Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 12 stycznia 2012

Louve: Raissa - Surżenko/Yann

Autor: Dominik Szcześniak
Pierwsza z pobocznych serii Thorgala - Kriss de Valnor - pokazała, że gdzieś tam w tunelu tli się jeszcze światełko dla dzielnego Wikinga i nawet proceder odcinania kuponów od najlepszych albumów z jego udziałem może być gwarantem jako takiego poziomu. Druga, najnowsza seria ze światów Thorgala, skupiająca się na jego córce - Louve - staje na przeciwległym biegunie do poprzedniczki.
Album nawiązuje zarówno do aktualnych przygód Thorgala z jego regularnej serii, jak również do opublikowanych lata temu odcinków zatytułowanych Wilczyca i Gwiezdne dziecko. Został skonstruowany w taki sposób, że każda jego scena jest bardzo wyraźnym komunikatem, rzuconym przez wydawców i autorów. Komunikat ten brzmi: doimy cię, Thorgalu. Doimy na wszystkie możliwe sposoby.
Scenarzystą jest w Raissie Yann, czyli Yannick le Pennetier, polskiemu czytelnikowi znany bardziej jako Balac, współpracujący przy serii Sambre. Yann dokonał niemożliwego: pisząc Raissę połączył se sobą najbardziej znane chwyty warsztatu van Hamme'a z tymi najbardziej ogranymi. Nie omieszkał dorzucić również czegoś od siebie. Tym czymś są wątki, które nigdy w jakiejkolwiek serii związanej z Thorgalem nie powinny się pojawić, a źródła ich pojawienia się można upatrywać w komunikacie, który przywołałem powyżej.
Banalna konstrukcja albumu, skupiająca się na Louve (przebywającej wraz z Aaricią w wiosce Wikingów) opiera się na ukazaniu twardego charakteru córki Thorgala i jej podobieństw do ojca, jak również służy rozwinięciu wątku jej super-mocy, będącej spuścizną gwiezdnej rodziny: możliwości komunikowania się ze zwierzętami. Traf chciał i Yann chciał, że w ten schemat idealnie wpasowały się wilki, a więc stworzenia towarzyszące małej bohaterce przy narodzinach. Traf również chciał i Yann również chciał, że są to wilki, które kojarzą Louve właśnie z tej nocy, kiedy dziewczynka wydała z siebie pierwszy krzyk. Ich spotkanie z córką Thorgala to niewielki absurd w porównaniu z tym, który pojawia się w momencie, gdy wilki zaczynają opowiadać swoją historię, artykułując zdania wielokrotnie złożone, których pozazdrościłby im niemal każdy Wiking z wioski leżącej nieopodal.
Grzech pierwszy scenarzysty: zżynka z van Hamme'a. Sądzę, że sposób kadrowania, umieszczania w kadrze odgłosów dźwiękonaśladowczych oraz zawieszenia akcji pod koniec planszy to naturalna kontynuacja świetnych metod wypracowanych przez Rosińskiego, więc Yann nie musiał nawet uwzględniać ich w scenariuszu. Są jednak kwestie, których uwzględniać nie musiał, a mimo to je uwzględnił. Scenarzysta nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy z tego, że scena (najlepiej ta otwierająca album) na plaży, z główną bohaterką ćwiczącą w towarzystwie koleżanki strzelanie z łuku nie należy do najoryginalniejszych. Co prawda mógł założyć, że będzie to paralela do zachowań Thorgala z pierwszych tomów serii, ale najwyraźniej zwątpił w inteligencję czytelnika zakładając powyższe jeszcze kilkukrotnie w kolejnych scenach (ot, choćby w scenie znęcania się dzieci prawdziwych Wikingów nad dzieckiem bękarta). Bezrefleksyjne podejście do pisarstwa van Hamme'a przyozdobił kilkoma wtrętami, zdradzającymi upodobania do natarczywego stosowania nadmiaru bogactwa - czytając komiks natraficie na skojarzenia z nowelkami Łzy Thjaziego z Gwiezdnego dziecka i  ...Prawie raj ze Zdradzonej Czarodziejki, jak również albumami Ponad Krainą Cieni oraz Ofiara. Cały album stwarza wrażenie takiego potworka pozszywanego z wielu kawałków, z których każdy wyda nam się znajomy.
Yann pozostał wierny van Hamme'owi w jeszcze jednej kwestii: Aaricia jest tu tą samą kurą domową, tęskniącą za i wzdychającą do swojego męża. I postępującą tak samo irracjonalnie. Kto wie, może za kadencji Yanna albo Sente księżniczka przypomni sobie jeszcze swoje najlepsze momenty z czasów sagi Qa?
W tym całym służalczym podejściu do van Hamme'a najbardziej dziwi to, że Yann bez skrępowania dokonuje profanacji dorobku swojego poprzednika. Robi to zadając pytania i próbując dać odpowiedzi. Oto bowiem pojawia się dziadek, który był razem z Leifem Haraldssonem w momencie, gdy ten odkrył kapsułę z dzieckiem w środku. Dziadek coś wie. Jest dla Louve mentorem, który wprowadza ją w nota bene - światy Thorgala. Być może będzie wiedział gdzie się podział "mały drakkar z nieznanego metalu"? Być może będzie znał kogoś, kto np. widział moment lądowania kapsuły i zauważył, że było w niej jeszcze jedno dziecko? Niestety, podejście Yanna sugeruje, że każda idiotyczna teza może mieć w serii swoje pięć minut.
Yann beztrosko dowcipkuje sobie w nazewnictwie postaci: nowy apsztyfikant Aaricii nazywa się Lundgen, a wioskowy kowal to Lanffeustson.
Nawet jedyny w miarę oryginalny motyw Yann oparł o schemat van Hamme'a. Tak, jak Jolan trafił na zamek Manthora, tak Louve trafia na dwór Azzalepstona. Cel ten sam: ocalić Thorgala. Louve, aby tego dokonać musi poświęcić siebie i uwięzić dziką stronę swojej natury w słoiku sympatycznego blondwłosego władcy. A słoik bardzo łatwo jest odkręcić, co otwiera scenarzyście drogę do pisania kolejnych bzdur w drugim tomie serii odpryskowej.
Bardzo złego wrażenia nie poprawia rysownik. Świetnie wychodzi mu rysowanie Louve, fajnie radzi sobie w nocnych sceneriach, ale całościowo jest jedynie rzemieślnikiem, podobnym do wielu tworzących na rynku frankofońskim. Nie ma nic, co mogłoby go wyróżnić z tłumu, poza wspomnianym już podpieraniem się patentami Rosińskiego.
Raissa jest albumem nieudanym. Stanowi najgorszego rodzaju popłuczyny po świetnej serii i jest pierwszym tak dosadnym elementem kampanii, mającej na celu rozmienienie na drobne uznanego komiksu. Szkoda, że taki potworek pojawia się w momencie, kiedy regularna seria przeżywa renesans, a i Kriss de Valnor raczej powinna trzymać fason. Być może autorzy i wydawcy światów Thorgala chcieli Raissą przekazać jeszcze jeden komunikat: Nie musicie kupować wszystkiego.
Thorgal: Louve tom 1: Raissa. Scenariusz: Yann. Rysunek: Roman Surżenko. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska 2011

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo fajnie napisane. ale nie zgadzam się z recenzją.

Anonimowy pisze...

Podobnie jak kolega/koleżanka w komentarzu powyżej - Bardzo ładnie napisana recenzja, z którą się w większości NIE zgadzam. Fakt, album sprawia wrażenie pozlepianego naprędce, jednak moim zdaniem końcówka sugeruje, że dopiero drugi album będzie bardziej reprezentatywny. A "Raissę" czyta się bardzo przyjemnie, rysunek w porządku, Louve bardzo ładnie rysowana, nie oczekiwałem , że Surżenko "wstrzeli" się od razu w wymagającą serię i wyjdzie mu od razu coś na poziomie "Miasta zaginionego boga". sam zresztą prosił w wywiadzie, żeby poczekać z ocenami na drugi album. Moim zdaniem "odcięta dłoń boga Tyra" może dorównywać poziomem przynajmniej obecnej właściwej serii. Aha, jeszcze jedno, gdzieś czytałem opinię, że Louve jest potencjalnie literacko dużo ciekawszą postacią niż bardzo rozwodniony ostatnio Jolan i dużo bardziej zasługuje na własną serię. Zgadzam się z tą opinią całkowicie.