Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

sobota, 27 października 2012

Nikifor - okładka

W połowie listopada (uroczysta premiera 30 XI) wydawnictwo Ważka opublikuje album Nikifor: Krynica oczami Nikifora. 32 strony, papier kredowy, format B5, cena: 26 zł. Autorami komiksu są połączone siły Ziniolowo-Maszinowe: Dominik Szcześniak (scenariusz) i Daniel Gutowski (rysunki).

Ponadto, poniżej znajdziecie dwie rzeczy, które nie znajdą się w komiksie. Planszę z grafikami koncepcyjnymi oraz pierwotną wersję okładki.

piątek, 26 października 2012

Baśnie: Synowie imperium - Willingham

Jeśli prawdziwą jest teza o tym, że seria zebrana w albumy na przemian proponuje czytelnikom momenty lepsze i gorsze, to - po słabych Wilkach - Synowie imperium powinni być skazani na sukces. Faktycznie jest lepiej. Willingham obudził się z długiego snu, a do powracającego do formy Buckinghama dołączył niesamowity Mike Allred. Dużo Baśniom dał również powrót do przeszłości - powolny proces przyzwyczajania czytelników do nowej ekipy zarządzającej Baśniogrodem, został wsparty gościnnymi występami dawnego szefostwa. Dodam, że występami nie pretekstowymi, bo i Bigby i Śnieżka skradli show Uroczemu, Pięknej i Bestii.
Dziewiąty album Baśni to sprawozdanie z posiedzenia, na którym wielcy Stron Rodzinnych, na czele z Dżepetto, debatują o planach zniszczenia Baśniogrodu. Gadające głowy i proste rozwiązania (dłogofalowy plan zakłada - w skrócie - desant szpiegów, rozwalenie Baśniogrodu od wewnątrz i wielki armagedon), zostają wsparte bardzo żywą wizualizacją tego, co ma się stać. Plagi, będące częścią planu, są bardzo sugestywne, a ich efekty wyglądają jak wzięte z wysokobudżetowych filmów katastroficznych. Będąc świadkiem tych zdarzeń, czytelnik zdaje sobie jednak sprawę, że nie będą one miały miejsca; że jest to jedynie alternatywa. To, co wynikło z dysput tyranów zgromadzonych przy stole, pozwoliło scenarzyście stworzyć opowieść w opowieści. Co ciekawe, absurdalny plan Królowej Śniegu, zostaje w kolejnych częściach komiksu rozładowany przez kolejną alternatywę - wizję Pinokia, byłego Baśniowca, który ze sprytem (wymuszonym wypiciem odpowiedniego eliksiru) wskazuje uchybienia w pierwotnych, zbyt optymistycznych założeniach, i zdradza swoje rozwiązania, oparte na wieloletnim doświadczeniu. Tęgie głowy debatują, a czytelnik dostaje dwie różne wersje zakończenia baśniowych opowieści. Jedną po zaślepieniu tyranią, drugą po piwku. Obie odmienne od rzeczywistości, która dopiero nadejdzie.
Mając na uwadze baśniowy charakter komiksu i przewijanie się przez jego karty postaci znanych każdemu dzieciakowi, należy wspomnieć o roli, jaką w omawianej opowieści odgrywają Jaś, Małgosia i Baba Jaga. Losy tych postaci obserwujemy w retrospekcjach, a ich tłem są czasy polowań na czarownice. Jaś jest Lordem Jasiem, a Małgosia? Warto sprawdzić.
Buckinghamowska wizja Baśniowców ponownie wsparta została gościnnymi występami kolegów z branży - wspomniany już Mike Allred ilustruje opowieść o stosunkach na linii ojciec - syn (Wiatr Północny - Bigby), a cała rzesza rysowników uczestniczy w interesującym projekcie zatytułowanym Palące pytania. Eksperyment polegał na tym, by zadawane przez czytelników komiksu pytania dotyczące bohaterów serii przedstawić w formie krótkiego komiksu. Jeśli więc Duncan Berry z Burnley w Anglii spytał "jak się mają nowe trzy małe świnki?", to Willingham i Joelle Jones poświęcili jedną planszę komiksu, by mu na nie odpowiedzieć. Na pytanie "Czy Jaś zostawił jakieś wiadomości, nim na zawsze wyjechał z Baśniogrodu?" zadane przez Jima Hotchkina z Sain Paul w Minnesocie, na dwóch stronach odpowiada scenarzysta wraz z rysownikiem Andrew Pepoyem. Poziom tych prac jest różny - niektóre sprawiają wrażenie spontanicznych, robionych na kolanie, ale występy Jill Thompson i Johna K. Snydera III nie powinny pozostać niezauważone. Ogólnie rzecz biorąc - bardzo sympatyczny i niekonwencjonalny dodatek.
Synowie imperium to udany odcinek serialu, który zdołał wypracować sobie solidną markę i w Polsce. Fani nie będą zawiedzeni.
Baśnie: Synowie imperium. Scenariusz: Bill Willingham. Rysunki: Mark Buckingham, Steve Leialoha, Michael Allred, Andrew Pepoy, D'Israeli, Gene Ha, Joelle Jones, Barry Kitson, David Lapham, Joshua Middleton, Inaki Miranda, M.K. Parker, Jim Rugg, Eric Shanower, John K. Snyder III, Jill Thompson. Kolory: Lee Loughridge, Laura Allred, Eva de la Cruz. Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski. Wydawca: Egmont 2012
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl
Inne recenzje serii:

New Avengers: Kolektyw - Bendis/ McNiven/ Deodato Jr./ Coipel

Czwarty tom przygód grupy superbohaterów, funkcjonującej pod nazwą New Avengers jest ściśle związany z innymi marvelowskimi produkcjami, ku uciesze polskiego czytelnika - również wydanymi przez Muchę. Najistotniejszą z owych produkcji jest Ród M. To, co wydarzyło się w ostatnich scenach tego albumu zyskało swą kontynuację na kartach Kolektywu. Tę odsłonę serii stworzył jej stały scenarzysta Brian Michael Bendis oraz trójka rysowników - Steve McNiven, Mike Deodato Jr. i Olivier Coipel.
Wydarzenia ze wspomnianego Rodu M doprowadziły do powstania potężnej istoty, której próżno szukać w bazie danych S.H.I.E.L.D, w kartotekach Avengers, czy też w umysłach uczonych, katalogujących istoty zamieszkujące kosmos. Schemat, rozpoczynający się od słów "Ziemia jest zagrożona..." a kończący na "...Avengersi uratują świat" ma w przypadku omawianego komiksu rację bytu tylko w niewielkim procencie. Owszem, superbohaterski zespół ostatecznie dopina swego i ratuje świat, lecz robi to ponownie wielkim kosztem i - wyjątkowo - z wielkim trudem.
Bendis zadbał o dramaturgię i napięcie. Zaczął od trzęsienia ziemi, zobrazowanego całostronicowymi ilustracjami, by zaraz po nim przejść do zgrabnie opowiedzianej historyjki, w której prym wiodą akcja, sensacja, ale również zdrada, tajemnica i podstępne sztuczki sojuszników. Akcja w Kolektywie pędzi tak szybko, jak wspomniana groźna istota, w mgnieniu oka pokonująca dystans kosmos - Genosha. Bendis w trakcie tej szaleńczej jazdy nie bierze jeńców i bez zbędnych sentymentów pozostawia za sobą sznur ofiar (ginie np. pewna kanadyjska grupa superbohaterów), aczkolwiek niejednokrotnie pozwala sobie na porządny, superbohaterski humor.
Scenarzysta w wielu momentach perfekcyjnie poukładał linie dialogowe bohaterom komiksu - czy są to starcia pomiędzy nowym naczelnikiem S.H.I.E.L.D Marią Hill a Kapitanem Ameryką, czy reprymendy rzucane przez wspomnianą panią naczelnik swoim pracownikom, cz wreszcie epizod Luke'a Cage'a, który na chwilę przed wielkim zadaniem grupy, wygłasza siarczysty monolog dotyczący interwencji Avengersów w złych dzielnicach. Z jednej strony ratują wszechświat, z drugiej są pracownikami socjalnymi, działającymi w skali dzielnicy. Tego drugiego trochę mało, ale w końcu to komiks z gatunku super-hero.
To, że Kolektyw powinien wyjątkowo przypaść do gustu fanom panów w trykotach, jest również zasługą rysowników, wśród których najlepsze wrażenie robi (ilustrujący większość albumu) Mike Deodato Jr. W kategorii superbohaterskiego realizmu, czerpiącego garściami z lat 80. i 90. i chlubnych tradycji ówczesnych mistrzów ołówka, Deodato Jr. jest absolutnym mistrzem. 
Ważna rzecz: brak w Kolektywie patosu. Kompletnie nie istnieje to tanie rozrzewnienie, tak często pojawiające się w superbohaterskich komiksach. Bendis i spółka spięli się i zrobili czysto sensacyjny komiks, bez skoków w bok. Od głównego wątku odstaje nieco ostatni rozdział albumu (tzw. "ślubny" epizod), głównie przez wzgląd na chaos w scenariuszu i cartoonową groteskę w rysunku. Nie jest to jednak wada, która umniejsza w jakimkolwiek stopniu pozytywne wrażenie, jakie pozostawia całość.
Świetna, wciągająca, nienapompowana rozrywka. Tak trzymać.   
The New Avengers: Kolektyw. Scenariusz: Brian Michael Bendis. Rysunek: Steve McNiven, Mike Deodato Jr., Olivier Coipel. Tusz: Dexter Vines, Joe Pimentel, Drew Geraci, Drew Hennessy, Livesay, Rick Magyar, Danny Miki, Mark Morales, Mike Perkins, Tim Townsend. Kolor: Morry Hollowell, Dave Stewart, Richard Isanove, June Chung, Jose Villarubia.Wydawca: Mucha Comics 2012.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl

poniedziałek, 22 października 2012

Dom żałoby 8 - okładka

Autorem okładki ostatniego odcinka serii Dom żałoby jest Daniel Grzeszkiewicz. Wydawnictwo timof comics zapowiedziało publikację tego ok. stu stronicowego albumu na przełomie listopada i grudnia 2012r. W chwili obecnej czynione są starania, by w podanym terminie się wyrobić.

niedziela, 21 października 2012

Dzień, w którym pokochałem Warrena Ellisa

Autor: Maciej Pałka
Dokładnej daty oczywiście nie pamiętam, ale było to w momencie gdy zakończyłem lekturę NO HERO. Siedmiozeszytowa mini-seria została wydana w 2008 przez Avatar. Jest to takie wydawnictwo, któremu udaje się skłonić Alana Moore'a do napisania scenariusza do pornosa z Cthulhu w roli głównej. Inni twórcy wyżywają się w Avatarowych produkcjach sadząc najbardziej pojechane splattery. Z reguły są to komiksy nie najwyższych lotów, w dodatku okraszone niezbyt zachęcającymi ilustracjami klonów Steve'a Dillona. Avatar zagospodarował swoją niszę, przyzwyczaił czytelników do nieustannego epatowania szokerami i co najważniejsze w ramach przyjętej konwencji dał absolutnie wolną rękę scenarzystom. Efektem jest katalog w którym figuruje przynajmniej kilka świetnych komiksów. Wspomniany Neonomicon Moore'a, Crossed Ennisa (i innych) jak też superbohaterskie szaleństwa Ellisa, które zostały odrzucone przez Marvela i DC. Prym wiedzie tu NO HERO - komiks, którym autorzy zafundowali mi wrażenia, z których do dziś nie mogę się otrząsnąć. 
Kilka słów o fabule: jedyna na świecie grupa superbohaterów (właściwie korporacja) zwana "Linią Frontu" po półwieczu kontrowersyjnego naprawiania świata staje w obliczu najbardziej zjadliwego ataku z zewnątrz. Superżołnierze wspomagani serum o ściśle tajnej recepturze prowadząc militarne akcje na całym świecie najwyraźniej narazili się już każdemu i definitywnie przeciągnęli strunę. W obliczu zagrożenia, lider drużyny Carric Masterson popełnia jeden błąd. O jeden błąd za dużo. 
Wyjściowy pomysł jest genialny w swojej prostocie. Historia grupy superbohaterów została zainspirowana popkulturą - głównie muzyką rozrywkową. Kolejne permutacje nawiązują do rewolucji Boba Dylana, ery Disco czy nawet do mody na figurki G.I.JOE. Podobne celebryckie funkcjonowanie super-grupy pokazał już Milligan w X-Force ale z racji że była to praca dla Marvela nie mógł przekroczyć pewnej granicy. Ellis nie mając do dyspozycji długiego runu a jedynie miniserię, postawił na lapidarność i sugestywną grę niedopowiedzeniami. Podobnie jak w Lidze Niezwykłych Dżentelmenów, jeśli znamy klucz (tutaj popkultura i polityka) możemy samodzielnie zbudować sobie szerokie tło wydarzeń. Dzięki zaangażowaniu czytelnika otrzymaliśmy przygodę już na etapie lektury. 
Zabawa intelektualna została zaserwowana w bezpretensonalnym avatarowym stylu pełnym hardkorowych zwrotów akcji i czarnego humoru. Ellis do cna wykorzystał brak redaktorskich hamulców. Jest bardzo brutalnie i bezkompromisowo. Szokujące momenty są jeszcze podkręcone nawiązaniami do typowych scen kojarzących się z superbohaterszczyzną. Są więc smaczki w postaci braku widocznych genitaliów pod obcisłym kostiumem supermana, nocny patrol dzielnicy czy w końcu akcja ratowania samolotu (tutaj kłaniają się też Boys Ennisa). Sceny sugestywnej przemocy potęgują ilustracje. Juan Jose Ryp nie bierze jeńców. No Hero jest apogeum, jakie osiągnął hiszpański rysownik pod egidą Avataru. Przekroczył swój poziom, który można było zdefiniować jako Geoff Darrow dla ubogich (zamiast śrubek i kabelków Ryp woli strugi krwi i flaków) a następnie został zwerbowany do Marvela gdzie spełnia się w Punisher MAX i Wolverine The Best There Is (nie wiedzieć czemu nie MAX). 
Jedynym minusem mini-serii jest jej długość. Ellis wykreował cały świat o wielkim potencjale, który później upchał w siedem zeszytów. Zakończenie jest rozczarowująco nagłe (choć logiczne). Po dość długim zawiązaniu akcji i precyzyjnym budowaniu klimatu, jak dla mnie zabrakło przynajmniej dwóch zeszytów aby wszystko pięknie wybrzmiało.
NO HERO. Scenariusz: Warren Ellis, rysunki: Juan Jose Ryp. AVATAR 2008

wtorek, 16 października 2012

Ciemna strona księżyca - Wróbel

Olga Wróbel nie potrafi rysować. Ale umie robić komiksy. Ciemną stroną księżyca wali w mordę wszystkich głuptasków, którzy sądzą, że rysunek jest najważniejszy. Nie jest. Fajne rysunki są jedynie tanią błyskotką. Pal sześć, że proporcje nie takie, że ujęcia wciąż te same i że gadające głowy. Olga opisując swoją ciążę wywala na wierzch wszystkie absurdy jej towarzyszące, uderza w ton montypythonowski i rozprawia się z tendencyjnymi mitami. A przy okazji, nie umiejąc rysować, robi komiks bardzo ważny.
Debiut Wróbel to dziewięć ciążowych miesięcy przefiltrowanych przez jej charakter. Wbrew pozorom celem komiksu nie jest przeforsowanie oczywistości, jaką jest obraz ciąży kompletnie odległy od tego słodkiego, prezentowanego w amerykańskich filmach. Wróbel nie wciska prawd objawionych, a najzwyczajniej w świecie spisuje swoje spostrzeżenia przedporodowe. Całodzienne mdłości, rozstępy na które żadna maść nie pomoże, krocze, które w ostatnim etapie ciąży niemal nie pęknie - zmiany w ciele kobiety są dodatkiem do sprawy najważniejszej: szwadronów myśli autorki. Czy camembert, którego zjadła nie zaszkodzi dziecku? Czy jej mężowi, Danielowi, byłoby smutno, gdyby zmarła przy porodzie? Czy relaks między skurczami rzeczywiście wygląda jak słynna scena z Egzorcysty Friedkina?
Przez Ciemną stronę księżyca płynie się wspaniale - autobiograficzne wynurzenia Olgi poprzeplatane jej przemyśleniami i zbijaniem bądź przyswajaniem przesądów ciążowych co chwilę rozładowywane są poprzez specyficzne interludia: montypythonowskie wejścia pana Władzia, magazyniera-patriarchy, fenomenalne uchwycenie Polski średniowiecznej A.D. 2012, gościnne występy Dartha Vadera, Lindy Blair i Maxa von Sydowa, Calineczki, Tomcia Palucha, bab ze straganu mięsnego... Takiej rytmiki Oldze Wróbel wielu polskich twórców mogłoby pozazdrościć.
Przemyślana kompozycja albumu ma jeszcze kilka bardzo mocnych punktów, których uszeregowanie to oczywiście kwestia osobistych preferencji. Ja najlepiej bawiłem się przy "serii" jednoplanszówek, zestawiających ze sobą reakcje innych osób na jednakowe wyrzeczenia Olgi i Daniela (kwestia rzucania palenia). Zupełnie obiektywnie natomiast jeszcze raz podkreślę: kompozycja albumu jest pierwszorzędna - wstęp, rozdziały, przyspieszenia, spowolnienia, splashe i korespondujące ze sobą, rozsiane po albumie jednoplanszówki o podobnym układzie kadrów wymagają największych pochwał pod adresem autorki.
Komiks ma charakter Olgowego monologu, który równie dobrze funkcjonowałby jako dziesięciostronicowy artykuł zamieszczony na jakimś ciążowym portalu. Dobrze jednak, że zdecydowała się na komiks, a nie artykuł. Ciemna strona księżyca może być trudna do strawienia dla czytelników stawiających rysunki ponad opowiadanie komiksem, co nie zmienia faktu, że komiksem jest znakomitym.
Ciemna strona księżyca. Autorka: Olga Wróbel. Wydawca: Fundacja Tranzyt/ Centrala - Central Europe Comics Art, Poznań 2012
Komiks można nabyć tutaj: Sklep Centrali, Sklep.gildia.pl

Multikierunkowcy 2 - Szreniawski/ Kozłowski

Multikierunkowcy się rozpadli. Trzy lata po tym, jak Ania oprowadzała czytelników po warsztacie, w którym wymyślane były nowe kierunki w sztuce, nadarza się okazja by się zjednoczyć. Pretekstem są urodziny Ani. Nie byle jakie, bo osiemnaste. W ciągu trzech lat dużo się jednak zmieniło i postaci, na których trafiamy w Multikierunkowcach 2 nie są już tymi samymi ludźmi. Pędzel został politykiem, Kubista playboyem, a do Mistrza nie można się dodzwonić. Widocznie znalazł sobie nowych "młodych malarzy". Co w tej sytuacji zrobił scenarzysta Szreniawski?
Przede wszystkim doprowadził do zorganizowania osiemnastki Ani, ale też wysłał poharataną przez czas ekipę na misję do Rosji celem wzniecenia rewolucji artystycznej. Okazuje się, że bez problemów można wrócić z politycznej emigracji czy też seksualnego rozpasania i machnąć kilka malowideł naskalnych lub współczesnych obrazów rosyjskich.
Piotr Szreniawski ma powracające w wielu swoich utworach tematy. Poza oczywistością w postaci dyskursu na temat sztuki, są to:
- słowo "hyper" jako przedrostek bądź zabawna nazwa drinku,
- szwy, jako symbol bólu koegzystencji lub eksperymentów medycznych,
- dziewictwo, mające nikłe szanse na odejście w niepamięć.
Multikierunkowcy 2 są udanym sequelem. Szreniawski i Kozłowski (znakomity satyryk!) nie odcinają kuponów, lecz sieją zamęt mnóstwem nowych pomysłów. Ich postaci nie stoją w miejscu, każda zmiana jaka dokonuje się w ich wnętrzach powoduje mocny wydźwięk w grupie. Niemal jak w X-menach albo Niezniszczalnych, tyle, że tutaj akcja dzieje się w przyjaznych artystom wnętrzach Domu Kultury (lub we wspomnianej Rosji). Warto przeczytać. Cały drugi sezon serialu dostępny jest na blogu Multikierunkowców. Wersja drukowana została wzbogacone o fantastyczne występy gościnne.
Multikierunkowcy 2. Scenariusz: Piotr Szreniawski. Rysunek: Jarosław Kozłowski. Występy gościnne: telomateo, kciuq, grubas, stab. Wydawca: Piotr Szreniawski, Lublin 2012

poniedziałek, 15 października 2012

Rozmówki polsko-angielskie - Wawryniuk

Debiut Agaty Wawryniuk nosił początkowo tytuł Once Upon a Tyne, co miało związek z miejscowością, do której autorka wyemigrowała na kilka wakacyjnych miesięcy 2008 roku (Newcastle Upon Tyne). Pod takim tytułem komiks zwyciężył w konkursie na stypendium Gildii, jak również  stanowił pracę dyplomową autorki na wrocławskiej ASP. W wersji drukowanej album funkcjonuje pod zmienioną nazwą. Rozmówki polsko-angielskie nie brzmią może tak finezyjne, ale z całą pewnością już na wiele lat przed powstaniem komiksu miliony ludzi wpisywały ten tytuł w google. Co istotne, jest to również tytuł trafnie odzwierciedlający charakter komiksu.
Elegancko zaprojektowany album, na którego skrzydełkach znalazły się informacje bardzo fajnie wrzucające i wyrzucające czytelnika z opowieści, nie rości sobie pretensji do bycia głosem pokolenia, które falowo opuszczało Polskę w pogoni za zarobkiem i lepszym życiem na Wyspach. Wawryniuk sama zaznacza, że opowiada pewną historię, która jej się przytrafiła, w związku z czym Rozmówki polsko-angielskie znakomicie funkcjonują jako pocztówka z wakacji. "Mielibyście ochotę pojechać do Anglii? Trochę popracować?" - pyta Agata Szymona i Marcela. "Warto byłoby spróbować" - odpowiadają, odpoczywając na łonie natury. Ochota i próba, a nie przymus i życiowa decyzja wrzucają czytelnika na odpowiedni trop interpretacyjny.
W sposób perfekcyjny autorka utrwaliła na papierze stereotypowe dla każdego emigranta motywy. Sen o bogactwie i cios młotkiem w tył głowy na dzień dobry. Nadzieja na pomoc ze strony tych, którzy już przecież się tam ustawili i rewizja tych nadziei w zderzeniu z "angielskimi Polakami". Stanie w kolejce do pośredniaka lub pod ścianą płaczu, ciułanie na zapłatę czynszu, wpatrywanie się w telefon, układy z landlordem. Wawryniuk, opisując swoje przygody zwraca uwagę na kombinatorstwo Polaków, na ich siarczysty język, ale też na angielskie, bardzo swobodne, podejście do pracy (bardzo trafny epizod pt. Śrubokręt).

Rytm zarobkowania na wyspach autorka uchwyciła świetnie - najpierw wielkie nic, następnie jakieś niewielkie fuszki (sprzątanie, kelnerowanie), aż w końcu monotonna (strony 87-91 - mistrzostwo!), ale stabilna tyra, dzięki której zaczyna spływać kasa, ale z której trzeba rezygnować, bo najwyższy czas wracać do domu. Taki schemat czekał wszystkich wakacyjnych emigrantów z wyuczoną gadką, że "nie, my jesteśmy tu na stałe, nie tylko na wakacje".

W albumie ani razu nie pada nazwa miejscowości, w której bohaterowie żyją i pracują. Duża ilość widoczków - pub, parki, szeregi takich samych budynków - nie pozwalają wczuć się w klimat miejsca. Efekt odrealnienia potęgują cartoonowo rysowane ludziki. Wszystko to bardzo ładne, a styl Wawryniuk efektowny, ale po lekturze albumu wryły mi się w pamięć jedynie charakterystyczne głowy postaci i ich rozciągliwe ręce. I rzeczone przygody bohaterów, przesycone humorem, niekoniecznie angielskim.

Rozmówki polsko-angielskie to świetnie zrealizowany pamiętnik z wakacji: "było ciężko, pomiatali mną, burczało w brzuchu, ale były też chwile radości i kilka anegdot, które będę opowiadała do końca życia". Odnoszę wrażenie (a opieram je na umiejętnościach Agaty Wawryniuk), że gdyby jej przygoda z wyspami nie skończyła się na dwóch miesiącach, a trwała znacznie dłużej, powstałby komiks będący wspaniałym głosem pokolenia. Jako kartka z podróży - debiut udany. Autorkę dopisuję do listy młodych utalentowanych, gdzieś między Podolcem a Gutowskim.I czekam na więcej.
Rozmówki polsko-angielskie. Autorka: Agata Wawryniuk. Wydawca: kultura gniewu 2012. Komiks powstał przy wsparciu stypendium komiksowego Sklep.gildia.pl przyznanego w wyniku konkursu na najlepszy debiut komiksowy w 2011 roku.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl

Problem - Lewandowski

Sławomir Lewandowski niczym samotny jeździec wkroczył w polski komiks. Na swojego rumaka załadował wytwory osobistej wyobraźni ujarzmione w kilkudziesięciostronicowych zeszytach i sprzedawanych za garść złotówek. Nie dbał o znajomości, gdzieś miał układy. Stopki redakcyjne w drukowanych zeszytach serwował ubogie. Zamiast swojej facjaty wolał puścić czystą kartkę. 
I o to chodzi! Bo przemówiły za niego komiksy.
Styl Lewandowskiego – i nie mówię tu o stylu rysowniczym czy pisarskim, a o stylu komiksowym – przywodzi na myśl smakowite skojarzenia. Gdyby tworzył naście lat temu, można by go było posądzić o bycie Tadeuszem Baranowskim i Dariuszem Palinowskim w jednej osobie. Lewandowskiego wewnętrzny Baranowski odpowiedzialny byłby wówczas za nasączanie absurdem, a równie wewnętrzny Pała za te wspaniałe, zakazane mordy. Ta kooperacja, choć przeze mnie wydumana, tak naprawdę ma pewne przełożenie: Lewandowski swobodnie oscyluje bowiem na granicy undergroundu i komiksu rozrywkowego. Czytając jego komiks czujesz się jakby kolega opowiadał Ci dowcip na ławce w parku, co chwila pociągając z piersiówki i dodając swej twarzy kolorków. 
Tak też dzieje się zresztą w Problemie. "Zadzwonił pewnego razu przyjaciel do przyjaciela" - najprostsze zawiązanie akcji i jedziemy z koksem!

Cały Problem polega na tym, że w mieszkaniu Zdzisia zadomowił się dinozaur, który nie należy do najbardziej zrównoważonych psychicznie. Zdzisio radzi się kolegi, ten pomóc nie za bardzo może, a dinozaur robi swoje. Klnie, chleje i rozpieprza cały dom w drobny mak, wciskając człowiekowi, że dwa plus dwa to siedem, ziemia jest płaska, a Kopernik...

Nie ma co gadać o fabule, nie ma sensu również abym powtarzał wszystkie "ochy" i "achy" jakie skierowałem w stronę twórczości Lewandowskiego w recenzjach innych jego tytułów. Obawiam się, że powoli będę musiał wycofać się z recenzowania komiksów tego Pana, ponieważ to wciąż byłaby ta sama śpiewka. A może to jest tak, że Lewandowski ma po prostu swoją metodę? System, który sprawdza się za każdym razem? Gawędziarsko - zadziorny dowcipas, który podany przez niego ZAWSZE jest zabawny?

Moja odpowiedź na powyższe pytania brzmi: TAK. Koniecznie sprawdźcie jaka jest wasza, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście.
Problem. Autor: Sławomir Lewandowski. Prawa autorskie: Sławomir Lewandowski, wydanie I

niedziela, 14 października 2012

Bobot - Szreniawski/ Hinc

"Myślicie że mi płacą za tę robotę? Ale przynajmniej mam pasek od Mateusza Skutnika!" - komunikują Bobotem jego twórcy, Piotr Szreniawski i Arek Hinc. Kiedy nie ma kasy, nie ma odzewu i nie możesz liczyć nawet na przysłowiowego lajka na facebooku, można polegać na sławnych kolegach, którzy świetnie rysują. I na Ziniolu, który prędzej czy później zrecenzuje.
A teraz bez dramatyzacji: Bobot, którego pomysłodawcą był Arek Hinc, wielokrotnie brał udział w gildiowym konkursie na pasek komiksowy. Zdarzało się, że wygrywał, co motywowało twórców do poszerzania horyzontów. Największym ich osiągnięciem w tym temacie jest do tej pory album Bobot, który został wydany przez autorów własnym sumptem i którym Piotr Szreniawski obdarował przybyłych na jego majowy performance komiksowy podczas Lubelskich Spotkań z Komiksem.
Wydany w ekscentrycznym formacie (A4 zgięte w pionie) album składa się z szeregu pasków komiksowych na zadane tematy. Są momenty lepsze i gorsze, a wśród nich paski mało śmieszne, bardzo śmieszne i śmieszne wybitnie. Wszystkie są efektem prac zespołu twórców na zadany temat - ten formalny wymóg, o dziwo, działa na korzyść komiksu jako całości. Wszystko trzyma się tu kupy, a dodatkowo pewne rozwiązania związane z tematami (np. "Dwa koła, trzy trójkąty, piętnaście kwadratów") sprawiają, że jest to komiks spontanicznie zabawny.
Bobot niesie ze sobą równie spontaniczne przesłanie: wszystkie istoty są podobne i powinny się kochać.
Coś w tym jest.
Znajdziecie tam również celne spostrzeżenia na temat odmiennej natury kobiet i mężczyzn oraz wiele innych ciekawych rzeczy. Jeśli nie macie możliwości zakupu wersji drukowanej, zachęcam do zerknięcia na kompletny materiał w tym miejscu. Podczas lektury, koniecznie zwracajcie uwagę na tytuły/tematy. Polecam.
Bobot. Scenariusz: Piotr Szreniawski, Rysunek: Arek Hinc. Wydawca: Piotr Szreniawski, Cyców 2012

sobota, 13 października 2012

Komiksowa lazania - Kaźmierczak/ Molas/ Atroszko

Sztafeta komiksowa znana jest nie od dziś - rysujesz kadr, przekazujesz koledze, on robi to samo... i tak do końca planszy, zeszytu, albumu. Znanym tego typu działaniem był Projekt Pieces, nieco mniej znanym fanzinowa Kraina Herzoga (tam jednak zamiast kadru, autorzy tworzyli po całym odcinku większej całości), ale najczęściej tego rodzaju zabawę odnaleźć można w zeszytach szkolnych lub na komiksowych afterparty. Efekty są przeróżne - od eksperymentów, które ledwo można tolerować, poprzez dzieła, z których bije radość tworzenia, po naprawdę udane kawałki. Trio Kaźmierczak/ Molas/ Atroszko (wspomagane talentem Katarzyny Drzewek, Anny Radziej, Sylvaina Savoi, Jakuba Wojnarowskiego i Anny Wójcik), bardzo dobrze radzące sobie w swoich autorskich projektach (omawiane już na Ziniolu Zmarszczki Molasa, Amazońska Jazda i Lewą ręką spisane Kaźmierczaka oraz T.P.S.A. Atroszko), nawaliło na całej linii.
Zachęcająca oprawa nijak się ma do zawartości. Komiksowa lazania to ciężkostrawna potrawa, swoją "zabawność" opierająca głównie na nadużywaniu "kurew", pierdzeniu i ogólnie rzecz biorąc zainteresowaniu wszelkimi sprawami kręcącymi się wokół odbytu.  Kilkadziesiąt stron komiksu, które powstały wskutek sztafetowej układanki, zostało ponoć poddanych "surowej selekcji, aby mógł powstać ten zin". Informację tej treści odnaleźć można na tylnej stronie okładki i powinno się ją traktować jako zgrywę autorów - gdyby bowiem selekcja dokonana została w sposób naprawdę odpowiedni, z całego komiksu pozostałoby ledwie kilka obrazków, co oczywiście postawiłoby fakt ich publikacji w formie zeszytowej pod znakiem zapytania.
Fajne trzy wersje okładek - każda autorstwa innego autora, dwie zakładki dodane do każdego zeszytu oraz niezłe opracowanie graficzne całości poszło na marne, bo nawet zwolennicy humoru pierdzącego będą zniesmaczeni. Komiksowa lazania to strzał w próżnię i najgorsza rzecz w kategorii "zin" obecna na rynku. Na szczęście autorzy potrafią również robić rzeczy świetne. Na takie czekam.
Komiksowa lazania. Autorzy: Szczepan Atroszko, Szymon Kaźmierczak, Grzegorz Molas. www: lazaniaaa.blogspot.com
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl

piątek, 12 października 2012

Lewą ręką spisane - Kaźmierczak

Autor: Dominik Szcześniak
Twarda oprawa, obwoluta, skrzydełka, plakat, specjalna zakładka (w kilku wersjach kolorystycznych), galeria sław, efekty specjalne w postaci pofalowanego papieru oraz kolor na okładce w drugim wydaniu i tytuł nawiązujący do serii jednego z żyjących pomników polskiego świata komiksu. A jednocześnie ksero, tektura, ortografy i bazgroły w rastrach. Szymon Kaźmierczak sobie drwi. Nie tylko z komiksiarzy, kolekcjonerów i kwestii wyższości folijek nad treścią albumu, ale również ze ścieżki kariery rysownika, jak również samego siebie. I robi to świetnie.
Kaźmierczak drwi z komiksu roku, z lenistwa rysowników, z niewykorzystywania przez nich lewej ręki, z inteligentnych dowcipów opartych na bluzganiu. Nabija się z kolekcjonerów figurek z postaciami z komiksów i z fanatyków, kupujących po dwa egzemplarze komiksu. Nie zostawia również suchej nitki na urzędnikach z Urzędu Pracy, co w tłumie poprzednich nabojek nie jest w sumie istotne.
Ideą przewodnią powstania magazynu była krótka historyjka, którą autor przygotował na potrzeby zina Zsyp, posiadającego bardzo istotny podtytuł: najbrzydszy zin w Polsce. A kiedy już sam dorwał się do robienia zina, poszedł dalej, narysował go lewą łapą i oddał odbiorcom w ekskluzywnej wersji. Aby wyjaśnić dlaczego tak zrobił, należałoby powtórzyć to, co zawarłem w pierwszych akapitach. W skrócie: forma przytłacza treść, twórcy się opieprzają, a czytelnik i tak kupi, bo jest fanatykiem (a jednocześnie jest go mało i innego nie ma). I choć byli tacy, co wieszczyli koniec undergroundu (i zinów), to jednak okazuje się, że po prostu jakie czasy, taki underground (i ziny). Zawsze jest coś przeciw czemu można/trzeba wystąpić.
Lewą ręką spisane to esencja współczesnego komiksu w Polsce. Wbrew pozorom (tak, są dowcipy o fekaliach) bardzo rozsądna i w ciekawy sposób systematyzująca wiedzę na temat tego, co w tym zjawisku wymaga korekty. Albo, patrząc z drugiej strony, jest to pierwiosnek nowego trendu i rewolty dzieciaków z dysleksją i dysortografią, których satysfakcjonuje minimal z Wilq. Ja w produkcji Szymona Kaźmierczaka (tej, jak również kolejnych, już na łamach Ziniola zrecenzowanych) widzę chuligański pazur i to mi w zupełności do szczęścia wystarcza.
Lewą ręką spisane, wydanie I. Autor: Szymon Kaźmierczak. Występy gościnne: Szczepan Atroszko, Edyta Mei Bystroń, Barbara HoCon, Jakub Kijuc, Marta Nieznayu, Maciej Pałka, Magda Rucińska, Rafał Trejnis, prawa ręka autora.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl
Tak kibicowaliśmy na łamach Ziniola:

