Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 30 listopada 2017

Niech żyje komiks 2 (2017)

Oto bilet wstępu na drugą edycję imprezy, na której przeżycia komiksowe gwarantowane były. Znajdź pięć różnic w porównaniu do biletu z roku ubiegłego (link) (telefon do przyjaciela: na samym końcu relacji) (pytanie do publiczności: 5 x 0 = 5 PLN).

Pobliska budka (telefoniczna?) z zainteresowaniem odniosła się do zaistnienia tej jednodniowej imprezy w warszawskim pejzażu przedzimowym. O ile przychodzić będą ludzie (przyszli!), to nie mamy problemu z istnieniem nawet i 5 podobnych imprez w Warszawie (NŻK 2017 zbiegł się dniowo na przykład z drugim Warsaw Comic Con w podwarszawskim Nadarzynie, gdzie największą gwiazdą komiksową, w znaczeniu: przerysowaną, była Pamela Anderson; a, w Nadarzynie był jeszcze ten, jak mu tam… Simon Bisley! I podobno się nudził jak mops. Mógł wpaść na NŻK.)


W zeszłym roku NŻK odbyło się 3 grudnia, wtedy o „tydzień bardziej” myślało się o prezentach mikołajkowych i gwiazdkowych, mniej o marszach niepodległości. W tym roku Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie zaprosiło w swoje eleganckie progi 25 listopada. Kiedy spóźnieni reporterzy wchodzili, niektórzy już wychodzili…


…może z pierwszego spotkania, ze Śledziem? Zaczęło się o godzinie 12:00. To dobra godzina. Nie za wcześnie, nie za późno. W sam raz, żeby na szybko pogadać np. o Na szybko spisanym #3. Zdjęcie niewyraźne, ale niektórzy twierdzą, że ta trzecia część też niewyraźna…


…ale za to dostępna z dwoma poprzednimi w integralu. Chociaż nie byłem na całym spotkaniu, to mam wrażenie, że Śledziu zmienił ciut repertuar anegdotek. Pierwszy raz słyszałem o tym, że Michał Śledziński chciałby napisać i narysować Pogromcę. Też bym chciał to zobaczyć. Autor zwrócił uwagę, że Na szybko spisane kończy się przed Smoleńskiem, bo woli robienie fantastyki, a nie bycie psychologiem narodu (niecytat niedokładny). 


A teraz mała retrospekcja: zanim dotarliśmy na Śledzika, była wizyta na giełdzie, gdzie wydawcy/sprzedawcy się bawili i śmiali (Bum Projekt po lewej rozśmiesza Mandiocę po prawej)…


…a mniej ludzi niż w zeszłym roku kupowało.


Wracamy do głównej linii narracyjnej: Szymon Holcman z przyciemnienia opowiada o komiksach, których nie wyda, bo coś. Fajny pomysł: nie, bo a) ktoś wydał b) wspólnicy c) nie ma jak d) nie ma dla kogo (uwaga! To test wielokrotnego wyboru, w którym poprawna może być jedna, dwie lub wszystkie odpowiedzi!). Eleganckie spotkanie, dużo ciepłych słów, pochwały w kierunku innych wydawców (np. za Codzienną walkę, Maniaka miłości czy Czary zjary). Mnie z w ogóle niewydanych najbardziej zainteresował My Fovorite Things Is Monsters (z segmentu „bo nie ma jak”).


Było też o polskiej ilustracji prasowej. Nie wiem, co mam napisać o spotkaniu, o którym sami prowadzący powiedzieli na wstępie, że wszyscy w kuluarach mówią, że to będzie najnudniejsze spotkanie. W sumie było. Nie bijcie, nie mam nic do dodania.


Nie zapomniano o warsztatach dla młodszych i starszych (prowadził Daniel Chmielewski). Toczyły się za zamkniętymi drzwiami, więc nie przeszkadzaliśmy. Dziwne tylko, że najmłodszych zepchnięto do podziemia. W zeszłym roku największą widownię miała rozmowa z Tomkiem Samojlikiem i Adamem Wajrakiem. W tym roku spotkań z autorami dla dzieci nie było.


Spotkanie z Mateuszem Subietą i projekcja jednego odcinka (o Wróblewskim) z reżyserowanego przez niego programu Komiks – superbohater PRL. Serial ma 10 odcinków, leci w kanale, do którego ma dostęp nieliczna elita, posiadająca telewizję pozaabonentową, i nie będzie miał wydania DVD. Przedstawiony odcinek pokazuje, że serial ma potencjał: akcja wartka jak w komiksie i z wykorzystaniem kadrów i dymków. Może jednak gdzieś uda się szerzej pokazać to dzieło?


Na tym, i na kolejnym spotkaniu z minimalistami polskiego komiksu (Jankiem Mazurem, Jakubem Dębskim i Jackiem Świdzińskim), sala chyba była pełna. Wiadomo, seks się sprzedaje (ale że minimaliści też?), na co liczyły rozmówczynie Olgi Wróbel w panelu „Kobieca strona erotyki” - Aleksandra Hirszfeld, Magdalena Lankosz, Joanna Karpowicz, Maria Lengren i Katarzyna Witerscheim-– czyli autorki i wydawczynie. Ciekawie, z humorem i podtekstami. Ponieważ ten łikend z NŻK 2017 był koncertowy (i w piątek, i w niedzielę), to skojarzenie mam z taką piosenką i jednym z niej wersem, w którym Eugene zawsze zmienia słowo „kissing” na „fucking”. Też ładnie.


A tu na zakończenie nasi minimaliści. Rozmowa krążyła wokół tego, że w komiksie nie tyle chodzi o superduper rysunek, ale o opowiadanie pewnym językiem. Tym językiem Mazur, Dębski i Świdziński po prostu myślą i piszą swoje komiksy. Każdy w taki sposób, że ich patyczaki różnią się znacząco. Ja najbardziej kupuję Świdzińskiego.

Uwagi końcowe:
•    Szkoda, że tylko pierwszy rząd w sali spotkaniowej ma takie wygodne kanapki :)
•    Kolejka po rysografy do Śledzia wchodziła na salę spotkaniową. Skandal.
•    Obsługa sali tak się wciągnęła w komiksowo, że po projekcji odcinka „Komiks – superbohater PRLu” nie było komu zapalić światła.
•    Niech komiks żyje też za rok.
(Kuba Jankowski)

Chrononauci - Millar/ Murphy

Chrononauci to petarda. Komiks, po którego lekturze rozpocząłem gorączkowe poszukiwania informacji o tym, czy to zamknięta całość czy pierwszy odcinek dłuższej serii. No i się udało. Na grzbiecie jak byk stoi: tom pierwszy*. Jesteśmy uratowani, bo Chrononauci to opowieść z potencjałem, łącząca Powrót do przeszłości z Zabójczą bronią i Top Gunem i - uwaga - rysowana przez genialnego Seana Murpy’ego. A jeden rysunek wykonany przez tego pana wart jest ceny całego albumu. 
Scenariusz napisał wspomniany już wcześniej Mark Millar. Chrononauci to panowie podróżujący w czasie. Zaczęło się od programu obserwacji temporalnej NASA, dzięki której nam współcześni mogli na żywo obejrzeć relację z przebiegu wojny secesyjnej, a skończyło na niesamowitej przebieżce przez stulecia i próbę odpowiedzi na pytania: czy władza nad czasem korumpuje? Czy rzeczywiście zmieniając coś w przeszłości, wpływamy na teraźniejszość? I czy możliwe są happy endy? 
Próżno szukać tu naukowych analiz i teoretyzowania. Autorzy postawili na inteligentną rozrywkę i w nawias wzięli nielogiczne niedorzeczności. Emocje odczuwalne podczas lektury Chrononautów porównałbym to tych, które w latach 80. towarzyszyły nastolatkowi podczas pierwszego seansu Indiany Jonesa. Co za przeżycie!
*być może tom pierwszy, być może ostatni. Choć autorzy zakładali powstanie jeszcze dwóch miniserii, od jakiegoś czasu sprawy nie postępują. Całkiem więc możliwe, że jednak uratowani nie jesteśmy...
"Chrononauci". Scenariusz: Mark Millar. Rysunki: Sean Murphy. Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski. Wydawca: Non Stop Comics, Katowice 2017.

środa, 29 listopada 2017

Powstanie. Film narodowy - Świdziński

Bareja polskiego komiksu powraca (niektórzy mówią, że Mrożek!). Tym razem w finezyjnie nazwanym albumie o kręceniu filmu narodowego. „Powstanie. Film narodowy” Lub „Powstanie film narodowy”, w którym prawda czasu miesza się z prawdą ekranu, to najnowszy wytwór wyobraźni Jacka Świdzińskiego, którego czytelnicy literatury wszelakiej mogą kojarzyć z "Paproszków", A niech Cię, Tesla" czy "Wielkiej ucieczki z ogródków działkowych".

Cytat: „Sztuka to zbyt poważna sprawa, żeby zajmowali się nią artyści, jak powiedział Edzio”. Podobnych w albumie Jacka Świdzińskiego jest mnóstwo. Charakterystyczny minimal rysunkowy wsparty jest tu równie charakterystyczną inteligentną formą. Rzecz tym razem dotyczy kręcenia takiego filmu, który według producenta ma się nie mieścić w głowie i na który zasługuje wielki naród. Świdziński pokazuje tworzenie takiej produkcji od podszewki. Omawia etap koncepcyjny, tworzenie i modyfikacje scenariusza, kręcenie scen, ale też sytuacje nieplanowane, jak okupacja istotnego dla filmu drzewa przez związek monarchistów rzeczpospolitej, żądający uwzględnienia autorskich poprawek do scenariusza. Świdziński przygląda się pracy drugiej reżyser, statystów, pracowników szeregowych, ale przede wszystkim obserwuje mechanizmy, jakie funkcjonują na planie tego akurat filmu. 
Dużo tu powagi rozbijanej nagłym atakiem śmiechu. Dużo scenek rodzajowych, które można ze śmiechem odtwarzać w najbliższym otoczeniu. Mnóstwo świetnie napisanych dialogów, które powinny wejść do codziennego użytku. 
W przypadku tego komiksu nie ma sensu się specjalnie rozwodzić. Bareja (a może Mrożek?) i Butenko lepiej by tego nie zrobili. Nawet jakby im pomagali Piwowski z Koterskim.
"Powstanie. Film narodowy". Autor: Jacek Świdziński. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2017.

wtorek, 28 listopada 2017

"Lublin zza krat" - fotorelacja

28 listopada o godzinie 18:00 w Punkcie Kultury w Lublinie odbył się wernisaż wystawy "Lublin zza krat". Znalazły się na niej komiksowe prace osadzonych w Areszcie Śledczym w Lublinie, które powstały podczas trzymiesięcznych warsztatów przeprowadzonych tamże.


Efektem warsztatów jest publikacja "Historie osadzone. Antologia więziennych komiksów o Lublinie". W albumie znalazło się dziesięć historii na temat Lublina w związku z jubileuszem 700-lecia miasta. Antologia w całości została stworzona przez osadzonych.

Projekt został zrealizowany przez Pracownię Sztuki Zaangażowanej Społecznie Rewiry we współpracy z Aresztem Śledczym w Lublinie w ramach zadania "Peryferia sztuki". Dofinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Paper Girls - Vaughan/ Chiang

Wydawnictwo Non Stop Comics to świeży zawodnik na polskim rynku wydawniczym. Choć w swoim dorobku mają niewiele pozycji, są wśród nich takie, które mogą nieźle namieszać.
Pierwszą z potencjalnie hitowych serii jest Paper Girls, absolutnie znakomita opowieść osadzona w końcówce lat osiemdziesiątych i klimatem przywodząca na myśl filmowe blockbustery skierowane do młodzieży. Komiks opowiada o grupce dziewcząt, które trudnią się rozwożeniem gazet - profesją, w której trzeba być rannym ptaszkiem. Akcja komiksu rozpoczyna się właśnie o poranku, w dodatku o poranku zaraz po halloween, kiedy to po mieście szlajają się jeszcze bandy poprzebieranych za postaci z horrorów młodzieńców. I nagle zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jakieś niesamowite stwory, piwniczne maszyny, latające dziwadła, wybuchy na horyzoncie, trochę futurologii i mnóstwo nawiązań. 
No właśnie.
Z tych powrotów do przeszłości ucieszą się zapewne ci, którzy w latach 80. grali w Arkanoid i oglądali Koszmar z ulicy Wiązów

Paper girls to nostalgiczna jazda bez trzymanki i kolejny przejaw tęsknoty za tymi czasami. Ale poza tymi nawiązaniami oczywistymi, są jeszcze takie, które bezpośrednio dotyczą scenarzysty serii, Briana K. Vaughana. Ten niezwykle płodny scenarzysta kilkoma scenami i motywami wyraźnie sięga pamięcią do swoich najbardziej znanych dzieł - Y, ostatniego z mężczyzn oraz Sagi

Pierwszy tom przygód papierowych dziewczyn to rzecz świetnie napisana, z odpowiednim wyważeniem humoru i buntu i łatwo przyswajalnymi dialogami. Na potrzeby tej produkcji Vaughan połączył siły z niezwykle utalentowanym rysownikiem Cliffem Chiangiem, który w Polsce może być znany czytelnikom z pracy nad Wonder Woman, a na świecie - chociażby z serii Human Target rysowanej do scenariusza Petera Milligana

W Paper girls autorzy stworzyli mieszankę wybuchową. Horror, fantastyka, nostalgia i gry wideo. To wszystko tu jest. W dodatku podane w naprawdę profesjonalny sposób. 
"Paper Girls". Scenariusz: Brian K. Vaughan. Rysunki: Cliff Chiang. Tłumaczenie: Bartosz Sztybor. Wydawca: Non Stop Comics, Katowice 2017.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Ziemia swoich synów - Gipi

Ziemia swoich synów Gipiego, czyli Gianniego Pacinottiego - tego włoskiego rysownika polscy czytelnicy komiksów mogą kojarzyć z wydanego jakiś czas temu w Polsce komiksu Sala prób, w którym w niespotykanie żywy sposób przedstawił w komiksie muzykę. Ziemia swoich synów to surowa, utrzymana w odcieniach szarości historia o końcu i jego skutkach, ukazana z perspektywy dwóch braci. 
Wielbiciele klimatów postapo znajdą tu zapewne wiele inspiracji i być może dorzucą dzieło Gipiego do kanonu gatunku. Jest to album zrealizowany w sposób perfekcyjny. Począwszy od brutalnego świata przedstawionego, poprzez stylizację języka konkretnych bohaterów, po wypieszczone, czarno-białe rysunki, którymi komiks jest opowiadany. 
Po katastroficznym końcu, którego przyczyn nie znamy, Gipi ukazuje degrengoladę społeczną, przejawiającą się w okrutnych rytuałach i oddaniu władzy nad ludem wydumanym bożkom, ale daje też nadzieję na zbudowanie nowego świata. Lecz zanim ta nadzieja eksploduje, musi zajść przemiana, a oschłe i zbudowane na podejrzeniach relacje między bliskimi sobie osobami będą potrzebowały oczyszczenia.  
To też komiks o potędze słowa, o budowaniu nowych społeczności, o uprzedzeniach, uczuciach, zezwierzęceniu i nadziei na lepsze jutro. 
Raz jeszcze powrócę do rysunków, bo przyznam, że jestem pod ich ogromnym wrażeniem. Gipi rysuje niezwykle dynamicznie. Pozwala sobie na rozegranie krótkich scen na dużej ilości kadrów, zachowując idealną płynność. 
Kompozycyjnie jest to mistrzostwo świata. 
Z racji, że komiks ma wiele niemych przestojów, podczas których nie pada ani jedno słowo, warto podkreślić, że również jeśli chodzi o aspekt komunikatywny, zrealizowany jest wzorcowo. 
Ziemię swoich synów zalecam nabyć, przeczytać i postawić na tak zwanej górnej półce. Bo tam jest miejsce tego komiksu.
"Ziemia swoich synów". Scenariusz i rysunki: Gipi. Tłumaczenie: Anna Karolina Teruzzi. Wydawca: timof comics, Warszawa 2017.

niedziela, 26 listopada 2017

Tank Girl - Martin/ Hewlett

Polscy komiksiarze mają coraz więcej okazji do nadrobienia zaległości z ponad stuletniej historii komiksu. Nasi wydawcy sięgają po wybijające się współczesne pozycje, pielęgnują popularny rynek superherosów, ale również coraz częściej kłaniają się klasyce. Dzięki temu w ciągu minionych miesięcy mogliśmy wreszcie poznać prace Herrimana, Cazy, Druilleta, czy Serpieriego. Ostatnio, dzięki wydawnictwu Non Stop Comics reanimowano kolejną kultową postać sprzed lat - Tank Girl, czyli arogancką i wybuchową dziewczynę, która narodziła się w głowach dwóch Brytyjczyków: Jamiego Hewletta i Alana C. Martina pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. 
To klasyka wyspiarskiego komiksu. Punkowo-zinowa jazda bez trzymanki. Zbiór krótkich form, w których dzieje się dużo, nie zawsze z sensem, ale zawsze z bezlitosną dawką humoru. Postać wykreowana przez Martina i Hewletta najpierw pojawiła się w opublikowanym przez nich zinie Atomtan, a następnie została przygarnięta przez kultowy brytyjski magazyn Deadline. W dowodzonym przez Bretta Ewinsa i Steve’a Dillona piśmie Tank Girl miała swoich kilka stron, na których trzeba było skondensować dużo treści. W związku z tym autorzy strzelali szybko i nie brali jeńców. Nie ma tu rozwleczonych scen. Wręcz przeciwnie - bywa, że w ramach jednego kadru dzieje się BARDZO dużo. Kangury atakują znienacka, doktor dred wykonuje operacje plastyczne przy pomocy voodoo, a wszystko, co wydarza się w tym postapokaliptycznym świecie ma w sobie dużo ze zgrywy i przekory. Dodatkowo autorzy naładowali komiks odniesieniami do popkultury. Ciekawe czy współcześni czytelnicy będą pamiętali kim był Krokodyl Dundee, Brian Jones czy Eric Estrada bez używania Internetu.
Komiks Hewletta i Martina może wydawać się chaotyczny, ale Polakom, którzy starali się czytać cokolwiek w czasach posuchy na rynku, powinien sprawić dużo frajdy. Bo to zbiór historii bliźniaczo podobnych formą do tych, które były publikowane w naszych zinach - tych kserowanych szmatławcach, które zaspokajały głód komiksowy aż do pierwszych lat XXI wieku. I w tym tkwi siła Tank Girl. Bo to jest komiks prawdziwy, komentujący, odporny na polityczne wpływy i wydawnicze widzimisię. A poza tym narysował go Jamie Hewlett. Mistrz rysunku, który poza Tank Girl znany jest z członkostwa w grupie Gorillaz. To on odpowiedzialny jest za komiksowe postaci, których zespół używa jako swojego wizerunku. 
Pierwszy z trzech tomów przygód Tank Girl to znakomita rzecz. Dwa kolejne będą podobne. Oby wydawca nie poprzestał i przyjrzał się innym historiom z zadziorną bohaterką - chociażby Tank Girl: The Odyssey, w której do Jamiego Hewletta dołączył wybitny brytyjski scenarzysta Peter Milligan.
"Tank Girl, tom 1". Scenariusz: Alan Martin. Rysunki: Jamie Hewlett. Tłumaczenie: Marceli Szpak. Wydawca: Non Stop Comics, 2017.

sobota, 25 listopada 2017

Wernisaż wystawy "Lublin zza krat"

28 listopada o godzinie 18:00 Punkt Kultury w Lublinie zaprasza na wyjątkową wystawę. Znajdą się na niej komiksowe prace osadzonych w Areszcie Śledczym w Lublinie, które powstały podczas trzymiesięcznych warsztatów przeprowadzonych tamże.

Efektem warsztatów jest publikacja "Historie osadzone. Antologia więziennych komiksów o Lublinie". W albumie znalazło się dziesięć historii na temat Lublina w związku z jubileuszem 700-lecia miasta. Antologia w całości została stworzona przez osadzonych.

Projekt został zrealizowany przez Pracownię Sztuki Zaangażowanej Społecznie Rewiry we współpracy z Aresztem Śledczym w Lublinie w ramach zadania "Peryferia sztuki". Dofinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Wernisaż odbędzie się w Punkcie Kultury przy ul. 1 Maja 35 w Lublinie. 

Miesiąc miodowy na safari - Jacobs

O „Miesiącu miodowym na safari”  wydawca napisał, że to opowieść o miłości i szaleństwie, które często trudno od siebie oddzielić. Pewnie tak jest, ale w ten sposób można przecież mówić o niemal każdym komiksie. Jednak od typowej historii Miesiąc miodowy różni się tym, że w gruncie rzeczy jest to tak naprawdę bardzo kwaśna opowieść, która w równym stopniu może wywołać zachwyt, co obrzydzenie. 
Można ją interpretować na przeróżny sposób: jako ekothriller, przyklaskujący całkowitemu zjednoczeniu z naturą, florystyczny horror o nieuchronnym końcu nas wszystkich, ale też jako komiks przyrodniczy traktujący o zniszczeniach jakie mogą w organizmie człowieka wywołać obślizgłe pasożyty. 
Naszpikowana absurdami fabuła zasadza się wokół pary nowożeńców przemierzających niepoznaką przez człowieka dżunglę w towarzystwie ekscentrycznego przewodnika. Ekskluzywność tego safari dociera do czytelnika zarówno w warstwie tekstowej, gdzie brylują fikuśne dania przygotowywane w spartańskich warunkach, jak i rysunkowej. Jesse Jacobs operując pięknymi zieleniami, w niesamowity sposób pokazuje florę i faunę, która - po połączeniu odpowiednich kadrów - składa się w jeden, zwarty organizm. 
Tropikalna podróż poślubna z jednej strony sprawia wrażenie stworzonej bardzo spontanicznie, na zasadzie komiksu drogi ciągnącego się przez zielone zakamarki. W efekcie pełnoprawnym byłoby nazwanie Jacobsa mistrzem spontanu. Lecz tak naprawdę w tym szaleństwie jest metoda i w ostatecznym rozrachunku komiks okazuje się przemyślanym, choć wciąż spontanicznym, dziełem. To taki precyzyjnie rozpracowany spontan, świetnie zilustrowany, posiadający co najmniej kilka możliwych interpretacji, wwiercający się w głowę niczym pasożyt wchodzący ukradkiem do ucha. Być może czytelnicy będą urzeczeni tym albumem po lekturze. A być może poczują obrzydzenie. Autor nie mówi jak trzeba odczuwać jego dzieło. I pewnie dzięki temu ten miesiąc miodowy jest tak bardzo udany. 
"Miesiąc miodowy na safari". Autor: Jesse Jacobs. Tłumaczenie: Agata Napiórska. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2017.

piątek, 24 listopada 2017

Punisher Max (1 i 2) - Ennis/ Larosa/ Fernandez/ Braithwaite

„Punisher Max” to seria albumów z przeznaczonymi dla dorosłego czytelnika historiami o samotnym mścicielu, który po tym, jak nowojorska gangsterka wymordowała mu rodzinę, wypowiedział wojnę przestępczemu półświatkowi. Dwa tomy historii zadomowiły się już na polskim rynku. Niebawem kolejne. I dobrze!
Postać Punishera znana jest nie tylko fanom komiksów, ale i filmów czy seriali. Mimo, iż jest on rasowym antybohaterem, zyskał popularność porównywalną z flagowymi bohaterami Marvela, latającymi po świecie w śmiesznych kostiumach, takimi jak Spider-Man czy drużyna X-Men. Naturalnym minusem komiksów z udziałem superbohaterów jest powtarzalność, brak oryginalności i wrażenie schodzenia tych wszystkich zeszytów z jednej taśmy produkcyjnej. Aby wyrwać serię z tego schematu, raz na jakiś czas włodarze firm wydających komiksy, angażują do ich stworzenia uznanych autorów. I tu dochodzę do elementu, który może być wystarczającym powodem, by sięgnąć po Punishera Max. Jest nim brytyjski scenarzysta Garth Ennis, który wybił się na tworzonych dla Vertigo seriach Hellblazer i Kaznodzieja, a z rysownikiem Stevem Dillonem stworzył jeden z komiksowych duetów kompletnych. Od razu zaznaczę, że Punisher Max nie jest jakimś jego wybitnym osiągnięciem. To raczej komiks stanowiący pomost między niegdysiejszą wielką formą Ennisa a obecną, która prezentuje się dość niekorzystnie, a którą polscy czytelnicy mogą śledzić w serii Chłopaki
Ennis w pierwszym tomie co prawda udanie nawiązuje do przeszłości, przywracając do aktywnego udziału w serii kilka od dawna niewidzianych postaci i dorzuca mnóstwo specyficznego humoru oraz konotacji z ukochanym Belfastem, ale całość nie ma takiej siły rażenia, jaką mogłaby mieć, gdyby powstała kilka/kilkanaście lat wcześniej. To dobra rzecz, z momentami, ale raczej dla koneserów wciąż tych samych przygód Punishera i zagorzałych wielbicieli talentu pisarskiego Gartha Ennisa.

Z kolei drugi tom serii to już siła rażenia totalnie odpowiednia. Niby główny bohater po raz kolejny staje sam przeciw wszystkim, ale opowiedziane jest to w bardzo przyzwoity sposób. Frank trafia tu do mateczki Rosji, gdzie w pewnym bunkrze zdemoluje pół tamtejszej armii, jak również na ulice Nowego Jorku, gdzie ostatecznie rozprawi się z jednym ze swoich starych przeciwników. Jest lepiej niż w "jedynce". Nie tylko dzięki scenarzyście, który jest w formie, ale również rysownikom. Ci, którzy z sentymentem wspominają pierwszą serię Punishera publikowaną w Polsce w latach 90. powinni ucieszyć się z gościnnego występu duetu Doug Braithwaite i Bill Reinhold, których kreskę mogliśmy wtedy podziwiać. 

Punisher Max jest komiksem brutalnym, napisanym inteligentnie, miejscami obrzydliwym. To esencja Gartha Ennisa i dla fanów/fanek twórczości tego pana rzecz w kolekcji niezbędna. Sam pomysł serii Max jest zresztą zacny. Chodzi w nim o wycofanie się ze świata trykotów i skupieniu na możliwie najprawdziwszym oddaniu rzeczywistości. Innymi słowy, jest to najlepszy Marvel na jakiego stać Marvela.
"Punisher Max, tom 1". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Lewis Larosa, Leandro Fernandez. Tłumaczenie: Marek Starosta. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2017.

"Punisher Max, tom 2". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Doug Braithwaite, Leandro Fernandez. Tłumaczenie: Marek Starosta. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2017.

czwartek, 23 listopada 2017

Barras#3 - Utrera

Do lutego 2018 poznamy sześć zapowiadanych na początku przez wydawnictwo Mandioca odcinków serii Barras. Potem, jak się okazuje, będzie jeszcze siódmy (chodzi zapewne o historię z ogłoszonego przez wydawnictwo konkursu). Tymczasem wychodzi na to, że Emilio Utrera potrzebował trzech odcinków, żeby wskoczyć na właściwe tory i zacząć opowiadać historię, w której wreszcie powoli można się odnaleźć.

W trzeciej odsłonie rywalizacja kibicowska dąży do konfrontacji w trójcy, między bandą Xuxy (odpowiedzialną za utratę transportu broni podczas pościgu na autostradzie w odcinku pierwszym), Indiańca (chwytającego się dorywczych fuch; ostatnio związanego z detalowym rozprowadzaniem nabiału) i autochtonami z dzielnicy Claypole (część aglomeracji Gran Buenos, z której wywodzi się Club Atlético Claypole). Wszystkie te siły spotkają się na potańcówce ze sztachetami, gdzie klimaty kibicowskie zmieszają się z gauchowskimi. Trochę światła padnie na to, do czego potrzebna jest (i komu) broń, która znika z ulic Buenos. Wyjaśnienie zagadki znikającej broni Was zaskoczy. Powróci postać znana z otwarcia pierwszego odcinka. Trójka pozytywnie zaskakuje dialogami, których w końcu nie czyta się, jakby na siłę ktoś powtykał w nie przekleństwa. Pozytywnie zaskakuje przejrzyście zbudowanymi sekwencjami oraz częściowym rozwianiem tajemnicy enigmatycznych i nerwowych ruchów w dzielnicy.

W pierwszym i drugim zeszycie Emilio Utrera niezdarnie próbował zawiązać akcję. Wynikał z tego chaos i nic konkretnego. Seria komiksowa, i ogólnie seriale, powinny jednak w pewnym sensie być samowystarczalne, przynajmniej na tyle, żeby poszczególne epizody nie sprawiały wrażenia zlepków przypadkowych scen. Na szczęście w trójce autor w końcu jaśniej pokazał kto jest przeciwko komu i o co może poszczególnym grupom chodzić. Dopiero teraz, po lekturze trzeciej części serii, na następną czeka się z zaciekawieniem, a nie z konieczności przekonania się, że ta historia zacznie do czegoś zmierzać. Jeśli nie kupowaliście od początku, to kupcie sobie od razu cały pakiet. Emocje gwarantowane.
(Kuba Jankowski)
"Barras 3" Scenariusz i rysunki: Emilio Utrera. Tłumaczenie: Marek Cichy. Wyd. Wydawnictwo: Mandioca, Warszawa 2017.

środa, 22 listopada 2017

Slaine: Rogaty Bóg - Mills/Bisley

We wrześniu na rynku ukazało się zbiorcze wydanie komiksu Slaine: Rogaty Bóg Pata Millsa i Simona Bisleya. To jeden z pierwszych albumów wydanych w ramach Klubu Świata Komiksu w 2001 roku, kiedy to rynek komiksowy zaczynał być na nowo budowany. Przez niemal dekadę poprzedzającą jego publikację, Slaine rozpalał polskich czytelników komiksów kadrami czy pojedynczymi planszami publikowanymi w magazynach i fanzinach. O przeczytaniu przygód celtyckiego wojownika marzyli w tamtych czasach niemal wszyscy cierpiący na niedobór komiksów polscy fani tego medium. 
Po 16 latach komiks doczekał się zbiorczej reedycji. I muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy od tych 16 lat wziąłem go do ręki i zacząłem przeglądać, okazało się, że rysunki Simona Bisleya tak zapisały się na twardym dysku mojej głowy, że niemal wszystkie pamiętam. Jak widać, wielogodzinne wgapianie się w pomniejszone rysunki na marginesach magazynów zaprocentowało wieczną pamięcią. Ciekaw jestem jak Slaine’a odbierze współczesny czytelnik, dla którego będzie to pierwsza lektura. Rysunki nie zestarzały się tu w ogóle. To wciąż Bisley u szczytu formy, ekspresyjny, malarski i zadziorny. Scenarzysta Pat Mills ma charakterystyczne dla okresu powstania komiksu narracyjne przestoje i czasem zbyt szybko streszcza to, co działo się między kadrami, ale kiedy wpada na odpowiednie tory, trzyma poziom. Przede wszystkim jest to jednak wizualna eksplozja i uczta dla oczu. 
Świetną robotę wykonał tu wydawca (choć i tak nie jest to ponoć efekt idealny), bo barwy są soczyście nasycone. Zdaje się, że zmieniona została drukarnia, z której edytor korzystał do tej pory, w związku z czym nie pojawiają się już błędy pokroju pofalowanego papieru, obecnego w poprzednich albumach wydawcy. Dla fanów wojowniczego Slaine’a i jego pomocnika, karła Ukko, ta reedycja to rzecz niezbędna. Skoro rysunki są wybuchowe, a sposób wydania należyty, to wystarczy, żeby treść była po prostu zdatna do czytania. A ta jest. Dlatego reedycję uznaję za potrzebną i rekomenduję wszystkim koneserom do listy zakupów.
"Slaine: Rogaty bóg - wydanie zbiorcze". Scenariusz: Pat Mills. Rysunki: Simon Bisley. Tłumaczenie: Damian Pietrzak, Jacek Więckowski. Wydawca: Studio Lain, Iława 2017.

wtorek, 21 listopada 2017

Czarny Młot: Tajna geneza - Lemire/ Ormston

Dla tych, którym patos Alana Moore’a ze Strażników wychodzi już bokiem, a lekkie i rubaszne podejście Marka Millara z Kick-Ass to rzecz nieprzyswajalna, Jeff Lemire z Deanem Ormstonem przygotowali komiks pod tytułem Czarny Młot. To takie niegłupie superbohaterstwo dla dorosłych zrealizowane bez nadęcia. Album polecany jest i przez Mike’a Mignolę i przez Jamesa Robinsona i przez Scotta Snydera słowami dość zachęcającymi: „Rzadko czytuję komiksy, ale Czarnego młota uwielbiam” - to słowa Mike’a. „Jeden z najlepszych komiksów Lemire’a” - to z kolei Snyder. A dalej: świeży, ekscytujący, zabawny, melancholijny, prawdziwy, "chcę więcej", nie mogę się doczekać i tak dalej i tak dalej. To, rzecz jasna, jedynie kurtuazyjne polecajki kolegów po fachu, a te zazwyczaj są kompletnie odklejone od rzeczywistości. Dlatego też dzisiaj Czarnego Młota poleca zwykły szary czytelnik. 
To właściwie komiks obyczajowy. Farmersko-superbohaterski. Grupka bohaterów ze Spiral City, po wyeliminowaniu ostatecznego zagrożenia zniknęli. Dla czczących ich pamięć mieszkańców - zginęli. Lecz tak naprawdę trafili na farmę, gdzie czezną już dziesiąty rok. Dlaczego zamiast ratować świat po raz kolejny muszą doglądać świń? Doić krowy zamiast walczyć z Antybogiem? Lemire zadaje pytania i nie jest nadgorliwy w serwowaniu odpowiedzi, choć te częściowo pojawiają się w retrospekcjach. 
Jeśli spojrzeć na poprzednie dokonania Jeffa Lemire’a, tematyka poruszona w Czarnym Młocie nie może dziwić. W niezależnym albumie jego autorstwa, zatytułowanym Opowieści z hrabstwa Essex Lemire zbudował drzewo genealogiczne mieszkańców kilku położonych obok siebie farm w tytułowym hrabstwie. Następnie ten sielankowy nastrój zamienił na karierę w komiksach o superbohaterach, pracując zarówno dla Marvela, jak i DC. Czarny Młot to wypadkowa jego dotychczasowych dokonań. Bardzo solidna lektura, której kolejnym plusem jest Dean Ormston - rysownik, który, gdy jest w formie, potrafi zachwycić. Tu jest. Zdaje się, że osiąga wyżyny swoich możliwości - zupełnie jakby był przekonany, że bierze udział w tworzeniu niezwykle ważnego komiksu. 
"Czarny Młot, tom pierwszy: Tajna geneza". Scenariusz: Jeff Lemire. Rysunki: Dean Ormston, kolor: Dave Stewart. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2017.

piątek, 17 listopada 2017

Miasto narysowane - przykładowe plansze

"Miasto narysowane" już wydrukowane. Premiera dzisiaj (17.11) w Punkcie Kultury w Lublinie na ul. 1 Maja 35. Poniżej przedstawiamy przykładowe plansze z publikacji. Chętnych zakupem (cena egzemplarza: 26 zł z przesyłką) zapraszamy do kontaktu: ziniolzine@gmail.com. Dla pierwszych 20 zamawiających mamy niespodziankę - publikację "Otwarte", w dużym stopniu związaną z "Miastem narysowanym".
"Miasto narysowane"  zrealizowano w ramach stypendium Prezydenta Miasta Lublin.