciele klasyki mogą zwrócić uwagę na spokojne kadrowanie i kompozycję plansz. Fani późniejszego pisarstwa Brubakera mówią zapewne o tym szorcie, że to "taka tam wprawka" ich mistrza.
Mocnym punktem kolejnej historii (Worldwide gangster robots) i całego zeszytu są rysunki Danijela Zezejla, miksujące Richarda Corbena z Johnem Paulem Leonem. Widać, że jego wcześniejsza kreska bywała bardzo efektowna. A scenariusz? Teorie spiskowe, faceci w czerni, narracja z offu i pointa nie warta zachodu.
Niby Vertigo, niby świetni twórcy, niby radzący sobie w dłuższych metrażach, a jednak ciężko wśród nich o mistrzów krótkiej formy. Trzeci Gangland to strzał w próżnię.
(Dominik Szcześniak)
"Gangland" #3. Scenariusz: Darko Macan, Tayyar Ozkan, Ed Brubaker, Scott Cunningham. Rysunki: Kilian Plunkett, Tayyar Ozkan, Eric Shanower, Danijel Zezejl. Kolor: Daniel Vozzo, Matt Hollingsworth, Alex Morrissey, Grant Goleash. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 1998

sobota, 16 czerwca 2018

Brother Lono #4 - Azzarello/ Risso

Brother Lono to seria ze świata 100 Bullets, która ukazywała się między 2013 a 2014 rokiem. Opowiada wydarzenia późniejsze wobec głównej serii. Liczy sobie 8 zeszytów i w opinii Comic Book Resources jest to „a true return to Azzarello and Risso’s vivid world, intact in texture and mood”. Wokół kogo innego można było taki powrót zbudować, jeśli nie wokół postaci Lono, inteligentnego w swej brutalności ostatniego minutemana?

Braciszek Lono próbuje ułożyć sobie życie w meksykańskim Durango, pracując w sierocińcu prowadzonym przez ojca Pereza. Jak to w Meksyku tylko możliwe, szybko okazuje się, że sierociniec stoi na szlaku interesów miejscowego kartelu. Pod przykrywką działa w tym rejonie agentka DEA. Ojciec Perez nie zwykł łatwo ustępować pod presją, a Lono nie do końca opanował drzemiącą w nim brutalność. Gangsterzy nie przebierają w środkach. Wziąwszy pod uwagę te zmienne możemy więc być pewni, że czeka nas meksykańska masakra w stylu prawdziwej meksykańskiej masakry.

Zanim do niej dojdzie, w czwartym zeszycie (pt. ¡El monstruo del norte!) na scenę przybywa jeden z jej uczestników. Przydrożnemu sprzedawcy owoców przedstawia się jako turysta. Ten dialog to znakomite streszczenie klimatu Durango, pozwala poczuć słońce i piach. Turysta to Maddon, filozof przemocy, który zmierzy się w grande finale jeden na jeden z Lono i… Wiecie przecież, kto wygra, prawda? W tym samym zeszycie zobaczycie, jak bardzo Lono stara się trzymać na wodzy swoją naturę. Kiedy w Brother Lono plansze zalewa czerwień, nie oznacza to tradycyjnego rozlewu krwi, gdyż czasami to krew zalewa Lono, a my możemy wejrzeć na chwilę w jego głowę.

Czy historia z Brother Lono musiała zostać opowiedziana? Nie. Czy autorzy naruszyli fundament swojego opus magnum? Nie. Więc spokojnie można po Brother Lono sięgnąć i na chwilę powrócić do klimatu 100 Bullets, nie psując sobie wcześniejszych wrażeń. Nie jest jednak tak, że to w 100% ten sam nastrój. Brakuje tutaj klimatu konspiracji, budowania sieci zależności między postaciami, wielowymiarowego zarysowywania niepowtarzalnych charakterów… Brakuje stron, żeby autorzy mogli to zrobić. Świat 100 Bullets nie potrzebował tej opowieści, aby się dopełnić, i dlatego nic ona nie mogła w nim zepsuć. Co najwyżej było ryzyko, że wyjdzie tak sobie jako samodzielna opowiastka. Wyszło jednak znacznie wyżej niż średnio. Sprawdźcie koniecznie. Niekoniecznie czytając wcześniej całe 100 Bullets.
(Kuba Jankowski)
"Brother Lono" #4. Scenariusz: Brian Azzarello. Rysunki: Eduardo Risso. Wydawca: DC Vertigo, listopad 2013.

