Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Binio Bill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Binio Bill. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lutego 2018

Binio Bill: Rio Klawo - Wróblewski

Po eleganckim odrestaurowaniu powrócił Binio Bill. Co prawda powrócił już w marcu 2016 roku - komiksem Binio Bill kręci western i... w kosmos, ale tym razem dostajemy go w pełnokrwistym westernie, zatytułowanym Rio Klawo. Już opublikowany dwa lata temu tom był świetny, ale chyba bardziej przez wzgląd na sentyment do znanej z dzieciństwa postaci, do szanowanego twórcy i do Świata Młodych, w którym Binio pierwotnie się ukazywał. Rio Brawo posiada te same atrybuty, ale jest lepsze od poprzednika ze względu na znakomitą realizację i klimaty Dzikiego Zachodu. To po prostu profesjonalnie zrealizowany komiks. Współcześni rodzimi rysownicy mogą go traktować jako podręcznik kadrowania, kompozycji planszy czy różnego rodzaju rozwiązań graficznych. Nic, tylko brać i uczyć się. 
Walory graficzne to jednak nie wszystko. Rio Klawo to przecież także fantastyczna historia naszego rodaka, który wkomponowany zostaje w realia Dzikiego Zachodu. Zbyszek Bilecki, bo tak naprawdę nazywa się Binio Bill, przemierza pustynne tereny stanu Nevada, zostaje szeryfem w tytułowym Rio Klawo, powstrzymuje łase na złoto trojaczki Benneta, poskramia grzechotnika i pojmuje niebezpieczną Jane Klamotę. Częstuje rozmówców dowcipem, a rzezimieszków kulkami. Od alkoholu stroni - woli bąbelkową wodę lub lemoniadę. 

Podczas lektury można się czasem zastanawiać, czy dialogów nie pisał przypadkiem Wróblewskiemu Andrzej Kondratiuk, bo zalatuje tu interesującymi konstrukcjami zdaniowymi reżysera i współscenarzysty Hydrozagadki. W ogóle znakomicie napisany jest ten komiks. Z dowcipem, polotem, akcją i sensacją. To inteligentna rozrywka dla małych i dużych, która nie zestarzała się ani trochę, a wręcz dojrzała i nabrała szlachetności. 

Jerzy Wróblewski - mistrz.
"Binio Bill: Rio Klawo". Scenariusz i rysunki: Jerzy Wróblewski. Renowacja i kolory "Rio Klawo" i "Binio Bill kontra trojaczki Benneta": Arkadiusz Salamońsk. Renowacja i kolory "Na szlaku bezprawia" i projekt okładki: Jarosław Składanek. Redakcja: Maciej Jasiński. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2017.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Binio Bill kręci western i... w kosmos! - Wróblewski

Zbigniew Bilecki to postać znana wszystkim fanom komiksu w Polsce. Ten słynny bohater Dzikiego Zachodu, po którego przygody publikowane w "Świecie Młodych" latało się w latach 80. ubiegłego wieku do kiosków Ruchu znany był bardziej i szerzej pod pseudonimem Binio Bill. Sztandarowa seria Jerzego Wróblewskiego doczekała się wreszcie porządnego wznowienia, czego efektem jest opublikowany w ostatnich dniach album „Binio Bill kręci western i… w kosmos!”. 
Wydany przez kulturę gniewu komiks zawiera w sobie tytułową historię, publikowaną w harcerskiej gazetce w latach 1983 i 1987 oraz krótkometrażówkę "Binio Bill i ciocia Patty" z roku 1984. Album uzupełnia artykuł Macieja Jasińskiego "Nasz szeryf z Dzikiego Zachodu" wzbogacony zdjęciami, dokumentami, szkicami i wyciągami ze scenariusza komiksu. Można więc powiedzieć, że jest na bogato.
Cała seria o przygodach szeryfa Rio Klawo jest wyrazem fanatycznego wręcz umiłowania westernów przez jej autora. Wróblewski od najmłodszych lat interesował się tym tematem, po wielokroć chodząc do kina na ten sam film i wymyślając swoje własne historie, osadzone w realiach Dzikiego Zachodu. Western przemycał również do komiksów rysowanych w stylu realistycznym, jak „Przyjaciele Roda Taylora”, ale największą sławę przyniósł mu tworzony cartoonową kreską Binio Bill. 
Omawiany album to cudowne połączenie najlepszych tradycji frankofońskich z polską fantazją. To taki swojski miks Lucky Luke’a z Valerianem, okraszony wciąż świeżym humorem i wzbogacony świetną, precyzyjną kreską. To  sentymentalny powrót do przeszłości dla starszych czytelników, którym zapewni wiele wzruszeń. Jednocześnie, Binio Bill jest produktem na tyle ponadczasowym i uniwersalnym, że bez problemu wsiąknąć w przygody szeryfa mogą również młodsi czytelnicy. 
W tym roku, w sierpniu, przypada 75 rocznica urodzin Jerzego Wróblewskiego oraz 25 rocznica jego śmierci. Autor „Binio Billa”, „Skradzionego skarbu” i „Legend wyspy Labiryntu” uznawany jest za „ostatniego starego mistrza” tamtych czasów. Fani rodzimego komiksu wymieniają go jednym tchem z Januszem Christą, Papciem Chmielem, Grzegorzem Rosińskim i Tadeuszem Baranowskim. Wszyscy ci twórcy doczekali się czy to reedycji swoich dzieł, czy też wydań zbiorczych. Jerzy Wróblewski - jeszcze nie. Mam więc nadzieję, że rok 2016 będzie należał do niego. „Binio Bill” jest świetnym wejściem w tę celebrację. Drugim krokiem będzie zaplanowana na maj książka Macieja Jasińskiego, zatytułowana „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych”, a prawdopodobnie trzecim – udział artysty w zapowiedzianej na październik antologii komiksów z kultowego magazynu „Relax”. Co dalej? Jest długa kolejka komiksów mistrza, które trzeba wznowić. Oczekując tych rarytasów, polecam zapoznać się z Binio Billem na Dzikim Zachodzie i w nieco mniej dzikim kosmosie. 
"Binio Bill kręci western i... w kosmos!". Autor: Jerzy Wróblewski. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2016.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl 

poniedziałek, 7 marca 2016

"Ostatni stary mistrz" powraca. To będzie rok Jerzego Wróblewskiego

"Skradziony skarb" i "Hernan Cortes i podbój Meksyku"
Jest duża szansa, że nazwisko Jerzego Wróblewskiego przywoła wiele wspomnień czytelnikom, których apogeum zainteresowania komiksem przypadło na lata 70. i 80. ubiegłego wieku. Właśnie wtedy niezwykle płodny artysta z Inowrocławia, który większość życia spędził w Bydgoszczy, obecny był na księgarskich półkach w ilościach wręcz hurtowych – publikowane w bardzo dużych nakładach albumy Krajowej Agencji Wydawniczej, takie jak „Hernan Cortes i podbój Meksyku”, „Skradziony skarb”, „Figurki z Tilos”, czy „Legendy wyspy labiryntu” czytane były bardzo chętnie, a ich największą siłą były właśnie rysunki Wróblewskiego. 
Rysownik-orkiestra
Jerzy Wróblewski
Jerzy Wróblewski zasłynął jako artysta radzący sobie z różnymi gatunkami komiksu - od klasycznego, tworzonego realistyczną kreską (jak wszystkie wyżej wymienione) po groteskowy, cartoonowy (przygody Binio Billa). Potwierdzeniem tezy o prawdziwej wszechstronności rysownika tak naprawdę są jednak te najmniej znane komiksy, które nie oblegały księgarskich półek i nie pojawiały się na witrynach kiosków. Trzeba było odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu, aby je odnalazł i przypomniał. I taki człowiek się znalazł.
- Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie album „Hernan Cortes i podbój Meksyku”.  Jakieś 30 lat temu postanowiłem go nawet przerysować do zeszytu w kratkę formatu A4. Zajęło mi to całe zimowe ferie. 
I chyba wtedy poczułem, że chciałbym robić w przyszłości komiksy – mówi Maciej Jasiński, scenarzysta i publicysta komiksowy, badacz tej formy sztuki, okazjonalnie rysownik, a od zawsze wielbiciel twórczości Wróblewskiego. „Hernan Cortes” to jego ulubiony komiks mistrza. Niedawno miał możliwość obejrzeć oryginalne plansze pochodzące z tego albumu. „Niesamowite doświadczenie” – napisał na swoim facebookowym profilu.

Oryginalne plansze komiksu "Hernan Cortes i podbój Meksyku"
W 2013 roku Jasiński, z pomocą Leszka Kaczanowskiego z wydawnictwa Ongrys wystartował z serią, której tytuł mówi sam za siebie: „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego”. Obecnie pisze książkę „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych”, której premiera przewidziana jest na maj. Pracował nad nią kilka ładnych lat…

Maciej Jasiński
- Materiały zacząłem zbierać ponad 10 lat temu. Przyznam, że początkowo nie sądziłem, że aż tyle ich będzie. Córka Jerzego Wróblewskiego spakowała w kartony wszystkie rzeczy swojego ojca, które dziś stanowią kopalnię wiedzy o kulisach powstawania komiksów w okresie PRL-u oraz krótkim okresie transformacji ustrojowej. Dzięki temu zachowały się wszystkie umowy, rachunki, listy, które rysownik otrzymywał z redakcji, a także wiele brudnopisów z listami, które sam do niej wysyłał. Do tego scenariusze - w tym takie, które nie zostały zrealizowane, szkicowniki, setki ilustracji, grafik i szkiców. Samo skatalogowanie tego, zrobienie kopii i skanów zajęło strasznie dużo czasu. Drugie tyle spędziłem w bibliotece przekopując się przez roczniki gazet, z którymi współpracował Wróblewski – wspomina Jasiński.

Tropiąc prace mistrza, Jasiński wykazywał się uporem i konsekwencją. Kiedy poszukiwał pasków komiksowych Wróblewskiego, wydrukowanych w „Przeglądzie Robotniczym”, pani z bydgoskiej czytelni czasopism regionalnych zareagowała dość ekstatycznie, mówiąc: "Nie myślałam, że ktoś jeszcze kiedyś o to zapyta. Przez ponad 30 lat nikt nigdy tego nie wypożyczył. Nawet ostatnio patrzyłam na te roczniki i chciałam po urlopie wycofać je z magazynu czasopism do tego ogólnego w piwnicy. A tu taka niespodzianka!".

W czterech rocznikach „Przeglądu Robotniczego” Jasiński odnalazł około stu pasków komiksowych i ilustracji Jerzego Wróblewskiego.

"Tajemnica Złotej Maczety"
Finansowy zastrzyk miasta

Zdobycie takich komiksowych rarytasów to jedno, natomiast doprowadzenie starych materiałów do stanu używalności to zupełnie odrębna kwestia. Obróbka graficzna materiałów do „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” zżerała Jasińskiemu mnóstwo czasu, ale motywacją do tego wyzwania była aprobata osób, które przyznają w Bydgoszczy stypendia na działalność artystyczną i upowszechnianie kultury. - W ramach tego projektu część nakładu zostanie rozesłana do bibliotek w całym kraju – komentował Jasiński na łamach ziniolowej rubryki „Kibicujemy komiksiarzom” we wrześniu 2013 roku.
"Legendy wyspy labiryntu" i "Figurki z Tilos"
Książka „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych” również powstaje dzięki finansowemu zastrzykowi miasta – na jej realizację Jasiński otrzymał stypendium prezydenta Bydgoszczy. Co prawda uzyskana kwota wystarczy jedynie na połowę druku, jednak sam fakt pozyskania takich środków był dla Macieja impulsem do efektywnego działania. - Teraz to już nie ma wymówek, że nie mam czasu, mam coś pilniejszego. Do końca kwietnia książka musi być wydana, więc do końca marca powinienem zakończyć prace – mówi autor.

Wewnątrz książki znajdzie się 14 rozdziałów, na łamach których pojawią się ciekawostki dotyczące Wróblewskiego, czy kulisy jego warsztatu. Jasiński przyznaje, że przez lata konstrukcja książki zmieniała się wielokrotnie:

- Z wersji bardziej naukowej ewoluowała w bardziej popularno-naukową. Skupiam się na ciekawostkach, do których udało się dotrzeć, na rzeczach i wydarzeniach, które nie są znane nawet największym fanom Wróblewskiego. Będzie więc w książce historia pociętych komiksów z „Relaxu”, a także ich rekonstrukcja, będzie o tym dlaczego ocenzurowano komiksową „Biblię” i zasłonięto pośladki Ewie, a także o tym jak Maciej Parowski recenzował scenariusz Wróblewskiego i wiele, wiele innych historii. A także oczywiście unikatowych grafik, do których udało się dotrzeć. 
"Legendy wyspy labiryntu" - plansza
Hołd dla mistrza 
Książka będzie miała około 130 stron formatu A4. Ostatni jej rozdział - dość obszerny - będzie potwierdzeniem tezy, że tytuł zobowiązuje. Do udziału w nim Maciej Jasiński zaprosił współczesnych twórców komiksu. 
-Brakowało mi w tym wszystkim mocniejszego podkreślenia znaczenia twórczości Jerzego Wróblewskiego dla polskiego środowiska komiksowego. Dlatego udało mi się namówić wielu rysowników, którzy wychowali się na komiksach Wróblewskiego i na nich uczyli się rysować, do podzielenia się swoimi wspomnieniami, przeżyciami. Liczę, że to grono się jeszcze powiększy - mówi Jasiński.
Zaproszeni twórcy, poza wspominkami, zaprezentują swoje wersje dzieł Wróblewskiego. Okładkę do książki Jasińskiego przygotowuje Piotr Nowacki – rysownik komiksów, który współpracuje z Maciejem przy serii „Detektyw Miś Zbyś na tropie”. Specjalizujący się w stylu groteskowym Nowacki bardzo chętnie podjął się tego zadania.
Grafiki na okładkę książki - rys. Piotr Nowacki
-  Komiksy Jerzego Wróblewskiego towarzyszyły mi od początku mojej przygody z tym medium - wspomina. - Pierwszy był chyba „Skradziony skarb”, który znałem na pamięć. Obezwładniający gaz z zapalniczki wystrzelony przez gorącą blondynkę, podwodne walki nurków, gigantyczna butla holowana przez śmigłowiec - te rzeczy robiły ogromne wrażenie na małym miłośniku komiksów. Jednak w związku z tym, że od małego w żyłach płynął mi raczej cartoon niż realizm, to najbardziej pokochałem tę część twórczości mistrza rysowaną bardziej karykaturalną kreską. Odcinki „Binio Billa” były przeze mnie wycinane ze „Świata Młodych” i wklejane do zeszytów. Pamiętam do dziś letnie poranki, kiedy pędziłem do pobliskiego kiosku Ruchu po kolejne numery gazety harcerskiej, w których mogłem znaleźć następny epizod „Kręci western i… w kosmos”. Wrył mi się w pamięć tekst reżysera podczas filmowania sceny bójki w saloonie: „Walcie się butelkami, są z cukru. Szyby w oknach także.” Cieszę się jak dziecko z faktu, że kultura gniewu wyda w albumach przygody szeryfa z Rio Klawo. Jeszcze bardziej cieszę się z faktu, że książka o Jerzym Wróblewskim napisana przez Macieja Jasińskiego będzie miała okładkę z moimi rysunkami. 
Wspomnieniowa plansza autorstwa Łukasza Godlewskiego
Binio Bill 
Zapowiedziany przez kulturę gniewu na 1 kwietnia „Binio Bill kręci western i …w kosmos” to komiks z serii bardzo dobrze kojarzonej przez wielu polskich rysowników komiksowych. Wśród nich jest m.in. Maciej Mazur, podobnie jak Wróblewski znany z rysowania w różnych stylistykach – od cartoonu („Rechot”) po rysunek realistyczny („Słynni polscy olimpijczycy”, „Przymierze pajęczej nici”).
- Jerzy Wróblewski? Dla mnie to przede wszystkim Binio Bill, publikowany w „Świecie Młodych”. Jako, że mój kontakt z komiksem zaczął się raczej późno i - początkowo – raczej pobieżnie, miałem styczność przede wszystkim z tym, co było publikowane na ostatniej stronie tej „harcerskiej gazety nastolatków”. I do dziś uważam, że ten absolutnie autorski komiks to jego najszczersze i najlepsze dzieło – wspomina Mazur.
Premiera „Binio Billa” jest również radosną informacją dla Macieja Jasińskiego.
- A nawet bardzo radosną, bo moje wycinki ze „Świata Młodych” są dość nieporęczne do czytania. W końcu jedne z moich ulubionych komiksów z dzieciństwa będą wydane w wersji albumowej – oznajmia Jasiński, który zresztą miał swój wkład w powstanie albumu.
- Pożyczałem swoje „Światy Młodych” do skanowania, a także napisałem obszerny tekst o historii Binio Billa, który będzie uzupełnieniem pierwszego albumu. Nie mogę się już doczekać i mam plan aby przeczytać wreszcie ten komiks z moim synem, który bardzo lubi historie z Dzikiego Zachodu – dodaje.

"Cena wolności", "Zesłańcy", "Kapitan Żbik"
25 lat temu

A co z innymi komiksami mistrza Wróblewskiego? Wielu ludzi wychowanych w latach 80. uważa takie albumy jak "Skradziony skarb" czy "Legendy wyspy labiryntu" za wręcz kultowe. Czy dziś również byłyby popularne?

"Figurki z Tilos"
- Komiksy są przypisane czasom, w których powstały - mówi Jasiński. - W jakimś stopniu odpowiadają modom, trendom czy zapotrzebowaniom wydawców i czytelników. Na pewno nie były by kultowe, gdyby miały premierę obecnie. Może tylko niektóre. Choć wiele z nich to komiksy, które oparły się upływowi czasu, a ogromna w tym zasługa ilustracji Jerzego Wróblewskiego.

Podobne zdanie ma Maciej Mazur. 
- Kiedy przyjrzeć się albumom robionym choćby do scenariuszy Stefana Weinfelda (a chyba najwięcej prac zrealizował Wróblewski do jego scenariuszy), widać upływ czasu i progres, jaki nastąpił od tamtej pory w sposobie (sposobach) robienia komiksów. Mam na myśli przede wszystkim sposób pisania scenariuszy, dziś chyba zupełnie archaiczny. Rysunek Wróblewskiego wciąż robi wrażenie. Cóż, los sprawił, ze nigdy już nie przekonamy się, w jaki sposób Wróblewski tworzyłby dziś (i co by tworzył) – mówi Mazur.
W tym roku mija 25 lat od śmierci Jerzego Wróblewskiego. Czy książka Macieja Jasińskiego i „Binio Bill” z kultury gniewu będą jedynymi publikacjami poświęconymi mistrzowi? Wszystko w rękach wydawców.
- Na pewno warto wznowić jego prace. Wartość - choćby tylko sentymentalna - dla pokolenia dzisiejszych 30-40-latków jest niewątpliwa. Czy ma jeszcze „potencjał rynkowy”? Nie umiem zupełnie na takie pytanie odpowiedzieć, nawet mocno spekulacyjnie. Na pewno zasłużył. Jest w końcu chyba ostatnim starym mistrzem, który zupełnie nie istnieje, poza rynkiem antykwarycznym – konkluduje Maciej Mazur.
Ostatni stary mistrz odszedł 10 sierpnia 1991 roku. Trzy dni wcześniej obchodził 50. urodziny. Do dziś jest w sercach wielu. Zdecydowanie jego prace warto wznowić.
Zrekonstruowana plansza "Tajemnicy głębin" z "Relaxu"