Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 7 listopada 2013

Vincent i Van Gogh - Smudja

Co za komiks! Gradimir Smudja przygotował album, będący wspaniałym hołdem dla Vincenta van Gogha, malarstwa, komiksu, kotów oraz  inteligencji czytelnika. "Vincenta i Van Gogha" nie sposób traktować inaczej, niż jako wielkie wydarzenie kulturalne. Jego mecenasami są Wojciech Birek, miłośnik, przyjaciel i tłumacz Smudji, który odkrył go dla polskiego rynku oraz Paweł Timofiejuk, który umożliwił mu papierowy debiut w naszym kraju.
Serbski twórca był gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Każdemu zainteresowanemu - a było ich wielu - do albumu wrysowywał niesamowite kolorowe grafiki, przyciągając zarówno fanów komiksu, jak i przypadkowych przechodniów. Tematyka - ukazanie żywota jednego z najwybitniejszych malarzy świata - okazała się lepem na fanów van Gogha. Bo Smudja - który dla szwajcarskiej galerii malował kopie obrazów francuskich impresjonistów i postimpresjonistów, doprowadzając tę umiejętność do perfekcji - dla potrzeb "Vincenta i van Gogha" po prostu stał się tytułowym bohaterem.

Swój popis Smudja rozpoczął od pogrywania sobie z czytelnikiem i w tym pogrywaniu pozostał aż do końca pierwszej części komiksu. Zasugerował, że Vincent van Gogh jest nieudacznikiem, tworzącym obrazy skrajnie żenujące, a całą odpowiedzialność za jego sukcesy ponosi gadający kot-hulaka, którego Holender pewnego dnia ratuje z opresji. Dopiero w miarę rozwoju sytuacji, Smudja ujawnił swoją niebanalną koncepcję, łączącą ze sobą losy braci van Goghów i fikcyjnego piecucha, będącego w albumie uosobieniem talentu i wirtuozerii mistrza, jak również wytrychem do skonstruowania solidnej opowieści, dalekiej od nieciekawych, bo przyziemnych biografii oraz postacią, której fantastyczne przygody mogły rozgrywać się jedynie na płótnach największych malarzy.

Postrzeganie kota jako inspiracji twórczej i motoru napędowego działań artystów wszelkiej maści znane jest światu nie od dziś - współcześnie istnieje nawet przeświadczenie, że prawdziwy twórca komiksu powinien posiadać choć jednego miauczącego towarzysza. Świadom tego, Gradimir Smudja podrążył temat i okazało się, że i Rembrandt i Picasso i Delacroix i pewnie wielu innych również kota stawiało na piedestale. A sierściuchy odpłacały się im tworzeniem wspaniałych dzieł. Kocia część van Gogha to artysta, pełną garścią czerpiący z życia, ludzka - to siedzący przed sztalugą poszukiwacz sensu i mitycznego własnego stylu. 

Smudja opowiada obrazami Holendra. Jadąc pociągiem, Vincent za oknem ma żniwa w La Crau z Montmajour w tle, będąc w Arles śmiga drogą z cyprysem. Dosiada się do jedzących kartofle, płynie łóżkiem po gwiaździstej nocy... Każdy kadr prezentuje się imponująco, nawet te, które nie korzystają z malowideł mistrza. W obu znajdujących się w polskiej edycji częściach serii znaleźć można wiele smaczków i nawiązań - poza odniesieniami do Picassa, Moneta, Degasa czy Toulouse-Lautreca, są też inne: jest Marylin Monroe, Alfred Hitchcock, Robert Crumb, Tintin. Są również ludzie Ipo - rasa powstała w wyniku katastrofy nuklearnej w 2017 roku oraz ożywione posągi. Czemu nie? 

Nieprawdziwym byłoby twierdzenie, że cała siła "Vincenta i van Gogha" leży w przepięknych kadrach-obrazach. Pierwszorzędną robotę wykonał również Smudja-scenarzysta. Absurdalne pomysły sąsiadują w jego historii z szalonymi przygodami. Tak szalonego i pokręconego klimatu, jak w "Trzech księżycach" ciężko doszukać się gdziekolwiek indziej, a intrygujące wymiany zdań między kotem i człowiekiem dodają całości pikanterii. 

Komiks Gradimira Smudji nie ma słabych punktów. To majstersztyk, w pierwszorzędny sposób opowiadający historię życia holenderskiego artysty. Jest jak odnalezione po latach dzieło mistrza, komunikujące potomnym jedną, ale jakże ważną myśl: Van Gogh też rysował komiksy!
"Vincent i Van Gogh". Scenariusz i rysunki: Gradimir Smudja. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2013

środa, 6 listopada 2013

Z archiwum Jerzego Wróblewskiego (I, II)

Jerzy Wróblewski, jeden z mistrzów polskiego komiksu, autor równie wspaniale radzący sobie z kreską realistyczną, co humorystyczną, zostawił po sobie mnóstwo zarysowanych plansz. Był tak płodnym twórcą, że każdy czytelnik może kojarzyć go z innego dzieła - publikowanego na łamach "Świata Młodych" "Binio Billa", historycznego "Hernana Cortesa i podboju Meksyku", sensacyjnego "Skradzionego skarbu"... Opublikowane albumy jego autorstwa to jednak zaledwie promil twórczości. Wróblewski zadebiutował jako 17-latek na łamach bydgoskiego "Dziennika Wieczornego", z którym związał się na wiele lat, publikując na jego łamach niemal 70 komiksowych opowieści. 22 lata po śmierci artysty, dzięki staraniom i ogromnej pracy Macieja Jasińskiego, spełnił się sen wielbicieli twórczości mistrza: ruszyła seria "Z archiwum Jerzego Wróblewskiego", zbierająca wszystko, co mistrz zrobił na łamach "Dziennika".
Pierwsze dwa tomy stanowią ucztę dla koneserów, którzy gazetowe paski kompletowali, wklejając je po kolei do zeszytu, bądź trzymając w odpowiednich segregatorach. Znajdują się w nich komplety następujących opowieści: "James Hart" (publikowany na łamach "Dziennika Wieczornego" od 1 września do 9 października 1971 r.), 'Nie z tej ziemi" (14 lipca - 23 sierpnia 1965 r.), "Tom Texas" (1-29 kwietnia 1961 r.) i "Rycerze prerii" (29 kwietnia - 13 lipca      1965 r.). 
Jako, że jakość druku gazetowego w latach 60. nie była najlepsza, największym wyzwaniem przy przygotowaniu tych historii było wyczyszczenie skanów i dorobienie dymków. Maciej Jasiński wykonał znakomitą robotę. Wsparł go Andrzej Janicki, który przygotował okładki. Albumy edytorsko prezentują się bardzo elegancko - format A4, układ poziomy, papier kredowy. Wewnątrz - mnóstwo materiałów dodatkowych. Poza artykułem "20 lat z Dziennikiem Wieczornym" autorstwa Jasińskiego, znalazło się miejsce dla cyklu pasków "Wróbelek", kilku przygotowanych przez Wróblewskiego konkursów świątecznych oraz fantastycznego działu "Tego jeszcze nie było!".
W tak imponująco opracowanych zbiorach nawet wiejąca ze stronic komiksów starość nie jest minusem. Scenariuszowo te opowiastki to ramotki, przy czym uszeregowane od najlepszej do najgorszej, rysunkowo zaś jest to przegląd możliwości mistrza. Wróblewski w najwyższej formie to Wróblewski z  super-realistycznego "Jamesa Harta" oraz będących przedsmakiem "Binio Billa" "Rycerzy prerii". Porządny stripowy rysunek prezentuje również "Tom Texas", natomiast zdecydowanie najsłabiej wypada rysowane uproszczoną karykaturalną kreską "Nie z tej ziemi". 
Banały, nielogiczności, kulejące dialogi i grafomańska narracja w ostatniej opowieści to nie minus, a smaczek. Bo niezależnie od nich, dla fanów Wróblewskiego ten cykl będzie spełnieniem marzeń i niejedną łzę nad nim uronią. "Z archiwum Jerzego Wróblewskiego" to wielki hołd oddany jednemu z największych polskich komiksiarzy oraz wielka praca wykonana przez jego fanów. Rzecz bezcenna dla domowej biblioteczki polskiego komiksiarza.
"Z archiwum Jerzego Wróblewskiego", tomy I i II. Tekst i ilustracje: Jerzy Wróblewski. Przygotowanie okładki: Andrzej Janicki. Rekonstrukcja graficzna pasków komiksowych: Maciej Jasiński. Wyd. Wydawnictwo Ongrys - Leszek Kaczanowski, Bydgoszcz 2013. Album powstał w ramach programu stypendialnego dla osób zajmujących się twórczością artystyczną oraz upowszechnianiem kultury. program został zrealizowany dzięki wsparciu finansowemu miasta Bydgoszczy.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep Gildia.pl, Incal, Picture Book.pl
Tak kibicowaliśmy serii:

wtorek, 5 listopada 2013

Egipskie księżniczki - Baranko

Igor Baranko zbadał już starożytną Grecję w "Pifitiadzie" oraz ziemie polskie i ukraińskie XVII wieku w "Maksymie Osie". Tym razem proponuje nam wycieczkę do Egiptu spisków, zdrad, przepowiedni i namiętności. I podobnie, jak w przypadku kryminalnego "Maksyma Osy", nie ma litości dla czytelnika: Otworzyłeś komiks? Przeczytałeś kilka stron? To nie ma przebacz. Choćby ci powieki opadały, musisz czytać dalej, takie to dobre.
"Egipskie księżniczki" nie powtarzają w toporny sposób czegoś, co znane jest z mitów czy historii, nie bawią się w prostackie bryki, a tworzą nową jakość. Jakość wspartą niebanalnym scenariuszem i rysunkami, pozwalającymi wysnuć tezę, iż Igor Baranko jest nieślubnym dzieckiem Richarda Corbena i Jeana Girauda. Mistrzowskie opanowanie detalu idzie ramię w ramię z precyzyjnie rysowanym drugim planem, dynamika scen akcji zapiera dech w piersiach, a ilość sztuczek, pozwalających artyście przyspieszyć proces rysowania jest zerowa.
Baranko nie byłby sobą, gdyby odpuścił intrygę i nie wrzucił do niej odpowiedniej ilości osobników. Rzecz tyczy się zamachu na życie faraona Ramzesa III i roli, jaką w tym wydarzeniu odegrają tytułowe księżniczki, jego córki - Kiki i Titi. Przepowiednia głosi, że Kiki ocali życie faraona, w związku z czym wraz ze swą siostrą stają się obiektem ataku zwolenników zamachu stanu, wedle reguły: zmienimy przyszłość, wyjdzie na nasze. Ale czy przypadkiem przepowiednia nie była lewa a przepowiadający ją nie jest hochsztaplerem?
Biegające po kartach księżniczki póki co wyróżniają się jedynie tym, że przez większość czasu ganiają rozebrane, a umysły mają zamglone hipnozą lub miłością. Na szczęście towarzyszą im postaci o gigantycznym potencjale - wśród nich na czoło wysuwa się Jahmozis, do którego żywota Baranko postanowił wlać maksymalną chyba ilość tragizmu. Jest też tajemniczy przystojny kapłan z rozoranym policzkiem, wysoko postawiony grubas o łapczywym spojrzeniu, mędrzec mędrców, wielki zbrodniarz i pewien charakterystyczny i postawny jegomość, który przewija się przez komiks wykonując swoje 12 prac. Nawiązań do mitologii i Biblii Baranko stosuje sporo, ani razu nie będąc nachalnym.
"Egipskie księżniczki" zgrabnie oddają egipską architekturę, co widać jak na dłoni choćby w rozdziale "Umarłe miasto" czy też w opowieściach mędrca i architekta Amenhotepa Hapu. Mimo wiernego odwzorowania strojów i zwyczajów epoki, główny nacisk Baranko położył na dramaturgię. Sceny z głównymi bohaterami intrygi przeplatają się ze sobą, prowadząc do spotkań w odpowiednich momentach. Fabuła upstrzona jest dygresjami, sięgającymi dawnych czasów i tłumaczącymi postępowania bohaterów. Misternie skonstruowana, mimo elementów mistycznych, trzyma się mocno świata rzeczywistego, przedstawiając postaci z krwi i kości i takie też dialogi między nimi.
Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która w tej kompletnej opowieści nie gra, byłaby to okładka. Nieciekawa ilustracja, kolory i typografia nie zapowiadają uczty, jaka znajduje się wewnątrz. Ponad 120 stron czarno-białej biesiady to wystarczając rekompensata. "Egipskie księżniczki" to jeden z tych komiksów, na których ciąg dalszy chce się czekać. Drugi tom opowieści wydawca zaplanował na przyszłoroczną edycję Festiwalu Komiksowa Warszawa. Po lekturze części pierwszej, zaczniecie odliczać dni.
"Egipskie księżniczki". Scenariusz i rysunki: Igor Baranko. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: timof i cisi wspólnicy 2013, Warszawa 2013