piątek, 15 czerwca 2018

Dolores - przedsprzedaż

motto:
Bo ja się czuję maleńki jak robak, ale króla nie widzę większym od siebie" 
Pan Franciszek
ze Złotych Łanów

Dolores to traktat o zemście i rzucaniu palenia,
Dolores
to hołd dla wybranych twórców popkultury,
Dolores
to elektryzująca rzecz o gadającym kocie i bezwarunkowej przyjaźni,
Dolores
to odpowiedź na pytanie dlaczego trzeci sezon Prison Break był tak zły,

Dolores to komiks o okrucieństwie człowieka i wyższości ciecierzycy nad mielonym,
Dolores
to najnowszy komiks duetu Rust/ Szczezz.
Dolores
to 80 stron, czerń i biel oraz twarda oprawa.

Dolores to niezależny album komiksowy. Jego nakład jest limitowany i dostosowany do ilości zamówień w przedsprzedaży. Planowana premiera komiksu przewidziana jest na 14 września, podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.
Cena albumu w przedsprzedaży z odbiorem podczas MFKiG to 40 złotych.
Cena w przedsprzedaży z wysyłką po MFKiG - 50 złotych.
Aby nabyć komiks w przedsprzedaży należy wysłać maila na adres: ziniolzine@gmail.com
Przedsprzedaż trwa do 1 sierpnia 2018 roku.
Przykładowe plansze: 

Flinch #1 - Bruning/ Lee/ Jones/ Corben/ van Meter/ Quitely

W 1999 roku ta zapowiedź była naprawdę elektryzująca: nie dość, że Vertigo zaplanowało antologię komiksów grozy w wykonaniu największych twórców pracujących dla tej oficyny, to w dodatku na pierwszy ogień rzuciło debiutującego w linii komiksów dla dorosłych czytelników Jima Lee. Ostatecznie okazał się on być najsłabszym ogniwem pierwszego zeszytu serii Flinch. Nie dość, że jego kolorysta zawalił sprawę, to nie popisał się także autor scenariusza, który do antologii horroru przygotował kilkustronicowy żart. 
Rocket-Man Richarda Bruninga, Jima Lee i Tada Ehrlicha to fatalne otwarcie. Później na szczęście jest lepiej. Dobre wrażenie robi duet Jan van Meter/ Frank Quitely. Ich Nice neighborhood wpisuje się w konwencję serialu Black Mirror (choć sam pomysł na tego szorciaka przypomina jeden ze skeczy Monty Pythona). To nieosadzona w czasie wizja przedstawiająca Stany Zjednoczone opanowane przez gangi naspidowanych narkotykami dziadków. 80-latkowie z bajpasami stawiają piórka, wymyślają sobie idiotyczne nazwy i ruszają w miasto naładowani rigorą i sterydami. Gwałcą i zabijają, a nawoływania, by zachowywali się stosownie do wieku trafiają w próżnię. Ta krótka forma, składająca się właściwie z jednej scenki z raptem kilkoma retrospekcjami, jest... zbyt krótka. Zabrakło kilku stron, by komiks mógł powalczyć o miano najlepszego w zeszycie. Dlatego też tytuł ten trafia do ostatniej krótkiej formy.
Bruce Jones i Richard Corben w Wolf Girl Eats uderzają w religijne tony, zastanawiając się nad naturą Boga i jego relacją z owieczkami. Do zabitej dechami wioski dociera pewien duchowny wraz ze swoją świtą. Pragnie ewangelizować specjalizujących się w chowie wsobnym wieśniaków. Coś jednak wodzi go na pokuszenie, a sekrety miejscowego improwizowanego zoo znajdują ujście w spektakularnym finale. Ten kawał solidnego komiksu, z szalejącym Corbenem i zaskakującym w końcówce Jonesem, to pierwsze prawdziwe horror story numeru i serii.
Flinch miał bardzo trudny start. Znakomita okładka Phila Hale'a i krzyczące z niej slogany znajdują odzwierciedlenie dopiero w ostatniej zaprezentowanej historii. Kolejne zeszyty to zapowiedź uczty dla komiksiarza, ale pierwszy pokazuje, że nazwiska nie zawsze są gwarancją dobrze opowiedzianej historii.
(Dominik Szcześniak)
"Flinch" #1. Scenariusz: Richard Bruning, Jan van Meter, Bruce Jones. Rysunki: Jim Lee, Frank Quitely, Richard Corben. Kolor: Tad Ehrlich, Daniel Vozzo, Grant Goleash. Wydawca: DC Vertigo, czerwiec 1999.

czwartek, 14 czerwca 2018

Pan Higgins wraca do domu - Mignola/ Johnson-Cadwell

Dlaczego pan Higgins wraca do domu? Odpowiedź na to pytanie może usatysfakcjonować wszystkich, którzy gustują w sytuacjach wampirycznych. Najnowsza produkcja zadomowionego już na polskim rynku Non Stop Comics to bardzo ładnie narysowana parodia opowieści o wampirach. Mało mroczna - ale w końcu parodia, nie horror. Średnio też zabawna - ale dobrze napisana. Z wyczuciem i ze znajomością tematu.

Autorem scenariusza do Pan Higgins wraca do domu jest Mike Mignola, autor Hellboya oraz wielki fan Nieustraszonych pogromców wampirów Romana Polańskiego. I w jego wykonaniu jest to rzecz pozornie odległa od tego, z czego znamy go najbardziej, a zarazem tak bardzo podobna. Bo jest to pisarstwo lekkie niczym najbardziej czerstwe powiedzonka Hellboya, ale… rozpostarte na cały album, a nie na kilka scen.

Za rysunki w Pan Higgins wraca do domu odpowiada Warwick Johnson-Cadwell. Na pewno nawiązuje on w swoich grafikach do wielu uznanych ilustratorów minionych epok, lecz moja krótkotrwała pamięć pozwala na przyrównanie jego twórczości jedynie do miksu Joanna Sfara z komercyjną twarzą Dave’a McKeana. Jest na co popatrzeć. I nawet okładka narysowana przez scenarzystę albumu jest świetna i jakże odmienna od tego, co rysował na okładkach dotychczas!

Nigdy nie potrafię użyć tego znienawidzonego przez wszystkich przymiotnika (który jednych odstrasza, innych zachęca) w rekomendacji jakiegoś komiksu, ale tutaj wyjątkowo mi pasuje, więc proszę: Pan Higgins wraca do domu to bardzo fajny komiks. 
"Pan Higgins wraca do domu". Scenariusz: Mike Mignola. Rysunki: Warwick Johnson-Cadwell. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawca: Non Stop Comics, 2018.

Sandman #55 - Neil Gaiman/ Shea Anton Pensa/ Brian Talbot

Komiksy z Vertigo prawie zawsze robią dobre pierwsze wrażenie. Choć było to jakieś dwadzieścia lat temu, wciąż doskonale pamiętam, że Sandman #55 zrobił na mnie wrażenie piorunujące. Okładka, która ukazała się moim oczom tuż po tym, jak otworzyłem kopertę z zamówionym zeszytem, natychmiast  wywołała dreszcz podniecenia. Była niesamowita. Wyglądało na to, że los się do mnie uśmiechnął.

Strona druga - czarno-biała reklama Hellblazer’a. John Constantine jara w kościele chyba już piętnastego papierosa w towarzystwie spływającego krwią ciała (księdza?). Rysunek Steva Dillona i towarzyszący mu slogan: „Prayer, Confession, Damnation. The Horrors of his Past. The Shadows of his Future” sprawiły, że poziom podniecenia wzrósł do absurdalnych poziomów. Spodziewałem się czegoś ekstra i nie zawiodłem się. Nekropolitalne opowieści sandmanowskich grabarzy, wytrzewianie ciała przed powietrznym pochówkiem i  mielenie wnętrzności w maszynce do mięsa zapewniły mi oczekiwaną dawkę obrzydliwości. Z łatwością dałem się kupić i przez długi czas uważałem ten makabryczny zeszyt za najbardziej zajebisty komiks w mojej kolekcji, zwłaszcza że rysownicy i kolorysta świetnie poradzili sobie z oddaniem karawaniarskiej atmosfery odcinka.

