Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

wtorek, 21 września 2010

"Sprane dżinsy i sztama" - Paweł Jarosław Płóciennik

Autor: Dominik Szcześniak

Porwali się na
wspominki roku osiemdziesiątego. Ojciec (Jarosław Płóciennik, rocznik '63) i syn (Paweł Płóciennik, rocznik '87) uderzając w odpowiednio oldschoolową konwencję opowiedzieli perypetie grupki kumpli, szwendających się po Warszawie. Zanim jednak efekt ich prac się ukazał, rozbudzili oczekiwania wielu. Tych, dla których lata osiemdziesiąte nie są jeszcze okresem do końca zapomnianym i tych, którym pomysł tego rodzaju rodzinnego biznesu wydał się co najmniej intrygujący.

"Sprane dżinsy i sztama" tematykę ma podporządkowaną formie. Lektura tego komiksu jest jak słuchanie kaset magnetofonowych na starym sprzęcie - wciąga. Wciąga jak diabli. Fabuła ojca sklecona jest z motywów, mogących być soczystym wyznaniem punkrockowca (bądź fana bitli), rysunki syna to z kolei przejażdżka w okres patentów Papcia Chmiela zmiksowanych z brudnym, szarym i niechlujnym, garażowym brzmieniem undergroundu.

Rok 1980 jest w komiksie ukazany przez pryzmat grupki kolesi z warszawskiej Woli. Gadają o płytach, uskuteczniając dyskusje na temat wyższości zepów nad purplami, siedzą na murkach obalając alpożura, lub też wpadają na metę jednego z kolegów w celu uczestnictwa w jego urodzinach. Uczniowskie dialogi, wzbogacone świetną grypserą, choć w albumie wszechobecne, dzielą miejsce na równi z życiowymi anegdotami na temat szkoły, wolnego życia warszawskich buntowników czy potyczek z okolicznymi karkami. Jarosław Płóciennik zdaje się wspominać swoje życie. I choć momentami opowiada historyjki tak bardzo realne, że prawdopodobnie przytrafiły się większości z nas, robi to w sposób znakomity. Chociaż lepszym słowem byłoby tu: odpowiedni. Czyli: w sposób odpowiednio przystający do rysunków. Bo "Sprane dżinsy i sztama" to przykład takiego komiksu, który jest totalnie spójny i w przypadku którego nie można powiedzieć, że fabuła góruje nad rysunkami, lub że grafika przyćmiła tekst. Zlewają się w jedno, tak jak autorzy na okładce albumu.

Kooperacja ojca z synem - ok, zdarza się. Ale kooperacja ojca z synem dająca taki efekt to w komiksie polskim wyczyn niesamowity (i - póki co - jednorazowy). Skutkujący tym, że czuć ducha okresu i widać precyzję w odzwierciedlaniu warszawskich miejscówek. Autorzy zadbali również o szereg patentów charakterystycznych dla opisywanych czasów: jest obowiązkowa syrenka, są Extra Mocne, jest mnóstwo okładek płyt popularnych wówczas bandów, jest również obowiązkowy przegląd zespołów muzycznych, podrasowany nagminnie stosowanym wówczas nazewnictwem kapel ("Rzeźnicy", "Nagła sraczka"). Wielu powie teraz: "Wszystko, co kocham". I nie pomyli się. A ten, kto nie kocha, niech przeczyta. Pokocha.

Wspomniana już grypsera, skrótowe operowanie nazwami zespołów, czy chociażby polskie wersje amerykańskich przebojów, przewijające się przez komiks, mogą sprawić problem młodszym czytelnikom. Mogą ten problem sprawić również realia okresu. Mogą, ale nie powinny. "Sprane dżinsy i sztama" są jedną z najważniejszych produkcji roku i zapoznać się z tym komiksem powinien absolutnie każdy. Za dziesięć lat będzie się o nim mówiło, że jest klasyką komiksu polskiego. A patrząc na dorobek Polaków z ostatnich dwóch dekad, niewielu załapie się na ten tytuł.

Plansze komiksu dla Pawła Płóciennika są jak otwarta księga - komponuje je na bieżąco, wrzucając jednostronicowe wstawki rozpoczynające większość poszczególnych rozdziałów. Krecha jest brudna i prosta - taka ma być; inaczej tego komiksu wyobrazić sobie nie można.

"Sprane dżinsy i sztama" pozbawione są ingerencji komputera i nie mają wypieszczonego liternictwa. Część tytułu pisana jest czcionką "ze szkolnego zeszytu", grzbiet wpisany jest ręcznie, a stopka redakcyjna wklepana czcionką maszynową. Wydanie stało się w tym przypadku kolejnym elementem, składającym się na kompletną spójność komiksu. Warto poczuć ten klimat i docenić ten stustronicowy kawał rasowego komiksu. Absolutny musiszmieć!

"Sprane dźinsy i sztama". Scenariusz: Jarosław Płóciennik. Rysunek: Paweł Płóciennik. Wydawca: timof comics 2010

Czytaj również:

W jakich warunkach powstawał komiks?
Co z ekranizacją komiksu?
Dlaczego takie, a nie inne rysunki?
Jak to jest komiksować z ojcem?

7 komentarzy:

Łukasz Mazur pisze...

Ciekawa recenzja. Hiper-pozytywna jakby to powiedział pewien komiksolog.

Po "Sprane" jednak nie sięgnę z tego powodu, że odrzuca mnie grafika. Po tym co da się zobaczyć na przykładowych planszach uważam, że Szaweł zrobił krok wstecz. A sama okładka to kuriozum...

Mimo to trzymam kciuki. W imię Dobra Polskiego Komiksu.

lucek pisze...

Łukasz, na pierwszy rzut oka grafika nie zachwyca, ale - jak starałem się to przedstawić w recenzji - w pewnym momencie po prostu zlewa się z tekstem i tworzy cholernie spójny komiks.

Co to znaczy krok wstecz? Nie jest to może wycyzelowany styl z Gabriela Alfonsa, ale w zamian dostajesz coś co jest - powtórzę się - spójne. "Sprane" są jak zużyta kaseta, sprane dżinsy, albo garażowe brzmienia upojonych punkrockowców. Te kiksy graficzne pojawiające się gdzieniegdzie w ogóle nie rażą, jeśli łykniesz tę konwencję. A wręcz jak najbardziej mają wtedy rację bytu.

Okładka kuriozum? Przednia czy tylna?

Łukasz Mazur pisze...

Znam tylko przednią.

Ciekawi mnie ten komiks ze względu na tematykę, ale że przedkładam zazwyczaj grafikę nad scenar to póki co odpuszczam zakup.

Póki co.

Poczekam na więcej recenzji ;)

TOMEK pisze...

Bardzo ciekawe! Muszę powiedzieć że wygląda super.
Z recenzji Lucka (garażowe brzmienia, fani bitli) i z grafiki przypomina to coś w rodzaju fanzine-alternatywa.
Przy pierwszej okazji chciałbym to przeczytać.

lucek pisze...

Tomek - to jest właśnie coś w ten deseń. Fajny powrót do przeszłości, jeśli pamięta się te czasy. Zresztą podobne nieco do Twoich "The Most Stupid Things...", tyle że z tym hardkorowo-fanzinowym zacięciem.

Łukasz - nie czekaj, pożycz sobie i oceń sam:D

Anonimowy pisze...

słyszałem że ten komiks to cofa nas 25 lat wstecz i nie jest to zamierzona gra z konwencją. czy tylko jedna osoba w tym kraju to widzi?

lucek pisze...

Ktoś ci nagadał głupot, Anonimie. Nie wiem czyją "prawą ręką" jesteś (dochodził nie będę, bo sieć jest pełna podszywających się gnomów, o czym sam się kiedyś przekonałem, gdy jakiś Lucek wypowiadał się na polterze, a redaktorzy wzięli go najwyraźniej za mnie, bo obrażeni), ale zapewne kogoś, kto się nie zna.

Jak Łukasz powyżej wspomniał, moja recenzja jest hiper-pozytywna, lecz zwróć uwagę, że hiper-pozytywne są tylko moje odczucia. Poza nimi, w recenzji obecne są takie zwroty, jak "garażowy", "brudny", "niechlujny", "szary" - tych, którym takie coś odpowiada, recenzja zachęci. Tych, którzy nie znoszą tego w komiksach, zostaną od niego odrzuceni. Proste. Że tak polecę po przykładach obecnych powyżej - Tomka recenzja zaciekawiła, a te zwroty wyłowił jako pozytywne, Łukasza z kolei ta konwencja odrzuciła. Brawa dla nich obu! Będą mieli, co lubią!

A grę z konwencją uważam za zamierzoną. Można się o tym przekonać naocznie, czytając album, a - jeśli ma się za daleko - można i zaocznie, czytając to, co Szaweł o tej konwencji pisał w cyklu "Kibicujemy".

W razie innych wątpliwości i posądzeń, drogi Anonimie, wal jak w dym!