Kibicujemy (359)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
"Wybrani" nie próżnują. Łukasz Gontarz, scenarzysta komiksu, tym razem odpowiada na pytanie: jak oni to robią?
Dominik poprosił mnie, żebym napisał jak tworzymy nasz komiks i szczerze powiem, że to zadanie okazało się trudne. Nie dlatego, że robimy to w jakiś szczególnie  skomplikowany sposób, ale dlatego, że poświęciliśmy temu właśnie zagadnieniu bardzo duży wpis na naszym blogu, a nie chcąc powtarzać tutaj, bezsensownie, informacji które zostały już tam umieszczone, zacząłem się zastanawiać w jaki sposób podejść do tego tematu w rubryce „Kibicujemy Komiksiarzom”, żeby nie było to wtórne ani nudne. No cóż, postaram się to ugryźć odrobinę z innej strony.

Tak jak napisałem w poprzednim wpisie, komiks zrodził się ze scenariusza filmowego. Potem z tego scenariusza powstał konspekt – była to rozpiska scen zawierająca opis wydarzeń jakie się w nich dzieją z określeniem ilości stron jakie należy im poświęcić. Po wykonaniu konspektu postanowiliśmy zrobić małą przerwę i przed przystąpieniem do kolejnych działań odświeżyliśmy sobie wszystkie filmy Sci-Fi których akcja umiejscowiona jest na pokładzie stacji lub statku kosmicznego. Były wśród nich filmy o których wspominałem poprzednio tj. Solaris, 2001: Odyseja kosmiczna, Moon i Obcy oraz kilka innych jak np. Sunshine (W stronę słońca) czy Event Horizon (Ukryty Wymiar). Szukaliśmy w nich inspiracji, a przede wszystkim bacznie przyglądaliśmy się scenografii. Te obserwacje posłużyły nam do stworzenia hermetycznego, surowego wystroju wnętrz na naszej stacji i rysunków sprzętów, pojazdów, maszyn itp. Z tego okresu utkwił mi również w pamięci komiks - Alien: an illustrated story, który jest adaptacją pierwszej części Obcego z 1979 r. Chodzi mi o ten - naprawdę świetna rzecz, polecam. 


Po dokształceniu się z zakresu kinematografii, sporządziłem prosty szkic na papierze, który pokazywał moje wyobrażenie o każdej ze scen.

