Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thorgal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thorgal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 stycznia 2017

Thorgal: Szkarłatny ogień - Dorison/ Rosiński

Są tacy, którzy twierdzą, że Thorgal skończył się na "Strażniczce kluczy", "Wilczycy", bądź "Słonecznym mieczu".  A jednak - wbrew ich idealistycznemu podejściu - seria nadal trwa. Od wielu, wielu lat napędzana jest jednak nie poziomem artystycznym, a intencjami biznesowymi. Po odejściu wyraźnie zmęczonego i wyeksploatowanego współtwórcy serii Jeana van Hamme’a za pisanie scenariuszy wziął się Yves Sente. A gdy ten zaczął przesadzać, wrzucając młodocianych bohaterów serii w sesje RPG, spychając Thorgala na drugi plan i obdarowując wszystkich jak leci cechami charakteru dalekimi od pierwowzoru, kierownictwo produkcji na stanowisku scenarzysty zatrudniło Xaviera Dorisona. 
Jego celem było uratowanie cyklu, którego ostatnie odcinki przekraczały granicę dopuszczalnego bełkotu. I muszę przyznać, że Dorisonowi udało się tę serię wyciągnąć z samego dna grafomanii. Czy jednak podczas lektury "Szkarłatnego ognia" poczuć można emocje towarzyszące niepokojącemu "Alinoe", tajemniczej i okrutnej "Krainie Qa", przyprawiającej o gęsią skórkę "Wilczycy", czy zaplątanemu w czasie "Władcy Gór"? 
Nie. Nie można. Dominującym uczuciem podczas lektury „Szkarłatnego ognia” jest uczucie ulgi, że oto ktoś na naszych oczach bardzo ładnie sprząta! Bo Dorison rzeczywiście zgrabnie wyczyścił głupoty zainicjowane przez wcześniejszego scenarzystę. Sklecił tak wyrazistą intrygę, jaką tylko mógł, korzystając z klocków, które pozostawił jego poprzednik. A w usta bohaterów powkładał momentami naprawdę dobrze brzmiące dialogi. Czuć rękę fachowca, co jest słodką obietnicą na przyszłość. 
Na początku „Szkarłatnego ognia” Thorgal wciąż przebywa w Bag Dadzie, gdzie próbuje odzyskać swojego syna Aniela z rąk Czerwonych magów, przekonanych, że Aniel jest inkarnacją mistrza ich zakonu. Zaś pod koniec albumu dziecko gwiazd jest już w drodze do Northlandu, na ziemie wikingów, które widziały najbardziej zapadające w pamięć przygody tytułowego  bohatera. Czyszczenie zakończone wzorcowo i nowa karta otwarta dla scenarzysty. 
Jeśli zaś chodzi o rysunki - Grzegorz Rosiński ponownie rysuje i maluje inaczej. Na gęstych plamach farby niekiedy jedynie umownie zarysowuje piórkiem kształt budynków. W BagDadzkich klimatach wyraźnie nie czuje się zbyt dobrze. Dla Rosińskiego, który podczas prac nad albumem borykał się z problemami zdrowotnymi, powrót do Northlandu również - być może - będzie powrotem z dalekiej podróży. 
Sądzę, że po raz pierwszy od wielu lat warto czekać na kolejny album Thorgala. To będzie prawdziwy test dla Dorisona, który póki co zaplusował tym, że potrafi świetnie sprzątać. 
"Thorgal: Szkarłatny ogień". Scenariusz: Xavier Dorison. Rysunki: Grzegorz Rosiński. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2016. Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep Gildia.pl

