Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 14 sierpnia 2016

Tymek i Mistrz/ Hilda i czarna bestia

Zbiorcze wydanie serii „Tymek i Mistrz” Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka nareszcie na księgarskich półkach. Seria, która niegdyś publikowana była w dodatku komiksowym do Gazety Wyborczej, a której to następnie ukazało się kilka pojedynczych albumów, wreszcie doczekała się porządnej edycji. Twarda oprawa, mnóstwo stron i szereg krótkich historyjek z parą tytułowych bohaterów. A to dopiero pierwsza część kompletnej edycji!

Mistrz to czarnoksiężnik, Tymek zaś – jego uczeń. Panowie na co dzień parają się magią, walczą ze złem i niedobrem oraz próbują powstrzymać przed rozsiewaniem złych emocji swoich przeciwników – czarnoksiężnika Psuja i jego ucznia Popsuja. Mnóstwo humoru i pięknych ilustracji, fantastyczne pomysły mniej więcej co trzy strony – tak w skrócie prezentuje się "Tymek i Mistrz". Rafał Skarżycki – jeden z najlepszych polskich współczesnych scenarzystów i Tomasz Leśniak – o którym można powiedzieć to samo w kategorii rysowników to duet rozumiejący się bez słów, bo i działający ze sobą nieprzerwanie od wielu, wielu lat. Ich komiks to fantastyczna rzecz dla dzieciaków – tych małych, i tych większych. Polecam! 

Z kolei „Hilda i czarna bestia” Luke’a Pearsona to kolejna część przygód sprytnej dziewczynki, mieszkającej w Trolbergu. W tej przygodzie głównym zajęciem Hildy jest zdobywanie sprawności harcerskich, rozpraszane przez ciągłe pojawianie się pokątków - czyli domowych duszków oraz ogromnego, podobnego do wilków stwora – tytułowej czarnej bestii. Ta seria może bez problemów zauroczyć najmłodszych czytelników komiksów. Jest świetnie narysowana, a - choć momentami wieje z niej grozą - jest generalnie książką przyjazną dziecku. 

Pearson wykreował bardzo sugestywny świat przedstawiony. To taka mikstura, składająca się ze zwykłego życia i delikatnych elementów fantastycznych, wymieszanych w odpowiednich proporcjach.  Z jednej strony jest tu więc zwykłe życie małej dziewczynki, jej pupila i mamy, bogate w humorystyczne, życiowe anegdotki osadzone w przestrzeni domowej. Z drugiej zaś czytelnicy znajdą tu wielkie oczy straszące w mrocznym lesie, małe śmieszne ludki-patyczaki, czy też kłebowisko trolli. Sympatyczni bohaterowie, śmieszno-straszny klimat, efektowne zakończenie i kilka istotnych morałów – wszystko to sprawia, że przygodami Hildy warto się zainteresować. Poza „czarną bestią”, opublikowano jeszcze trzy inne części, zatytułowane „Hilda i Troll”, „Hilda i Nocny Olbrzym” oraz „Hilda i ptasia parada”. Warto!
"Tymek i mistrz". Scenariusz: Rafał Skarżycki. Rysunki: Tomasz Leśniak. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl

"Hilda i czarna bestia". Autor: Luke Pearson. Wydawca: Centrala, Poznań 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia. pl

piątek, 12 sierpnia 2016

Bez przebaczenia/ Staruszek Anderson - Hermann/ Yves H.

W „Bez przebaczenia” nie ma ani Clinta Eastwooda, ani Gene’a Hackmana. Ten komiks, stworzony wspólnie przez ojca i syna komiksiarzy opowiada o relacji między ojcem i synem – bandytami. 

Hermann Huppen i jego syn Yves komiksują o tym, jak daleko lub niedaleko pada jabłko od jabłoni i jak bardzo grzechy ojców stają się grzechami synów. Akcja „Bez przebaczenia” dzieje się na przestrzeni kilku lat pod koniec XIX wieku w hrabstwie Sweetwater. Buck Carter, bezwzględny przestępca, ścigany jest przez szeryfa federalnego i jego paczkę. I co prawda ciągle unika złapania i niewątpliwego stryczka, lecz w momencie, gdy bandycka profesja wciąga jego syna, wychodzi z ukrycia… 

Ten niezwykle kameralny, ciągnący się niespiesznie western zrealizowany jest perfekcyjnie. Rysunki to klasa sama w sobie. Przepiękne pejzaże oddają wszelkie uroki Dzikiego Zachodu. Milczące panele wyznaczają tempo akcji. Poezja. Grafice nie ustępuje scenariusz, konsekwentnie podporządkowany głównemu wątkowi i niezwykle ważny w swej wymowie. 

„Bez przebaczenia” nie jest kolejną mdłą strzelanką, traktującą Dziki Zachód jako scenerię. To mocna i dramatyczna wizja relacji ojcowsko-synowskich, która bez przebaczenia traktuje zarówno bohaterów komiksu, jak i czytelnika. 

Co ciekawe, scenarzysta – mimo kilku możliwości – nie poszedł w tym komiksie na żadne kompromisy. Chyba dlatego wyszła tak świetna rzecz. Bo gdyby poszedł, zapewne zabiłby ten komiks. 

To nie pierwszy efekt współpracy Yvesa z Hermannem – w 2014 roku ukazała się ich „Stacja 16” a rok później na rynku pojawiła się kontynuacja średniowiecznej sagi o Wieżach Bois-Maury. Najnowszą produkcją sygnowaną nazwiskami ojca i syna jest "Staruszek Anderson"
To osadzona w Stanach Zjednoczonych w latach 50. ubiegłego wieku opowieść o zemście. Osiem lat po zaginięciu wnuczki, stary Anderson wchodzi wreszcie w posiadanie informacji o ludziach, którzy ją uprowadzili i zabili. Nie zbroi się jednak na wojnę jak Charles Bronson, gdyż nie ma ku temu warunków. Jest czarnym, żyjącym wśród białych, którzy mają prawo traktować go jak psa. Cała akcja rozgrywa się więc po cichu i w akompaniamencie rasistowskich haseł i ludzkiej znieczulicy. 

„Staruszek Anderson” operuje schematem w sposób może nie odkrywczy, ale również bez epatowania tanimi emocjami. To komiks antyrasistowski, ale odżegnujący się od moralizatorstwa. Album o bezsensownym szczuciu, obecnym wszędzie i ciągle. A wreszcie album o tym, że ludzie to jednak niezłe bydlaki. Hermann i Yves H. wymownym zakończeniem nie zostawiają złudzeń co do wartości gatunku ludzkiego. Pokazują też, że bohater bohaterowi nierówny, a jego efektywność uzależniona jest od warunków społecznych. 

Charles Bronson na swoje życzenie śmierci miał pięć szans. Zgadnijcie iloma musiał zadowolić się staruszek Anderson?  
"Bez przebaczenia"
"Bez przebaczenia". Scenariusz: Yves H. Rysunki: Hermann Huppen. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.

"Staruszek Anderson". Scenariusz: Yves H. Rysunki: Hermann Huppen. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016.
Komiksy można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl

środa, 10 sierpnia 2016

Wspomnienie Jerzego Wróblewskiego

W sierpniu obchodzimy 75. rocznicę urodzin (7.08.41) oraz 25 rocznicę śmierci (10.08.91) wybitnego polskiego twórcy komiksów - Jerzego Wróblewskiego.
„Pię-ękna!” – ten pożądliwy okrzyk Zeusa skierowany w stronę księżniczki Europy, przeczytany w dzieciństwie, pozostał ze mną do dzisiaj. Często stosuję go w odniesieniu do mojej żony. Jako łepek odczytałem go sobie jako taki przeciągły, przerwany nagłym jąknięciem odgłos. Pochodzi z obrazka na drugiej stronie komiksu „Legendy wyspy labiryntu” – albumu, który wrył mi się pamięć i nawet archaiczna forma scenariusza tego nie zmieniła. Zresztą, polityczna, czy też propagandowa otoczka obecna w innych tekstach Stefana Weinfelda i współczesnych mu kolegów również do mnie nie docierała. W głowie zostało mi tylko to, co dzieciak przyswajał najłatwiej – wartka akcja, przygody i kreska. I choć dane rysownika nie widniały na okładkach jego komiksów, a dzieciaki nie zawracały sobie wtedy głowy takimi sprawami jak czytanie stopki redakcyjnej, to ja jednak to nazwisko znałem. Jerzy Wróblewski był cichym bohaterem mojego dzieciństwa. Dzięki „Legendom” wsiąkłem w mitologię grecką i pewnie napisałem kilka porządnych wypracowań z polskiego. Na własne potrzeby ogarnąłem też sobie temat Elvisa Presleya, bo przecież Tezeusz z komiksu miał twarz Elvisa. 

Równie wielkim hitem był dla mnie „Skradziony skarb”, z okładką skomponowaną w tak przyciągający wzrok sposób, że mogłem na niej parkować godzinami. Był na niej zwiastun kilku szybkich akcji, był Lee Marvin, była piękna blondyna i jakaś druga laska, której obecność poza okładkę zdaje się nie wypłynęła. Był też główny bohater – porucznik Montellano. Jak sądzę, zamysłem było zrobienie z niego włoskiego przystojniaka, jednak ten jego wąs i zaczes powodowały, że bardziej kojarzył mi się z polskim wujkiem. Każdy w Polsce miał takiego krewnego wśród starszych. Ja też miałem. 
Trzecim ulubionym komiksem mistrza był „Hernan Cortes i podbój Meksyku”. Nie wiem co mogę tu odkrywczego powiedzieć. To jeden z tych komiksów, które zostawiają w głowie ślad na całe życie. Wciąż mam we łbie szufladki ze scenami z tego albumu. Wiem, że zostaną tam już na zawsze.
Choć cenię wszechstronność, nigdy nie lubiłem „Binio Billa”. Do dzisiaj zdecydowanie wolę „realistyczne” plony Wróblewskiego. Rok jego śmierci– 1991 – to z perspektywy czasu data według mnie bardzo symboliczna. Bo umarł jeden z ostatnich mistrzów, o których historia i podręczniki będą pamiętały za te kilkaset lat. Niewielu takich pojawiło się później. Patrząc na prace Wróblewskiego, na jego ogromny dorobek – ten opublikowany i trzymany w szufladzie – odnoszę wrażenie, że był to człowiek, który żył komiksem ( nie mylić z „żył z komiksu”). Taka postawa, której dzisiejsze dzieciaki już nie rozumieją, bardzo mi odpowiada. Jako komiksiarz też oddycham komiksem na co dzień. To przekleństwo, ale i błogosławieństwo. Pewnie nie kochałbym tego tak bardzo, gdyby nie kontakty z komiksami Jerzego Wróblewskiego.
Dominik Szcześniak
Tekst pierwotnie ukazał się w książce Macieja Jasińskiego "Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych"

