Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 19 grudnia 2010

Laleczki '05 vs '10

Autor: Dominik Szcześniak
Kiedy w 2005 roku Maciej Pałka własnym sumptem wydał sobie "Laleczki" z ekskluzywną wówczas riso-oprawą, komentarzy i recenzji zyskał niewiele, a koledzy mogli sobie pozwolić na żarty polegające na zamianie ról twórcy i tworzywa (Maciej Lalka - "Pałeczki"). Komiks rysował bardzo długo, w związku z czym wypomniano mu nierówności w grafice. Sam Maciej przyznał również, że - według słów jego żony - przypadłoby się w komiksie jeszcze 20 stron - o ścierwojadach, panu w turbanie i komandosach. Myślał również o kontynuacji marynistycznej, a gdy nieliczni fani wyrazili aprobatę, stwierdził, że nie umie już tak rysować.
Minęło 5 lat i musiał się nauczyć. I posłuchał żony. I wspólnie z Robertem Zarębą wydał na świat drugie pierwsze wydanie "Laleczek". Tyle, że tym razem nie startował już z pozycji niemal anonimowego autora zina "Wdruq", a twórcy ze sporym pudłem wydanych komiksów i popularnych gier. Nikt już nie żartował, nikt nie mylił twórcy z tworzywem, a zabiegi promocyjne autora zaowocowały szeregiem recenzji w przeróżnych, nawet najmniej spodziewanych miejscach, od prasy lokalnej po postapo. I w wielu z nich twierdzi się, iż "Laleczki" są najlepszym komiksem Macieja Pałki.
Czy tak jest rzeczywiście? Stwierdzenie tego nie jest celem niniejszego tekstu. Jako związany emocjonalnie z "Laleczkami" nie mogę być obiektywnym recenzentem, w związku z czym poniżej znajdziecie charakterystykę porównawczą komiksu z roku 2005 i jego tegorocznej wersji.
1. Dane techniczne. 48-stronicowa xerowana wersja z roku 2005 posiadała 48 stron formatu A5, wliczając w to grubszą okładkę. Wersja z 2010 roku to już 72 strony na dającej ciekawy efekt gazetówce (tu również wliczyłem okładkę). Obie wersje są symbolem swoich czasów - pierwsza pojawiła się w momencie erupcji xerowanych, undergroundowych fanzinów, druga w czasach lakierowanych okładek i druku.
2. Zawartość. Maciej bardzo sprytnie rozwiązał sprawę - do materiału pierwotnego (w którym wsparcie merytoryczne i pomoc formalną zapewnili mu: Anna Szamruchiewicz i Sławek Kuśmicki) dołączył szorty narysowane do scenariuszy Irka Mazurka ("Ze skrajności w skrajność" - pierwotna publikacja w "Ziniolu" 11,35 z maja 2004 roku) i Daniela Gizickiego ("Ostatnia wyspa"), z którymi niespecjalnie miał co zrobić, a o podrasowanie całości poprosił Bartosza Sztybora. Skutkiem tych fabularnych malwersacji czytelnik tak naprawdę otrzymuje dwa produkty, z dwoma różnymi zakończeniami. Ci, którzy posiadają obie wersje są więc niewątpliwymi szczęściarzami. Ci, którzy posiadają tylko nową, powinni wiedzieć, gdzie zaczyna i kończy się oryginał. Wówczas również będą szczęśliwi co najmniej dwukrotnie.
3. Okładka. Wersja riso posiadała okładkę czarno-białą, choć serwisy internetowe prezentowały kolorową grafikę. Nowa wersja okładki jest o niebo lepsza, ale też 5 lat to dużo czasu na wyćwiczenie ręki. Nowa okładka jest dwustronna. Grafika, stanowiąca tył okładki wersji z roku 2005 została również uwzględniona w nowym wydaniu - stanowi tło dla stopki redakcyjnej, znajdującej się na stronie 68.
4. Dodano równo 20 nowych stron. Są to strony 3-11, 17-19, 60-67. Dostajemy nowe zakończenie i kontynuację wątku z nowelki Daniela Gizickiego, jak również perypetie pana w turbanie. Maciej posłuchał się żony.
5. Plansze są mocno podrasowane - dzięki rastrom i komputerowej czcionce otrzymujemy produkt bardziej profesjonalny, niż wersja riso, której przewaga polega jednak na bardzo sprawnym operowaniu emocjami bohaterów właśnie za pomocą rozedrganej czcionki o różnej wielkości.
6. Strony 48 i 49 nowej wersji, w oryginale były zamienione. Jak widać, dopiero w drugim pierwszym wydaniu autor przedstawił poprawną kolejność stron - tym razem podczas lektury  nic nie zgrzyta. Strona 52 z kolei jest lustrzanym odbiciem oryginału. Obrazki i tekst są na odwyrtkę, ale numeracja stron pozostała standardowa. Celowy zabieg czy wpadka przy składzie?
7. Purystom językowym nie umknie mała wpadka - na stronie 54 mamy słowo "czyż2byś". Dla równowagi jedna literówka znalazła się również w wersji riso - tam Maciej popełnił błąd przy nazwisku Sławka Kuśmickiego i przechrzcił go na Kuśmirskiego.

8. Maciej poświęcił dużo czasu na narysowanie pierwowzoru. Patrząc na nowe plansze należy przyznać mu rację - rzeczywiście, nie umie już tak rysować. Dorysowany materiał to przeplatanka "pleców konia", czyli stylu zbliżonego do realistycznego, z mięsistą, grubą krechą, zastosowaną w scenach z panem w turbanie i zakończeniu. Ostatecznie, otrzymujemy komiks, będący zapisem kilku różnych etapów twórczości Macieja.
Na koniec warto wspomnieć o promocji tytułu. Kiedyś była jedynie sprzedaż bezpośrednia na TRACH!u oraz poprzez sklepy internetowe, aktualnie natomiast autor uruchomił sklepik, w którym sprzedaje egzemplarze autorskie, przyozdobione specjalnie wykonanym rysunkiem. Co ciekawsze, jako, że część nakładu otrzymał z czystą planszą zamiast standardowej okładki, można u niego nabyć album z niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju okładką. Dodając do tego wspomnianą już rzekę recenzji, które sam sobie wychodził, kampanię promocyjną "Laleczek" można podsumować jednym słowem: udana.
"Laleczkom" kibicowaliśmy na łamach "Ziniola". Jeśli nie macie dość materiałów na temat tego komiksu, kliknijcie w poniższe linki, pod którymi znajdziecie:

2 komentarze:

tomek pisze...

Jako miłośnik komiksów zorientowany przede wszystkim na rysunki pomstuję po raz kolejny: więcej zawartości obrazkowej proszę.

Maciej pisze...

Co rysunek to inny styl, Tomku!

Ale proszę: http://www.komiks.gildia.pl/prasa/strefa-komiksu/16