Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 15 sierpnia 2010

"Lucyfer: Inferno" - Carey

Autor: Dominik Szcześniak

Neil Gaiman, tworząc "Sandmana" zamiast skupiać się tylko i wyłącznie na przedstawianiu losów tytułowej postaci, pozwalał sobie na skoki w bok. W wielu zeszytach serii Władca Snów był bohaterem drugoplanowym, bądź nawet nie pojawiał się wcale. Jego miejsce zajmowali inni, równie ciekawi osobnicy zamieszkujący Śnienie, ale nie tylko oni. Włodarze Vertigo dostrzegli potencjał tkwiący w natworzonych hurtowo gaimanowskich bytach i części z nich ofiarowali własne serie. Jedną z nich jest "Lucyfer", pisany przez Mike'a Careya pod czujnym okiem Gaimana jako konsultanta merytorycznego.

Po wielce obiecującym początku, jakim był album "Diabeł na progu", Carey widocznie zbytnio uwierzył w swe siły i - będąc namaszczonym przez mistrza - zaczął za wszelką cenę udowadniać, że jest godzien bycia drugim Gaimanem. Skutkowało to nudną konfekcją, dworskimi archaizmami i dialogami momentami tak wysoce wysublimowanymi, że aż nieczytelnymi. Mike Carey nie zapomniał również o nawiązaniach do sztuki, literatury czy ulubionej przez Gaimana mitologii i w każdy zeszyt serii o Lucyferze postanowił wrzucać nieliczone ilości tychże. To, co u Gaimana było fajnym ozdobnikiem w opowiadaniu fascynujących historii, u Careya miało stać się motorem napędowym jego pisarstwa. Tyle, że ostatecznie tak naprawdę zamgliło nieco przekaz historii, które pisał. Nieciekawe wrażenie przez większość czasu potęgował zespół rysowników "Lucyfera" - Peter Gross, będący daleki od formy prezentowanej w "Books of Magic" i Dean Ormston, wciąż doskonalący swój warsztat, ale jednak pozwalający sobie na drobne błędy.

To, co natomiast stanowiło o sile serii to zdecydowana i mocna kreacja tytułowego bohatera. Przedstawiony jako cwany, manipulatorski drań, Lucyfer co chwila wrzucany był przez scenarzystę w wir coraz to bardziej pokrętnych intryg. A wraz z nim kilka postaci drugoplanowych. Tę akurat cechę, charakterystyczną dla Gaimana, Carey przyswoił sobie całkiem nieźle. Choć można było odnieść wrażenie, że wprowadzał te postaci bez ładu i składu, to jednak w albumie "Inferno" widać, że każda z nich była skrupulatnie wymyślona - omawiany tom serii w bardzo sprawny sposób łączy wszystkie wątki i zamyka większość z nich w finalnym pojedynku Lucyfera z Amenadielem.

Carey po raz pierwszy od debiutanckiego albumu "Lucyfera" serwuje czytelnikowi silne emocje. Pojedynek, przeplatany scenami z uwięzioną przez Wielkiego Scorio Mazikeen, rozegrany jest mistrzowsko. I choć końcowego rezultatu łatwo się domyślić, sceny, które do niego prowadzą trzymają napięcie. Graficznie album urozmaica występ Craiga Hamiltona, a Dean Ormston w krótkiej, mrocznej historyjce, prezentuje się wyśmienicie.

Mike Carey zdecydowanie nie jest drugim Gaimanem. Potrafi przysnąć nad pisanym przez siebie scenariuszem, popaść w bełkotliwe archaizmy i dać do zrozumienia, że nie do końca wie, z czym się mierzy. Jednak kiedy już się zbudzi i doda do siebie wszystkie składniki, które przygotował sobie tak dawno temu, że czytelnik zdążył już o nich zapomnieć, potrafi zaskoczyć i pokazać, że pisarzem bywa sprawnym. "Inferno" to wiatr w żagle serialu "Lucyfer" i okazja ku temu, by dać serii drugą szansę. Jeśli w przyszłych tomach poziom zostanie utrzymany, będzie fantastycznie.

"Lucyfer: Inferno". Scenariusz: Mike Carey. Rysunki: Peter Gross, Ryan Kelly, Dean Ormston, Craig Hamilton. Kolor: Daniel Vozzo. Okładka: Christopher Moeller. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawca: Egmont 2010

Brak komentarzy: