Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 21 października 2012

Dzień, w którym pokochałem Warrena Ellisa

Autor: Maciej Pałka
Dokładnej daty oczywiście nie pamiętam, ale było to w momencie gdy zakończyłem lekturę NO HERO. Siedmiozeszytowa mini-seria została wydana w 2008 przez Avatar. Jest to takie wydawnictwo, któremu udaje się skłonić Alana Moore'a do napisania scenariusza do pornosa z Cthulhu w roli głównej. Inni twórcy wyżywają się w Avatarowych produkcjach sadząc najbardziej pojechane splattery. Z reguły są to komiksy nie najwyższych lotów, w dodatku okraszone niezbyt zachęcającymi ilustracjami klonów Steve'a Dillona. Avatar zagospodarował swoją niszę, przyzwyczaił czytelników do nieustannego epatowania szokerami i co najważniejsze w ramach przyjętej konwencji dał absolutnie wolną rękę scenarzystom. Efektem jest katalog w którym figuruje przynajmniej kilka świetnych komiksów. Wspomniany Neonomicon Moore'a, Crossed Ennisa (i innych) jak też superbohaterskie szaleństwa Ellisa, które zostały odrzucone przez Marvela i DC. Prym wiedzie tu NO HERO - komiks, którym autorzy zafundowali mi wrażenia, z których do dziś nie mogę się otrząsnąć. 
Kilka słów o fabule: jedyna na świecie grupa superbohaterów (właściwie korporacja) zwana "Linią Frontu" po półwieczu kontrowersyjnego naprawiania świata staje w obliczu najbardziej zjadliwego ataku z zewnątrz. Superżołnierze wspomagani serum o ściśle tajnej recepturze prowadząc militarne akcje na całym świecie najwyraźniej narazili się już każdemu i definitywnie przeciągnęli strunę. W obliczu zagrożenia, lider drużyny Carric Masterson popełnia jeden błąd. O jeden błąd za dużo. 
Wyjściowy pomysł jest genialny w swojej prostocie. Historia grupy superbohaterów została zainspirowana popkulturą - głównie muzyką rozrywkową. Kolejne permutacje nawiązują do rewolucji Boba Dylana, ery Disco czy nawet do mody na figurki G.I.JOE. Podobne celebryckie funkcjonowanie super-grupy pokazał już Milligan w X-Force ale z racji że była to praca dla Marvela nie mógł przekroczyć pewnej granicy. Ellis nie mając do dyspozycji długiego runu a jedynie miniserię, postawił na lapidarność i sugestywną grę niedopowiedzeniami. Podobnie jak w Lidze Niezwykłych Dżentelmenów, jeśli znamy klucz (tutaj popkultura i polityka) możemy samodzielnie zbudować sobie szerokie tło wydarzeń. Dzięki zaangażowaniu czytelnika otrzymaliśmy przygodę już na etapie lektury. 
Zabawa intelektualna została zaserwowana w bezpretensonalnym avatarowym stylu pełnym hardkorowych zwrotów akcji i czarnego humoru. Ellis do cna wykorzystał brak redaktorskich hamulców. Jest bardzo brutalnie i bezkompromisowo. Szokujące momenty są jeszcze podkręcone nawiązaniami do typowych scen kojarzących się z superbohaterszczyzną. Są więc smaczki w postaci braku widocznych genitaliów pod obcisłym kostiumem supermana, nocny patrol dzielnicy czy w końcu akcja ratowania samolotu (tutaj kłaniają się też Boys Ennisa). Sceny sugestywnej przemocy potęgują ilustracje. Juan Jose Ryp nie bierze jeńców. No Hero jest apogeum, jakie osiągnął hiszpański rysownik pod egidą Avataru. Przekroczył swój poziom, który można było zdefiniować jako Geoff Darrow dla ubogich (zamiast śrubek i kabelków Ryp woli strugi krwi i flaków) a następnie został zwerbowany do Marvela gdzie spełnia się w Punisher MAX i Wolverine The Best There Is (nie wiedzieć czemu nie MAX). 
Jedynym minusem mini-serii jest jej długość. Ellis wykreował cały świat o wielkim potencjale, który później upchał w siedem zeszytów. Zakończenie jest rozczarowująco nagłe (choć logiczne). Po dość długim zawiązaniu akcji i precyzyjnym budowaniu klimatu, jak dla mnie zabrakło przynajmniej dwóch zeszytów aby wszystko pięknie wybrzmiało.
NO HERO. Scenariusz: Warren Ellis, rysunki: Juan Jose Ryp. AVATAR 2008

4 komentarze:

Michał Szyszka pisze...

A co jeszcze z Avatara, opróćz tych wymienionych, polecił byś, Autorze recenzji?

Maciej Pałka pisze...

Nie bardzo umiem polecić. Jako umiarkowany i wielokrotnie rozczarowany fan Ennisa poleciłbym jednak jego Crossed (pierwsza miniseria i jego run w Badlands).

Ogólnie komiksy z Avatara to dla mnie guilty pleasure, jak kiedyś filmy Tromy.

Anonimowy pisze...

"Neomicon" się dobrze czyta. Znaczy to taki kryminalny pornos z Cthulhu, ale w sumie bardziej warto, niż nie.
Macias

Anonimowy pisze...

Polecam Crecy. ŁK