Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Misztal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Misztal. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

Shade, the Changing Man #70 - Milligan/ Case

Shade, the Changing Man to prawdziwa odyseja przez szaleństwo, zarówno Milligana, jak i pojawiających się na kartach serii postaci. Choć brytyjski scenarzysta radzi sobie doskonale z krótszymi opowieściami, The Changing Man udowadnia, że potrafi urzec czytelnika również czymś o wiele bardziej rozległym.

Shade to pokaz milliganowskich umiejętności na wielu polach, bo cała seria zmienia się znacznie na przestrzeni kolejnych epizodów. Ba, sam główny bohater nie jest przez cały czas taki sam – i nie mam tu na myśli tylko ewolucji jego charakteru.

Na przeczytanie całości przygód Shade’a trzeba poświęcić trochę więcej czasu niż na większość innych komiksów, jakie wyszły spod pióra Milligana, jednak z pewnością nie będzie to czas stracony. Wspominałem już o kwasowości Vertigo lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia i The Changing Man jest tego kolejnym przykładem, nieważne, czy w kadrach pojawia się American Scream, John F. Kennedy, mitologiczna Pandora czy sam diabeł. Dobrych pomysłów jak zwykle nie zabrakło, a 70 odcinków pozwoliło Milliganowi jeszcze bardziej niż zazwyczaj rozbudować niejednokrotnie skomplikowane relacje pomiędzy bohaterami komiksu. Niech za przykład trudnej znajomości posłuży fakt, że na początku komiksu przybywający z planety Meta Shade wiąże swój los z pewną kobietą, nie dość, że wbrew jej woli, to jeszcze przejmując (fakt, że niespecjalnie) kontrolę nad ciałem człowieka, który zamordował jej rodziców i ma zostać poddany karze śmierci.

A do tego wszystkiego Chris Bachalo.

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo uwielbiam ten komiks...
(Michał Misztal)
"Shade, the Changing Man" #1-70. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: świetni rysownicy. Wydawca: DC Vertigo

sobota, 22 września 2018

Egypt #6 - Milligan/ Corona

Pamiętam, że po przeczytaniu całości kilka lat temu byłem zachwycony – nie dlatego, że zachwycałem się wszystkim, co napisał Milligan, ale Egypt naprawdę przypadł mi wtedy do gustu. Jak zwykle mamy tu kwestię tożsamości, tego, kim naprawdę jesteśmy, poszukiwania siebie, a wszystko to w otoczeniu typowego Egiptu, który okazuje się wcale nie być dokładnie takim krajem, o jakim uczono nas na lekcjach historii. Do tego Vincent Me, główny bohater, którego dość trudno polubić, ale któremu jednocześnie chce się kibicować, bo wielu otaczających go Egipcjan to ludzie jeszcze gorsi. Sporo nadprzyrodzonych zjawisk, świetnie zbudowana atmosfera w rodzaju „O-co-tu-właściwie-chodzi?!”, a pod koniec mocno zaskakujący zwrot akcji, na który naprawdę warto było czekać. I można wybaczyć tej miniserii takie rzeczy jak rysunki, które nie zestarzały się z godnością, bo jest tu naprawdę sporo dobra.

Co nie spodobało mi się przy drugim podejściu? Cóż, nie była to dla mnie historia z tych, przy której świetnie się bawiłem, chociaż od początku znałem odpowiedź na zadane przeze mnie w poprzednim akapicie pytanie. Nie: tutaj odpalenie tej bomby stanowiło punkt kulminacyjny Egyptu, wydarzenie, wokół którego kręciła się cała opowieść. Zdając sobie sprawę z tego, jak Vincent trafił do kraju piramid, nie bawiłem się już aż tak dobrze. Do tego pod koniec komiks trochę za bardzo hamuje, a sam finał pozbawiony jest mocnego uderzenia, jakiego można było spodziewać się po drodze do niego.

Tak czy inaczej, Egypt zdecydowanie warto znać. To z wielu powodów bardzo dobra i nietuzinkowa historia.
(Michał Misztal)
"Egypt" # 6. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Roberto Corona, Phil Gascoine. Wydawca: DC Vertigo, styczeń 1996

czwartek, 20 września 2018

The Extremist #4 - Milligan/ McKeever

Kolejna opowieść o tożsamości jest dość krótka (4 zeszyty), ale, jak przystało na Milligana, miejsca się tutaj nie marnuje. Tym razem głównym i zarazem tytułowym bohaterem komiksu jest The Extremist, postać nosząca charakterystyczny czarny strój i eliminująca ludzi niewygodnych dla pewnego tajnego stowarzyszenia. I nie chodzi tu o to, kto konkretnie kryje się pod maską, a raczej o rzeczy, które maska Extremisty robi z człowiekiem; jak się okazuje, każdą noszącą ją osobę zmienia w zupełnie inny sposób.

Coś tak prostego jak założenie skórzanego ubrania może zarówno więzić, jak i dawać wolność, choć jest to wolność, która może oznaczać odrzucenie wszelkich zasad moralnych. The Extremist ukazuje to w świetny sposób. Zachowania poszczególnych zabójców są tutaj bardzo dobrze umotywowane i mają sens. Wychodzi z tego komiks o poszukiwaniu swojego prawdziwego „ja”, o tym, jak niewiele może wiedzieć o sobie dwoje mieszkających razem ludzi oraz… jak niewiele człowiek może wiedzieć o sobie samym. W końcu: o tym, jak łatwo pozbyć się pewnych ograniczających (ale i chroniących przed zepsuciem) nas hamulców – tak naprawdę wystarczy odpowiedni pretekst.

Wszystko to zostało przedstawione za pomocą zaburzonej chronologii (jak choćby w Skreemerze), jak również cudownych, brzydkich, nieestetycznych, brudnych oraz idealnie dopasowanych do treści kadrów Teda McKeevera. Chyba każdy stary dziad, taki jak ja, poruszając temat tego rysownika musi wspomnieć, jak to McKeever został kiedyś zmieszany z błotem przez czytelników TM-Semic, którzy najwidoczniej nie byli przygotowani na coś tak odjechanego. Wciąż mamy go w Polsce bardzo niewiele (nie żeby Milligan miał o wiele lepiej), zupełnie zresztą niesłusznie.

The Extremist ma niesamowity scenariusz i wygląda tak, że całość nie wchodzi czytelnikowi do mózgu, ale brutalnie go rozdrapuje. To nie tylko jeden z najlepszych komiksów Milligana – dla mnie jeden z najlepszych w ogóle.
(Michał Misztal)
"The Extremist" #4. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Ted McKeever. Kolor: Tom McCraw. Wydawnictwo: DC Vertigo. Data wydania: grudzień 1993

czwartek, 30 sierpnia 2018

Face - Milligan/ Fegredo

W komiksie Face (świetnie zilustrowanym przez Duncana Fegredo) Peter Milligan zadaje takie pytania jak na przykład: jakie znaczenie ma ludzka twarz, czym jest sztuka oraz czy chirurgia plastyczna może być za nią uznawana. Umieszcza czworo bohaterów (Davida, słynnego chirurga, jego żonę Rebeccę oraz słynnego malarza Andrew Sphinxa razem ze swoim bezgranicznie posłusznym lokajem) na wyspie należącej do artysty, który przed wieloma laty całkowicie zrezygnował z malowania. David przeprowadzi operację plastyczną twarzy Sphinxa, dzięki czemu malarz ma wreszcie odzyskać natchnienie. Przy okazji Rebecca wreszcie dokończy pisanie zaniedbanej przez siebie powieści. Co może pójść nie tak?

Milligan doskonale skonstruował poszczególne wątki oraz nieliczne pojawiające się w Face postacie, między innymi dzięki dodaniu części z nich kilku obsesji. Choć pozornie są niegroźne, tak naprawdę kierują niemal całym ich życiem. Jakby tego było mało, na wyspie zaczynają dziać się dziwne rzeczy, do tego stopnia, że gościom Sphinxa grozi popadnięcie w obłęd. Choć z początku wygląda na to, że wizyta u malarza (który zażyczył sobie, by pobyt Davida i Rebecci na jego rajskiej wyspie trwał sześć miesięcy) będzie sielanką, okazuje się bardzo szybko, że z miejscem, w którym zamieszkał chirurg ze swoją żoną, coś jest nie w porządku...

Świetna, dość krótka pozycja, która pomimo niewielkiej objętości zawiera zaskakująco dużo „komiksu w komiksie”. Milligan pokazuje (zupełnie jak z tożsamością – nie po raz ostatni), że nie potrzebuje dużej przestrzeni, by w świetnym stylu rozwinąć skrzydła i stworzyć pełnokrwistą historię.
(Michał Misztal)
"Face". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Duncan Fegredo. Kolor: Sherilyn van Valkenburgh. Wydawca: DC Vertigo, styczeń 1995

niedziela, 26 sierpnia 2018

Girl #1 - Milligan/ Fegredo

Girl to historia o Simone, nastolatce z patologicznej rodziny, mieszkającej w mieście, w którym nikt nie ma przyszłości, nie bez powodu nienawidzącej niemal wszystkiego, co jest związane z jej życiem. Już na samym początku widzimy, że Simone nie ma zamiaru godzić się ze swoim otoczeniem, co ma zamiar zamanifestować przy pomocy benzyny oraz ognia… tylko że zaraz potem cofamy się o kilka tygodni, by zrozumieć, jak do tego wszystkiego doszło. 
Czytając kolejne rozdziały poszczególnych zeszytów (o tytułach takich jak My life as a social engineer, My life as a corpse, My life as a slut czy My life as a wanted girl), dość szybko przekonujemy się, że główna bohaterka, ujmując to bardzo delikatnie, raczej nie ma kolorowo. Na szczęście Simone spotyka bratnią duszę, dziewczynę, która wygląda prawie identycznie jak ona, tyle że ma inny kolor włosów. I jest dokładnie taką osobą, jaką Simone chciałaby być. Nowa przyjaźń wygląda na spełnienie marzeń, ale niestety później nie dzieje się dobrze, aż w końcu już nie wiadomo, czy zbrodnia, do której dochodzi w komiksie, została popełniona przez Simone, czy przez jej bliźniaczkę. A może ta druga tak naprawdę nigdy nie istniała?

Girl przedstawia sytuację protagonistki niezwykle sugestywnie, i to nie tylko wtedy, kiedy już całe jej życie naprawdę ma się zawalić. Patologia panująca w Bollockstown aż przytłacza i można wręcz poczuć, że po prostu nie da się z tego wybrnąć bez używania ekstremalnych środków… takich jak benzyna i ogień.

A jak to wszystko się kończy? To właściwie moje jedyne poważniejsze zastrzeżenie: w finale wszystko hamuje. Biorąc pod uwagę to, co działo się wcześniej, robi się trochę zbyt sielankowo, choć z drugiej strony, to też COŚ pokazuje i stanowi ważny element przesłania całości. 
(Michał Misztal)
"Girl" #1. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Duncan Fegredo. Kolor: Nathan Eyring. Wydawca: DC Vertigo, lipiec 1996

środa, 11 lipca 2018

Shade, The Changing Man #50- Milligan/ Bachalo

Seria Shade, The Changing Man to niewątpliwie jedna z lepszych rzeczy, jakie napisał Peter Milligan. I jedna z bardziej szalonych, nawet jak na jego standardy. Siłą rzeczy jest to więc również jedna z najciekawszych pozycji w obszernym katalogu Vertigo. I coś, co z pewnością muszę sobie po latach powtórzyć, bo naprawdę warto zanurzyć się w chorym świecie The Changing Mana ponownie. 
50. zeszyt nie był odcinkiem, od którego rozpocząłem znajomość z Shade’em, ale na pewno jednym z pierwszych. Dorwałem ich kilka i czytałem po kolei, ale i tak nie od początku, zaś jeden epizod był czasem oddzielony od drugiego nawet o kilkanaście numerów. Takie bezsensowne przeskoki bez ładu i składu, ale po prostu czytałem wszystkie komiksy, jakie miałem wtedy pod ręką, a jeśli znajdowało się na nich logo Vertigo, musiałem wiedzieć, co jest środku, choćbym zaczynał serię od… środka.