środa, 4 grudnia 2013

Thorgal: Kah-Aniel - Sente/ Rosiński

W trzydziestym czwartym albumie serii "Thorgal" znalazło się aż dziewięćdziesiąt sześć niemych kadrów. Jeśli przyjmiemy, że na planszy średnio mieści się tych kadrów siedem, niemal czternaście plansz składa się na milczący popis umiejętności Grzegorza Rosińskiego. Co więcej, polski rysownik wykonał w "Kah-Anielu" jeden kadr całostronicowy, co zdarza mu się niezwykle rzadko. Wierzę, że zrobił to po to, by samemu mieć frajdę i dać ją również czytelnikom, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że przede wszystkim chodziło mu o odwrócenie uwagi od "popisów" swojego kolegi, Yvesa Sente.
Kontynuujący dzieło Jeana van Hamme scenarzysta, który podczas reanimacji serii o dzielnym Wikingu mógł do tej pory liczyć na moje recenzenckie poparcie, doszedł do takiego momentu w swojej karierze, kiedy i ja zmuszony musiałem złapać się za czoło, przymknąć oczy, zacisnąć zęby i powiedzieć: "koniec". Gdy przedstawiał utrzymane w stylu sesji RPG przygody Jolana i jego świty - twierdziłem, że dostosowuje produkt do nowego czytelnika. Kiedy wszyscy krzyczeli, że nowym Thorgalem dokonuje zamachu na ich młodość - sugerowałem, że ich młodość przecież przeminęła, a warto by ta świeża, która trwa, również miała przyjemność rozwijać się w towarzystwie przystojnego naturalizowanego Wikinga. Kiedy dokonywał telenowelizacji serialu - bagatelizowałem temat, dając do zrozumienia, że przecież "Thorgal" telenowelą był od zawsze. W "Kah-Anielu" Sente nie tylko rozwinął powyższe tematy w trudny do zaakceptowania sposób, ale też przekroczył kilka innych granic, a przy tym - niestety - sprawił, że nie przeczytałem komiksu na jednym wdechu, przerywałem lekturę oraz - uwaga - ziewałem. Tak, Yves Sente stworzył nudny scenariusz, najnudniejszy w całej serii, przegadany i oparty na tym, że cały czas ktoś z offu nawija na temat kilkudziesięciu wymienianych z imienia, nazwiska i funkcji postaci.
Wysłanie Thorgala do Bag Dadhu w pogoni za porwanym synem i legendarnymi Czerwonymi Magami zaowocowało marazmem fabuły. Gadające głowy jedynie na chwilę ustępują pola wartkiej akcji, a wiele istotnych sytuacji rozgrywa się poza kadrem. Obok fantastycznych pustynnych scenerii oraz portowych klimatów, Rosiński zyskał sposobność zilustrowania lokalnych domostw, obyczajów i miejsc, które jednak znikają pod ogromem tekstu i ukazują swego rodzaju bezsilność polskiego artysty.
"Thorgalowi" bliżej obecnie nie do telenoweli wenezuelskiej, lecz tasiemca amerykańskiego, znanego polskim widzom jako "Moda na sukces". Zamiast pozwolić bohaterom zestarzeć się w spokoju i z honorem, twórcy "Światów Thorgala" beztrosko spuszczają ich ze smyczy, która przecież za ich świętym przyzwoleniem wiązała im szyje. Już teraz Sente doprowadził do tego, że niemal wszyscy (nie tylko dorośli) bohaterowie serii zaczęli się puszczać, a już wkrótce będziemy zapewne dochodzić jak doszło do tego, że jej ojciec jest zarazem jej synem, brat też jest synem, a syn mężem byłej żony.
Yves Sente na łamach "Thorgala" i "Kriss de Valnor" zniszczył spontaniczność serii. Zabrał Grzegorzowi Rosińskiemu przestrzeń do rysowania. Sprawił, że pomiędzy Thorgalem, Kriss, Jolanem, Aaricią - tymi wolnymi duchami świetnie nakreślonymi przez van Hamme'a narosły teraz ciężkie zależności i relacje godne telewizyjnej dusznej psychodramy.
"Thorgal" ma przed sobą jeszcze dwa tomy, ale już się skończył. Pozostało tylko sięgnąć na półkę po "Gwiezdne dziecko" lub "Władcę gór" i powspominać starą, dobrą, zakończoną kilka lat temu serię.
"Thorgal: Kah-Aniel". Scenariusz: Yves Sente. Rysunki: Grzegorz Rosiński. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska 2013.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, Incal, Picture Book.pl, Elemental
Inne recenzje serii:

wtorek, 26 marca 2013

Thorgal: Młodzieńcze lata (1) - Yann/Surżenko

Kiedyś świat Thorgala cechowała przestrzeń, tajemnica, niedopowiedzenie, a jego twórców - poszanowanie intelektu czytelnika, przemyślane opowieści i złoty środek między elementami fantasy a realiami wioski Wikingów. Dzisiaj ten świat się skurczył, przestrzeń zagubiła, a we wszelkie dziury niedopowiedzenia nowi twórcy nawciskali szereg absurdalnych wątków. Thorgal nie ma przestrzeni. Nie ma jak oddychać, czytając tę serię. Jest duszno i tłoczno.
"Trzy siostry Minkelsonn" opowiadają o czasach Thorgala-skalda, bękarta, żyjącego w szałasie nieopodal wioski Wikingów. Podobnie jak w dwóch tomach oryginalnej serii - "Gwiezdnym dziecku" i "Aaricii" - młody odszczepieniec jest solą w oku Bjorna oraz obiektem westchnień Aaricii. Zamiast błyskotliwych, krótkich opowieści, zawartych we wspomnianych, leciwych już tomach, "Młodzieńcze lata" fundują czytelnikowi zwartą historyjkę o charakterze familijnym, wzbogaconą wieloma "smaczkami" i nawiązaniami zarówno do serii regularnej, jak i pobocznych komiksów ze świata Thorgala.
Już sama fabuła nie wyłamuje się ze standardów - Gandalf z wojownikami wypłynął w rejs, a p.o. wodza - Bjorn - jako receptę na głód w wiosce przepisuje złożenie ofiary z człowieka. Ofiarą ma zostać chłopaczyna o najmniejszym znaczeniu dla lokalnej społeczności - Thorgal. Ten jednak, miej więcej w tym samym czasie kiedy Bjorn wyjawia swój pomysł, dostrzega trzy wieloryby wpływające do zatoczki. Trzy wieloryby to dużo mięsa, jednak problem głodu nie zostaje rozwiązany, ponieważ okazuje się, że wieloryby nie są tym, czym się wydają, a Thorgal potrafi odczytywać ich myśli i słowa. Wsparty opowieścią Hierulfa Myśliciela o trzech pięknych niewiastach zaklętych w wieloryby, wyrusza na karkołomną misję w celu ich ocalenia.
Scenarzysta Yann podszedł do pierwszego tomu serii raczej bez wysiłku - schematy, od zawsze obecne w "Thorgalu", podrasował wspomnianymi nawiązaniami. Miał tu pole do popisu, jednak zawiódł, traktując czytelnika jak mało domyślnego odbiorcę. Ot, choćby scena, w której postać uwięziona w wieży ratuje Thorgala przed oprychami. Ile pożytku dla rozmyślań czytelnika po lekturze miałoby pozostawienie tożsamości tej postaci w tajemnicy? Ile furtek otworzyłoby w kolejnych tomach? Można się jedynie domyślać, bo Yann popełnił błąd z cyklu "o jeden kadr za daleko".
Albumu nie ratuje rysownik. Roman Surżenko, w odróżnieniu od autora rysunków do serii "Kriss de Valnor", postanowił podążać drogą naśladowania Grzegorza Rosińskiego. Niestety, nie dysponuje taką petardą, jaką w dłoni ma mistrz. Brak mu dynamiki, polotu. W jego rysunkach nie widać tego "myślenia komiksem", spontanicznego szkicowania podczas pierwszej lektury scenariusza, o której często w wywiadach wspomina Rosiński.
Miało być rozwijanie światów, jest ugniatanie ich w niewielką, ciasną przestrzeń, gdzie każdy może spotkać każdego, a dopowiadane przez nowych autorów historie psują wrażenie po oryginałach. Gdyby nie fantastyczna okładka, nie byłoby sensu stawiać tego na półce.
"Thorgal: Młodzieńcze lata: Trzy siostry Minkelsonn". Scenariusz: Yann le Pennetier. Rysunek: Roman Surżenko. Okładka: Grzegorz Rosiński. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska 2013.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.Gildia.pl

