Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

wtorek, 29 marca 2016

Arab przyszłości - Sattouf

Riad Sattouf wziął na tapetę poważne sprawy: Libię Mu’ammara al-Kadafiego, Syrię Hafiza al-Asada, panarabizm oraz – przede wszystkim – żywot dziecka przerzucanego z kraju do kraju i filtrującego rzeczywistość świeżym, nieskażonym spojrzeniem. 
„Arab przyszłości” jest autobiografią. Jej podtytuł to „Dzieciństwo na Bliskim Wschodzie (1978-1984)”. Już sama okładka sugeruje, że Sattouf nie miał zamiaru tworzyć komiksu ciężkiego. Znajduje się na niej salutujący billboardowemu dyktatorowi młody autor w towarzystwie rodziców - wszyscy narysowani cartoonową kreską. Na kartach albumu powaga miesza się z humorem – to tak, jakby „Calvin i Hobbes” Wattersona wkroczyli do świata znanego z „Mausa” Spiegelmana. 
Sattoufa czytelnik poznaje jako dwuletniego brzdąca i towarzyszy mu do momentu ukończenia szóstego roku życia. Szczegółowe wspomnienia autora zahaczają o tematy najbardziej oczywiste, jak efekty zderzenia kulturowego, różnice w obyczajowości Syryjczyków i Francuzów, liberalizm u jednych i radykalizm u drugich, ale największa siła albumu Sattoufa drzemie w swawolnej dziecięcej optyce. Brzdąc Sattouf szczerością i spontanicznością zdaje się zagarniać cały komiksowy splendor dla siebie, w czym pomagają mu zresztą narysowani w komiksie rówieśnicy, będący młodszymi wersjami swoich rodziców i eksponujących ich najbardziej radykalne przekonania. 
Barwną postacią „Araba przyszłości” jest również ojciec małego bohatera. Owładnięty obsesyjną misją kształcenia Arabów, by ci oduczyli się religijnego obskurantyzmu, zafiksowany na punkcie polityki i schlebiający rodzinnym tradycjom, ale z drugiej strony historycznie świadomy ateista. Na tle tych świetnie nakreślonych postaci, bardzo blado wypada matka Sattoufa, Clementine, która właściwie przez cały album jest pomijana zgodnie z wytycznymi postrzegania kobiet w świecie arabskim. I w pewnym sensie jest to szczere zobrazowanie rzeczywistości, ale z drugiej strony bagaż doświadczeń Clementine mógłby wzbogacić komiks o ciekawe przemyślenia. 
Sattouf absurdami obecnymi w „Arabie przyszłości” bawi i zaciekawia. Wstrząsa również, ale tylko momentami i w rozsądnych dawkach, na pierwszy plan wysuwając ekscentryczne i przepełnione czarnym humorem losy pewnej zwykłej niezwykłej rodziny. Całe szczęście, że to popisowe dzieło francuskiego twórcy kończy się napisem „ciąg dalszy nastąpi”. 
"Arab przyszłości: Dzieciństwo na Bliskim Wschodzie (1978-1984)". Autor: Riad Sattouf. Tłumaczenie: Olga Mysłowska. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2016. Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut français w ramach programów wsparcia wydawniczego.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

poniedziałek, 28 marca 2016

Ostatki - Sfar

Tytuł najnowszego komiksu Joanna Sfara - „Ostatki” - sugeruje pozostałości i spady po wydanym w podobny sposób i opisującym perypetie tych samych postaci „Wampirze” oraz towarzyszącej jej „Aspirine”. Tak naprawdę jednak najnowszy album francuskiego artysty jest odtworzeniem początków jego kariery, bogatym w fakty i anegdoty, niezwykle różnorodnym stylistycznie. 
Dla czytelnika „Ostatki” mogą stanowić zbiór ciekawostek, na współczesnych artystów mogą natomiast mieć wpływ czysto terapeutyczny. Oto bowiem Sfar w komiksowych wstępach do poszczególnych krótkich historii, lub w didaskaliach, opisuje swoje kontakty z wydawcami, do których ganiał regularnie co tydzień z nadzieją na uzyskanie aprobaty dla jego rysunków i od których równie regularnie zostawał odprawiany z kwitkiem. Albo chadzał pod ich domy, wsadzając im plansze pod drzwi. Patrząc na dzisiejszy dorobek artysty, uznawanego za jednych z najpłodniejszych na świecie, ciężko przyjąć do wiadomości fakt, że nie od razu był cudownym chłopcem przemysłu komiksowego. Sfar musiał zarysować mnóstwo plansz, korzystając z dobrodziejstwa wielu narzędzi do rysowania i nie bacząc na brak zainteresowania ze strony edytorów. 
„Ostatki” pełne są komiksów niedokończonych, albo rozpoczynanych po kilka razy. Bywa, że gdy lektura zaczyna wciągać, plansze znienacka przechodzą z rysowanych bardzo szczegółową kreską w szkicowe, następnie w storyboardy, albo w ciąg rysunków bez tekstów w dymkach…  Sfar jawi się tu jako artysta uwikłany w wiele projektów, zaplanowanych na kilkaset stron i przerysowywanych po wielokroć. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że jest wesołym dręczycielem wydawców, stawiających się u nich co chwilę z paką rysunków pod pachą. 
„Ostatki” to album łączący kilka jego serii, wydawanych od lat w Polsce – zazębiają się tu losy mieszkańców Wilna z „Małego świata Golema”, detektywów z „Profesora Bella”, Wampira Fernanda i całej jego świty. Te niedokończone historie momentami mają bardzo ciężki klimat, innym razem przywodzą na myśl te albumy artysty, które w najlepszy sposób łączyły grozę z humorem. 
Na łamach „Ostatków” profesor Moriarty z Sherlocka Holmesa wcale nie zginął, lecz zaszył się na Litwie i począł odbudowywać swoje imperium zbrodni. Michel Douffon mierzy się z demonem z cukru, a Profesor Bell rysowany jest z rozmachem, jakiego chyba nigdy u Sfara nie było widać. 
Dla koneserów francuskiego artysty jest to rzecz niezbędna. Tym natomiast, którzy nie znają jeszcze jego twórczości, „Ostatki” spodobają się raczej dopiero po lekturze wymienionych wcześniej przeze mnie albumów.
"Ostatki". Autor: Joann Sfar. Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska i Jakub Jankowski. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

piątek, 25 marca 2016

Aspirine - Sfar

"Aspirine" to dopełnienie historii zaprezentowanej w wydanym pod koniec 2015 roku "Wampirze" - komiksie, zalecanym do nabycia przez czytelników lubiących inteligentne, zabawne opowieści. "Aspirine" to podobny kaliber. 

Ten utrzymany w konwencji humorystyczno-romantycznej komiks opowiada o kulturalnym wampirze Fernandzie i jego przyjaciołach zamieszkujących magiczne Wilno. Kogo tu nie ma? Mandragora, człowiek-drzewo, ponętne wampirzyce, golem, a nawet laskołak, czyli gość, który wpadając na kobietę która mu się podoba – zamienia się w wilka. I dopóki się nie pocałuje po francusku, nie może odzyskać ludzkiego wyglądu. 

Ten niekonwencjonalny zestaw postaci zostaje wmiksowany przez Sfara w fabułę, opływającą w humor, miłość i szczyptę grozy. Zdecydowanie dominują relacje damsko-męskie, bo większość bohaterów i bohaterek jest wyjątkowo kochliwa. Sfar znalazł jednak miejsce również dla lekkiego moralitetu dotyczącego akceptacji odmienności. Przez karty pierwszych rozdziałów komiksu przebiegają łowcy – czyli ludzie „głupi, źli i uzbrojeni”, urządzający sobie polowanie na czarownice, nie bacząc na fakt, że te czarownice są niegroźne, a niejednokrotnie wręcz bardzo życzliwe i skore do pomocy. Sfar z niedowierzaniem spogląda na ten irracjonalny strach, prowadzący do nienawiści. 

Graficznie ten komiks jest nieco szalony. Znaleźć w nim można mnóstwo małych rysunków, często sprawiających wrażenie zrobionych w pośpiechu, szkicowych, bardzo umownych, a jednak całościowo wytwarzających świetne wrażenie. Finał opowieści - niezwykle erotyczny monolog Edmundo, wampira z Hawany - umownością kreski przywodzi na myśl niedokończone formy Sfara opublikowane w "Ostatkach".

"Aspirine" to bezwzględnie jeden z najlepszych, najinteligentniejszych i najzabawniejszych komiksów 2015 roku. Ale czy mogło być inaczej? Sfar to przecież jeden z najgenialniejszych twórców komiksu, jacy stąpali i stąpają po ziemi. Rozumie to medium, jak mało kto.
"Aspirine". Autor: Joann Sfar. Tłumaczenie: Jakub Jankowski, Katarzyna Sajdakowska. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

czwartek, 24 marca 2016

Sokrates półpies - Sfar/ Blain

Co może powstać z połączonych komiksowych supermocy Joanna Sfara (autora "Profesora Bella", "Małego świata Golema" i "Wampira") i Christophe'a Blaine'a (twórcy "Reduktora prędkości" i rysownika "Kronik dyplomatycznych")? Ano na przykład komiks, który oprowadzi czytelników po greckich mitach w sposób urokliwy, finezyjny i humorystyczny. A jednocześnie komiks, który w  żadnym wypadku nie może być traktowany jako bryk z historii dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Bo autorzy podchodzą do mitologii w sposób dość swawolny, z bogów i herosów czyniąc ludzi z czysto ludzkimi potrzebami.

"Sokrates półpies" został wydany w grudniu 2015 roku. To już się stało tradycją, że w okolicach tego miesiąca polscy edytorzy atakują produkcjami sygnowanymi nazwiskiem Sfara, co sprawia, że francuski artysta jest sprzedażowym pewniakiem. I tak, jak w "Kocie rabina" opowiadał o gadającym sierściuchu, tak głównym bohaterem komiksu popełnionego wespół z Blaine'm uczynił psa, który równie biegle posługuje się słowem. Na pierwszej planszy komiksu mówi na przykład: „Mój pan jest synem Zeusa i półbogiem. Ja jestem synem psa Zeusa, więc jestem półpsem. Jestem w połowie psem, a w połowie filozofem”.  

No więc właśnie. Większość komiksu wypełniona jest rozważaniami psa Heraklesa – takimi, przy których można turlać się ze śmiechu, ale też zmuszającymi do kolejnych, tym razem czytelniczych przemyśleń. Zdarza się także, że Sokrates trafnie diagnozuje pewne relacje międzyludzkie, jak chociażby stosunek mężczyzn do kobiet, czy też różnice między płciami w podejściu na przykład do miłości. Wiadomo – psia perspektywa daje ciekawe wnioski. Obiektywne. 

Bohaterowie komiksu – mężny Herakles i gadatliwy Sokrates – przemierzają świat mitologii greckiej, niektóre mity przybliżając, innym nadając zupełnie nowy wymiar. Wszechobecny dowcip nie przysłania tu greckich dramatów i tragedii – tych jest pełno, ukazanych dosadnie i brutalnie. Jest Edyp, który wedle przepowiedni zabije ojca i prześpi się z własną matką, jest tułający się po świecie Odyseusz, jest też oczywiście Herakles, myślący tylko o walce i miłosnych igraszkach. Ale katalizatorem przygód tych literackich postaci są nie tyle wyrocznie czy wola bogów, lecz chuderlawy kundel.  

W kontekście wierności mitom można się spodziewać wszystkiego po lekturze "Sokratesa półpsa". To komiks napisany z gracją, lekko, przyjemnie i zabawnie. Znakomicie narysowany przez Blaina. Można śmiało wrzucać do koszyka, bo to lektura z tych, co to mądrego usatysfakcjonuje, a głupiego wyedukuje.
"Sokrates półpies". Scenariusz: Joann Sfar. Rysunki: Christophe Blain. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl

środa, 23 marca 2016

Kot rabina - Sfar

"Kot Rabina" to w skali komiksu w Polsce pozycja wyjątkowa. W 2004 i 2006 roku pierwsze dwa tomy serii wydał krakowski Post, ale choć zapowiedział część kolejną, ta nigdy nie ukazała się drukiem. Po latach do tematu wróciło Wydawnictwo Komiksowe i w krótkim okresie wypuściło na rynek trzy wydania zbiorcze flagowej serii Joanna Sfara, każde z inną okładką. Na tym nie koniec. Warszawski edytor porządnie zadbał o promocję (samodzielne stoisko poświęcone serii na ubiegłorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, puzzle tematyczne) i z rozpędu wydał najnowszą część przygód niesfornego kota, zatytułowaną "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną". Dla fanów Sfara to istny raj. A dla tych, którzy go nie znają - komunikat, aby zainteresowali się tematem.

- Czemu jesteś taki bezwzględny? – pyta rabin kota, który w religijnym dyskursie rozłożył właśnie na łopatki jego mistrza, znawcę Tory i kabalistę.
- Chcę tylko powiedzieć prawdę, żeby zobaczyć co z tego wyniknie – odpowiada sierściuch. Nie dość, że gada, to od razu językiem przepełnionym sceptycyzmem co do kwestii wiary, wyznawanej przez swojego pana, ale też wiary w sensie ogólnym. Rozmowy na temat świętych pism i praw, jakimi rządzi się judaizm podane są w sposób anegdotyczny, inteligentny i zabawny, a wnioski z nich płynące należą do tych niebanalnych. 

Równie dużo miejsca co teologicznym dysputom, autor poświęca codziennym relacjom między mieszkańcami domu rabina. Bo mimo, że kot z werwą punktuje religijne absurdy, pozostaje również zwykłym dachowcem, któremu nieobce nocne eskapady, miauczenie do księżyca i pieszczoty ukochanej pani – córki rabina, Zlabii. Ta miłość niejednokrotnie zostaje wystawiona na próbę na przestrzeni tych niemal trzystu stron. Kot, uważający się za centrum wszechświata, musi stawić czoła nowościom w życiu dziewczyny, która najpierw wychodzi za mąż, następnie spodziewa się dziecka i nie poświęca już tak dużo czasu na drapanie kota pod brodą. Odtrącony przez ukochaną, wyrzucony poza nawias życia zwykłego dachowca, poświęca się rozmowom z rabinem. Uczy się, otwiera innym oczy, ale najczęściej celną ripostą wprowadza rozmówców w zakłopotanie. Ku uciesze czytelnika, który podczas lektury parsknie śmiechem nie raz. 

We wstępie do piątego rozdziału zbiorczego wydania Sfar pisze: „Długo uważałem, że robienie albumu przeciw rasizmowi jest niepotrzebne. Wydawało mi się, że była to oczywistość, że nie ma co wyważać otwartych drzwi. Zdaje się, że czasy się zmieniają. Bez wątpienia wszystko zostało już powiedziane, ale ponieważ nikt nie słucha, trzeba zaczynać od nowa.” No i mówi od nowa, w charakterystyczny dla siebie sposób, czyli niebanalnie i unikając dosłowności. 

Głównym wątkiem tego poświęconego rasizmowi albumu jest poszukiwanie Afrykańskiej Jerozolimy, w której Żydzi odnajdą spokój, a która to znajduje się w Etiopii. Ekipa poszukiwawcza jest oczywiście międzynarodowa i – poza rabinem i kotem rabina – uwzględnia szejka arabskiego, komunistę z Rosji i jego narzeczoną, która sprzedawana była już tyle razy, że sama nawet nie wie skąd pochodzi. Islam miesza się tu z katolicyzmem i judaizmem, fanatyzm religijny z racjonalnym podejściem do religii, rasizm z poszanowaniem każdego człowieka bez względu na kolor skóry. 

Tak mądrych i świetnie opowiedzianych rozdziałów jest w "Kocie rabina" więcej. Ściśle mówiąc: jest ich pięć. Bo z tylu składa się album. W tomie pierwszym - "Bar Micwie" – Sfar wprowadza czytelnika w stan ekstatycznego zaskoczenia tym co widzi, w „Wygnaniu” ujmuje humorem i rysunkowym przedstawieniem uroków Paryża. W "Raju na ziemi" natomiast w przepiękny sposób afirmuje przyjaźń. Najnowszy album – szósty, zatytułowany „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” to wszystkie wymienione powyżej ochy i achy w pigułce. Z tych fantastycznych albumów zadowoleni będą zarówno wielbiciele inteligentnych historii, opowiedzianych w niebanalny, zabawny sposób, jak i wszyscy kociarze i wszystkie kociary.

Ten komiks trzeba przeżyć samemu. Bo to - krótko mówiąc - arcydzieło.
"Kot rabina"/ "Kot rabina (6): Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną". Autor: Joann Sfar. Kolory: Brigitte Findakly. Tłumaczenie: Grzegorz Przewłocki, Wojciech Birek. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia. pl

wtorek, 22 marca 2016

5. KFK - krótka fotorelacja

Zapraszamy do obejrzenia krótkiej galerii zdjęć z 5. Krakowskiego Festiwalu Komiksu, który odbył się w dniach 18-20 maja br. Autorami zdjęć są Daniel Grzeszkiewicz, Dominik Szcześniak i Arkadiusz Wróblewski.
Imprezę oficjalnie otwiera dyrektor Jerzy Woźniakiewicz
W Krakowie Superman nie krył swojej tajnej tożsamości i zakładał okulary na kostium
Michał Jankowski w rozmowie z Marcinem Rusteckim i Arkadiuszem Wróblewskim. Wspominkowe spotkanie o TM-Semic zatytułowane "Blast from the past" przyciągnęło tłumy.
Marcin "Rust" Rustecki i Arek "Jorub" Wróblewski
Na prawdziwej imprezie komiksowej nie mogło zabraknąć prawdziwych fanów czytających prawdziwe oryginały plansz
Marcin Rustecki i Arek Wróblewski podczas spotkania w Krakowie podpisali mnóstwo archiwalnych komiksów TM-Semic, których nie byli autorami
Daniel Grzeszkiewicz rysuje po swoim własnym komiksie
Rafał Szłapa spędza czas w tej pozycji na każdym konwencie od kilku dobrych lat
Jakub Rebelka będzie podpisywał komiks
Spotkanie z Tomaszem Leśniakiem poprowadził elegancki jak zawsze Rafał Kołsut
Marcin Rustecki i Arkadiusz Wróblewski
Wystawa "Komiks i okolice" ze zbiorów Wojciecha Jamy
Wystawa "Komiks i okolice" ze zbiorów Wojciecha Jamy
Rust i Marvel Arek byli po prostu wszędzie, choć właściwie nie ruszali się z miejsca
Dużo osób na jednym zdjęciu
Wystawa "Komiks i okolice" ze zbiorów Wojciecha Jamy
Bohaterowie serii "Hugo" i bohaterowie z zupełnie innej beczki

poniedziałek, 21 marca 2016

Kroniki dyplomatyczne - Lanzac/ Blain

Jak sam tytuł wskazuje, "Kroniki dyplomatyczne" Christophe Blaine'a i Abla Lanzaca są komiksem politycznym, ukazującym pracę francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych od kuchni. Śledzimy losy grupy najbliższych współpracowników ministra, ekspertów w przeróżnych dziedzinach, odpowiedzialnych również za przygotowywanie tekstów przemówień ekspresyjnego polityka w oparciu o dyplomatyczny savour-vivre. Brzmi jak nudne scenki z urzędniczymi gadającymi głowami, a jednak – dzięki umiejętnościom autorów – porywa i wciąga. 

Nie bez przyczyny, ponieważ ten komiks napisany został przez dyplomatę i scenarzystę w jednym - Antoina Baudry, który przemycił do niego swoje własne doświadczenia ze światowych salonów politycznych. Narysował go Christophe Blaine, wielokrotnie nagradzany francuski artysta. Autorzy, ukazując ministerialne kuluary, pokazali ludzi z krwi i kości, którzy w pocie czoła szukają kompromisów i starannie dobierają słowa po to, by utrzymać pokój na świecie. 

Poruszają też temat, który dla wielu wciąż pozostaje nieoczywisty: że polityka, którą widzimy w telewizji bądź słyszymy podczas oficjalnych przemówień jest ostateczną formą politycznego przekazu, a proces jego powstawania nie zawsze jest tak doniosły i kulturalny. Nerwowa atmosfera towarzysząca udziałowi w podejmowaniu ważnych dla świata decyzji bywa rozładowywana rubasznym dowcipem, a język pana ministra nie zawsze jest parlamentarny. Każdemu zdarza się rzucić bluzgiem. Nikt nie jest robotem. 

Ekipa ministra to komando, pracujące pod wielkim ciśnieniem 24 godziny na dobę, starające się zapobiec tak zwanemu kryzysowi luzdemskiemu, mogącemu wywołać trzecią wojnę światową (i mającemu swoje odbicie w autentycznych wydarzeniach historycznych). Tematyka trudna, ale czytelnik "Kronik dyplomatycznych" ma ułatwione zadanie, bowiem zostaje w te wydarzenia wprowadzony przez głównego bohatera – zaczynającego dopiero pracę w ministerstwie żółtodzioba, zatrudnionego do pisania tez, czyli po prostu przygotowywania fiszek z istotnymi dla przemówień ministra zdaniami. I ciągłego ich poprawiania. I konsultowania z innymi doradcami. I ponownego poprawiania. I konsultowania. I tak w kółko. 

Ale nudy nie ma, zapewniam. Autorzy przepełniają album humorem zrozumiałym nie tylko fanom polityki, ale też wielbicielom Metalliki. Bezcenne są odwołania do "Gwiezdnych wojen" – dawkowane w ilościach niewielkich, ale zawsze trafionych. Świetnie nakreślone zostały relacje między grupą pracowników ministerstwa, podobnie zresztą jak świetne są kreacje poszczególnych postaci. Fenomenalny jest sam minister, niezwykle żywiołowy, rysowany z werwą, nadający swoim wypowiedziom rytm i melodię. To taki człowiek pokoju, wyluzowany, ale i konkretny w działaniu, dzierżący pod pachą Zdania Heraklita z Efezu. 

"Kroniki dyplomatyczne" to świetnie napisany i równie porządnie narysowany album. Polecam każdemu, kto chce zobaczyć jak trudna do skoordynowania jest robota nad utrzymaniem pokoju na świecie. Dodam, że w 2012 roku powstała filmowa adaptacja tego błyskotliwego komiksu, zatytułowana „Francuski minister” w reżyserii Bertranda Taverniera, a rok później komiks został nagrodzony na prestiżowym festiwalu w Angouleme.
"Kroniki dyplomatyczne". Scenariusz: Abel Lanzac. Rysunki: Christophe Blain. Tłumaczenie: Krzysztof Umiński. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

piątek, 18 marca 2016

Azymut: Poszukiwacze zaginionego czasu - Lupano/ Andreae

Ofensywa europejskiego komiksu na rynek polski trwa w najlepsze. „Azymut” Wilfrida Lupano i Jeana-Baptiste Andreae to baśniowa historia z dużą ilością słowotwórstwa i ornitologii. W pierwszym tomie, zatytułowanym „Poszukiwacze zaginionego czasu” autorzy stopniowo budują klimat serialu i robią to wyśmienicie. W serii przeplatających się scen, będących wizualnymi majstersztykami, wprowadzają kolejne postaci dramatu i powoli ustawiają je na swoich miejscach. 
Trochę tu żeglarstwa, nieco malarstwa, kapka dworskich zachowań i mnóstwo zabaw czasem i przestrzenią. Lub raczej biegunami i kompasami - bo jednym z punktów wyjścia serii jest fakt, że ktoś ukradł biegun północny. Brzmi to absurdalnie, jednak przedstawione jest w sposób barwny i akceptowalny. 
Wizualne przedstawienie wszelkich stworzeń zamieszkujących fantastyczny świat wykreowany w głowach autorów zostało wsparte specjalnymi wyciągami z Encyklopedii Chronoskrzydłych, zamieszczonej na wewnętrznych stronach okładek albumu. Czytelnik może się z nich dowiedzieć na przykład skąd się biorą dziwoczki, czym są klepsydrawie i w jaki sposób Ważka Pamiętnica może uwięzić czyjeś odbicie w wodzie na cały rok. Ta wiedza będzie bardzo pomocna podczas lektury – autorzy wyszli bowiem ze słusznego założenia, że czytelnik wyedukowany, to czytelnik potrafiący wyłapać wszelkie fabularne niuanse. 
Odnaleźć się w tym słowotwórczym rozgardiaszu jest dość łatwo, zwłaszcza, że jednak w albumie dominują inne wątki. Wśród nich – raz po cichu, innym razem z niezłym łomotem – przewija się motyw famme fatale, łamiącej serca i powodującej szereg westchnień większości z bohaterów opowieści, których celem jest poślubienie jej, postawienie przed sądem lub choćby pojmanie. 
„Azymut” to zaskakująco dobra seria, fenomenalnie narysowana i wciągająca. Taka komiksowa baśń dla dorosłych, pełna fantastycznych postaci i zdarzeń. Polskich czytelników powinien zadowolić tryb wydawniczy cyklu - po opublikowanym w lutym tomie pierwszym, kolejne zaplanowane są na marzec i maj.
"Azymut. Tom 1: Poszukiwacze zaginionego czasu". Scenariusz: Wilfrid Lupano. Rysunki: Jean-Baptiste Andreae. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl 

czwartek, 17 marca 2016

Lady S.: Na zdrowie, Suzie

Drugi tom dyplomatyczno-sensacyjnej serii „Lady S.” autorstwa scenarzysty Jeana van Hamme i rysownika Philippe Aymonda, dostarczony polskiemu czytelnikowi przez lubelskie wydawnictwo Kubusse to komiks z dużą ilością gadających głów, ale na szczęście gadających w sposób potrafiący zainteresować - być może nie wszystkich, ale wielbicieli spisków i relacji międzynarodowych na pewno. 
Pierwszy tom, "Na zdorowje, Szaniuszka", zadawał dużo pytań, drugi na większość z nich odpowiada – głównie dzięki umiejętnemu wyważeniu wydarzeń bieżących z retrospekcjami ukazującymi przeszłość bohaterów. 

Tytułowa Lady S. - szpieg i złodziejka w jednym, kobieta o kilku tożsamościach i barwnej przeszłości - tym razem wplątana zostaje w sieć wydarzeń, w epicentrum których znajduje się tureckie dossier, zawierające tajny raport dotyczący sprzedaży pocisków gruzińskiej mafii. Kto i skąd ukradł ten dokument? Na to pytanie autorzy odpowiadają szeregiem scen, przy których niezbędna jest pełna uwaga czytelnika. Bo dzieje się tu dużo – głównie w dialogach i relacjach międzyludzkich. Podwójni (albo może i potrójni!) agenci, brutale na usługach dyplomatów, spiski i kozły ofiarne – tego na kartach „Lady S.” pełno. 
Scenarzysta Jean van Hamme barwnie przedstawił świat polityki. Dialogi są wiarygodne, intryga interesująca. Co prawda gadające głowy przeważają, lecz autorzy postarali się wprowadzić kilka równoważników, wśród których wizualnie najciekawszym wydaje się być ten, w którym główna bohaterka udaje się na nocną wycieczkę po dachach w samej bieliźnie, a fabularnie – wątek przeszłości głównej bohaterki, prawidłowo budujący dramaturgię historii. 
Dla fanów gatunku, komiks „Lady S.”, mający w podtytule „Na zdrowie, Suzie!” powinien być dobrą zabawą.
"Lady S. (2): Na zdrowie, Suzie". Scenariusz: Jean van Hamme. Rysunki: Philippe Aymond. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawca: Kubusse, Lublin 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl 

środa, 16 marca 2016

Ósemka w szóstce

Sebastian Skrobol na okładce, Maciej Jasiński jako scenarzysta trzech historyjek oraz Agata Wawryniuk, Maria Rostocka, Karol Kalinowski, Szymon Kaźmierczak, Paweł Garwol i Łukasz Kowalczuk odpowiedzialni za rysunki (Kowalczuk i Kaźmierczak dodatkowo sami wymyślili sobie scenariusze) – tak przedstawia się skład komiksowego numeru „Szóstki” – magazynu stworzonego przez portal i magazyn F5 przy współpracy z Totalizatorem Sportowym, właścicielem marki LOTTO.
Projekt okładki: Sebastian Skrobol
Skąd w ogóle ten pomysł? Opowiada Agata Ruszkowska z portalu F5, która jest redaktorem prowadzącym magazynu:

- Wraz z Totalizatorem Sportowym zrealizowaliśmy już trzy numery 'Szóstki'. W najnowszym wydaniu postanowiliśmy postawić właśnie na komiks, ponieważ zaobserwowaliśmy, że ta dziedzina artystyczna rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie – pojawia się coraz więcej tytułów na naszym rynku, a polscy rysownicy są coraz częściej angażowani do dużych międzynarodowych wydawnictw, jak Marvel, DC Comics czy też Boom! Studios. Jako twórcy portalu i magazynu o trendach rynku i kultury nie mogliśmy być obojętni wobec tego zjawiska. Za jego pomocą w nowoczesny i atrakcyjny sposób mogliśmy opowiedzieć o marce LOTTO.

scen. i rys. Łukasz Kowalczuk
scen. i rys. Szymon Kaźmierczak
Komiksów w elegancko wydanym albumie jest sześć. Każdy opowiada o innym produkcie Lotto. Są historie czarno-białe i kolorowe. Ich zakres tematyczny jest szeroki – od historyjki obyczajowej osadzonej w polskich realiach na przestrzeni ostatnich 50 lat („Z pokolenia na pokolenia” Kaźmierczaka) aż po pulpowy cartoon („Zdrapka i jatka, a poszło jak z płatka” Kowalczuka). Autorzy komiksów zostali wybrani według konkretnego klucza.

- Chcieliśmy pokazać różne oblicza polskiego komiksu - mówi Agata Ruszkowska. - Jest to tak szerokie zjawisko artystyczne, że nie da się go zawrzeć w jednej definicji. Dlatego wybraliśmy do naszego magazynu przedstawicieli różnych stylistyk rysunkowych – począwszy od Pawła Garwola, reprezentującego drobiazgowy realizm, poprzez Marię Rostocką i jej delikatne akwarelowo-gwaszowe ilustracje, aż po Łukasza Kowalczuka z najbardziej odjechaną cartoonową kreską. Oczywiście tych kilka wybranych przez nas stylów komiksowych nie wyczerpuje tematu, bo można byłoby wyróżnić znacznie większą ilość rysowników, ale tradycyjnie musieliśmy ograniczyć się do tytułowej szóstki.

Szymon Kaźmierczak początkowo miał tworzyć komiks do „Szóstki” z Magdą Rucińską.

- Pierwotnie to ona miała narysować historię do antologii, ale z powodu natłoku zajęć zaprosiła mnie do kooperacji - ja miałem napisać scenariusz i rozrysować historię, a zadaniem Magdy miało być wycyzelowanie rysunków i położenie koloru. Ostatecznie jednak rysowniczka musiała zrezygnować z projektu, a całość przejąłem ja – mówi Kaźmierczak.

Autor podkreśla, że podczas prac nad komiksem miał wolną rękę. Pracował na bazie zdawkowego szkicu scenariusza, który zawierał podstawowe wydarzenia, jakie powinny znaleźć się w komiksie.

- Były mniej lub bardziej szczegółowe założenia o czym ma być komiks, ale swobody było dużo. Najwięcej w tym komiksie, który narysował Paweł Garwol – dodaje scenarzysta, Maciej Jasiński.

scen. Maciej Jasiński, rys. Paweł Garwol
Autorka „Rozmówek polsko-angielskich” Agata Wawryniuk w swojej historii („Szczęście sprzyja odważnym”) odpowiedzialna była jedynie za rysunki.

- Dobrze mi się pracowało, bo lubię rysować do cudzych scenariuszy. Mogę wtedy skupić się na aspektach czysto graficznych i po prostu cieszyć rysowaniem - stwierdza autorka.

Czy „Szóstka” będzie jednorazowym wydarzeniem, czy może komiks zagości na jej łamach na dłużej?

- Cały czas planujemy popularyzować w Polsce tę formę wypowiedzi artystycznej. Robimy to już od dawna online, ale chcemy również kontynuować ideę wydawania komiksu na papierze. "Szóstka" już teraz spotyka się z dużym zainteresowaniem ze strony czytelników, którzy będą ją mogli zdobyć na festiwalach komiksowych, a także bezpośrednio od nas. Mamy nadzieję, że polski komiks będzie nadal rósł w siłę, dlatego i my, i LOTTO, które jest narodowym mecenasem kultury, dokładamy do tego swoją cegiełkę – konkluduje Agata Ruszkowska.

Dla czytelników Ziniola mamy do rozdania 10 egzemplarzy magazynu. Wystarczy wymienić po jednym tytule komiksu stworzonego lub współtworzonego przez każdego z ośmiu wymienionych w tekście twórców. Na odpowiedzi czekamy pod adresem ziniolzine@gmail.com do poniedziałku 21 marca.

rys. Agata Wawryniuk
scen. Maciej Jasiński, rys. Maria Rostocka
scen. Maciej Jasiński, rys. Karol Kalinowski

wtorek, 15 marca 2016

Impreza tak czarująca, jak różdżka Harry’ego Pottera

18 marca rozpocznie się piąta edycja Krakowskiego Festiwalu Komiksu. W ciągu ostatnich lat impreza ewoluowała od skromnej po znaczącą. O tym, co czeka fanów komiksu w najbliższy weekend rozmawiam z Michałem Jankowskim – jednym ze współorganizatorów przedsięwzięcia.
Michał Jankowski - rys. Rafał Szłapa


To już piąta edycja festiwalu. Jak ten czas szybko leci! Jakie widzisz postępy w funkcjonowaniu i odbiorze festiwalu jako organizator?

Ktoś kiedyś powiedział, że upływ czasu najlepiej widać po dzieciach. W moim wypadku po... festiwalach. Sam nie wiem kiedy te cztery poprzednie edycje minęły. Jedno wiem - siwych włosów coraz więcej! A zupełnie na poważnie: uczymy się z każdą kolejna edycją coraz więcej. Pracujemy nad wyrobieniem marki imprezy na komiksowej mapie Polski. Podpatrujemy najlepszych i staramy się dodać coś od siebie. Najważniejsze, by nie stać w miejscu. Staramy się, aby każda kolejna edycja była lepsza od poprzedniej. Wkładamy tyle serducha, ile Dżepetto w tworzenie Pinokia! 
Co do odbioru, ciężko mi oceniać. Lepiej zapytać gości oraz uczestników. To oni tworzą klimat festiwalu. My staramy się tylko, by każdy odnalazł coś dla siebie.

Kraków tradycje komiksowe ma całkiem spore. Na przełomie wieków organizowano tu Krakowskie Dni Komiksu. Czy pamiętasz te piękne chwile? Uczestniczyłeś w nich w jakiś sposób?

Z przykrością przyznaję, że nie. We wspomnianych przez Ciebie czasach bardziej uganiałem się za kobietami niż za komiksami. W komiksowie pojawiłem się stosunkowo niedawno. Wszystko za sprawą Artura Wabika. To on poznał mnie najpierw z krakowskimi komiksiarzami, a później resztą komiksowej braci. Wiele dobrego słyszałem o tamtych czasach. Jestem pełen szacunku do chłopaków za ich prace przy tych imprezach. Chciałbym kiedyś usłyszeć, że pomogłem zrobić podobna imprezę. Byłby to dla mnie wielki komplement.

Magnesem przyciągającym festiwalowych widzów są komiksy i goście. Ale nie byłoby ani gości, ani komiksów, ani samego festiwalu, gdyby nie ekipa, która go tworzy…

Ciągle powtarzam, że wszystko jest możliwe dzięki wsparciu dyrektora Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie - Jerzego Woźniakiewicza. To on wyciągnął rękę w stronę komiksu i to dzięki niemu mamy tyle dobra komiksowego w Krakowie. Pan dyrektor zawsze stara się uwzględniać naszą komiksową działalność w rozpisywaniu budżetu na kolejne lata. Sami się domyślacie jakie duże to ma znaczenie dla samej imprezy. 
Nad festiwalem pracuje też wiele koleżanek i kolegów z biblioteki. Ciężko wymienić wszystkich. Od działu księgowości po administrację, promocję aż po zespół arteteczny. To naprawdę jeden wielki organizm pracujący nad imprezą. 
No i nie możemy zapomnieć o Krakowskim Stowarzyszeniu Komiksowym, które jest współorganizatorem imprezy. Bez Nich KFK nie byłby tak szczególny. Wiele osób z olbrzymimi serduchami pompuje dużo energii w cały festiwal. To oni budują charakter imprezy. Tworzą klimat, w którym każdy odnajdzie coś dla siebie. Chwała im za to!