Następnie Iga jako rysowniczka, przeniosła moje bazgroły przy pomocy tableta na ekran komputera i tak powstała kolejna, cyfrowa wersja szkicu:

Na tak przygotowanych planszach nanieśliśmy dymki i propozycje dialogowe. Powstały w ten sposób materiał posłużył do stworzenia ostatecznej wersji rysunków:
Mniej więcej w ten sposób przedstawia się nasz tryb pracy. Jak na początku wspomniałem - na ten temat znacznie więcej znajdziecie na naszym blogu, a dokładnie tutaj. Więc jeżeli chcecie wniknąć w to bardziej i interesuje was co naszym zdaniem zrobiliśmy źle, a co dobrze to zapraszam.

W czasie naszej wspólnej pracy panuje różna atmosfera. Można jednak powiedzieć, że wszystkie mini-konflikty jakie mieliśmy, wyszły na dobre komiksowi i zawsze udawały się stosunkowo łatwo załagodzić. Styl pracy również bywał i bywa różny. Jeżeli pracuję sam, to zwykle robię to w ciszy. Kiedy pracujemy wspólnie, zawsze leci coś w tle i jest to zazwyczaj muzyka. Podczas rysowania tego komiksu, słuchaliśmy głównie Radiohead (albumy Kid A, Amnesiac i OK Computer), trochę Davida Bowiego, Air ( albumy ViriginSuicide oraz 1000Hz Legend). Często w naszym odtwarzaczu lądował też niesamowity soundtrack do filmu „Łowca Androidów”, autorstwa Vangelisa – jak dla mnie absolutny nr 1 wśród soundtracków filmowych. Kidy Iga pracuje sama, w tle musi coś lecieć… cokolwiek. Ona po prostu potrzebuje dźwięku, żeby się skupić, więc często przyłapywałem ją na rysowaniu, kiedy w tle leciał jakiś telewizyjny badziew. Ale taki ma styl pracy i ja to kupuję. 

Jeżeli chodzi o ilość czasu jaki przeznaczamy na pracę, to jest z tym różnie – bywa tak, że pracujemy kilka dni pod rząd, poświęcając temu praktycznie każdą wolną chwilę. Niestety bywa i tak, że nie robimy nic przez tydzień albo dwa – z powodu naszej regularnej pracy lub po prostu z braku weny. Jest to praca twórcza i choćbyś nie wiem jak chciał, to po prostu są dni w których nie zrobisz nic, z czego będziesz zadowolony – musisz to zaakceptować. Z czasem przychodzi też zwyczajne zmęczenie materiału i wtedy nie można zrobić nic lepszego niż odpocząć i zebrać myśli, bo ważne jest żeby cały czas chciało ci się nad tym wszystkim pracować. To jeden z plusów niezależnego tworzenia – nikt nie narzuca ci terminów. Niestety jest on także pułapką w którą łatwo wpaść i odpuścić, bo ta praca jest trudna i żmudna – wie o tym każdy kto próbował coś narysować. Ważne jest żeby stosować jednak jakiś reżim. Jaki? To zależy od człowieka i jego samozaparcia. Wydaje mi się, że w sytuacjach kryzysowych dobrze jest założyć, że musi powstać minimalnie np. jedna strona na tydzień. Takie podejście cały czas scala cię z tym co robisz i stymuluje do szukania nowych pomysłów. 

Teraz, kiedy praca twórcza nad komiksem jest w zasadzie skończona i zostały nam już tylko poprawki (słowo „tylko” nie jest tu może do końca na miejscu, bo to naprawdę cholernie dużo pracy), postanowiliśmy ten reżim trochę zaostrzyć i próbujemy narzucić sobie terminy cząstkowe, ponieważ naprawdę chcemy dostarczyć naszą opowieść na czas i mamy nadzieję, że nic nie stanie nam na przeszkodzie.Tym optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć ten wpis. Mam nadzieję, że ta okołokomiksową gadanina was nie znudziła. A jeśli tak, to obiecuję, że następnym razem będzie rzeczowo i wyłącznie na temat "Wybranych" samych w sobie.
 
Zapraszam Was również na mini wystawę grafik pochodzących z naszego komiksu. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tu. Dla tych, którzy nie będą mogli jej obejrzeć umieścimy na blogu fotorelację i zestaw plansz, które można tam zobaczyć.

Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicuj komiksiarzom" jest Krzysztof Małecki

poniedziałek, 4 listopada 2013

Kibicujemy (358)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Od momentu ostatniego kibicowania "Tequili" Katarzyna Babis zdążyła zgarnąć kilka nagród (pierwszą na International Student Poster Biennale w Lublinie oraz wyróżnienie w konkursie na komiks o obrocie bezgotówkowym) oraz stworzyć okładkę albumu do scenariusza Łukasza Śmigla. Komiks zostanie wydany już niebawem. A jak przebiegają prace? 
Do wydania Tequili został już tylko miesiąc, a mi wydaje się, jakby to wczoraj Łukasz Śmigiel napisał do mnie maila z propozycją współpracy nad komiksem. Te wszystkie miesiące mignęły mi przez palce w mgnieniu oka, co jest raczej normalne przy tak wytężonej pracy. Teraz jest już oczywiście dużo bliżej niż dalej, ale dla mnie to właściwie dopiero początek. Ostatnie plansze, typografia, poprawki, ciągłe zmartwienie "a jak źle wyjdzie w druku?", "A jeśli gdzieś przeoczyłam fatalny błąd w anatomii?" "A jeśli układ kadrów okaże się nieczytelny?". Stres zjada mnie od środka, a oczywiście chciałabym, żeby w moim debiutanckim albumie wszystko było zapięte na ostatni guzik. Na szczęście mam pod ręką Daniela, który nie tylko służy radą doświadczonego gracza, ale też świeżym okiem pomaga mi spojrzeć na moją pracę z dystansem. Oprócz niego mam także wielkie wsparcie w osobie Łukasza Śmigla, który nie tylko wyłapuje wszelkie ewentualne usterki czy niedopowiedzenia, ale też ogromnie motywuje mnie do pracy. 
Jesteśmy na ostatniej prostej, widać już gdzieś na horyzoncie metę. Mimo stresu mam bardzo dobre przeczucia co do Tequili i widząc, jak postępują prace, mogę już spać dużo spokojniej niż na starcie.
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Marcin Rustecki

sobota, 2 listopada 2013

Na własny koszt - Brown

Chester Brown autobiograficznie o burdelu i kontaktach z prostytutkami. Karty komiksu zdominowane są przez filozoficzne rozmowy na temat najstarszego zawodu świata, łóżkowe gagi oraz sceny pełne golizny i seksu. Siła "Na własny koszt" tkwi w szczerości autora komiksu. Bo pal sześc fakt, że jest zabawnie, że bywa poważnie, że jest odpowiednia forma i że czyta się to wszystko świetnie - największym i najbardziej zapadającym w pamięć elementem komiksu Chestera Browna jest kreacja głównego bohatera tego komiksu, Chestera Browna.
"Niewzruszoność Chestera Browna wobec świata jest, moim zdaniem, godna podziwu - zgodnie ze słowami Chrystusa: "Bądźcie tymi, którzy przechodzą mimo!" - pisze we wstępie do komiksu "Na własny koszt" Robert Crumb i ma świętą rację. Brown wszystko, co przeciętny człowiek uznałby za tragedię, przyjmuje ze spokojem. Czuje się zwyczajnie, kiedy jego dziewczyna informuje go, że chciałaby spotykać się z kimś innym. Na zupełnym luzie przyjmuje fakt, że ten inny ostatecznie wprowadza się do ich wspólnego domu. Zamiast wyskakiwać na jegomościa z pięściami, ze stoickim spokojem wymalowanym na niewzruszonej twarzy odpowiada, że jest okej. Zamiast zabijać, tego typu sytuacje go wzmacniają. Każdą z nich potrafi sobie racjonalnie wytłumaczyć i wyciągnąć odpowiednie wnioski, jak na przykład takie, że "dogadujemy się dużo lepiej niż wtedy, gdy byliśmy razem". Sytuacja ostatecznie sprowadza go do tego, że nie chce mieć dziewczyny, ale chce uprawiać seks. Na te stojące do siebie w opozycji pragnienia z pomocą przychodzą prostytutki.
Brown pod lupę wziął nie stojące przy drodze "leśne ssaki" czy "grzybiarki", lecz prostytutki, które odwiedzał w umówionym miejscu po uprzednim kontakcie telefonicznym. W książce opisał każde spotkanie z prostytutką, jakie miało miejsce od marca 1999 do końca 2003 roku. Kobiety, którym płacił za seks, opisał z szacunkiem, zmieniając ich pseudonimy i karczując scenariusz z wielu - jego zdaniem interesujących i mogących dać książce bardzo dużo - informacji, które zostały mu przekazane w zaufaniu. Aby utrudnić komukolwiek rozpoznanie dziewczyn, nie pokazywał na rysunkach ich twarzy. Z wielką starannością pokazał natomiast całą resztę.
W komiksie ukazana jest droga bohatera od totalnego laika w kwestii kontaktów z dziwkami po prawdziwego konesera. Po co? By ukazać pogląd autora na zagadnienie: czy prostytucja powinna być regulowana prawnie czy nie? Zarówno kreacja głównego bohatera komiksu, słowa padające z jego ust, jak i szereg materiałów dodatkowych znajdujących się w albumie dają jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. "Wyjście na dziwki", od którego według niektórych gorsze jest tylko obcowanie z szatanem, na kartach komiksu Browna zostało przedstawione jako wyjście na randkę (a na randce zawsze przecież za coś się płaci). Autor  momentami nadaje swojej historii ton wręcz romantyczny.
Tak przygotowany komiksowy pamiętnik bywalca burdeli to lektura, która przyspawa was do krzesła na niemal 300 stron. Rytm opowieści Chestera Browna wyznaczony został przez jednolitą kompozycję plansz - każda z nich ma osiem kadrów. Wyjątkiem od tej reguły są dwie plansze: otwierająca rozdział, na której pewna przestrzeń oddana jest do dyspozycji winiecie, oraz ten rozdział zamykająca, na której każdorazowo znalazło się tyle kadrów, ile autor potrzebował akurat do jego zakończenia. Świadczy to o tym, że podstawową formą wyrazu Brown uczynił nie planszę, lecz kadr. Nie wyróżniał żadnego z nich, nie szukał dominanty, dał każdemu taką samą istotną rolę - opowiadania historii.
Kadry te, choć niewielkich rozmiarów, zawierają znaczną ilość detali. Jednocześnie sposób rysowania i technika kadrowania Browna czynią "Na własny koszt" książką, która zawiedzie czytelników, spodziewających się erotycznych czy też pornograficznych rozrywek. Brown zrobił obyczajówkę, bogatą w różnego rodzaju rozważania i kipiącą fantastycznym, nie zawsze orbitującym wokół seksu, humorem. 
"Na własny koszt" to kolejny znakomity komiks sprowadzony na polski rynek i na pewno kandydat na podium w corocznych podsumowaniach komiksowych specjalistów. Szczery, z fenomenalną kreacją głównego bohatera, idealnie dopasowaną formą i trafnymi dialogami. Więcej Chestera Browna w Polsce, Centralo.
"Na własny koszt. Komiksowy pamiętnik bywalca burdeli". Autor: Chester Brown. Tłumaczenie: Hubert Brychczyński. Wydawca: Centrala, Poznań 2013
Komiks można nabyć tutaj: Picture Book.pl, Sklep Gildia.pl

piątek, 1 listopada 2013

Kibicujemy (357)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Tomasz Król i Szczepan Marciniec ukończyli prace nad "Ostatnimi jeńcami" i udostępnili komiks w sieci. Przez miesiąc będzie można przeczytać go na tej stronie, po czym - według planów autorów - ma się pojawić jako płatny e-book. Jak powiedział Ziniolowi Tomasz Król, "wersja drukowana to kwestia przyszłości".
Ciąg dlaszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Rafał Szłapa