czwartek, 12 stycznia 2012

Louve: Raissa - Surżenko/Yann

Autor: Dominik Szcześniak
Pierwsza z pobocznych serii Thorgala - Kriss de Valnor - pokazała, że gdzieś tam w tunelu tli się jeszcze światełko dla dzielnego Wikinga i nawet proceder odcinania kuponów od najlepszych albumów z jego udziałem może być gwarantem jako takiego poziomu. Druga, najnowsza seria ze światów Thorgala, skupiająca się na jego córce - Louve - staje na przeciwległym biegunie do poprzedniczki.
Album nawiązuje zarówno do aktualnych przygód Thorgala z jego regularnej serii, jak również do opublikowanych lata temu odcinków zatytułowanych Wilczyca i Gwiezdne dziecko. Został skonstruowany w taki sposób, że każda jego scena jest bardzo wyraźnym komunikatem, rzuconym przez wydawców i autorów. Komunikat ten brzmi: doimy cię, Thorgalu. Doimy na wszystkie możliwe sposoby.
Scenarzystą jest w Raissie Yann, czyli Yannick le Pennetier, polskiemu czytelnikowi znany bardziej jako Balac, współpracujący przy serii Sambre. Yann dokonał niemożliwego: pisząc Raissę połączył se sobą najbardziej znane chwyty warsztatu van Hamme'a z tymi najbardziej ogranymi. Nie omieszkał dorzucić również czegoś od siebie. Tym czymś są wątki, które nigdy w jakiejkolwiek serii związanej z Thorgalem nie powinny się pojawić, a źródła ich pojawienia się można upatrywać w komunikacie, który przywołałem powyżej.
Banalna konstrukcja albumu, skupiająca się na Louve (przebywającej wraz z Aaricią w wiosce Wikingów) opiera się na ukazaniu twardego charakteru córki Thorgala i jej podobieństw do ojca, jak również służy rozwinięciu wątku jej super-mocy, będącej spuścizną gwiezdnej rodziny: możliwości komunikowania się ze zwierzętami. Traf chciał i Yann chciał, że w ten schemat idealnie wpasowały się wilki, a więc stworzenia towarzyszące małej bohaterce przy narodzinach. Traf również chciał i Yann również chciał, że są to wilki, które kojarzą Louve właśnie z tej nocy, kiedy dziewczynka wydała z siebie pierwszy krzyk. Ich spotkanie z córką Thorgala to niewielki absurd w porównaniu z tym, który pojawia się w momencie, gdy wilki zaczynają opowiadać swoją historię, artykułując zdania wielokrotnie złożone, których pozazdrościłby im niemal każdy Wiking z wioski leżącej nieopodal.
Grzech pierwszy scenarzysty: zżynka z van Hamme'a. Sądzę, że sposób kadrowania, umieszczania w kadrze odgłosów dźwiękonaśladowczych oraz zawieszenia akcji pod koniec planszy to naturalna kontynuacja świetnych metod wypracowanych przez Rosińskiego, więc Yann nie musiał nawet uwzględniać ich w scenariuszu. Są jednak kwestie, których uwzględniać nie musiał, a mimo to je uwzględnił. Scenarzysta nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy z tego, że scena (najlepiej ta otwierająca album) na plaży, z główną bohaterką ćwiczącą w towarzystwie koleżanki strzelanie z łuku nie należy do najoryginalniejszych. Co prawda mógł założyć, że będzie to paralela do zachowań Thorgala z pierwszych tomów serii, ale najwyraźniej zwątpił w inteligencję czytelnika zakładając powyższe jeszcze kilkukrotnie w kolejnych scenach (ot, choćby w scenie znęcania się dzieci prawdziwych Wikingów nad dzieckiem bękarta). Bezrefleksyjne podejście do pisarstwa van Hamme'a przyozdobił kilkoma wtrętami, zdradzającymi upodobania do natarczywego stosowania nadmiaru bogactwa - czytając komiks natraficie na skojarzenia z nowelkami Łzy Thjaziego z Gwiezdnego dziecka i  ...Prawie raj ze Zdradzonej Czarodziejki, jak również albumami Ponad Krainą Cieni oraz Ofiara. Cały album stwarza wrażenie takiego potworka pozszywanego z wielu kawałków, z których każdy wyda nam się znajomy.
Yann pozostał wierny van Hamme'owi w jeszcze jednej kwestii: Aaricia jest tu tą samą kurą domową, tęskniącą za i wzdychającą do swojego męża. I postępującą tak samo irracjonalnie. Kto wie, może za kadencji Yanna albo Sente księżniczka przypomni sobie jeszcze swoje najlepsze momenty z czasów sagi Qa?
W tym całym służalczym podejściu do van Hamme'a najbardziej dziwi to, że Yann bez skrępowania dokonuje profanacji dorobku swojego poprzednika. Robi to zadając pytania i próbując dać odpowiedzi. Oto bowiem pojawia się dziadek, który był razem z Leifem Haraldssonem w momencie, gdy ten odkrył kapsułę z dzieckiem w środku. Dziadek coś wie. Jest dla Louve mentorem, który wprowadza ją w nota bene - światy Thorgala. Być może będzie wiedział gdzie się podział "mały drakkar z nieznanego metalu"? Być może będzie znał kogoś, kto np. widział moment lądowania kapsuły i zauważył, że było w niej jeszcze jedno dziecko? Niestety, podejście Yanna sugeruje, że każda idiotyczna teza może mieć w serii swoje pięć minut.
Yann beztrosko dowcipkuje sobie w nazewnictwie postaci: nowy apsztyfikant Aaricii nazywa się Lundgen, a wioskowy kowal to Lanffeustson.
Nawet jedyny w miarę oryginalny motyw Yann oparł o schemat van Hamme'a. Tak, jak Jolan trafił na zamek Manthora, tak Louve trafia na dwór Azzalepstona. Cel ten sam: ocalić Thorgala. Louve, aby tego dokonać musi poświęcić siebie i uwięzić dziką stronę swojej natury w słoiku sympatycznego blondwłosego władcy. A słoik bardzo łatwo jest odkręcić, co otwiera scenarzyście drogę do pisania kolejnych bzdur w drugim tomie serii odpryskowej.
Bardzo złego wrażenia nie poprawia rysownik. Świetnie wychodzi mu rysowanie Louve, fajnie radzi sobie w nocnych sceneriach, ale całościowo jest jedynie rzemieślnikiem, podobnym do wielu tworzących na rynku frankofońskim. Nie ma nic, co mogłoby go wyróżnić z tłumu, poza wspomnianym już podpieraniem się patentami Rosińskiego.
Raissa jest albumem nieudanym. Stanowi najgorszego rodzaju popłuczyny po świetnej serii i jest pierwszym tak dosadnym elementem kampanii, mającej na celu rozmienienie na drobne uznanego komiksu. Szkoda, że taki potworek pojawia się w momencie, kiedy regularna seria przeżywa renesans, a i Kriss de Valnor raczej powinna trzymać fason. Być może autorzy i wydawcy światów Thorgala chcieli Raissą przekazać jeszcze jeden komunikat: Nie musicie kupować wszystkiego.
Thorgal: Louve tom 1: Raissa. Scenariusz: Yann. Rysunek: Roman Surżenko. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska 2011