czwartek, 11 października 2012

Kwiatuszku - Czapiewski

Autor: Dominik Szcześniak
Skutkiem apokalipsy według Macieja Czapiewskiego są puste miasta, mutanci, roboty, wściekłe psy oraz dziewczyna, która szuka zapładniacza i żąda przedłużenia gatunku. "Jako ostatni ludzie na tej planecie mamy obowiązek się rozmnożyć" - mówi. 
Sorry, kwiatuszku, raczej nic z tego.
Autor debiutanckiego albumu SmallPressu nie mówi czytelnikowi zupełnie nic. W żadnym momencie tej historii nie przyjdą na ratunek ramki narracyjne z napisem "Chabarowsk (na przykład), rok 2035 (na przykład)" ani też piękne językowo opisy świata po kataklizmie. Czapiewski opowiada wyłącznie rysunkiem, raz na jakiś czas wkładając w usta bohaterów kilka prostych słów i zaledwie w dwóch scenach pozwalając im na wspomnienia w formie retrospekcji. Co istotne, komiks nie jest skonstruowany na zasadzie płynnie następujących po sobie scen. Życie bohaterów po prostu sobie trwa, a czytelnikowi zostają udostępnione mniej lub bardziej ważne chwile tego życia.
Nie używając dopowiedzeń, autor stworzył komiks oparty na przekonaniach jego bohaterów. Co jest lekarstwem w obliczu zagłady? Reprodukcja? A może gdzieś tam jest jakiś azyl, może nie są ostatnimi ludźmi na świecie? Miłość? Czy raczej potrzeba bycia z kimś? Walka czy przeczekanie? Ucieczka czy barykada w supermarkecie?
Siłą Kwiatuszku jest to, że autor daje totalne pole do popisu czytelnikowi. W jednym z odcinków ziniolowego kibicowania Maciej stwierdził, że "to będzie dziwny komiks" i rzeczywiście tak wyszło, bo w ujęciu odbiorcy rozrasta się do niewiarygodnych rozmiarów. Pozwala na niego patrzeć i interpretować, dochodzić sedna, dopowiedzieć to, co powiedziane nie zostało.
Jedyne, co Czapiewski rozpracował perfekcyjnie i w związku z czym w żadną inną ścieżkę interpretacyjną uciec sobie nie można, jest charakter głównej bohaterki. Dziewczyna jest konkretna i bez zbędnego gadania ściąga majtki lub kieruje dłoń napotkanego gościa (bo przecież nie wybranka) na swą pierś. Równie konkretnie reaguje na wyznania miłości. Jej pięści są bezdyskusyjne. Nie jest jednak kobiecą wersją Mad Maxa. To po prostu silna kobieta w świecie, który zatracił sens.

Udaje jej się znaleźć sprytnego zapładniacza czy może jednak "niech tu gospodarzą po nas karaluchy albo te roboty", jak mówi jeden z samców? To sprawdzicie czytając komiks. Komiks bardzo otwarty, stonowany, a jednak poruszający dość ważną kwestię.

W Kwiatuszku wchodzi się znienacka i tak samo wychodzi. Słynny slogan, mówiący że "można do niego wracać wielokrotnie" tutaj fantastycznie nie działa. Bo ten komiks rozwija się w czytelniku i płynie w jego głowie. Takie efekty nie zdarzają się zbyt często.
Kwiatuszku. Autor: Maciej Czapiewski. Wydawca: SmallPress.pl 2012
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl
Tak kibicowaliśmy Kwiatuszku:

środa, 10 października 2012

T.P.S.A. - Popakul/ Atroszko

Autor: Dominik Szcześniak
Wiersz to wiersz, a komiks jest komiksem. Tomasz Popakul i Szczepan Atroszko to T.P. i S.A., ale T.P.S.A. nie jest poemiksem. Popakul zarymował, stwarzając tym samym wyzwanie dla Atroszko: by poezję odzwierciedlić w rysunkach. I śmiem twierdzić, że się udało. Fanem poezji nie jestem, ale uważam, że wiersze z T.P.S.A. nie są absolutnie przeznaczone dla wielbicieli kółek recytatorskich i idealnie komponują się z komiksową konwencją.
Na zina składają się cztery szorciaki, które Atroszko potraktował bardzo indywidualnie, czego zapowiedź widoczna jest już w spisie treści, wykonanym sześcioma różnymi - użytymi w danej historyjce - czcionkami. Jest i wpływ kompa i tusz i ołówek i połączenie dwóch ostatnich. Mamy wreszcie styl hiper-realistyczny oraz wieńczący zbiorek rysunek oparty na popularnym na facebook'u profilu Polski komiks.
Rymy nie rażą. Momenty, w których należy parsknąć śmiechem są częste, ale wyważone. Popakul zdaje się improwizować, płynąć (zwłaszcza w fantastycznym, wielopokoleniowym kawałku Klątwa papieży), ale zdradza również zafascynowanie przemyślaną klamrą (Słone paluszki) oraz potrafi zaatakować świetną puentą (Polak, Rusek, Wierszokleta), która zostawi was tarzających się po podłodze lub choćby rechoczących w fotelu.
Przyzwoity efekt spotęgowany jest przemyślaną kompozycją albumu - zastosowana przez Atroszko różnorodność graficzna stanowi przecież prezentację jego możliwości. Świetny rozstrzał stylistyczny - od pokazania tego, jak sobie radzi w obróbce komputerowej po zwykły szkic, tusz (świetne, bardzo sfarowskie plansze z Klątwy...) czy zdjęciówkę ala Trust. Do tego pomysłowa okładka i mamy portfolio autora. Raczej nie reprezentujące wszystkich jego możliwości, ale na pewno nie raz przykuwające oko.
T.P.S.A. to bardzo pozytywne zaskoczenie. Zin bardzo niepozorny, ale na pewno znajdujący się w czołówce wydanych w tym roku. Nazwiska twórców warto zapamiętać w nadziei, że już wkrótce rozśmieszać będą większą publikę.
T.P.S.A. Rymowanki: Tomasz Popakul. Rysowanki: Szczepan Atroszko. www: dziewiata-sztuka.pl

Amazońska jazda - Kaźmierczak

Autor: Dominik Szcześniak
Ostatni takiego rodzaju eksperyment, jaki utkwił mi w pamięci, to Mikroobrazy Prosiaka. Mikroskopijne formatowo dziełka zawierały odciśnięte paluchem autora przeróżne wzorki. Można je było interpretować tak samo dowolnie, jak na przykład chmury na niebie albo płytki na podłodze w kibelku (jeśli ma się odpowiednie płytki). Moje Mikroobrazy zaginęły razem z szeregiem innych prosiakowych produkcji - zbiorów satyrycznych rysunków w rodzaju Teraz Polska, które miały nieco większy format. Amazońska jazda, napisana, narysowana i złożona przez niestrudzonego w swym szaleństwie Szymona Kaźmierczaka, również mi zaginęła i to zaraz po zakupie. Pierwszy plus dla autora: sprytny marketing. Wiedziony ciekawością, zakupiłem produkt ponownie i schowałem do tylnej kieszeni spodni, co było błędem, o czym za chwilę. 
Warto wspomnieć, że Kaźmierczak operując na formacie 46 mm (wysokość)/ 26 mm (szerokość) stworzył komiks fabularny, rysowany, normalnie z dymkami, kolorowy i - uwaga, to najlepsze - z grzbietem. No właśnie - tekturowy grzbiet w tylnej kieszeni spodni nieco się prasuje, rozmywają się także kolory na okładce. Mam nadzieję, że w przyszłych tego typu przedsięwzięciach wydawca bardziej zadba o tę sprawę. 
Album, a właściwie zesz... no, umówmy się, że po prostu komiks ma 8 stron, a jeśli ułoży się go stronami 4 i 5 do twardego podłoża, unosząc jednocześnie tekturowy grzbiet do góry, powstanie mini-choinka. Możliwe jest uzyskanie również innych wzorków. Nie dość, że wykonane z zegarmistrzowską precyzją, to jeszcze pasuje jak ulał na wigilijny stół.
Amazońska jazda to horror, ale i poradnik. Kaźmierczak zdaje się znać tematykę wyjazdów do Amazonii od podszewki, ale też nie stroni od stosowania cytatów. Problematyka poruszona w komiksie nie należy do najłatwiejszych - sprowadzanie do Polski krokodyli oraz zaginięcia dzieci w wodach Amazonii autor postanowił więc ubrać w humorystyczną otoczkę, jednocześnie posiłkując się wspomnianym już horrorem. Krew, szybka jazda i surfing nie spłycają jednak tematu, a być może nawet go uwznioślają. Najważniejsza jest bowiem drwina ze stwierdzenia, jakim autor postanowił rozpocząć swój nowy komiks: "Normalni chłopcy bawią się samochodami". Jak bardzo odważna była to decyzja, musicie przekonać się sami.
Graficznie komiks prezentuje się poprawnie. 46/26 mm (jeśli moje wprawne oko dobrze wykryło format) to nie jest pole do kompozycyjnych szaleństw. Kaźmierczak postawił na jeden kadr. I dobrze, bo dzięki temu tęcza wygląda jak tęcza, samochód jak samochód, a literki są czytelne. Zwraca uwagę ostatni kadr, bardzo ekspresyjny i wrzucający recenzenta na odpowiednią ścieżkę interpretacyjną.
Ten wstrząsający komiks warto postawić na półce. 
Amazońska jazda. Autor: Szymon Kaźmierczak. butelkacoli.blogspot.com
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.gildia.pl

wtorek, 9 października 2012

Zmarszczki - Molas

Autor: Dominik Szcześniak
Ładnie wydrukowana zinowa niespodzianka autorstwa Grzegorza Molasa. Jest to autor, który raczej nie wyszedł przed szereg w omawianych niedawno na Ziniolu Legendach bydgoskich. Tam współtworzył komiks kolorowy, robiony na zamówienie, ze scenariuszem pisanym pod dyktando. W Zmarszczkach pokazuje oblicze czarno-białe, zbliżone do Koterskiego, z jednym istotnym wyróżnikiem, charakterystycznym dla młodych twórców z "kręgu bydgoskiego"*: drwiną**.
Grzegorz Molas zadrwił sobie z zakończenia.
Pozbawiona dialogów, dziewięciostronicowa historia to sprawozdanie z kolejnych kilku dni życia 99-latka. Ciąg obrazków z marazmu, stagnacji, wrażenia "bycia tu na chwilę". Dudniące pomiędzy blokami "co będzie dalej?" oraz nieśmiale wyłażące spod kołdry "mam jeszcze tyle do zrobienia". Wypunktowane domowe czynności. Odwieszanie płaszcza, parzenie kawy, powolne zerknięcie za okno. I jeszcze jedno pytanie, świdrujące w łepetynie: "A może mogę coś zmienić?".
Zmarszczki, traktujące o próbie postawienia kolejnego kroku, szerokim łukiem omijają sentymentalne motywy. To nie jest historia z telewizora, z wzruszającym zakończeniem. To jest życie. Takie, w którym postawienie kolejnego kroku w celu odnalezienia sensu, okupione wieloma (nomen omen) zmarszczkami na ciele i duszy, może skutkować postawieniem jeszcze jednego. Pytanie: czy warto go stawiać, czy zadowolić się poprzednim, nawet jeśli był to jedynie kroczek?

Nie trzeba było robić z tego dużego albumu, ale należało te 9 plansz ładnie przybrać. Razem mamy 14 stron, w tym sztywną okładkę, stronę tytułową, reklamę strony www twórcy. Wnętrze komiksu wydrukowane jest na papierze kredowym. Narracja to w większości jednozdaniowce. Jest jeden dymek dialogowy. Wewnętrzne strony okładki wieją pustką. Brak również informacji o wydawcy, jakiejkolwiek stopki. Forma jeszcze bardziej ascetyczna niż w przypadku produkcji wydawanych przez Sławka Lewandowskiego. I dobrze, bo można się spokojnie skupić na treści. A ta się broni..

*Grzegorz Molas zdaje się blisko współpracować z Szymonem Kaźmierczakiem i Szczepanem Atroszko (o tym w jednej z najbliższych recenzji) - jako, że nie wiem z jakich miast pochodzą, wrzucam ich do worka "krąg bydgoski".
**więcej na ten temat w jednej z najbliższych recenzji
Zmarszczki. Autor: Grzegorz Molas. Wydał autor własnym sumptem. 
Komiks można nabyć tutaj: kontakt z  autorem