Czy zapraszanie gości z zagranicy stało się tradycją festiwalu? Uli Oesterle, Nicolas Wild, małżeństwo Kasprzaków...

…Tony Sandoval, Anouk Ricard, Stephen Collins - nie zapominajmy o nich!  Często rozmawiamy z wydawcami i prosimy ich o pomoc przy wspólnym ściągnięciu autora do Polski. Mam nadzieję, że stanie się to tradycją. Chcielibyśmy pokazać naszym gościom jakim fajnym krajem jest Polska. Zachęcić do częstszych odwiedzin. Nie oszukujmy się – zagraniczne nazwiska na plakacie festiwalu przyciągają odwiedzających.

W 53 słowach zachęć proszę potencjalnych widzów do odwiedzenia Arteteki między 18 a 20 marca. 
Zapraszam serdecznie na imprezę tak czarującą, jak czarująca jest różdżka Harrego Pottera. Będzie dużo pięknych kobiet, wysportowanych mężczyzn, a z nieba będzie padał komiksowy deszcz. Czy można chcieć więcej? 
Jeśli moja „zachęcajka” jeszcze Was nie zachęciła to odsyłam do programu imprezy. Tam wszystkie dania główne z przystawkami i deserami, które dla Was przygotowaliśmy.

Areteka Arteteką, komiksy komiksami. Ale liczą się również praktyczne informacje. Zatem: gdzie najbliżej można coś zjeść, gdzie wypić, gdzie posiedzieć i gdzie potańczyć.

Nigdy nie byłem ekspertem w tych dziedzinach. Jestem bibliotekarzem. Nie chodzę tańczyć, w dodatku żona dobrze gotuje. Wspomnę tylko, że Arteteka mieści się 5 minut od Rynku Głównego. Oznacza to w okolicy mnóstwo małych i dużych knajpek z jedzeniem oraz fastfoodów. Dodatkowo zadbaliśmy o  foodtracka pod samą Arteteką. Będą frytki belgijskie! No i nie zapominajmy, że WSZYSCY bawimy się po festiwalu RAZEM. Tańczymy, pijemy, jemy i "rozmawiamy o komiksach" w Pauzie in Garden dosłownie pod samą Arteteką ;)

czwartek, 10 marca 2016

Rani - van Hamme/ Alcante/ Valles

Serial „Rani” autorstwa Jeana van Hamme, Didiera Swysena (pseudonim: Alcante) i Francisa Vallesa to komiks płaszcza i szpady, Pierwszy tom, zatytułowany „Bękartka”, ukazał się niedawno w Polsce nakładem Wydawnictwa Komiksowego. 
Akcja komiksu dzieje się w 1743 roku. Na zamek markiza de Valcourta powraca syn marnotrawny. Młody pan Filip, robiący karierę w Wersalu, dowiaduje się, że ojciec go wydziedziczył, cały majątek zapisując Jolannie – nieślubnej córce, którą spłodził z guwernantką. No i się zaczyna. Intryga goni intrygę, dworskie skandale się napędzają, a status quo bohaterów ulega tak niespodziewanym, jak drastycznym zmianom. 
Jako, że przy wymyślaniu scenariusza do „Bękartki” swój udział miał Jean van Hamme, komiks czyta się bardzo płynnie, a zaprezentowani w nim bohaterowie to postaci pełnokrwiste. Rysunki również są sprawne – realistyczne, precyzyjne, komunikatywne. To solidna, nie stroniąca od lekkiej erotyki historia kostiumowa, która powinna zadowolić koneserów gatunku przygodowo-awanturniczego. 
Van Hamme i Alcante nie uciekają się do wymyślania nieprawdopodobnych sytuacji. Nie sięgają również do tak nęcących współczesnych scenarzystów zjawisk nadprzyrodzonych. Konsekwentnie i z duchem czasu tworzą natomiast porywającą historię obyczajową. Aspekt historyczny jest dla scenarzystów bardzo ważny, podobnie jak istotne dla rysownika jest oddanie realiów epoki.
Co prawda nie brak w „Rani” zwrotów akcji, jednak sam scenariusz jest dość przewidywalny. Co więcej, istnieje prawdopodobieństwo, że każdy czytelnik bez trudu sam rozpracuje fabułę całej serii w oparciu o tytuły kolejnych jej odcinków, zamieszczone na końcu omawianego tomu. Osiem tytułów układa się w typową historię z cyklu „od zera do bohatera”. Doświadczenie van Hamme’a pokazuje jednak, że nawet z tak stereotypowej historii można wykrzesać dużo dobrego.  
„Rani” to album dla tych, którzy tęsknią za klasycznym frankofońskim komiksem. Dodatkową rekomendacją jest fakt, że to nie pierwsza koprodukcja van Hamme'a i Vallesa - wcześniej panowie stworzyli niezwykle popularną również w Polsce serię "Władcy chmielu". Cieszy fakt, że polski edytor nie będzie kazał czekać wielbicielom wymyślonej przez autorów intrygi zbyt długo - kolejny tom serii - zatytułowany "Rozbójniczka" - pojawi się w sprzedaży lada dzień.
"Rani (1): Bękartka". Scenariusz: Jean van Hamme i Alcante. Rysunki: Francis Valles. Kolory: Christian Favrelle. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016.

Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl

środa, 9 marca 2016

Sam Zabel i magiczne pióro - Horrocks

Komiks Dylana Horrocksa „Sam Zabel i magiczne pióro” to rzecz piekielnie interesująca z co najmniej dwóch powodów. Raz, że traktuje o odpowiedzialności, jaka ciąży lub powinna ciążyć nad rysownikiem komiksów i jego wyobraźnią. A dwa, że w sposób super profesjonalny i dzięki sprytnym pomysłom łączy w sobie mnóstwo gatunków i prezentuje szereg odwołań. 

Czytając „Magiczne pióro” każdy zapewne będzie miał jakieś swoje bieżące przemyślenia. Na przykład że jest to miks „Tajemniczego płomienia królowej Loany” Umberto Eco z „Indianą Jonesem i ostatnią krucjatą” Spielberga. Albo połączenie komiksowego teoretyzowania Scotta McClouda z zabawami w czasie w stylu serialu „Lost”.  Jest tu też szkatułkowość. Jest gender, analiza rozkoszy i niebezpieczeństw towarzyszących fantazjom. Jest też klimat trochę jak w bajce „Zaczarowany ołówek”… A wszystko zaczyna się na biurku pewnego rysownika, który nie ma weny. Rysowanie nie sprawia mu przyjemności, wpędzając do Anhedonii – miejsca, pozbawionego jakichkolwiek radości. Pewnie dlatego, że tworzy coś, co niespecjalnie mu się podoba. Uprawia bowiem – i wbrew pozorom to „uprawia” to trafne słowo – komiks zautomatyzowany, tworzony od szablonów i traktujący o pięknej i brutalnej heroinie nazywającej się Lady Night. 

Warto zaznaczyć, że Sam robi remake komiksu z lat pięćdziesiątych, w którym dostojna Lady Night była powierniczką tajemnic i świętych sekretów oraz strażniczką cudownej wiedzy. We współczesnym ujęciu Sama jest natomiast seksowną, skąpo ubraną, świecącą biustem fantazją, a fantazja poza zaspokajaniem przyjemności ma przecież również swoją mroczną stronę. Te fantazje stawiają kobietę w pozycji zabawki, upadlają ją, czynią poddaną kaprysom autora, który staje się dla niej bogiem. 

Podróż Sama jest podróżą przez wyrywki z historii komiksu, sposoby jego postrzegania, ale również przez próbę analizy plusów i minusów samego fantazjowania. Jest to także komiks o strachu… panicznym strachu rysownika przed pustą kartką w sytuacji niemożności postawienia na niej kreski. 

Horrocks w bardzo poważny sposób zajmuje się również opisaniem ról społecznych kobiety i mężczyzny. A wszystko to podane jest w sposób fascynująco wciągający. Cartoonowa, czytelna kreska, niesamowite przygody, nawiązania do starych komiksów i nowych, superbohaterskich i zinowych, teoretyzujących i erotyzujących… wszystko to powoduje, że te 200 stron pochłania się niezauważalnie szybko. Piekielnie dobra rzecz. Taka, która autentycznie bawi, a pod koniec okazuje się, że również i czegoś nauczyła.
"Sam Zabel i magiczne pióro". Autor: Dylan Horrocks. Tłumaczenie: Robert Lipski. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

poniedziałek, 7 marca 2016

"Ostatni stary mistrz" powraca. To będzie rok Jerzego Wróblewskiego

"Skradziony skarb" i "Hernan Cortes i podbój Meksyku"
Jest duża szansa, że nazwisko Jerzego Wróblewskiego przywoła wiele wspomnień czytelnikom, których apogeum zainteresowania komiksem przypadło na lata 70. i 80. ubiegłego wieku. Właśnie wtedy niezwykle płodny artysta z Inowrocławia, który większość życia spędził w Bydgoszczy, obecny był na księgarskich półkach w ilościach wręcz hurtowych – publikowane w bardzo dużych nakładach albumy Krajowej Agencji Wydawniczej, takie jak „Hernan Cortes i podbój Meksyku”, „Skradziony skarb”, „Figurki z Tilos”, czy „Legendy wyspy labiryntu” czytane były bardzo chętnie, a ich największą siłą były właśnie rysunki Wróblewskiego. 
Rysownik-orkiestra
Jerzy Wróblewski
Jerzy Wróblewski zasłynął jako artysta radzący sobie z różnymi gatunkami komiksu - od klasycznego, tworzonego realistyczną kreską (jak wszystkie wyżej wymienione) po groteskowy, cartoonowy (przygody Binio Billa). Potwierdzeniem tezy o prawdziwej wszechstronności rysownika tak naprawdę są jednak te najmniej znane komiksy, które nie oblegały księgarskich półek i nie pojawiały się na witrynach kiosków. Trzeba było odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu, aby je odnalazł i przypomniał. I taki człowiek się znalazł.
- Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie album „Hernan Cortes i podbój Meksyku”.  Jakieś 30 lat temu postanowiłem go nawet przerysować do zeszytu w kratkę formatu A4. Zajęło mi to całe zimowe ferie. 
I chyba wtedy poczułem, że chciałbym robić w przyszłości komiksy – mówi Maciej Jasiński, scenarzysta i publicysta komiksowy, badacz tej formy sztuki, okazjonalnie rysownik, a od zawsze wielbiciel twórczości Wróblewskiego. „Hernan Cortes” to jego ulubiony komiks mistrza. Niedawno miał możliwość obejrzeć oryginalne plansze pochodzące z tego albumu. „Niesamowite doświadczenie” – napisał na swoim facebookowym profilu.

Oryginalne plansze komiksu "Hernan Cortes i podbój Meksyku"
W 2013 roku Jasiński, z pomocą Leszka Kaczanowskiego z wydawnictwa Ongrys wystartował z serią, której tytuł mówi sam za siebie: „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego”. Obecnie pisze książkę „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych”, której premiera przewidziana jest na maj. Pracował nad nią kilka ładnych lat…

Maciej Jasiński
- Materiały zacząłem zbierać ponad 10 lat temu. Przyznam, że początkowo nie sądziłem, że aż tyle ich będzie. Córka Jerzego Wróblewskiego spakowała w kartony wszystkie rzeczy swojego ojca, które dziś stanowią kopalnię wiedzy o kulisach powstawania komiksów w okresie PRL-u oraz krótkim okresie transformacji ustrojowej. Dzięki temu zachowały się wszystkie umowy, rachunki, listy, które rysownik otrzymywał z redakcji, a także wiele brudnopisów z listami, które sam do niej wysyłał. Do tego scenariusze - w tym takie, które nie zostały zrealizowane, szkicowniki, setki ilustracji, grafik i szkiców. Samo skatalogowanie tego, zrobienie kopii i skanów zajęło strasznie dużo czasu. Drugie tyle spędziłem w bibliotece przekopując się przez roczniki gazet, z którymi współpracował Wróblewski – wspomina Jasiński.

Tropiąc prace mistrza, Jasiński wykazywał się uporem i konsekwencją. Kiedy poszukiwał pasków komiksowych Wróblewskiego, wydrukowanych w „Przeglądzie Robotniczym”, pani z bydgoskiej czytelni czasopism regionalnych zareagowała dość ekstatycznie, mówiąc: "Nie myślałam, że ktoś jeszcze kiedyś o to zapyta. Przez ponad 30 lat nikt nigdy tego nie wypożyczył. Nawet ostatnio patrzyłam na te roczniki i chciałam po urlopie wycofać je z magazynu czasopism do tego ogólnego w piwnicy. A tu taka niespodzianka!".

W czterech rocznikach „Przeglądu Robotniczego” Jasiński odnalazł około stu pasków komiksowych i ilustracji Jerzego Wróblewskiego.

"Tajemnica Złotej Maczety"
Finansowy zastrzyk miasta

Zdobycie takich komiksowych rarytasów to jedno, natomiast doprowadzenie starych materiałów do stanu używalności to zupełnie odrębna kwestia. Obróbka graficzna materiałów do „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” zżerała Jasińskiemu mnóstwo czasu, ale motywacją do tego wyzwania była aprobata osób, które przyznają w Bydgoszczy stypendia na działalność artystyczną i upowszechnianie kultury. - W ramach tego projektu część nakładu zostanie rozesłana do bibliotek w całym kraju – komentował Jasiński na łamach ziniolowej rubryki „Kibicujemy komiksiarzom” we wrześniu 2013 roku.
"Legendy wyspy labiryntu" i "Figurki z Tilos"
Książka „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych” również powstaje dzięki finansowemu zastrzykowi miasta – na jej realizację Jasiński otrzymał stypendium prezydenta Bydgoszczy. Co prawda uzyskana kwota wystarczy jedynie na połowę druku, jednak sam fakt pozyskania takich środków był dla Macieja impulsem do efektywnego działania. - Teraz to już nie ma wymówek, że nie mam czasu, mam coś pilniejszego. Do końca kwietnia książka musi być wydana, więc do końca marca powinienem zakończyć prace – mówi autor.