Czy 50. zeszyt Shade’a to dobry moment, by rozpocząć swoją znajomość z tym komiksem? Oczywiście, że nie. Ale jeśli przypadkiem na dzień dobry zawitacie właśnie tutaj, uwierzcie, że będzie się działo. Ciąże. Mordercze anioły. Brzemienne w skutkach pakty z diabłem. Pogrzeby. Tracenie kontroli nad swoim zachowaniem (I’m… I’m going to kill you. Don’t worry. Everything will be… all right.). Zabójstwa. Gościnne ilustracje takich rysowników jak choćby Brian Bolland, Sean Phillips, Mike Allred czy Ted McKeever. Na ostatniej stronie komiksu reklama  albumu Spin Doctors Turn It Upside Down (nie miałem okazji go przesłuchać). Samo zakończenie historii jest niezwykle dramatyczne i przez jakiś czas wydawało mi się, że jest to zarazem finał całej serii. Piękna rzecz.

Milligan, jeden z moich ulubionych scenarzystów. Do tego kreska Chrisa Bachalo (wtedy, gdy czytałem Shade’a #50 po raz pierwszy, znałem go tylko z TM-Semicowskich X-Men oraz Ghost Ridera 2099), Marka Buckinghama i Ricka Bryanta. Niesamowite i rewelacyjne połączenie.

Ale wiecie… jeśli nie znacie tego cyklu, zacznijcie jednak od pierwszego zeszytu. Jeśli go nie znacie, sięgnijcie po ten komiks natychmiast. I niech Madness Vest będzie z wami!
(Michał Misztal)
"Shade, The Changing Man" #50. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Chris Bachalo. Tusz: Mark Buckingham, Rick Bryant. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, sierpień 1994

czwartek, 5 lipca 2018

American Freak #1 - Louapre/ Locke

Pierwszy epizod miniserii American Freak, dorwany przeze mnie w tym samym miejscu, co zeszyty Enigmy oraz Fables, o których pisałem w ziniolskim cyklu wcześniej, to dla mnie kolejny przykład kwintesencji Vertigo z lat dziewięćdziesiątych. Może nie pasuje to do każdego z wydawanych wtedy przez nich komiksów, ale większość z nich mogę opisać jednym słowem: kwasowość.

No dobrze, dwoma słowami.

Cudowna kwasowość.

Protagonistą historii jest Damien Kane, dwudziestokilkulatek, który… zaczyna mutować. Najpierw po prostu źle się czuje, ale dość szybko dociera do niego, że jego rodzicami tak naprawdę nie byli ludzie, a stwory będące wynikiem przerażających eksperymentów. Oczywiście z początku Damien w ogóle nie wierzy w tę niedorzeczną historię…

Kwasowość. Okładki z krzykliwą kolorystyką, mocno niepokojąca treść, rysunki, które zdążyły się już zestarzeć, ale wpasowują się w cały ten groteskowy schemat idealnie. O ile się orientuję, raczej nie był to wielki przebój stajni Vertigo (nie żebym dokładnie sprawdzał, ale poza jednym tekstem nie przypominam sobie, żebym trafił na cokolwiek o American Freak po polsku) . Czy słusznie?

Trudno mi powiedzieć, ale wiecie co? Właśnie uświadomiłem sobie, że po kilku latach bardzo chętnie przeczytam wszystkie części tej miniserii ponownie. Bo wydaje mi się, że mimo kilku braków dobre to było, a niestety zapamiętałem jedynie kilka wątków z pierwszego zeszytu oraz jedną z późniejszych, nieprzyjemną scenę, gdzie tytułowe dziwadła są wystawione na pokaz niczym w cyrku osobliwości.

Lektura obowiązkowa? Raczej nie, ale na pewno warto wiedzieć, że taki komiks istnieje.
(Michał Misztal)
"American Freak" #1. Scenariusz: Dave Louapre. Rysunki: Vince Locke. Kolor: Chris Chuckry. Wydawca: DC Vertigo, luty 1994.

czwartek, 21 czerwca 2018

Fables #41 - Willingham/ Buckingham

Kolejny efekt grzebania w pudle z komiksowymi zeszytami gdzieś za Oceanem ponad dekadę temu: Fables.

Znałem większość tego, co udało mi się wygrzebać: Hellblazer? Jasne. Preacher? Ależ oczywiście. Shade? Nie znam, ale to Milligan i Bachalo, wziąłbym, choćby na okładce nie znalazło się logo Vertigo. Sandman, Black Orchid, Swamp Thing, wszystko za śmieszną cenę. Co prawda prawie za każdym razem były to epizody gdzieś ze środka serii, więc później momentami nawet nie za bardzo wiedziałem, o czym czytam, ale co tam.

No i tak trafiłem na Fables. O! Nigdy o tym nie słyszałem. Ale to Vertigo, więc sprawa jest oczywista: kupuję, a tak poza tym, po powrocie do Polski może wytatuuję sobie to logo na klacie.

Fables, czy też Baśnie, bo w międzyczasie seria Billa Willinghama pojawiła się i w naszym kraju, to historia o znanych nam wszystkim postaciach - akurat w zeszycie #41 pojawiają się między innymi Pinokio, Czerwony Kapturek, Piękna (z Pięknej i Bestii) oraz sympatyczny, tajemniczy jegomość z okładki. Splatamy ze sobą losy tych oraz wielu innych baśniowych/bajkowych bohaterów, każemy im przenieść się do naszego, pozbawionego magii świata, gdzie uciekli przed podbijającym ich krainy Adwersarzem i mamy bardzo interesujący punkt wyjścia dla komiksowego cyklu. Omawiany epizod skutecznie zachęcił mnie do dalszego śledzenia przygód licznych i barwnych postaci z Fables, a raczej: do śledzenia ich przygód od początku.

Tak czy inaczej, #41 zeszyt nie był jednak dobrym wejściem w Baśnie. W zasadzie był wejściem bardzo złym, bowiem już na dzień dobry dowiedziałem się, kim jest Adwersarz, co było bardzo długo utrzymywane w tajemnicy. Czytałem więc wszystko trochę tak, jakbym oglądał Fight Club, wiedząc od pierwszej minuty (uwaga, jeśli nie oglądaliście), że Edward Norton i Brad Pitt są tą samą osobą. Na szczęście cykl okazał się być bardzo dobry z wielu innych powodów, a nieujawnianie tożsamości głównego przeciwnika nie było jedynym, co skłaniało do dalszej lektury.

Lubię ten zeszyt, bo to od niego zaczęła się moja wieloletnia znajomość z Fables. Co prawda ta „długowieczność” nie wyszła serii najlepiej, bo to jeden z tych komiksów, które wspominałoby się o wiele cieplej, gdyby scenarzysta wiedział, kiedy skończyć i zejść ze sceny niepokonanym. Pomimo tego Baśnie zdecydowanie warto znać, przynajmniej do któregoś tam tomu. Nie warto natomiast za wszelką cenę zostawać aż do finału.
 (Michał Misztal)

"Fables" #41. Scenariusz: Bill WIllingham. Rysunki: Mark Buckingham i Steve Leialoha. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, listopad 2005.

