Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

"Rewolucje: Dwa dni" - Skutnik

Autor: Dominik Szcześniak

Seria "Rewo
lucje" wraz z każdym kolejnym albumem określana była mianem jednego z najważniejszych komiksów autorstwa polskich rysowników. Adresowana do czytelnika, który potrafi myśleć i jest zainteresowany niebanalną lekturą, opowiadała historie wynalazków i losy ich twórców. Z charakterystycznie rysowanymi postaciami, wplątanymi przez Skutnika w alternatywny, akwarelowy świat, czytelnikom Egmontu przyszło pożegnać się w 2006 roku, kiedy ukazał się album "Syntagma". Mimo szuflady zaopatrzonej w scenariusze i głowy wyposażonej w świetne pomysły, kolejny album Skutnika z tej serii polscy czytelnicy dostali dopiero w roku bieżącym.

Jest to komiks bez słów, a więc ten z rodzaju najbardziej wymagających. Nie ma w nim narracji, a dialogi ograniczone są do wykrzykników i znaków zapytania. Brak jakichkolwiek wskazówek, które mogłyby tłumaczyć to, co znajduje się na rysunkach. Można go przeczytać w pięć minut, podsumować jednym zdaniem i po jednym dniu zapomnieć, ale wówczas straci się całą zabawę.
Bo "Dwa dni" to 68-stronicowe korepetycje z komiksu oraz album, który sprawdzi, jak wrażliwi jesteście na to medium.

Dwa dni to dwie historie. W pierwszej Skutnik wrzuca czytelnika
i bohatera w sytuację, w drugiej opowiada o wynalazcy. Sytuacja w dowcipny sposób wykorzystuje motyw zapętlenia, a opowieść dotyka zagadnienia podróży w czasie. Każda z tych historii jest świadectwem tego, że autor bardzo dobrze się bawił wymyślając je. I zaproszeniem, skierowanym w stronę odbiorcy, nakazującym mu ciągłe wertowanie stron do przodu i do tyłu w celu wyłapania szczegółów, którymi opowieści są nafaszerowane. Komiks Skutnika nie jest kameralny ani spokojny. Z jego stron bije ekstatyczna radość tworzenia.

Łatwo można się poślizgnąć podczas wyszukiwania inspiracji graficznych Skutnika i przypiąć mu łatkę Jasona. Co prawda norweski autor brał na warsztat podobną tematykę (patrz: "Skasowałem Adolfa Hitlera"), lecz w sensie graficznym sam jest tylko jednym z wielu kontynuatorów tradycji Herge'a. Czysta kreska to znak firmowy Skutnika w "Rewolucjach", a towarzyszy jej czysty przekaz, oparty na znakomicie prowadzonej narracji komiksowej i konsekwentnym postawieniu na funkcję komunikatywną komiksu. Skutnik, wybierając taką a nie inną formę, "skazał się" na narrację czysto obrazkową, jedynymi odstępstwami czyniąc onomatopeje oraz miejsca, w których udostępnia oczom czytelnika plany wynalazku jednego z bohaterów (dzięki czemu poznajemy jego imię i nazwisko). Ze starcia z najtrudniejszym rodzajem komiksu wyszedł zwycięsko, a obok ciekawej formy przedstawił intrygującą - i osadzoną w uniwersum "Rewolucji" - treść. Czego chcieć więcej?

Może tego, by tak fenomenalny komiks nie kisił się na rynku, który nie doceni go tak, jak doceniłby niemal każdy inny. Pewnie dlatego wydawca pokusił się o edycję międzynarodową. Obok polskiego widnieje angielski tytuł, a złotówkom na odwrocie towarzyszą ich odpowiedniki w euro i dolarach. Dodawszy do tego jakość wydania, z której zadowolony był sam autor, otrzymujemy idealny towar eksportowy, którym możemy chwalić się już wszędzie.
"Rewolucje: Dwa dni". Autor: Mateusz Skutnik. Wydawca: Mroja Press 2010

Brak komentarzy: