Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 8 września 2013

Co się z tobą stało, Green Lanternie?

“Co się z Tobą stało? Gdzieś się podział miłośniku Green Lanterna?” – rozpaczliwie pytał Arek Wróblewski w ostatnim polskim wydaniu przygód Zielonej Latarni. Serial został zamknięty znienacka w wakacje 1994 roku na zeszycie numer 25 oryginalnej serii. Po fantastycznej sadze „Szmaragdowy świt”, powrocie na OA i walce na pięści z Guyem Gardnerem, Hal Jordan wrócił na stanowisko Green Lanterna sektora ziemskiego. Jakaś historia się skończyła, można więc było odnieść wrażenie, że polski edytor dobrze trafił z likwidacją serii. Jednak w alternatywnym świecie Stanów Zjednoczonych, Hal Jordan - ten prawy, rozsądny Amerykanin, który niegdyś był rozbrykanym, wyluzowanym Amerykaninem - działał dalej. Historia trwała, a po zeszycie numer 25 ukazywały się kolejne. 
I były one powrotem do starego, dobrego „Green Lanterna”. Do tych rysunków i scenariuszy, które idealnie oddawały pulpowość serii. Gardner dostał po ryju, Jordan wrócił na ziemię. Powrócił również znany już ze „Szmaragdowego świtu” tercet Gerard Jones, M.D.Bright i Romeo Tanghal. 
„Czy w blasku dnia, czy w cieniu nocy – strzeż się zielonej pierścienia mocy” – recytując tę formułkę i wkładając paluchy do sporych rozmiarów latarni koloru zielonego, Hal Jordan zapewniał sobie doładowanie na cały boży dzień. Powrót na ziemię autorzy rozpoczęli rzecz jasna od ukazania pięknych spraw związanych z nasza planetą – Jordan wita się z kwiatkami, przybija piątkę z fajnymi krajobrazami i ślini się na widok hot-doga. Jest gwiazdorem – rozdaje autografy na lewo i prawo, a jednocześnie potrafi spojrzeć z pokorą na swoje życie. Scenarzysta komiksu wnika w osobowość Hala Jordana, zielonego superherosa odstawiając na bok. Zabieg zbożny, ale nie do końca udany. 
„Green Lantern” 26-28 to trzyczęściowa historia „Evil Star Rising”. Jordan snuje się po ulicach za dnia, a ślęczy nad lekturą poradników odnośnie zakładania własnego biznesu nocą. Plany ma sielankowe – własna działalność gospodarcza dotyczyć ma małego przedsiębiorstwa transportu powietrznego. W całą akcję pragnie włączyć również Carol Ferris – byłą szefową, byłą Star Saphirre (z którą stoczył walkę z gatunku „na śmierć i życie”), aktualną przyjaciółkę, przyszłą pracownicę. Telenowelistyczna pikanteria podrasowana jest rzecz jasna wątkiem miłosnym, a w tle… no właśnie. W tle musi pojawić się walka o władanie światem. Przeciwników Green Lantern ma wielu – Evil Star  ze swoimi Starlingami, Piston, czy wreszcie koleżka o groźnej ksywce Goldface. Na stronicach komiksu pojawia się również kilku innych, toczących ze sobą bezsensowne spory, lecz prym wiedzie postać tytułowa. Evil Star, wyposażony w niezwykle głupkowaty kostium, został swego czasu pozbawiony mocy przez Green Lanterna. Teraz chce ją odzyskać. Czy mu się uda? W normalnych warunkach nie miałby szans, ale przecież Hal może być zmęczony i sfrustrowany przez wzgląd na brak zdolności kredytowej i niemożność ruszenia z własną firmą. Może zrobić coś głupiego, np. nie zasłonić firanki podczas ładowania pierścienia w rytm średnio porywającej rymowanki… Kto wie? 
Co drugi odcinek przygód Green Lanterna kończył się w tamtych czasach podobnym obrazkiem: Hal Jordan, startujący w przestworza z pierścieniem na palcu i uśmiechem na buzi. Ten stały motyw stosowany był z innym, równie stałym, ukazującym bohatera w sytuacji nagłego zagrożenia. Przewidywalne cliffhangery to jeden z tych powodów, dla których darzę ten komiks sympatią. Podobnie, jak rysunki M.D.Brighta, który w klasie „rzemieślnika, któremu zdarzy się lekko potknąć” może być spokojnie stawiany na podobnym poziomie co Steve Dillon. In plus omawianego, ponad dwudziestoletniego już starocia, jest również to, że opowiada o początkach bohatera. Bez alternatywnych rzeczywistości, bez śmierci i zmartwychwstania, bez pierdyliarda głupich pomysłów, jakie przytrafiają się dziś niemal każdej komiksowej serii. Przytrafiły się i „Green Lanternowi”, dlatego warto sięgnąć po te starsze kawałki, aby oddać się niezobowiązującej rozrywce bez niepotrzebnego bagażu. 
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach drukowanej edycji magazynu komiksowego "Ziniol" w cyklu "Straszny staroć” pod tytułem "Jak ruszyć z własnym biznesem? Hal Jordan służy radą".

Brak komentarzy: