Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 30 września 2010

Kibicujemy (29)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym - jak w każdy roboczy dzień tygodnia - zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!

Konstrukt się zbliża! Czarna Materia nadchodzi! A Jakub Kiyuc, jak obiecał, tak zrobił i oto co opowiedział nam o zeszytówkach, stronach klubowych w komiksach TM-Semic oraz o inspiracjach, jakie złożyły się na powstanie tego tajemniczego konstruktu, jakim jest Czarna Materia...

Jak zapowiedziałem w poprzednim tekście, dzisiaj będzie lżej i niefilozoficznie. Skupię się na tym, co było inspiracją do powstania „Konstruktu”. Będę wymieniał, dodając krótkie komentarze przy każdej z pozycji. Ale zanim zacznę wyliczankę powinienem wspomnieć o głównej inspiracji, a tutaj będę się musiał trochę rozpisać. Zacznę z grubej rury: stare komiksy Vertigo. Tylko, że nie tak do końca... Akurat tak się złożyło, że akcja informacyjno - promocyjna Czarnej Materii zbiegła się z tekstami Dominika Szcześniaka na temat niektórych tytułów z oldschoolowego świata zakręconych komiksów imprintu DC. Więc jak najbardziej temat jest na czasie.

Dostałem w mejlu od Dominika „zaczepne” pytanie o treści „dlaczego vertigowe kolory”. I przyznam się, że jedyne co przychodzi mi do głowy, to znane z pewnego portalu społecznościowego stwierdzenie „Lubię to!”.(A po tym jak napisałem poprzednie zdanie, uświadomiłem sobie, że czas odpocząć od internetu) Czemu lubię? To chyba głównie wynika z indywidualnego spojrzenia na komiks, sposobu jego tworzenia, czy procesu produkcji. Klimatu jaki tworzy oraz tego, jaki cel mu przyświeca. Czy jest to komiks tak zwany „artystyczny”, czy „dla ludzi”. Nie będę się rozpisywał. Dużo bardziej cenię sobie komiks amerykański od np. frankońskiego. Zapewne mój gust „wypaczyły” komiksy TM-Semic, które w latach dziewięćdziesiątych można było co miesiąc znaleźć w kioskach.


Ale co ma to do Vertigo? Każdy, kto czytał strony klubowe Arka Wróblewskiego wie. Ci, którzy nie czytali powinni...Ok, załóżmy, że wszyscy czytali.


Teksty Arka były moją pierwszą stycznością z Vertigo i podejrzewam, że gdzieś w podświadomości wrażenia z opisów serii towarzyszyły mi podczas czytania pierwszego tomu „Sandmana” wydanego przez wielkie E. Tak naprawdę Vertigo, prócz świetnych tytułów jak „Kaznodzieja”, „Doom Patrol”, wspomnianego „Sandmana”, czy „Ekstremisty” utkwiło mi w głowie głównie za sprawą semicowych stron klubowych. To w połączeniu z wspomnieniem fajnych zeszytówek w każdym kiosku narodziło ideę „Konstruktu” i „Czarnej Materii” – komiksów masowych dla Dojrzałego Czytelnika.

Dziś chciało by się rzec: gdzie te psychodeliczne róże i fiolety w najdziwniejszych zestawieniach kolorystycznych, gdzie ta struktura papieru, która już na samym początku komiksowej lektury „nawiązywała” kontakt z czytelnikiem przez zaangażowanie zmysłu dotyku... Do dziś trzymam wybrane numery polskiego „Batmana” na półce, a co jakiś czas przerzucam pudła z zeszytówkami z tamtych lat... Co zauważyłem? Polskie wydania „Wild Catsów” w ogóle się nie starzeją, nie zyskują tej fajności, szlachetności. Po prostu są i leżą. I cholernie błyszczą. Ohyda.
A teraz zapowiadana wyliczanka, z zastrzeżeniem, że to nie rzeczy, które lubię, ale takie, które znalazły i znajdą odzwierciedlanie w zeszytach „Konstruktu”, czy CMP:


Muzyka:
Meshuggah (najbardziej pokręcony metal jaki słyszałem i nawiązanie językowe w nazwie, oraz niezwykła rytmika, którą czasami będę starał się przełożyć na język komiksu ), Lustmord (muzyka tego pana towarzyszyła mi głównie przy umiejscawianiu pomysłu w danym klimacie. Potem musiałem zrezygnować z dawek dark ambientu, bo traciłem dystans i wszystko w komiksie stawało się „Zuuuuue!”), Tool oczywiście, Al Bowlly, Ray Noble, ścieżki dźwiękowe ze Lśnienia Kubricka i muzyka z gry „Fallout 2”. Dodam jeszcze rozweselające piosenki o Super Mai z Youtubów, countrowe kawałki w wykonaniu Puscifera i nową, niekwestionowaną królową muzyki pop Lady Gagę, która częściowo była inspiracją do postaci mięsnej kobiety – potwora.


Film i seriale: "2001: Odyseja Kosmiczna", "Riget", krótkometrażowy "Zoetrope" (znowu Lustmord), "Lost" ze swoimi błędami czasoprzestrzennymi ale bez depilowanych klat bohaterów, "Fringe" (początek trzeciej serii pozytywnie mnie wkurzył), nieśmiertelny i najlepszy serial jaki kiedykolwiek powstał, czyli "Twin Peaks", potem "Battlestar: Galactica", "Pi" Aronofskiego...


Inną, bardzo ważną inspiracją są wierzenia hebrajskie. A to w związku z miejscem, gdzie toczyć się będzie część akcji, czyli w Lublinie. Zaczęło się od Oka Cadyka, czyli Widzącego z Lublina, który wg podań jednym spojrzeniem potrafił zliczyć liście na drzewie. Później doszło określenie „Druga Jerozolima” w odniesieniu do Koziołkowego Grodu... następnie postanowiłem trochę pogrzebać w mitologii, kabale, posłuchać niezwykle ciekawych słuchowisk radiowych o prawdziwym, nie błędnym tłumaczeniu starotestamentowego słowa Elohim... Długo by pisać, a nie chcę psuć zabawy przy czytaniu i wyszukiwaniu znaczeń.


Kończąc, chciałbym zaprosić wszystkich do akcji promocyjnej Inżynieria Rzeczywistości, która rozwija się na Facebooku. Akcja promuje Konstrukt niejako przy okazji. Głównym założeniem jest zbudowanie społeczności komiksowej poza forami i poza portalami zajmującymi się komiksem. Takie „wyjście do ludzi”. Zapraszam wszystkich. Wydawców, fanów komiksu, „historyjek” z gumy balonowej Donald, zbieraczy naklejek Super-Heroes, tazosów wszelkiej maści... jednym słowem Wszystkich.

Jako ilustracje, Jakub zaprezentował kadr z animacji, która niebawem zostanie wrzucona na youtube, pocztówkę Inżynierii Rzeczywistości oraz tazos, który zostanie dołączony do drugiego numeru komiksu. Akcja promocyjna nabiera rumieńców. Nic, tylko kibicować i czekać na efekt finalny!

Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

środa, 29 września 2010

Kibicujemy (28)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma na zegarze! Jak w każdy roboczy dzień tygodnia, zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do pracy, wspierania w trudzie rysowania, wymyślania pomysłów, czy pisania scenariuszy! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Dzisiaj zaglądamy do pracowni Tomasza Kleszcza, który - podobnie jak wczoraj Paweł Wojciechowicz - zdradzi co nieco informacji na temat pracy nad planszą komiksową "Kamienia przeznaczenia".

- Rysowanie zaczynam od „obejrzenia” sceny w głowie. Kiedy już doznam wizji (czasami zajmuje to zdecydowanie za dużo czasu) tworzę szybki, ale w miarę dokładny szkic. Czasami zdarza się, że chociaż widzę daną scenę dość dokładnie, to nie potrafię jej odpowiednio przelać na papier, wtedy po prostu zmieniam ujęcia i szkicuję, aż wyjdzie jako tako. Nie uczyłem się nigdy rysunku, no może poza plastyką w podstawówce, dlatego do celu staram się czasem dotrzeć różnymi drogami. Do szkicowania używam ołówka automatycznego 0,33.

Po naszkicowaniu nakładam tusz, wszystko ręcznie. Do tuszowania używam rapitografów o różnej grubości, firmy rystor (kupując polskie produkty dajesz pracę). Czas potrzebny na wykonanie tych 3 kroków, tj. stworzenia wizji, naszkicowania i potuszowania to średnio 4-6 godzin, w zależności od skomplikowania rysunku.
Niektóre elementy, głównie wozy, broń i sprzęt wszelkiego rodzaju rysuję oddzielnie na większych formatach, żeby było łatwiej, i dopiero potem doklejam już w photoshopie.
Po tych operacjach wypełniam czernią wszystkie przewidziane do tego elementy i cieniuję, używając tylko kilku podstawowych warstw. "Kamień" z założenia ma być czarno-biały. Mimo wszystko, ponieważ rysunki są dość złożone, a większość elementów jest cieniowana, czas potrzebny na skończenie strony wynosi średnio 2- 4 godziny. Na samym końcu na oddzielnym pliku dodaję tekst, żeby w razie korekty nie trzeba było czasem poprawiać czegokolwiek w rysunku.
Tak wygląda efekt końcowy, na który składa się z 7 godzin robocizny, a czasem i więcej.

Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

wtorek, 28 września 2010

Kibicujemy (27)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma na zegarze! Jak w każdy roboczy dzień tygodnia, zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do pracy, wspierania w trudzie rysowania, wymyślania pomysłów, czy pisania scenariuszy! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!

Dzisiaj tajniki swojego warsztatu oraz etapy prac nad planszą zdradzi Paweł Wojciechowicz, rysujący "Nawiedzonego Zamachowca" do scenariusza Jerzego Szyłaka.

Warsztat
W każdym warsztacie ważne są narzędzia. Papier kredowy 200g/m2 bądź kalka, zależnie od tego, co jest pod ręką, format A3, cienkopisy Faber-Castel o rozmiarze 0,1 mm, 0,2 mm, 0,4 mm. To wystarcza, zwykle. Jeszcze komputer będący w stanie udźwignąć parę niezbędnych programów. Photoshop odpowiada za kolor, tekstury, oraz proste kreski. Sketch-up w łatwy sposób pozwala stworzyć wirtualne wnętrza, co może być przydatne, gdy akcja komiksu rozgrywa się w paru powtarzających się sceneriach. Poniżej zobaczyć możecie wykonane z gotowych elementów biuro Benedykta.

Aparat fotograficzny również przydaje się przy rysowaniu bardziej karkołomnych akcji.

Praca
Jak powstaje plansza? Jeśli ktoś już wpisuje ten adres do przeglądarki to raczej potrafi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Jednak te kilka znaków w celach promocyjnych zawsze warto wklepać.
Pracę zaprezentuję na przykładzie pierwszych kadrów piętnastej planszy. Pierwszych, ponieważ troszkę się rozpasałem z tą prezentacją stron w Internecie (m.in. na moim digarcie) i muszę trochę zwolnić, bo nie będzie po co kupować komiksu. Na końcu każdego etapu do posłuchania utwory towarzyszące mojej pracy.

1. Najpierw trzeba rzucić okiem na scenariusz komiksu. Rzut jeden, drugi i można przygotowywać się do tworzenia storyboardu, co jest wyjątkowo niewdzięcznym zadaniem, do którego niezbyt się przykładam. Zresztą, sami zobaczcie, jedynie ja jestem w stanie to odczytać, więc gdyby wpadł w szpony innych rysowników, moja genialne kadrowanie będzie bezpieczne).
Link

2. Dzielimy arkusz (na oko) na kadry, po czym tworzymy ołówkiem szkic (gdy plansza powstawała, nie wiedziałem, że będę prezentował jej wersję „step by step”, więc ją wygumkowałem. Link

3. Inkujemy (ciekopisujemy?:) wszystko, skanujemy, czyścimy, dodajemy ramki. Na tym etapie następuje też poprawianie rzeczy, które nie wyszły tak, jak założyliśmy. Ja na ten przykład zmieniłem pistolet w prawej ręce postaci, ponieważ na poprzedniej planszy użyty przeze mnie pod wpływem Resident Evil: Darkside Chronicles Luger, był kiepskim pomysłem. Współczesny detektyw korzystający z 50-letniej broni to jednak zbyt nienaturalny widok. Benek otrzymał w nowej wersji rewolwer, więc na dalszych planach mogłem zostawić wcześniejszą broń, co oszczędziło mi troszkę pracy. Link

4. Teraz następuje etap wykonywania teł, ponieważ postanowiłem, iż będą one „niekonturowe”. Taka konwencja zapożyczona z animacji o Kocie Filomenie czy też starych gier przygodowych. Link
5. Kolorowanie postaci. Nad niektórymi barwami będę musiał jeszcze poeksperymentować, szczególnie nad barwą skóry, która kłóci się z tłem. Następnie dodanie tekstury, efektów specjalnych oraz dymków z tekstem kończy krok 5. Link
Ta dam. Plansza gotowa, a zmęczony rysownik może pozwolić sobie na filiżankę herbaty.

Na koniec trrekerowy licznik obrazujący postępy prac nad albumem:

Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

poniedziałek, 27 września 2010

Na krawędzi (04): The Last One

Autor: Dominik Szcześniak 

Pop przesiąknięty jest motywem istot nieśmiertelnych. Takich, które stąpają po ziemi od wieków, których doświadczenie przerasta możliwości zwykłego człowieka i których obecność na kolejnych etapach cywilizacyjnego rozwoju powoduje, iż są skrytymi komentatorami historii. Jest taki motyw w tym wszechobecnym kulcie nieśmiertelności, który mnie zastanawia. Motyw, ukazujący postać nieśmiertelnego jako istoty, która mimo swej mądrości w pewnym momencie staje się niedostępna i strzela focha w postaci zlepku zdań skierowanych w stronę śmiertelników. Zdań, w rodzaju: "Ty nic nie rozumiesz. Nie wiesz, jak to jest być mną i doświadczać tego, co ja przez te wszystkie wieki". Ta obowiązkowa w ustach istoty wiecznie żywej kwestia w kontekście owej nieskończoności brzmi co najmniej śmiesznie i bywa tanim chwytem, mającym wzbogacić fabułę. A przy okazji obnaża pozornie wszechstronną wiedzę ludzi, którzy te chwyty w swojej pisaninie stosują.
Myrwann, stworzenie postury Marlona Brando z końca jego kariery filmowej, to postać, której życiorys streszczalibyśmy w wiekach, nie latach. Kim jest? Upadłym aniołem, wampirem,  szatanem, bogiem czy po prostu majaczącym Człowiekiem - Słoniem? Odpowiedzi na to pytanie udzielają zarówno bohaterowie drugoplanowi, jak i - może nawet zbyt łopatologicznie - autorzy komiksu "The Last One". Postrzegany raz jako kobieta, innym razem jako mężczyzna filantrop zajmuje się przede wszystkim przyjmowaniem pod dach swojej rezydencji zbłąkanych dusz. Leczeniem ich, pomaganiem, wrzucaniem na odpowiednie tory ich parszywego życia. Komiks jest właśnie o nich, ale i o Myrwann. O wzajemnym oddziaływaniu śmiertelników i istoty boskiej i wiedzy, jaką każde z nich z tego związku wynosi.

Sześcioodcinkowa mini-seria, pisana charakterystycznym dla DeMatteisa bardzo wylewnym stylem, zahacza o ulubioną tematykę tego scenarzysty. Oscylując wokół wiary, nadziei, miłosierdzia, autor nie unika niestety banału, momentami popadającego w bełkot. Sposób, w jaki opowiada swoją historię oparty jest o nużące powtórzenia i przydługie narracje. Najciekawsze momenty to te, w których Myrwann wspomina przeszłość - znajdzie się tu miejsce i dla błyskotliwej historii o wielkim kinie z Hollywood w 1925 roku, i dla indyjskiej przypowieści. Akcja wrzuci nas w czasy średniowiecza, po czym przeniesie w realia XVII-wiecznej Francji. Wisienką na torcie dla tych, którzy lubią skakać po epokach będą ekscentryczne cliffhangery w postaci cytatów z wielkich pisarzy. Takie cytaty - co w komiksach DeMatteisa powszechne - kończą każdy z epizodów komiksu.

Nie tyle grafiki, co same rozwiązania koncepcyjne przywołują na myśl prace Wojtka Stefańca. Już mając ten trop na uwadze, można sobie w pewnym stopniu wyobrazić rysunkową stronę komiksu. Dan Sweetman operuje w "The Last One" wieloma stylami, z każdym z nich radząc sobie tak, jakby poradził sobie porządny rzemieślnik.

"The Last One", choć ma swoje momenty, które niewątpliwie potrafią sprawić radość czytającemu, nie jest wielkim osiągnięciem vertigowskiego komiksu. Nie przeszkodziło to jednak w wyprzedaniu całego nakładu komiksu, który dopiero niedawno został zebrany w jeden album przez inne wydawnictwo (Boom Studios, 2008). Podobnie jak "Mercy" jest to pozycja jedynie dla ciekawskich. 
"The Last One". Scenariusz: J.M.DeMatteis. Rysunek: Dan Sweetman. Wydawca: DC Vertigo, lipiec - grudzień 1993 r.

Kibicujemy (26)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma wybiła! Jak w każdy roboczy dzień tygodnia - zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują tym osobnikom. Kibicuj i Ty!

Do mojej skrzynki trafił tajemniczy list w tajemniczej kopercie. Jego treść, mimo że owiana tajemnicą, zdradzała co nieco informacji w związku z produkującym się właśnie komiksem znanego w gniewnych kręgach, niezwykle kulturalnego artysty komiksowego. Słyszeliście o "Honolulu Club"? Nie? A co ja Wam będę opowiadał. Wszystko jest w liście - czytajcie!
Hej, tu Surpiko!

Mija rok od premiery "Niedoli Julitty" i najwyższy chyba czas dać znać, co od tego czasu wydarzyło się w życiu Hmmarlowe'a. A wydarzyło się sporo - w sam raz tyle, ile można zmieścić na 64 stronach drugiego tomu pełnego jego kolejnych spektakularnych detektywistycznych tryumfów.

Dziś, na specjalną prośbę Ziniola zdradzę Wam po raz kolejny pewną tajemnicę... Oto ekskluzywny widok na fragment pulpitu mojego komputera:
Uwaga! Nazwa i zawartość folderu jest zupełnie nieprzypadkowa.
W środku jest już kilkanaście gotowych, pełnych łez i żelu plansz. Ciągle jest więc szansa, że zdążę na Festiwal w Łodzi. Przyszłoroczny Festiwal w Łodzi. Mam nadzieję, że oczekiwanie uprzyjemni Wam (pomagając jednocześnie w wizualizacji stanu zaawansowania prac) specjalny hmmarlołometr.
Pozdrowienia!

Surpiko, czyli Przemek Surma włączył się do naszej akcji kibicowania komiksiarzom i sami przyznacie - zaprezentował materiał tak ekskluzywnego kalibru, że chyba nikt się tego nie spodziewał. Bądźmy z nim do października przyszłego roku, śledźmy hmmarlołometr, wspomóżmy dobrym słowem! Komiksowi Przemka będziemy kibicować co dwa tygodnie!

Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

sobota, 25 września 2010

"Mój rok: Wiosna" - Taniguchi, Morvan

Autor: Dominik Szcześniak
Bohaterką "Mojego roku" jest dziewczynka z zespołem Downa. Lecz zamiast ckliwego dramatu, przedstawienia tragedii dziecka czy opowieści o nieprzystosowaniu Capucine do życia w społeczeństwie, Taniguchi i Morvan proponują ukazanie codziennego życia bohaterki i jej rodziny.  A przy tym, w zupełnie nieinwazyjny sposób, gdzieś w tle tej codzienności poruszają również problematyczne kwestie.
Capucine jest narratorką opowieści, jednak jej monologi i zdania opisujące to, co widzi nie są jedynym środkiem wyrazu, jaki zastosował scenarzysta, aby zrealizować założenia fabuły. Główną bohaterkę historii poznajemy bardziej poprzez ludzi, którzy wokół niej się obracają i poprzez ich podejście do niej. Morvan przez pewien czas sugeruje wręcz, że to oni tworzą jej chorobę. Podobną rolę pełnią tutaj dłużyzny, opisujące mniej lub bardziej niezręczne sytuacje; krok po kroku obrazujące rozwój wydarzeń. A te nie dążą do jakiegoś niesamowitego, trzymającego za serce finału - konsekwentnie, do samego końca, są odbiciem codzienności.
Abstrahując od powyższych, autorzy skupili się przede wszystkim w "Wiośnie" na dwóch kwestiach: wewnętrznych przemyśleniach Capucine, która ucieka w świat wyobraźni, gdzie spotyka swojego wymyślonego przyjaciela Duruduru (później w bardzo ciekawy sposób skonfrontowanego z psem, jakiego bohaterka dostaje na urodziny) oraz podejściu rodziców. Szczególnie istotny jest ten drugi motyw - ojca, nie mogącego pogodzić się z chorobą dziecka i odrzucającego myśl o umieszczeniu jej w szkole specjalnej oraz matki, potrafiącej znaleźć plusy takiej sytuacji. Interesująco ukazany został również ich związek i zmiany w ich podejściu, spowodowane przebywaniem w swoim towarzystwie.  
Długie sceny, jakie w scenariuszu komiksu rozpisał Jean-David Morvan, dzięki umiejętnościom Taniguchiego otrzymują powiew świeżości i autentyczności. Rysownik  doskonale radzi sobie z barwnym przedstawieniem nie tak przecież barwnej codzienności. Brak jakichkolwiek problemów z kompozycją, znakomite kadrowanie i idealny kontakt ze scenarzystą - takiego Taniguchiego znamy z poprzednio wydanych u nas komiksów (chociażby "Zoo zimą", "Ratownika", czy "Odległej dzielnicy"). W "Wiośnie" do powyższych należy dołączyć również pełną paletę barw, jaką po raz pierwszy rozpościera na wszystkie strony komiksu.
"Mój rok: Wiosna" to pierwsza część tetralogii. Kolejne zostaną utrzymane w tej samej konwencji - akcja się nie rozkręci, końcówki tomów nie zostawią czytelnika zastygłego w napięciu. To będzie ten sam kameralny, wyciszony komiks w sposób niestandardowy opisujący zmagania rodziny z chorobą dziecka. Komiks, który zamiast bezrefleksyjnie walić banałami między oczy, rozgrywa się na znakomicie przyrządzonej płaszczyźnie subtelnych emocji.
"Mój rok: Wiosna". Scenariusz: Jean-David Morvan. Rysunek: Jiro Taniguchi. Tłumaczenie: Magdalena Tomaszewska - Bolałek. Wydawca: Hanami 2010

piątek, 24 września 2010

DC Maniak (02)

Autor: Damian MaksymowiczDwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił i przed sobą macie drugą odsłonę "DCManiaka". Na początek przegląd newsów z okresu 6-23 września 2010r.
 

*Akcja, humor i gwiazdorska obsada (Willis, Freeman, Malkovich, Mirren) - ekranizacja komiksu Warrena Ellisa i Cully'ego Hamnera "Red" trafi do polskich kin już 15 października.

*"Watchmen - Strażnicy" w reżyserii Zacka Snydera był wierny komiksowemu pierwowzorowi, ale co by było gdyby ktoś inny wyreżyserował ten obraz? Paul Greengrass miał swoją wizję, chciał by akcja historii była osadzona we współczesności. Możemy rzucić okiem na grafiki koncepcyjne z tego niezrealizowanego przedsięwzięcia.
 

*Już teraz możemy zobaczyć zapowiedzi wydawniczne na grudzień. Warto zwrócić uwagę na kilka faktów:
1. Znana z serialu "Smallville" Chloe Sullivan zadebiutuje na kartach komiksu, a dokładnie w co-feature z Jimmym Olsenem w serii "Action Comics". Na kartach komiksu wygląda ona tak.

2. Wśród one-shotów, które ukażą się w ostatnim miesiącu roku szczególnie ciekawie zapowiada się "Green Lantern: Larfleeze Christmas Special" #1  (scen. Geoff Johns, rys. Brett Booth). Larfleeze (a.k.a Agent Orange) z Pomarańczowego Korpusu, któremu odpowiada emocja chciwość zadomowił się na Ziemi. Gdy nadejdą Święta Bożego Narodzenia kosmita postanowi nagromadzić jak najwięcej dóbr związanych ze Świętami oraz odaleźć tego, który może mu dać wszystko czego pożąda - Świetego Mikołaja.
3. Polski rysownik Szymon Kudrański w podwójnej dawce: jako jeden z rysowników "Batman 80-Page Giant 2010" #1 oraz w co-feature z Ragmanem w "Batman: Streets of Gotham" #18 do scenariusza Fabiana Niciezy. Szkic Ragmana.


*Wiosną w USA na DVD ukaże się kolejna animacja, tym razem będzie to adaptacja znakomitej maksi-serii "All-Star Superman" Granta Morrisona i Franka Quitely (trailer zobaczycie tutaj).  A w Polsce 17 września ukazało się DVD "The Losers. Drużyna Potępionych" - ekranizacja komiksu Andy'ego Diggle'a i Jocka.
 

*W grudniu po 18 latach zostanie zamknięty imprint WildStorm. Nie oznacza to całkowitego końca postaci z tego uniwersum - potrzebna jest im przerwa, ale jeszcze ich zobaczymy - DC ma wobec nich pewne plany.  
  
Okładka tygodnia (15.09.2010): "Green Lantern: Emerald Warriors" #2, autor Rodolfo Migliari. Mocna rzecz, nic to, że to co się dzieje na okładce tyczy się dopiero ostatniej strony zeszytu. Iluistracji bliżej do realizmu niż standardowego rysunku. Migliari zachwycał już swoimi okładkami podczas eventu "Blackest Night" i niezmiennie sprawia, że na dłużej zawieszam oko na tym, co zrobił.

Okładka tygodnia (09.09.2010): "Booster Gold" #36, autor Kevin Maguire. Na tle przeciętnych okładek z tego tygodnia ta wyróżnia się nieznacznie. Efekt byłby ciekawszy gdyby brakowało puzzla w miejscu nosa Maxa Lorda. Booster Gold trzyma w ręku element ociekający krwią, a moc Maxa to kontrola umysłu, której efektem ubocznym tego jest krwawienie właśnie z nosa. Okładka nie ma nic wspólnego z zawartością komiksu, gdyż polowanie na Lorda odbywa się na kartach "Justice League: Generation Lost".

Zeszytówka tygodnia (09.09.2010): "Batman and Robin" #14 oraz "Green Lantern" #57 przeczytałem z przyjemnością. Jednak to 36 zeszyt "Booster Gold" (scen. Keith Giffen i J.M. DeMatteis, rys. Pat Olliffe) kupił mnie od razu. Duet scenarzystów, których czytelnicy wychwalają po dziś dzień za serię z końca lat 80 "Justice Legue International" (DC wydaje obecnie wydania zbiorcze "JLI" - polecam). Wykorzystali to, że Booster podróżuje w czasie i w swoim runie póki co postać przeżywa przygody własnie w przeszłości z okresu JLI. Znów możemy zobaczyć dwóch najlepszych kumpli razem - Boostera i Teda Korda (Blue Beetle II) i poczuć klimat "bwah-ha-ha-ha!". W tym numerze Ted zostaje zamieniony w wiewiórkę i razem z Boosterem oraz z młodym Vrilem Doxem muszą wymyślić jak uciec nim dadzą się wciągnąć w Inwazję - o której jako przybysz z przyszłości wie jedynie Gold. Obecny run zaczął się w #32, jest to zatem idealny moment by dać szansę Boosterowi. Trade na pewno znajdzie się na mojej liście zakupów.

Zeszytówka tygodnia (15.09.2010):
"Batman Beyond" #4 przegrał z "Tiny Titans" #32 (scen. Art Baltazar i Franco, rys. Art Baltazar). Seria przeznaczona dla zdecydowanie młodszych czytelników, ale starsi, zaznajomieni z realiami uniwersum DC mają równie duży, jeśli nie większy ubaw. Mamy tutaj szkołę dla małych pomocników superherosów, której dyrektorem jest Deathstroke (normalnie wyćwiczony zabójca i najemnik), a na stołówce posiłki wydaje Darkseid (znany nam z DCU okrutny i bezwzględny Bóg, chcący wyeliminować wolną wolą we wszechświecie). Taka mała rzecz, a cieszy :) .

A na koniec mocny kadr z 14 numeru "Batman and Robin":


Kibicujemy (25)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma wybiła! Jak w każdy roboczy dzień tygodnia, zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do pracy, wspierania w trudzie rysowania, wymyślania pomysłów, czy pisania scenariuszy! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!

Olga Wróbel
powraca po tygodniowym urlopie. Dzisiejszym tematem opisywania postępu prac nad albumem "Silva Rerum" jest:
Pisanie scenariusza

Scenariusz powstawał w lipcu i sierpniu tego roku, głównie w moim ogromnym, całkiem własnym sekretariacie Państwowego Muzeum Archeologicznego (fun fact: pokój w którym pracuję jest większy niż mieszkanie, które zajmuję z Danielem, psem i setkami książek). Długo zastanawiałam się, w czym powinnam stworzyć fabułę "Silva Rerum", ostatecznie wybór padł na tzw. "irlandzki notesik", który dostałam od Anny Błuś (pozdrawiam) i odłożyłam w celu wykorzystania na coś naprawdę ważnego. Zastanawiałam się nad pisaniem na komputerze, ale to jednak nie sprawia mi satysfakcji, lub na wykorzystaniu jednostronnie zadrukowanej makulatury biurowej – w tym wypadku istniało jednak ryzyko, że Porządny Daniel uzna to za śmieć i wyrzuci przy kolejnym sprzątaniu biurka.
Fotografia jest celowo pomniejszona do rozmiarów utrudniających komfortowe czytanie, żeby nie zdradzać zbyt prędko wszystkich sekretów i tajemniczych zwrotów akcji.

Pisanie rozpoczęłam od dość ogólnikowych punktów porządkujących wydarzenia w kolejności chronologicznej, zaczynając od stycznia 2008. Stopniowo punkty zamieniały się w notatki, a notatki w szczegółowe opisy wydarzeń, wszystkich towarzyszących im refleksji i nastrojów. Pisało się to bardzo przyjemnie i psychoanalitycznie, ale po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że w ten sposób nie dobrnę do końca przez następny rok, poza tym i tak nie zmieszczę tego wszystkiego w albumie, nawet, gdybym przypadkiem miała pojęcie, jak narysować te skomplikowane sceny. Zorientowałam się też, że w ten chytry sposób sama sobie odwlekam moment, w którym będę musiała usiąść nad kartką i zmierzyć się ze swoją wizją. Dlatego też z żalem porzuciłam roztrząsanie każdego dnia i zrobiłam tak:
W kalendarzu (też firmowym, można więc powiedzieć, że "Silva Rerum" będzie przesiąknięte muzealnym duchem) spisałam już bez większych ceregieli miesiące i co się w nich wydarzyło, z ewentualnymi refleksjami "Co wyniknie z tych wydarzeń, a o czym jeszcze nie wiem". Zrobiłam to właściwie w jeden dzień, co było dużym szokiem po poprzednim powolnym etapie. W ten sposób zamknęłam definitywnie fazę nr 1, zyskując dokładny rozkład miesięcy od stycznia 2008 do sierpnia 2009. O tym, co się działo potem, opowiem w następnym odcinku.

Ciąg dalszy nastąpi...


Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

czwartek, 23 września 2010

Kibicujemy (24)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym - jak w każdy roboczy dzień tygodnia - zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!

Dziś ruszamy z kibicowaniem projektowi, który wielu ludziom wydaje się nierealny i sądząc po niewielkim odzewie ze strony potencjalnych czytelników i milczeniem ze strony środowiskowych specjalistów, kibicowanie jest właśnie tym, czego najbardziej mu potrzeba. "Konstrukt" to twór Jakuba Kiyuca, który rozważania na temat tego, o czym jego seria będzie opowiadała, rozpoczął od następującego cytatu:

„Twój telewizor działa prawidłowo,
Nie próbuj go regulować.
Teraz my sterujemy transmisją.
Kontrolujemy obraz w poziomie

i w pionie...”

"The Outer Limits", czołówka serialu

Długo, bardzo długo się zastanawiałem o czym to jest, czy raczej o
czym może być Konstrukt w oczach, czy umysłach odbiorców. Sam dla siebie wiem, ale jak to przekazać czytelnikowi? Twórca - podejrzewam, że jest tak samo w przypadku tych początkujących jak i w przypadku tych uznanych – jeśli ma wizję, to nie zawsze potrafi lub chce ją zwerbalizować. Skondensować w ten sposób, żeby potencjalny ktoś, kto sięgnie po, czy to komiks, czy książkę, czy film, już na początku wiedział: „dobra. Czytam/oglądam o tym i o tym i nic więcej mnie nie obchodzi”.

W ogóle wątpię, czy ja
kikolwiek odbiorca chciałby na samym początku wiedzieć o czym ogląda film, o czym czyta. Dlatego pytania o tematykę są takie trudne. Trzeba na nie odpowiedzieć, bo co to za pisarz, który nie wie o czym pisze, co to za filmowiec, który nie wie jak idea przyświeca jego filmom. Z drugiej strony, owszem, można powiedzieć o czym jest utwór, nad którym spędziło się nieprzespane noce, który doprowadził do przedwczesnego siwienia, łysienia czy bólu w klatce piersiowej... ale powiedzieć w taki sposób, żeby ktoś, kto możliwe, że po ten utwór sięgnie nie czuł się oszukany. Żeby pomimo słów autora z zaciekawieniem, od początku do końca obcował z produktem jego rąk i wyobraźni i na koniec mieć jeszcze pole do popisu dla swojego intelektu.

Długi wstęp, a to z tego powodu, że nie wiedziałem od której strony zadany temat ugryźć... tego typu pisanie, jest niejako tłumaczeniem samemu sobie co się myśli i co się robi. To tak jak w przypadku jednego z bohaterów Konstruktu. Emil Aumbach nagrywa swoje wspomnienia nie po to, by je później odsłuchać – czyli nie po to, by w jakimś decydującym momencie coś sobie przypomnieć, ale po to, by być świadomym swojej pamięci. Chociażby poprzez proces samego nagrywania.


Nie chodzi tylko o pamięć, ta jest płynna i w niektórych aspektach niezależna od nas. Chodzi o świadomość tej pamięci, która jest częścią składową tożsamości. Dla Aumbacha ważny jest proces wyjścia z niepamięci, pewnego „niebytu” - czyli czegoś, czego nie ma - w pamięć - niekompletną, ale budującą autonomiczną jednostkę. W ten sposób Aumbach niejako kreuje samego siebie.


Jednak w przypadku tego bohatera poszukiwanie/budowanie wizji swojej osoby może doprowadzić do naprawdę zaskakującego i dziwacznego finału...

Mamy tutaj dwie uniwersalne idee przyświecające jednemu z bohaterów: Pamięć i Tożsamość. Co dalej?


Podobnie można rozpatrywać myśli przypisane innym bohaterom Konstruktu. Każdy z nich w pewnym sensie reprezentuje jakaś ideę lub idee. Czasami skrajnie różne, co w ostateczności prowadzi do konfliktu. Odwiecznej walki biegunowych pomysłów na świat. Wspomnianej pamięci z niepamięcią (czy brakiem pamięci), tożsamości z jej przeciwieństwem, brakiem własnego „ja”, czy ciała i materialności z pierwiastkiem mentalnym, który reprezentuje czysty, nieskażony niczym koncept.


Znaczeń można doszukiwać się już w samym tytule: Konstrukt jako sposób postrzegania tego co jest, interpretowania zdarzeń oraz/lub nawiązanie do Konstruktywizmu/Suprematyzmu. Sam symbol kwadratu zawarty w logo komiksu z obrazu Kazimierza Malewicza, kolejno czarny i biały, to przecież symbole materialności i tego, co „ponad”, czyli meta-poziomu . Tak, jak obrazem Czarny Kwadrat Na Białym Tle, Malewicz na powierzchni płótna i przy pomocy prostej figury geometrycznej opisał cały świat fizyczny (dodajmy, że ten postrzegany/wytworzony przez człowieka), tak wersja z białym kwadratem może, ale nie musi symbolizować ostateczną Koncepcję. Ideę samą w sobie. Jadnak ani sama Idea, ani sam Świat Materialny nie mogą istnieć samodzielnie. Cała Doczesność jest areną ciągłego ścierania się tych dwu, zależnych od siebie i jednocześnie skrajnych „racji”.

Ostatecznie o czym jest Konstrukt? Co tworzą wszystkie wytworzone przez człowieka idee? Co budują wytworzone przez cywilizację zestawy całkowicie sprzecznych ze sobą myśli? Co kształtują? Najkrócej i najprościej odpowiadając można napisać: Rzeczywistość. Konstrukt jest o Rzeczywistości, postrzeganiu Jej przez jednostkę oraz próbie kontroli nad Nią. O Jej ramach i o siłach, które potrafią nagiąć je do swoich potrzeb...


Ale gdyby tak było, to musiałoby znaczyć, że jest tylko jedna, absolutna prawda... prawda Konstruktu... a podobno jest inaczej...


I mam nadzieję, że nie czujecie się oszukani.


Następnym razem postaram się nieco lżej opisać inspiracje: muzyka, film, książka, itd. Podam przyczynę serwowania Konstruktu na papierze gazetowym i w stylu „Vertigowym”. Napiszę co nieco - same nie utajnione(?) informacje– na temat wydawnictwa. Dziś już dam spokój.


Wiecie już czego spodziewać się za tydzień. Kończąc, przypomnę, że premiera wydawnictwa nastąpi w październiku.

Ciąg dalszy nastąpi...


Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

środa, 22 września 2010

Kibicujemy (23)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma na zegarze! Jak w każdy roboczy dzień tygodnia, zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do pracy, wspierania w trudzie rysowania, wymyślania pomysłów, czy pisania scenariuszy! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Tomasz Kleszcz na naszych łamach miał okazję opowiadać o swoich rysowniczych początkach, jak również o filmowej adaptacji swojego komiksu. Przedstawił również zarys inspiracji - graficznych i tekstowych - jakie towarzyszyły mu w konstruowaniu "Kamienia przeznaczenia". A o czym właściwie jest ten komiks? czego można spodziewać się po historii Tomka? Słuchajcie:

O czym jest „Kam
ień przeznaczenia”? Strasznie trudne pytanie. Myślę, że o starciu się banalnych tak naprawdę zagadnień: czy - jeżeli nadejdzie katastrofa - ludzie warci będą ocalenia czy nie. Oczywiście przy założeniu, że ktoś ma możliwość podjęcia takiego wyboru. A nawet i bez takiego założenia, samo pytanie czy my jesteśmy warci życia na naszej planecie? Czy dajemy cokolwiek w zamian za możliwość życia i jej eksploatowania? W moim komiksie siłami, które są w stanie zniszczyć bądź ocalić ludzi są starożytni astronauci, którzy stworzyli człowieka na swój obraz i podobieństwo z bardzo przyziemnych pobudek, mianowicie… do pracy i usługiwania. Z czasem awansowali o do rangi bóstw, aby w późniejszych dziejach ludzkości stać się podwalinami pod największe religie świata.

Niektórzy z nich przeżyli do naszych czasów, ale żyją w ukryciu. Ponowne pojawienie się jednego z nich stanie się zaczątkiem do rozpoczęcia wojny o panowanie nad ludźmi. Trochę może brzmi to poważnie ale proszę się nie obawiać - komiks jest raczej historią pełną akcji, szybkich pościgów i walki, w trakcie której czytelnik zaznajomi się przynajmniej pobieżnie z kilkoma paleoastronautycznymi koncepcjami, które uważam za ciekawe. Oczywiście nie wymyśliłem ich sam. Są to koncepcje szerzone przez wielu badaczy i pisarzy, których nazywa się czasem pogardliwym nieco określeniem „naukowców alternatywnych”. Ja tylko wykorzystałem je do stworzenia nieco fantastycznej oczywiście opowieści, ale zawierającej kilka ziaren prawy. Opowieści, w której trzonem jest przedstawienie pochodzenia ludzi, twarzy na marsie oraz cel budowy i prawdziwe przeznaczenie wielkiej piramidy, ale oczywiście nie będę tu zdradzał dokładnych odpowiedzi…

Scenariusz jest otwarty. Nie mam rozplanowanej każdej sceny, ani tym bardziej strony czy dialogu. Mam ogólną koncepcje, którą rozbudowuję w trakcie rysowania. Pomysłów jest dużo, a wolnego czasu niewiele, dlatego staram się trzymać głównego wątku i nie odbiegać za bardzo z dygresjami, bo szybciej doczekam końca świata niż końca mojej obrazkowej opowieści.


Oby proces jej powstawania trwał jak najkrócej. Jako bonusowe grafiki, Tomek przygotował dziś dwa pin-upy przedstawiające jedną z bohaterek komiksu.


Ciąg dalszy nastąpi...


Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

wtorek, 21 września 2010

"Sprane dżinsy i sztama" - Paweł Jarosław Płóciennik

Autor: Dominik Szcześniak

Porwali się na
wspominki roku osiemdziesiątego. Ojciec (Jarosław Płóciennik, rocznik '63) i syn (Paweł Płóciennik, rocznik '87) uderzając w odpowiednio oldschoolową konwencję opowiedzieli perypetie grupki kumpli, szwendających się po Warszawie. Zanim jednak efekt ich prac się ukazał, rozbudzili oczekiwania wielu. Tych, dla których lata osiemdziesiąte nie są jeszcze okresem do końca zapomnianym i tych, którym pomysł tego rodzaju rodzinnego biznesu wydał się co najmniej intrygujący.

"Sprane dżinsy i sztama" tematykę ma podporządkowaną formie. Lektura tego komiksu jest jak słuchanie kaset magnetofonowych na starym sprzęcie - wciąga. Wciąga jak diabli. Fabuła ojca sklecona jest z motywów, mogących być soczystym wyznaniem punkrockowca (bądź fana bitli), rysunki syna to z kolei przejażdżka w okres patentów Papcia Chmiela zmiksowanych z brudnym, szarym i niechlujnym, garażowym brzmieniem undergroundu.

Rok 1980 jest w komiksie ukazany przez pryzmat grupki kolesi z warszawskiej Woli. Gadają o płytach, uskuteczniając dyskusje na temat wyższości zepów nad purplami, siedzą na murkach obalając alpożura, lub też wpadają na metę jednego z kolegów w celu uczestnictwa w jego urodzinach. Uczniowskie dialogi, wzbogacone świetną grypserą, choć w albumie wszechobecne, dzielą miejsce na równi z życiowymi anegdotami na temat szkoły, wolnego życia warszawskich buntowników czy potyczek z okolicznymi karkami. Jarosław Płóciennik zdaje się wspominać swoje życie. I choć momentami opowiada historyjki tak bardzo realne, że prawdopodobnie przytrafiły się większości z nas, robi to w sposób znakomity. Chociaż lepszym słowem byłoby tu: odpowiedni. Czyli: w sposób odpowiednio przystający do rysunków. Bo "Sprane dżinsy i sztama" to przykład takiego komiksu, który jest totalnie spójny i w przypadku którego nie można powiedzieć, że fabuła góruje nad rysunkami, lub że grafika przyćmiła tekst. Zlewają się w jedno, tak jak autorzy na okładce albumu.

Kooperacja ojca z synem - ok, zdarza się. Ale kooperacja ojca z synem dająca taki efekt to w komiksie polskim wyczyn niesamowity (i - póki co - jednorazowy). Skutkujący tym, że czuć ducha okresu i widać precyzję w odzwierciedlaniu warszawskich miejscówek. Autorzy zadbali również o szereg patentów charakterystycznych dla opisywanych czasów: jest obowiązkowa syrenka, są Extra Mocne, jest mnóstwo okładek płyt popularnych wówczas bandów, jest również obowiązkowy przegląd zespołów muzycznych, podrasowany nagminnie stosowanym wówczas nazewnictwem kapel ("Rzeźnicy", "Nagła sraczka"). Wielu powie teraz: "Wszystko, co kocham". I nie pomyli się. A ten, kto nie kocha, niech przeczyta. Pokocha.

Wspomniana już grypsera, skrótowe operowanie nazwami zespołów, czy chociażby polskie wersje amerykańskich przebojów, przewijające się przez komiks, mogą sprawić problem młodszym czytelnikom. Mogą ten problem sprawić również realia okresu. Mogą, ale nie powinny. "Sprane dżinsy i sztama" są jedną z najważniejszych produkcji roku i zapoznać się z tym komiksem powinien absolutnie każdy. Za dziesięć lat będzie się o nim mówiło, że jest klasyką komiksu polskiego. A patrząc na dorobek Polaków z ostatnich dwóch dekad, niewielu załapie się na ten tytuł.

Plansze komiksu dla Pawła Płóciennika są jak otwarta księga - komponuje je na bieżąco, wrzucając jednostronicowe wstawki rozpoczynające większość poszczególnych rozdziałów. Krecha jest brudna i prosta - taka ma być; inaczej tego komiksu wyobrazić sobie nie można.

"Sprane dżinsy i sztama" pozbawione są ingerencji komputera i nie mają wypieszczonego liternictwa. Część tytułu pisana jest czcionką "ze szkolnego zeszytu", grzbiet wpisany jest ręcznie, a stopka redakcyjna wklepana czcionką maszynową. Wydanie stało się w tym przypadku kolejnym elementem, składającym się na kompletną spójność komiksu. Warto poczuć ten klimat i docenić ten stustronicowy kawał rasowego komiksu. Absolutny musiszmieć!

"Sprane dźinsy i sztama". Scenariusz: Jarosław Płóciennik. Rysunek: Paweł Płóciennik. Wydawca: timof comics 2010

Czytaj również:

W jakich warunkach powstawał komiks?
Co z ekranizacją komiksu?
Dlaczego takie, a nie inne rysunki?
Jak to jest komiksować z ojcem?

Kibicujemy (22)

Autor: Dominik Szcześniak Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku prostych czynności celem zrobienia kawy, następnie poranną toaletę, po czym - jak w każdy roboczy dzień tygodnia - zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do pracy, wspierania w trudzie rysowania, wymyślania pomysłów, czy pisania scenariuszy! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Choć kibicowanie komiksom "Tainted" i "Sprane dżinsy i sztama" zakończyliśmy w minionym tygodniu, samo życie dopisało nam kolejny odcinek tej historii. Oto bowiem wszyscy, którzy dzielnie wspierali Piotra Nowackiego, Bartosza Sztybora, Pawła i Jarosława Płócienników, moga przygotować się na ostateczne mega-kibicowanie. O co chodzi? Oddaję głos Szawłowi, od którego otrzymałem mejla poniższej treści:

Już 24 września, w piątek odbędzie się wydarzenie bezprecedensowe. W "Kawangardzie", przy ulicy Wilczej 32 w Warszawie, będzie miała miejsce długo oczekiwana premiera dwóch tytułów komiksowych. "Tainted" (Mroja Press) - to dzieło znakomitego rysownika "cartoonowego" Piotra Nowackiego oraz nie mniej uzdolnionego scenarzysty Bartosza Sztybora. Album jest komiksem niemym i porusza wątki miłosne. "Sprane dżinsy i sztama" (Timof) to nowela graficzna Pawła Jarosława Płóciennika (rysownika komiksowego oraz wokalisty zespołu Żelazna Brama) stworzona w duecie z ojcem - Jarosławem Płóciennikiem (scenariusz). Komiks opowiada o roku 1980 i o przygodach paczki przyjaciół żyjących na warszawskiej Woli. Oba komiksy będzie można zakupić 24 września w "Kawangardzie". Później trafią do sklepów oraz ponownie zostaną zaprezentowane na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi, który odbędzie się w dniach 1-3 października 2010.

24 września oprócz "Spranych dżinsów i sztamy" oraz "Tainted" będzie można zakupić najnowszy numer magazynu komiksowego "NetKolektyw" oraz komiks "Och. Przygody gentlemańskiego barbarzyńcy" autorstwa Jacka Kuziemskiego. Do tego wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy zapowiedziało, że jest szansa również na premierę komiksu Rafała Szłapy "Bler".

Start o godzinie 19:00. Zapraszamy serdecznie! 24.09.2010 (piątek)
, KAWANGARDA (ul. Wilcza 32)
"Tainted" już zrecenzowaliśmy - lada moment ofiarą ziniolowego recenzenta padnie również komiks rodzinny Płócienników. Ponownie przekonamy się czy było warto.

Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

poniedziałek, 20 września 2010

Na krawędzi (03): Sebastian O

Autor: Dominik Szcześniak

Połączcie ze sobą Jamesa Bonda z jego szpiegowską determinacją, Bruce'a Wayne'a z gadżetami i detektywistyczną przenikliwością oraz Markiza de Sade z jego perwersjami, dorzućcie do tego wyolbrzymiony gentelmański urok dwóch pierwszych panów i otrzymacie Sebastiana O. Postać, wykreowaną przez bardzo zdolny tandem Grant Morrison/Steve Yeowell, która błyszczała na kartach trzyczęściowej mini-serii Vertigo wydanej na początku istnienia firmy, a w 2004 roku zebranej w jedno wydanie.

To wydanie zbiorcze robi różnicę w postaci niekonwencjonalnego wstępu autorstwa Morrisona, w którym scenarzysta przedstawia kalendarium losów Sebastiana O. Nie jest to notka biograficzna (choć i takie elementy się w niej znajdują), lecz raczej próba przedstawienia wydarzeń poprzedzających zarówno treść komiksu, jak i narodziny głównego bohatera. Rzuca dużo światła na fabułę i preparuje znakomity kontekst opowieści. Omówienie tego tytułu oprę jednak - jak przykazało Vertigo - o serię zeszytową.

Morrison akcję swojego komiksu osadził na przełomie wieków XIX i XX w Anglii. Sebastiana O. poznajemy w więzieniu, do którego trafił na skutek machinacji Lorda Lavendera oraz własnej artystycznej słabości do tworzenia rzeczy kontrowersyjnych, jaką niewątpliwie był zbiór wierszy "Śniadanie z Belzebubem". Lavender wraz z Sebastianem i kilkoma innymi chłopakami pod koniec wieku XIX założyli Club de Paradis Artificiel, który schlebiał ich artystowskim fascynacjom - po ucieczce z więzienia główny bohater odwiedza swoich współtowarzyszy, próbując dociec co się stało i co też takiego Lord Lavender, fan tworzenia alternatywnych rzeczywistości, planuje. Sebastianem kieruje jeszcze jedno - żądza zemsty.

Można powiedzieć, że pojedynek dobra ze złem Morrison rozegrał wedle utartego schematu - jest akcja, są pościgi, krew się leje, spluwy strzelają, a skryci mordercy wyskakują zza krzaka - tyle, że tak naprawdę wszystko to jest inne - może nie innowacyjne, lecz świeże. Bo nie wiadomo kto jest dobry a kto zły. Lub inaczej: wszyscy są źli. Lord Lavender, bo jego knowania nadwątlają siły Imperium Brytyjskiego, Sebastian - przez wzgląd na przeszłość i drastyczne metody podejmowane w teraźniejszości. Ich koledzy z klubu - bo są albo pederastami, albo sodomitami, a co najgorsze - prawdziwymi artystami. Do fiksacji psychicznej doprowadza bohaterów albo ich megalomania albo wmawiana usilnie ponadprzeciętna wrażliwość.

Mimo braku pozytywnych bohaterów, czytelnik kibicuje Sebastianowi O, który potrafi należycie zażartować, w efektowny sposób czmychnąć przed gliniarzami czy też dostosować odpowiednią formułkę do sytuacji. Ten pozorny laluś, którego dewizą jest "dobrze wyglądać w każdej sytuacji" oraz "rozmawiać ze sobą, jeśli pragnie się konwersacji z kimś inteligentnym" nawet w finałowej potyczce w niebezpiecznej scenerii potrafi rozmawiać z wrogiem jak prawdziwy gentelman, a jednocześnie rozsiewać na lewo i prawo typowy angielski humor.

Fajna postać, niezłe pomysły, ale właściwie po co jest ten komiks? W odróżnieniu od współczesnych mu pozycji Vertigo nie ma on aspiracji do zdradzania jakichś niepoznanych tajemnic wszechświata, ani wgłębiania się w psychikę ludzką. Nie opiera się tylko i wyłącznie na narracji, nie przesadza z długaśnymi opisami stanów emocjonalnych poszczególnych bohaterów. idealnie natomiast wpisuje się w ten bergerowski "dziwny" nurt komiksu, którego głównym atrybutem jest fantastyczne operowanie słowem i mnożenie absurdalnych sytuacji.

"Sebastian O." jest świetną przystawką przed serią "Invisibles", w której duet Morrison/Yeowell osiągnął znakomitą formę. Przystawką, która wprowadzi was w pewne podstawowe zagadnienia, jakie interesują scenarzystę i przedstawi spektrum możliwości rysownika, siłującego się z realistycznym przedstawianiem świata na swoich grafikach. Kawał szalonego, vertigowskiego komiksu w starym, dobrym stylu.
"Sebastian O". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunek: Steve Yeowell. Kolory: Tatjana Wood. Wydawca: DC Vertigo, marzec - maj 1993