sobota, 6 sierpnia 2016

Heavy Metal Dredd/ Człowiek z Ciguri

„Heavy Metal Dredd” to – zgodnie z sugestywnym tytułem – ciężkie brzmienia i ostra jazda bez trzymanki. Za album o futurystycznych przygodach stróża prawa z Mega City One odpowiada sztab twórców na czele z Johnem Wagnerem, Alanem Grantem i Simonem Bisleyem. 
Ten tercet w końcowych latach minionego wieku wydał na świat wiele wspaniałych komiksów, takich jak „Lobo” czy „Sąd nad Gotham”, w  którym losy sędziego Dredda zostały splecione z perypetiami Batmana. Historie zawarte w „Heavy Metal Dredd” powstały właśnie w tamtych czasach, w związku z czym dla fanów Bisleya ten zbiór będzie możliwością podziwiania mistrza u absolutnego szczytu formy. Jego rysunki wgniatają w fotel. Każda strona namalowana bądź narysowana przez Biza to mistrzostwo. Gorzej z resztą. Brendan McCarthy jest co prawda jak zwykle znakomity, a Dean Ormston zaskakująco dobry, ale drugi z rysowników, mających najwięcej do powiedzenia przy tym tytule – John Hicklenton – prezentuje poziom o kilka klas niższy od kolegów. Co do scenariuszy – w przypadku antologii krótkich form, jaką jest „Heavy Metal Dreed”, zwykło się mówić, że znajdują się w niej historie lepsze i gorsze. W tym zbiorze przeważają niestety te gorsze, bardzo pretekstowe i niezbyt pomysłowe. 

Ten album zdaje się ciągnąć na swoich barkach Simon Bisley. I robi to z taką klasą, że mimo kilku minusów warto się tą pozycją zainteresować. 

Natomiast sporo radości koneserom sprawić powinien „Człowiek z Ciguri” – album autorstwa Jeana Girauda, czyli Moebiusa wydany w ramach kolekcji ”Mistrzowie komiksu”. Złośliwi mówią o tym albumie, że stanowi portfolio Moebiusa i że jego lekturę można skończyć na obejrzeniu obrazków – wszystko przez wzgląd na improwizowany charakter fabuły, będącej kontynuacją innego szalonego komiksu autora – „Garażu hermetycznego”. 

Ten wesoły zestaw kwasowych scen i wizji rzeczywiście nie jest dla każdego, ale dla świadomych czasu, w którym powstał i kontekstu historycznego może stanowić niezłą frajdę. Jakkolwiek nie ocenilibyśmy osobliwego scenariusza, Człowiek z Ciguri pozostaje niedoścignionym wzorem jeśli chodzi o rysunek komiksowy. Mistrzowska kreska Moebiusa, podkreślona przez duży format publikacji, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się branży komiksowej w całej jej historii. 

Nadmienię jeszcze, że omawiane wydanie to wersja kolorowa – wcześniej, zarówno w pierwszym polskim wydaniu, jak i w amerykańskiej antologii „Cheval Noir” – komiks ukazał się w czerni i bieli. W obie wersje można wpatrywać się w nieskończoność, a publikacja w cyklu „Mistrzowie komiksu” – całkowicie zasłużona.

"Heavy Metal Dredd". Autorzy: Alan Grant, John Wagner, Simon Bisley, Dean Ormston, Brendan McCarthy, John Hicklenton. Wydawca: Studio Lain, Warszawa 2016. 

"Człowiek z Ciguri". Autor: Moebius. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Saga o Atlasie i Axisie/ Miasto psów

W pieskim świecie Atlasa i Axisa trwa wojna pełną gębą. Cudowne rysunki i piękne kolory nie są tu okolicznością łagodzącą – Pau bez ogródek pokazuje okropieństwa wojny. „Nieważne po której stronie staniesz – w wojnie wszyscy są źli” – mówi autor, ukazując przygody dwóch psiaków tułających się po świecie. 

Trzeci tom tej pisanej i rysowanej z rozmachem historii to opowieść, składająca się z dużej ilości scen walk. Pau swobodnie operuje swoim cartoonowym stylem, rysując mnóstwo kadrów, na których warto dłużej zawiesić oko. Niesamowite w jego wykonaniu są również plenery, rysowane z dynamizmem i dbałością o detal. 

„Saga o Atlasie i Axisie” to komiks tak wciągający, że te 60-stronicowe dawki w każdym tomie to zdecydowanie za mało. Wypada mieć nadzieję, że autor będzie tę sagę tworzył jeszcze przez długie lata i jeśli nie my, to nasze dzieci będą mogły chłonąć ją tysiącami stron. Oczywiście, gdy dorosną. 

Rozwojową serią jest również „Miasto psów”, której pierwszy tom ukazał się niedawno w sprzedaży. Jest to zagraniczny pełnometrażowy debiut niezwykle uzdolnionego polskiego komiksiarza – Jakuba Rebelki, stworzony wespół z Johanem Radomskim, francuskim scenarzystą polskiego pochodzenia. 

To coś dla wielbicieli fantasy osadzonej w średniowieczu. Główną bohaterką jest tu Enora, siostrzenica Volasa, tyrana władającego tytułowym Miastem Psów i stojącego na czele rodu, którego członkowie – jak to w średniowieczu – kochają się i zabijają, krzyżując się między sobą z dowolnością i zapałem godnym „Gry o tron” lub „Mody na sukces”. 

Pierwszy tom jest eleganckim wprowadzeniem w klimat opowieści - urzekającym przede wszystkim warstwą rysunkową, nieco mniej scenariuszem. Radomski wprowadza na arenę zdarzeń główne postaci dramatu, a retrospekcjami kreśli historyczne tło opowieści. Dialogi co prawda nie porywają, a zakończenie jest rwane, ale widać tu potencjał. Czas pokaże, czy scenarzysta jest ugładzoną wersją Jodorowskiego, czy może oddanym fanem Szekspira. 

Nie ma natomiast wątpliwości w przypadku Rebelki, który jest po prostu świetny. Jego debiut na francuskim rynku należy uznać za wyjątkowo udany. Mroczne, pewnie kreślone rysunki, pasujące do nich idealnie kolory i doświadczenie wypływające z każdej planszy. Brawo.

"Saga o Atlasie i Axisie". Autor: Pau. Tłumaczenie:Jakub Jankowski. Wydawca: Timof Comics, Warszawa 2016. 

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl, sklep wydawcy
 
"Miasto psów". Scenariusz: Yohan Radomski. Rysunki: Jakub Rebelka. Tłumaczenie: Olga Mysłowska. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl, sklep wydawcy 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Uga buga!

Zaczęło się tak, jak to się zwykle zaczyna - od kilku kresek i spisanej na kolanie krótkiej historii, stanowiącej preludium do czegoś znacznie dłuższego. „Kraina Herzoga” miała być moim autorskim projektem o galaktykach, przyjaźni, miłości i zdradzie. Trochę komiksem akcji, trochę drogi. Poważnym i wzniosłym, ale nie bez incydentalnych śmieszków wkomponowanych w fabułę. 
Pierwsze plansze powstały w 1999 lub 2000 roku. Po kilku miesiącach trzymania ich w szufladzie stwierdziłem, że jednak nie chce mi się tego dalej rysować. Jednocześnie było mi szkoda powstałego materiału. A muszę wspomnieć, że były to czasy, kiedy w ogóle wszystkiego było szkoda – każdego bazgroła, rysunku, planszy. I żeby nie było szkoda, to te wszystkie rzeczy publikowało się w zinach, ku uciesze właściwie nie wiadomo kogo. Wpadłem więc na pomysł, by „Krainę” również puścić w zinie, ale nie na zasadzie kolejnego niedokończonego projektu, a w formie komiksowego łańcuszka. Skleciłem więc list do moich kumpli-komiksiarzy, w którym to napisałem, że jest świetna zabawa – ja rysuję kilka plansz, wysyłam do Ciebie i Ty kontynuujesz opowieść, po czym odsyłasz mi to, co stworzyłeś, a ja ślę to dalej. Na bank wysłałem listy do Huberta Ronka i Mateusza Skutnika. Do listów dołączyłem kserówki gotowych stron komiksu. I czekałem. A działo się to w czasach, kiedy komunikacja z drugą osobą nie polegała na kliknięciu myszką, w związku z czym trochę sobie poczekałem. 
rys. Mateusz Skutnik
Obaj koledzy zgłosili akces do akcji. I chociaż Hubert redagował wtedy „Komiksową Gazetę Brawurową”, Mateusz „Vormkfasę”, a ja „Ziniola”, to nie myśleliśmy nad miejscem publikacji naszego komiksu. Po prostu słaliśmy sobie te listy jak wariaty. Hubert narysował drugi odcinek, pchając akcję w niespodziewane rejony. Skserowałem, wysłałem Mateuszowi. Poczekałem kilka tygodni i bach, kolejny odcinek gotowy! No i niestety, fragment Skutnika, odchodzący najdalej jak tylko się dało od posługujących się nabzdyczonym, poważnym językiem wymyślonych przeze mnie bohaterów i skupiający się na trzech postaciach drugoplanowych spowodował, że odechciało mi się ciągnąc tę akcję dalej. Wykorzystana na łamach skutnikowego odcinka sentencja „Uga buga!” stała się kultowym powiedzonkiem w różnych punktach na mapie Polski! Mateusz tak wywindował poziom i tak bardzo skręcałem się ze śmiechu podczas lektury jego komiksu, że uznałem, iż wszystko co powstało przed przybyciem Skutnika zasługuje na szybką wycieczkę do najbliższego kosza na śmieci. No więc napisałem list do Huberta, że mi się odechciało, na co on mi odpisał, że jemu się zachciało i że chętnie pociągnie temat dalej. Uga buga i do przodu!
Tym sposobem „Kraina Herzoga” zadebiutowała na papierze w kwietniu 2002 roku w czternastym numerze „KGB”. Stopka autorska tego komiksu-wspólnoty mogłaby wyglądać następująco: Kreacja postaci i zalążki fabuły: ja. Ambicja i konsekwencja: Hubert. To, co najlepsze: Mateusz. 
rys. Dominik Szcześniak
Hubert tak mocno zaangażował się w temat, że zabrał się za tworzenie szorciaków osadzonych w świecie Krainy Herzoga. Jednym z takich krótkich komiksów wygrał konkurs „Roweru Błażeja” – popularnego niegdyś programu dla młodzieży. Co więcej, dzielnie ciągnął dalej temat łańcuszka w KGB, angażując do niego takich twórców jak Krzysiek Kozłowski czy Marcin Ściolny. Dodatkowo, namówił mnie na pisanie kolejnych scenariuszy i kusił wizją albumu. Album rzeczywiście pojawił się w sprzedaży w 2004 roku. Premiera odbyła się podczas lubelskiej imprezy komiksowej TRACH!. Nakręceni naszym debiutanckim, elegancko wydrukowanym komiksem chcieliśmy działać dalej, ale dość szybko odpuściliśmy. Fragmenty niemal gotowego scenariusza albumu zatytułowanego „Kraina Herzoga: Czternasty” ostatecznie po lekkim liftingu wylądowały w narysowanym przez Marcina Rusteckiego komiksie „Ksionz: Era Muriel”, a kilka napisanych przeze mnie szorciaków nie opuściło foldera „Krótkie” na pulpicie mojego kompa.  Okazją na powrót do starych bohaterów był ostatni numer „Znakomiksu”, na potrzeby którego Andrzej Baron skojarzył mnie z Danielem Grzeszkiewiczem. Jak się okazało, Daniel w latach „świetności serii” tworzył własne wersje okładek do „Krainy Herzoga”, o których nie miałem pojęcia. 
Rok temu Mateusz Skutnik podesłał mi (pocztą) oryginalną planszę z ostatniego tomu tworzonej przez niego serii „Rewolucje”. Wcześniej napisał mi na Facebooku, że jest to plansza „z nawiązaniem do naszych czasów xero”. Listonosz zapukał, podpisałem kwity, wyciągnąłem planszę, patrzę, a tam jedna z postaci krzyczy „Uga buga!”. 
Świata być może nie podbiliśmy, ale wspomnienia są bezcenne. I wciąż żyją.


Dominik Szcześniak
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach dziesiątego numeru magazynu "Znakomiks"
rys. Mateusz Skutnik