sobota, 7 stycznia 2012

Thorgal: Statek miecz - Sente/ Rosiński

Autor: Dominik Szcześniak
W kilku ostatnich tomach Thorgala głównym bohaterem serii był jego syn, Jolan. Aegirsson zaliczał jedynie krótkie epizody, dając tym samym przestrzeń do rozwijania wątku dziecięcej fantasy, której kulminację stanowiła wielka bitwa o Asgard. Scenarzystę odsądzano od czci i wiary. Z ust recenzentów padały zdania o zamachu na ich młodość i zbezczeszczeniu idealnego komiksu. Rok po premierze Bitwy o Asgard dostajemy kolejny tom serii, zatytułowany Statek miecz. I okazuje się, że wystarczy odwrócić proporcje, by serial wrócił do formy i dostarczył wrażeń, porównywalnych do tych z czasów swojej świetności.
Aegirsson powraca w wielkim stylu. Yves Sente zdaje się kompletnie rewidować tezę o dostosowaniu sagi do młodszego odbiorcy, co jednocześnie otwiera mu furtkę do ukazania swego talentu pisarskiego. Stworzenie nowej jakości, opartej o przygody młodego Jolana, okazało się błędem - przykłady Louve czy Kriss de Valnor pokazują, że odpowiednim do tego miejscem mogłyby być "światy Thorgala", czyli serie odpryskowe, opisujące postaci z dalszego planu i zazębiające się z główną w niektórych momentach. Błąd ten wyraźnie związał ręce scenarzyście na dorobku i nie pozwolił mu się wykazać.

Statek miecz to zaledwie kilka plansz przygód Jolana i o wiele więcej perypetii starego, dobrego Thorgala. Wątek z udziałem Jolana napisany jest bardzo zwięźle - nie rozwlekając niepotrzebnie akcji, scenarzysta zaznacza kolejny quest, przed którym stanie ekipa młodzieńca i daje kilka wskazówek co do tego, w którą stronę podąży ta linia fabularna. Całkiem możliwe, że w jednej ze scen dostajemy również informację co do potencjalnego zakończenia serii, która ma dokonać żywota na tomie numer 36, splatającym losy większości postaci z serii odpryskowych.

Na tych kilku stronach równie widoczne co zaangażowanie scenarzysty jest znużenie rysownika. Rosińskiemu najwidoczniej nie do końca spodobało się uczynienie z Jolana głównego bohatera jego najpopularniejszego komiksu, wobec czego wątek z jego udziałem zupełnie sobie odpuścił, całą parę poświęcając na resztę albumu, który osadzony jest w zimowej scenerii.

Graficznie jest to perełka, stworzona z pełną świadomością języka komiksu. Zaufanie, jakim darzyli się nawzajem Rosiński i van Hamme procentowało w pełni zespołowymi albumami, w których każda scena przygotowana była znakomicie. W przypadku Yvesa Sente ta współpraca również wygląda imponująco, ale z zupełnie innego powodu - jest w Statku mieczu kilka scen, wyraźnie pokazujących, że Rosiński to mistrz, który po profesorsku potrafi zatuszować niedociągnięcia scenariusza (nie uratował jedynie naciąganego zakończenia).

Komiks ten jest nie tyle powrotem do dobrej formy serii, co zupełnie inną "dobrą formą". Thorgal zostaje wrzucony w zupełnie nowe rejony i - płynąc szlakiem handlowym Wikingów - niebawem dotrze zapewne do Bag Dadhu, będzie miał na głowie kakhazańskich przestępców i stanie twarzą twarz z sułtanem Ibn Aiszą. Akcja omawianego tomu dzieje się w tak egzotycznych miejscach jak Nowogorew czy Brojewo. Ekspansja uniwersum thorgalowskiego trwa w najlepsze, jednak dopiero po dotknięciu przez Sente nabrała kolorów (przypomnijmy sobie np. okropne epizody greckie za kadencji Jeana van Hamme). I nabierze jeszcze większych, bo scenarzysta zapowiada wojny religijne.

Statek miecz usatysfakcjonuje starszych fanów serii, którzy z rozrzewnieniem wspominają wszystko, co wydarzyło się w światach Thorgala do momentu opublikowania albumu Władca gór. Nie jest to ten sam Thorgal, ale wreszcie ktoś znalazł receptę na to, by ten nowy wyglądał co najmniej przyzwoicie.
Thorgal t. 33: Statek miecz. Scenariusz: Yves Sente. Rysunek: Grzegorz Rosiński. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska 2011