niedziela, 3 czerwca 2018

Enigma #1 – Milligan/ Fegredo

You could say it all started in Pennsylvania. Twelve years ago. Not on a farm. 
Będąc w 2006 roku w Stanach, w miejscowości Millford, jakieś dwie godziny samochodem do Nowego Jorku, wiedziałem, że w któryś z wolnych od pracy dni spróbuję znaleźć sklep z komiksami. No i udało się: w ostatniej chwili (bo mieliśmy właśnie zawracać, przekonani, że jednak niczego takiego tam nie ma) zauważyliśmy poszukiwany sklep, właściwie sklepik. Wypełniony oczywiście stertami opowieści obrazkowych, przede wszystkim zeszytów, ale i wydań zbiorczych. Te ostatnie zupełnie zignorowałem (brak funduszy), ale za to wyszedłem stamtąd z całym stosem komiksów o wartości około 25, może 50 centów każdy. 
Od czego zacząłem poszukiwania? 
Przede wszystkim od razu odkładałem na bok wszystko, na czym widniało logo Vertigo. Nie wiedziałem wtedy za wiele o komiksach (i być może niewiele się zmieniło), ale zdawałem sobie sprawę, że te zeszyty, głównie jeszcze z lat 90., to prawie na pewno dobry trop. Będzie o nich więcej w kolejnych tekstach z tego cyklu, ale na razie… Milligan. Enigma. 
Pamiętałem nazwisko autora Enigmy bardzo dobrze dzięki TM-Semicowskim Batmanom – historii Mroczny Rycerz mrocznego miasta, jednak głównie z powodu historii zatytułowanej Idiota, przez którą miałem w dzieciństwie liczne i przerażające koszmary… ale która jednocześnie była wspaniała, niecodzienna oraz wyjątkowa. Wtedy, w sklepie z komiksami, nie miałem pojęcia, co jeszcze napisał Milligan i czy w ogóle cokolwiek. Na szczęście okazało się, że jest tego całkiem sporo. 
Wyciągałem z wypełnionych opowieściami obrazkowymi kartonów każdy zeszyt z nazwiskiem Petera Milligana na okładce. Czasami były to rzeczy gdzieś ze środka lub nawet końca danej serii, jak choćby jedne z ostatnich zeszytów Shade’a. Jeśli chodzi o Enigmę, trafiłem na tylko jeden epizod, na szczęście pierwszy. Przeczytany kilka dni później, po dwunastogodzinnej zmianie, na piętrowym łóżku, wśród rozmów innych przebywających w tym samym pomieszczeniu osób, sprzedał mi nieprawdopodobnie silnego kopniaka w szczękę. Z półobrotu. Kopniaka, jaki nadal nie pozwolił mi o sobie zapomnieć.  
Enigma to rewelacyjnie narysowana przez Duncana Fegredo historia Michaela Smitha, postaci o życiu równie pedantycznie uporządkowanym co właściwie pozbawionym większej wartości. Stety/niestety wszystko to ma się wkrótce zmienić, bowiem wygląda na to, że nie cieszący się popularnością bohaterowie komiksów, których Michael pamięta z dzieciństwa, z niewyjaśnionych powodów ożyli. Na początku poznajemy dwóch z nich: jeden zjada ludzkie mózgi, drugi to, jakżeby inaczej, Enigma. Rozpoczyna się odyseja, na końcu której - być może - Michael wreszcie odnajdzie samego siebie. Nie osobę, którą jest na początku całej historii, żywego trupa sztucznie podtrzymywanego przy życiu za pomocą swoich przyzwyczajeń. 
Całą miniserię przeczytałem trochę później i do dzisiaj - po niemal dekadzie - Enigma to mój drugi komiks na liście tych ulubionych. To historia, która w pewny sposób zmieniła moje życie odbiorcy opowieści obrazkowych oraz pozwoliła mi odkryć na nowo twórczość Milligana, skutecznie przypominając mi, jak dobre i chore rzeczy potrafi stworzyć ten facet. Już nie miałem koszmarów, za to byłem oczarowany – i jestem nadal. 
Prawdopodobnie i tak w końcu przeczytałbym Enigmę, choćbym nie znalazł tego zeszytu w niewielkim sklepie z komiksami w Millford. Przerobiłbym go tak samo, jak przerobiłem chyba większość tytułów, które napisał Milligan. Cieszę się jednak, że wygrzebałem ten komiks w kartonie tak daleko od domu, jak rapowy producent odnajdujący stary, zakurzony winyl. To jeden z kluczowych elementów mojej odysei czytelnika komiksów, która będzie pewnie trwała do końca mojego życia. Bez Milligana i jego Enigmy z pewnością byłaby o wiele uboższa.  
(Michał Misztal)
"Enigma" #1. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Duncan Fegredo. Kolor: Sherylin van Valkenburgh. Wydawca: DC Vertigo, marzec 1993.