Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 8 grudnia 2010

Żywe trupy ożyły!

Autor: Dominik Szcześniak
Aby zabić żywego trupa należy celować w jego mózg. Głowy, rozbryzgujące się pod wpływem uderzenia szpadlem czy na skutek trzaśnięcia obuchem, do niedawna przedstawiane były umownie. Robert Kirkman i Frank Darabont dorobili tej akcji brutalnej dosłowności, ale ich serial "The Walking Dead" jest przede wszystkim dramatem, a dopiero później durnowatą zabawą w "zabij zombiaka". Stawia bardziej na ukazanie upadku człowieczeństwa, niż na epatowanie flakami. A jeśli już to robi, to w sposób bardzo brutalny i drastyczny. 
Kiedy w jednej ze scen "szwędacz" zaraża człowieka, katującego psychicznie i fizycznie swą żonę, to właśnie ona postanawia ulżyć mu w cierpieniu. Sposób, w jaki rozwala mu głowę; te wielokrotne uderzenia bardzo szczegółowo uchwycone przez kamerę pokazują, że tak naprawdę bardziej niż na pomocy zależy jej na zadośćuczynieniu. Mózgi eksplodują na ekranie jeszcze wielokrotnie, ale najbardziej wnikliwie ukazane są wtedy, gdy mają na celu podkreślenie upadku człowieczeństwa. Autorzy serialu nie epatują krwią i flakami bez podstawy. A uprzedzając spodziewany atak, przygotowali swoją widownię na tę krwawą ucztę jeszcze przed premierą wypuszczając serię obrzydliwych wizerunków zombiaków z planu zdjęciowego. Kirkman i Darabont puścili nam oczko. "Hej, nie bierzcie rozbryzgujących się mózgów na poważnie. Chyba, że wrzucamy je w jakiś kontekst. Wtedy traktujcie je serio" - powiedzieli. 
I dobrze zrobili. Bo ten aspekt stanowił o sile komiksowego pierwowzoru. W serialu wciąż - choć nieco innymi drogami - Kirkman i spółka pokazują degrengoladę społeczną w obliczu kataklizmu i stopniową przemianę ludzi w zwierzęta, pozbawione jakichkolwiek zasad. Komiksowy, bezlitośnie prosty komunikat, stanowiący o tym, że w nadzwyczajnych sytuacjach każdy sam sobie pisze prawa,  w sześciu odcinkach pierwszej serii "The Walking Dead" zarysowany jest bardzo mocno, a trzeba pamiętać, że to dopiero początek przejażdżki. Ci, którzy śledzą komiksowe przygody Ricka Grimesa i spółki wiedzą, że to, co najlepsze dopiero przed widzami serialu.
Adaptacja telewizyjna nie jest do końca wierna komiksowi, co osobiście uważam za plus. Kirkman do pewnego momentu krok po kroku śledzi wydarzenia z komiksu, ale wplątuje w nie znacznie większą ilość postaci. Ta sama gra, ale z większą ilością pionków na planszy. Aby wizualnie uatrakcyjnić serial, powstała słynna z trailera scena w czołgu obleganym przez zombich. Aby wzbogacić go charakterologicznie, obozowisko ocalałych powiększono o kilka nowych osób, z których każdy ma swą historie i swoje problemy. Nadzwyczajne jest to, że w przedostatnim odcinku sezonu odnieść można wrażenie, że zakończy się on w momencie wydarzenia wieńczącego pierwszy tom albumu. Nic z tych rzeczy. Kirkman i Darabont, zamiast tego proponują nam rozwiązanie nieznane z kart komiksu.
Autorzy serialu postawili na bardzo powolne tempo opowiadania. To nie jest "Świt Żywych Trupów" ani żaden z kontynuatorów tego filmu. To jest serial, w którym na wszystko jest czas i babranie się we flakach nie jest priorytetem. Jest nim za to wgląd w człowieka; w metody, jakimi radzi sobie ze śmiercią bliskich; w relacje międzyludzkie. Autorzy mają czas i cholernie fajnie go wykorzystują. A przy okazji dają nadzieję na mnóstwo odcinków.
Im więcej ich powstanie, tym lepiej. Bo widzowie, zwłaszcza ci zaznajomieni z komiksem, również potrzebują czasu. Na to, by przyzwyczaić się do irytującej pani z "Prison Break", grającą Lori. Na zaakceptowanie gościa o grymasie twarzy aktora porno w roli Shane'a. I na pewno na kilka innych spraw również.
Póki co, serial nie zawodzi. Zrobiony jest z rozmachem, rozwija wątki komiksowe bądź schodzi na zupełnie inne ścieżki fabularne (które na szczęście pozostają w ścisłym związku z głównym szkieletem fabularnym komiksu). I choć emocje, jakie serwuje są momentami rodem z telenoweli, to te momenty bardzo często zostają rozładowane pojawieniem się zombich. To porządna rekompensata.
Gdzieś w trakcie emisji serialu na polskim rynku wydawniczym zadebiutował jedenasty tom "Żywych trupów", zatytułowany "Lękaj się łowców". Jest to jedenasty z kolei tom, który czyta się ekspresowo, pochłaniając kolejne rozdziały z zainteresowaniem. Ciekawe w jaki sposób postaci, którym udało się dotrwać do tego tomu komiksu, zostaną poprowadzone w serialu? To jest właśnie w nim największym plusem - fakt, że będąc tym samym, może jednocześnie stać się czymś innym, a podczas jego oglądania nie będzie się miało poczucia wtórności.
Popularność serialu spowodowała chętkę na komiks. Niestety, nie zawsze wiąże się to z zakupem polskiego wydania, lecz czasem kończy się na przykład tak. Młodzi ludzie tłumaczą sobie "po dwa zeszyciki" oryginału co weekend i puszczają w sieć. W jeszcze do niedawna istniejących komentarzach, ludziom, którzy zwracali im uwagę na złodziejski charakter tego procederu kazali zapoznać się z "instrukcją internetu", wedle której jest do dopuszczalne.
Klienteli zapewne się podoba. Co jednak na to Taurus Media?

7 komentarzy:

skil pisze...

Podobał mi się pilot, ale im dalej, tym gorzej. W finale sezonu, patos i shit talk sięgają już zenitu. Dodam do tego niestrawne aktorstwo i otrzymuję serial, który (mimo nielicznych dobrych momentów) ciężko oglądać bez uczucia żenady.

A wgląd w człowieka, w metody, jakimi radzi sobie ze śmiercią bliskich, w relacje międzyludzkie jest doprawdy dogłębny.

lucek pisze...

Jak na konwencję zombiaków - dogłębny. Bergmana się spodziewałeś?
Dodam, że niestrawne aktorstwo również mnie razi, a pilot mi się nie podobał. Im dalej w las, tym lepiej. Z przyzwyczajenia.

skil pisze...

A co ma do tego konwencja? A dlaczego od razu Bergman? To już człowiek nie ma prawa oczekiwać przyzwoitego serialu (wszak AMC potrafi takie robić), tylko ma się cieszyć z byle czego?

lucek pisze...

Jak dla mnie, temat zombiaków to zazwyczaj wysysanie komuś śledziony z bebechów i podobne akcje. Tu dostałem coś więcej i w dodatku coś zbieżnego z pierwowzorem, który mi się podoba.
Bergmanem rzuciłem w odpowiedzi na Twoje "doprawdy".
Wg mnie serial jest przyzwoity. Choć przekonałem się do niego właśnie pod koniec sezonu. Wcześniej bardziej irytował niż bawił.

IcekMały pisze...

Dzięki byłemu chłopakowi mojej cioci mam uraz z dzieciństwa do horrorów. D
upek przywoził do 10 filmów na raz z wypożyczalni wideo i łykali to wszystko w dzień, dwa...
Ja zwykle siedziałem do pierwszej krwi i mdlałem.
Teraz oglądam i trzęsę się cały widząc krew, flaczki i inne horrorki...
Przyznam ze the Walking Dead pozytywnie mnie zaskoczył.

Te sześć odcinków może nie jest górnolotne, ale klimatem, sensem, oraz grą aktorską przebijają Piły i Hostele. Oby tak dalej i czekam na więcej.

Anonimowy pisze...

W serialu nie spodobało mi się najbardziej to, że z dwójki sióstr do zabicia wybrali ta ładniejszą (tzn. powinni je odwrotnie obsadzić) ;)
Co do chłopaczków tłumaczących sobie komiks - nie jestem przeciwny translacjom, ani nawet skanom (na wszystko jest miejsce, czas, okoliczności lecz potrzeba choćby odrobiny rozumu), ale to co oni robią to niestety szczyt chamstwa i głupoty. Przykro mi, że tacy idioci istnieją.

Maciej pisze...

I po ptokach: http://www.mentaloverflow.co.uk/blog/119/sprostowanie-akcji-twd-oraz-o-ludziach-z-polski/#more-119