Dużo, dużo później przekonałem się jednak, że tanie chwyty i nieapetyczne sceny to jedynie umiejętna gra konwencją, a szkatułkowa konstrukcja Sandmana #55 doskonale wpisuje się w  serię  poświęconą „księciu opowieści” i wciąż robi wrażenie swoją wielopoziomowością. To rzadki przypadek komiksu, który teraz podoba mi się bardziej niż wiele lat temu. Warto go sobie odświeżyć.
(Łukasz Szostak)
"Sandman" #55. Scenariusz: Neil Gaiman. Rysunki: Shea Anton Pensa, Bryan Talbot. Tusz: Vince Locke, Mark Buckingham. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: Dc Vertigo, listopad 1993.

środa, 13 czerwca 2018

Wystawa Teraz komiks! - fotorelacja


Wystawa Teraz Komiks! zainaugurowana zostawała w krakowskim Muzeum Narodowym 2 marca. Potrwa do 22 lipca. Brzydki gmach muzeum już na fasadzie rozkolorawia komiksowy baner, a w środku komiksowe elementy na szarych kolumnach. Tak, w muzeum może być kolorowo. W krakowskim zapachniało komiksem dzięki wyborowi eksponatów ze zbiorów Wojciecha Jamy. Na czas trwania wystawy zaplanowano serię spotkań i oprowadzanie po ekspozycji (jeśli wybieracie się do Krakowa, to zerknijcie w szczegóły, być może akurat traficie na ciekawy wykład/spotkanie). A po zwiedzaniu można się sprawdzić, ile zwiedzający wiedzy wyniósł ze spotkania z komiksem (broszurka ze zdjęć powyżej jest przeznaczona przede wszystkim dla dzieci).

Osadzenie komiksu polskiego w komiksowej historii światowej to bardzo dobry pomysł. Obok Tӧpffera i Buscha znajdziemy polską opowieść obrazkową Franciszka Kostrzewskiego z pisma Kłosy (druga połowa lat sześćdziesiątych XIX w.; pierwsze zdjęcie). W tej chwili chyba komiksowi archeolodzy z każdego zakątka świata wynaleźli już gazetowe początki współczesnego komiksu w swoim kraju. Mamy i my, Polacy nie gęsi.

W kawiarence retro przy retro muzyce z radia można przysiąść i przejrzeć komiks prasowy. Co robi w tych odległych latach Wilq? Lata. Znaczy siedzi. Bo został przeniesiony w przeszłość przez dr. Wyspę. Aranżacja przestrzeni wystawowej na medal, nie tylko w tym zakątku ekspozycji. Jest w dobrym tonie i z pomysłem. Teoretycznie w muzeach nic nie można dotykać, ale komiksowi wolno więcej, wiadomo! Choć kawiarniane sprzęta to oczywiście nie eksponaty, ale i tak nieodparta ludzka konieczność transgresji zostaje częściowo zaspokojona.
W wielu miejscach wystawy znajdziecie płaskie przedstawienia polskich bohaterów komiksowych, z którymi można sobie zrobić pozowane zdjęcia (this is a photo opportunity). Koniecznie więc zwiedzajcie wystawę z kimś, kto wam ładną fotkę cyknie. Ja zwiedzałem sam, więc zrobiłem tyko jednego selfiacza (starym aparatem) z Bezrobotnm Frąckiem, który akurat popylał polskim brukiem po powrocie z obserwacji hiszpańskiej wojny domowej. Co za figura! Pije z gwinta i piwo, i wyborową! Trudno mu dotrzymać kroku…
Część z Koziołkiem Matołkiem uświadomi Wam, że i tego sympatycznego jegomościa nie ominęła (auto)cenzura. Walentynowicz przerysowywał niektóre plansze po to, by w tle mógł znaleźć się na przykład PKiN lub podniebny cud radzieckiej myśli technicznej. Takie czasy. Z takich czasów pochodzi ten telewizorek, w którym na kliszy można było obejrzeć jedną przygodę postaci. Rany, ale proste rzeczy kiedyś dostarczały nam rozrywki! Batonik z Matołkiem nie padł łupem jednego z mniejszych zwiedzających wystawę tylko dlatego, że umieszczono go za szybą gabloty. Myślę, że gdyby nie to, to nawet tłumaczenia mamy tego jegomościa, że na pewno jest przeterminowany, by nie pomogły. Nie mieści mi się też w głowie, ile razy przez te wszystkie lata od zakupu Wojtka Jamę kusiło by go sobie chrupnąć.
Gdzie ten Koziołek Matołek idzie? Na spotkanie przygody?
Czy to Przygody Nikogo? Wiedziałem, że z redaktorem Szcześniakiem nie mogliśmy się mylić, kiedy dostrzegliśmy wartość komiksu Tkacza!
Kiedy popatrzymy na komiksy z lat dawnych, zadziwia odwaga tłumaczy/autorów w adaptowaniu nazewnictwa do warunków polskich. Błysk Gordon to tylko jeden z przykładów (to tutaj to chyba akurat nie komiks, a ilustrowane opowiadanie z obrazkami autora komiksów o Błysku, Alexa Raymonda, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę). Dlaczego w Polsce Flash (ten szybki) nie może być Błyskiem? Dlaczego bohaterowie z marvelowych WKKM i SBM nie mogą stać się bardziej polscy, kiedy ważne jest znaczenie ich opisowej ksywki? Tak, w momencie, kiedy obie te kolekcje mają na liczniku tyle, ile mają, to chyba już nieaktualna sugestia. BTW: fajny eksponat.
Nie zagapcie się i nie omińcie na wystawie Gapiszona! Przy jego stanowisku można obejrzeć też animacje z postacią.
Gapie na wystawie dopisali (zwiedzałem w sobotni poranek). Może nie widać tego na zdjęciach, bo starałem się fotografować bez udziału osób postronnych, ale w ciągu dwóch godzin zwiedzania przez salę przewinęło się naprawdę sporo osób. Radość, jaką mieli mali (powyżej grupa na zdjęciu z oprowadzaniem) i duzi (np. podczas robienia sobie fotek w hełmie Hegemona, czy z maczugą Łamignata) była przeogromna. Michał Traczyk przed wernisażem wystawy, widząc psute krzesła, miął wątpliwości co do frekwencji, a ostatecznie zabrakło krzeseł! W czwartym miesiącu działania wystawy widać po liczbie zwiedzających, że publiczność jest i jest jej dużo. Czyli sukces.
W zakątku Filutka (notabene: sam Lengren podobno nie lubił, gdy jego historyjki obrazkowe określano mianem komiksu, ale też nie wygłupiał się z tymi powieściami graficznymi… pfff…) trafiamy na animowane Przygody Nikogo oraz na współczesne animacje z przygodami Filutka. Myślę, że Gapiszon (naprzeciwko zakątka Filutka, po sąsiedzku) zagapił się na te „Filutki” właśnie, które rysowała Anna Krztoń (o ile dobrze wypatrzyłem jej rolę w Przekrojowym przedsięwzięciu). Nie wiem, czy pamiętacie, ale Ongrys oprócz albumów zbiorczych z przygodami Filutka, wydawał też malutkie książeczki, które formatem nawiązywały do tych, które można zobaczyć w gablocie Filutkowej.
Najlepiej zaaranżowaną przestrzenią wystawy jest Ministerstwo Humoru. No po prostu śliczne! Szkoda, że pojazdów nie wykonano w skali „ludzkiej”. Ale by był fun, gdyby można w jednym z nich usiąść!
Bardzo fajnym elementem wystawy są umieszczane w gablotach figurki/pluszaki. Wydaje mi się, że to niedostępne w szerszej sprzedaży unikaty. Być może Diplodok zawojuje sprzedaż pluszakową, kiedy powstanie już z nim film rysunkowy, którego świetną zajawkę pokazano na jednej z edycji MFKiG? W kąciku Baranowskiego można zobaczyć fantastyczne szkice oraz porównać blaudruki z planszami tuszowanymi. Takie elementy wystaw to niezwykła okazja, żeby poznać pewne tajniki techniczne przygotowania (kiedyś) komiksów do druku.
Kajko i Kokosz zastanawiają się, kto postawił w kącie maczugę, tarczę i hełm. I czy ktoś tego im nie buchnie. Spokojnie, kulturalna publiczność wystawy po zrobieniu zdjęcia, karnie odstawiała eksponaty ruchome na miejsce. Tak mi przyszło na myśl: Kajko i Kokosza uznano za odpowiedniki Kajtka i Koka. A zrobił ktoś komiks o tym, że Kajko i Kokosz odkrywają, że zostali przeniesieni w czasie i odkrywają, że żyją w matriksie, a tak naprawdę są Kajtkiem i Kokiem?
Proces techniczny na suwanej pleksie – bardzo obrazowo można było na siebie „nałożyć” obie plansze.
Kolejne pomysłowe aranżacje wystawowe (ach, te peerelowskie regały ze sklejki!). Ponieważ Kleks na wystawie pojawia się w dalszej jej części, przysiąść na kanapie z nim będzie chciał każdy zmęczony już w tym momencie zwiedzaniem.
We współczesnej części wystawy Jeż musiał być. Wilq też (do obejrzenia trailer pełnego zapowiadanego metrażu z jego przypadkami).
W ogóle to wpuszczono na ten segment sporo zwierząt. Czy obecność Wielkiego Dzika i Małego Liska zapowiada, że i w komiksie dotrą oni do muzeum? Póki co zdobyli nagrodę PSK za najlepszy komiks dziecięcy. Ciekawe, co oni na to? Jak na lato?
O rany! Demony z Łaumy w muzeum!

***
I tak docieramy do finału wystawy. Pamiętajcie, że towarzyszy jej bogato ilustrowany katalog z tekstami m.in. Adama Ruska i Wojtka Birka. Warto go mieć, gdyż przeczytamy trochę o komiksie starszym, trochę o nowszym.

Wystawa Teraz Komiks! to niezwykłe wydarzenie. Uważam, że komiks jako zjawisko (bo jako takie jest prezentowany w ramach tej ekspozycji, nie tylko jako forma drukowanej publikacji) nie zyska ogólnospołecznej akceptacji i nobilitacji tylko przez to, że trafił do muzeum. Na pewno jednak wielu, którzy tę ekspozycję odwiedzą, zyska świadomość bogactwa formy i treści komiksowych, a to już może spowodować jakiś pozytywny ferment. Choć przyznam, że ja sam „na komiksowym marginesie” czuję się znakomicie, bo po prostu jest co robić.

Ważna jest kwestia tego, do kogo wystawa jest skierowana. Dla ludzi komiksowa tylko częściowo, bo sądzę, ze wielu z nas to wszystko zna i widziało. Zapewniam jednak, że i specjaliści znajdą tu coś nowego. Na pewno do bywalców muzeów i niefanów komiksów, którzy poszerzą swoją dietę muzealno-kulturalną. Na pewno dla dzieci i młodzieży – może dadzą się porwać kolorowym obrazkom, a potem dojrzeją i poszukają w komiksie także poważnych treści.

Podoba mi się klucz, który dla wystawy wybrano: pokazać komiks głównie poprzez unikatowych i niepodrabialnych bohaterów komiksowych. Jestem tego samego zdania, co Michał Traczyk (polecam obszerną recenzję wystawy, którą zamieścił w ZK #25), że co do zawartości wystawy można się przyczepić i wytykać jej brak takiej i takiej postaci, ale będzie to działanie bezcelowe. Celem tej ekspozycji jest pokazanie przekrojowe (ale jakże bogate!) historii polskiego komiksu na podstawie kolekcji jednego człowieka, z której i tak wybrano skromną ilość eksponatów. Celem tej wystawy jeż też uświadomienie wszem i wobec, że niezmiernie potrzebna jest stała przestrzeń, żeby gromadzić eksponaty ze sztuką komiksową związane. Ilu kolekcjonerów takich jak Wojtek Jama (i mniejszych) mogłoby przekazać niezwykłe eksponaty opowiadające historię polskiego komiksu? Naprawdę wielu. To materialne dziedzictwo, które trzeba zachować. To także te rzeczy, które dziś są gadżetem, a w przyszłości staną się swego rodzaju wartościowym świadectwem. Zatem zachęcam po obejrzeniu wystawy do klasycznego exit through the gift shop, gdzie znajdziecie sekcję z wystawowymi gadżetami.
Wilq patriotą na zawsze! Trzyma kciuki za polski komiks i polską reprezentację! Lecimy!

(Kuba Jankowski)