Wewnątrz książki znajdzie się 14 rozdziałów, na łamach których pojawią się ciekawostki dotyczące Wróblewskiego, czy kulisy jego warsztatu. Jasiński przyznaje, że przez lata konstrukcja książki zmieniała się wielokrotnie:

- Z wersji bardziej naukowej ewoluowała w bardziej popularno-naukową. Skupiam się na ciekawostkach, do których udało się dotrzeć, na rzeczach i wydarzeniach, które nie są znane nawet największym fanom Wróblewskiego. Będzie więc w książce historia pociętych komiksów z „Relaxu”, a także ich rekonstrukcja, będzie o tym dlaczego ocenzurowano komiksową „Biblię” i zasłonięto pośladki Ewie, a także o tym jak Maciej Parowski recenzował scenariusz Wróblewskiego i wiele, wiele innych historii. A także oczywiście unikatowych grafik, do których udało się dotrzeć. 
"Legendy wyspy labiryntu" - plansza
Hołd dla mistrza 
Książka będzie miała około 130 stron formatu A4. Ostatni jej rozdział - dość obszerny - będzie potwierdzeniem tezy, że tytuł zobowiązuje. Do udziału w nim Maciej Jasiński zaprosił współczesnych twórców komiksu. 
-Brakowało mi w tym wszystkim mocniejszego podkreślenia znaczenia twórczości Jerzego Wróblewskiego dla polskiego środowiska komiksowego. Dlatego udało mi się namówić wielu rysowników, którzy wychowali się na komiksach Wróblewskiego i na nich uczyli się rysować, do podzielenia się swoimi wspomnieniami, przeżyciami. Liczę, że to grono się jeszcze powiększy - mówi Jasiński.
Zaproszeni twórcy, poza wspominkami, zaprezentują swoje wersje dzieł Wróblewskiego. Okładkę do książki Jasińskiego przygotowuje Piotr Nowacki – rysownik komiksów, który współpracuje z Maciejem przy serii „Detektyw Miś Zbyś na tropie”. Specjalizujący się w stylu groteskowym Nowacki bardzo chętnie podjął się tego zadania.
Grafiki na okładkę książki - rys. Piotr Nowacki
-  Komiksy Jerzego Wróblewskiego towarzyszyły mi od początku mojej przygody z tym medium - wspomina. - Pierwszy był chyba „Skradziony skarb”, który znałem na pamięć. Obezwładniający gaz z zapalniczki wystrzelony przez gorącą blondynkę, podwodne walki nurków, gigantyczna butla holowana przez śmigłowiec - te rzeczy robiły ogromne wrażenie na małym miłośniku komiksów. Jednak w związku z tym, że od małego w żyłach płynął mi raczej cartoon niż realizm, to najbardziej pokochałem tę część twórczości mistrza rysowaną bardziej karykaturalną kreską. Odcinki „Binio Billa” były przeze mnie wycinane ze „Świata Młodych” i wklejane do zeszytów. Pamiętam do dziś letnie poranki, kiedy pędziłem do pobliskiego kiosku Ruchu po kolejne numery gazety harcerskiej, w których mogłem znaleźć następny epizod „Kręci western i… w kosmos”. Wrył mi się w pamięć tekst reżysera podczas filmowania sceny bójki w saloonie: „Walcie się butelkami, są z cukru. Szyby w oknach także.” Cieszę się jak dziecko z faktu, że kultura gniewu wyda w albumach przygody szeryfa z Rio Klawo. Jeszcze bardziej cieszę się z faktu, że książka o Jerzym Wróblewskim napisana przez Macieja Jasińskiego będzie miała okładkę z moimi rysunkami. 
Wspomnieniowa plansza autorstwa Łukasza Godlewskiego
Binio Bill 
Zapowiedziany przez kulturę gniewu na 1 kwietnia „Binio Bill kręci western i …w kosmos” to komiks z serii bardzo dobrze kojarzonej przez wielu polskich rysowników komiksowych. Wśród nich jest m.in. Maciej Mazur, podobnie jak Wróblewski znany z rysowania w różnych stylistykach – od cartoonu („Rechot”) po rysunek realistyczny („Słynni polscy olimpijczycy”, „Przymierze pajęczej nici”).
- Jerzy Wróblewski? Dla mnie to przede wszystkim Binio Bill, publikowany w „Świecie Młodych”. Jako, że mój kontakt z komiksem zaczął się raczej późno i - początkowo – raczej pobieżnie, miałem styczność przede wszystkim z tym, co było publikowane na ostatniej stronie tej „harcerskiej gazety nastolatków”. I do dziś uważam, że ten absolutnie autorski komiks to jego najszczersze i najlepsze dzieło – wspomina Mazur.
Premiera „Binio Billa” jest również radosną informacją dla Macieja Jasińskiego.
- A nawet bardzo radosną, bo moje wycinki ze „Świata Młodych” są dość nieporęczne do czytania. W końcu jedne z moich ulubionych komiksów z dzieciństwa będą wydane w wersji albumowej – oznajmia Jasiński, który zresztą miał swój wkład w powstanie albumu.
- Pożyczałem swoje „Światy Młodych” do skanowania, a także napisałem obszerny tekst o historii Binio Billa, który będzie uzupełnieniem pierwszego albumu. Nie mogę się już doczekać i mam plan aby przeczytać wreszcie ten komiks z moim synem, który bardzo lubi historie z Dzikiego Zachodu – dodaje.

"Cena wolności", "Zesłańcy", "Kapitan Żbik"
25 lat temu

A co z innymi komiksami mistrza Wróblewskiego? Wielu ludzi wychowanych w latach 80. uważa takie albumy jak "Skradziony skarb" czy "Legendy wyspy labiryntu" za wręcz kultowe. Czy dziś również byłyby popularne?

"Figurki z Tilos"
- Komiksy są przypisane czasom, w których powstały - mówi Jasiński. - W jakimś stopniu odpowiadają modom, trendom czy zapotrzebowaniom wydawców i czytelników. Na pewno nie były by kultowe, gdyby miały premierę obecnie. Może tylko niektóre. Choć wiele z nich to komiksy, które oparły się upływowi czasu, a ogromna w tym zasługa ilustracji Jerzego Wróblewskiego.

Podobne zdanie ma Maciej Mazur. 
- Kiedy przyjrzeć się albumom robionym choćby do scenariuszy Stefana Weinfelda (a chyba najwięcej prac zrealizował Wróblewski do jego scenariuszy), widać upływ czasu i progres, jaki nastąpił od tamtej pory w sposobie (sposobach) robienia komiksów. Mam na myśli przede wszystkim sposób pisania scenariuszy, dziś chyba zupełnie archaiczny. Rysunek Wróblewskiego wciąż robi wrażenie. Cóż, los sprawił, ze nigdy już nie przekonamy się, w jaki sposób Wróblewski tworzyłby dziś (i co by tworzył) – mówi Mazur.
W tym roku mija 25 lat od śmierci Jerzego Wróblewskiego. Czy książka Macieja Jasińskiego i „Binio Bill” z kultury gniewu będą jedynymi publikacjami poświęconymi mistrzowi? Wszystko w rękach wydawców.
- Na pewno warto wznowić jego prace. Wartość - choćby tylko sentymentalna - dla pokolenia dzisiejszych 30-40-latków jest niewątpliwa. Czy ma jeszcze „potencjał rynkowy”? Nie umiem zupełnie na takie pytanie odpowiedzieć, nawet mocno spekulacyjnie. Na pewno zasłużył. Jest w końcu chyba ostatnim starym mistrzem, który zupełnie nie istnieje, poza rynkiem antykwarycznym – konkluduje Maciej Mazur.
Ostatni stary mistrz odszedł 10 sierpnia 1991 roku. Trzy dni wcześniej obchodził 50. urodziny. Do dziś jest w sercach wielu. Zdecydowanie jego prace warto wznowić.
Zrekonstruowana plansza "Tajemnicy głębin" z "Relaxu"