Autor: Dominik Szcześniak
Pierwsza z pobocznych serii Thorgala -
Kriss de Valnor - pokazała, że gdzieś tam w tunelu tli się jeszcze światełko dla dzielnego Wikinga i nawet proceder odcinania kuponów od najlepszych albumów z jego udziałem może być gwarantem jako takiego poziomu. Druga, najnowsza seria ze światów Thorgala, skupiająca się na jego córce - Louve - staje na przeciwległym biegunie do poprzedniczki.
Album nawiązuje zarówno do aktualnych przygód Thorgala z jego regularnej serii, jak również do opublikowanych lata temu odcinków zatytułowanych Wilczyca i Gwiezdne dziecko. Został skonstruowany w taki sposób, że każda jego scena jest bardzo wyraźnym komunikatem, rzuconym przez wydawców i autorów. Komunikat ten brzmi: doimy cię, Thorgalu. Doimy na wszystkie możliwe sposoby.
Scenarzystą jest w Raissie Yann, czyli Yannick le Pennetier, polskiemu czytelnikowi znany bardziej jako Balac, współpracujący przy serii Sambre. Yann dokonał niemożliwego: pisząc Raissę połączył se sobą najbardziej znane chwyty warsztatu van Hamme'a z tymi najbardziej ogranymi. Nie omieszkał dorzucić również czegoś od siebie. Tym czymś są wątki, które nigdy w jakiejkolwiek serii związanej z Thorgalem nie powinny się pojawić, a źródła ich pojawienia się można upatrywać w komunikacie, który przywołałem powyżej.
Banalna konstrukcja albumu, skupiająca się na Louve (przebywającej wraz z Aaricią w wiosce Wikingów) opiera się na ukazaniu twardego charakteru córki Thorgala i jej podobieństw do ojca, jak również służy rozwinięciu wątku jej super-mocy, będącej spuścizną gwiezdnej rodziny: możliwości komunikowania się ze zwierzętami. Traf chciał i Yann chciał, że w ten schemat idealnie wpasowały się wilki, a więc stworzenia towarzyszące małej bohaterce przy narodzinach. Traf również chciał i Yann również chciał, że są to wilki, które kojarzą Louve właśnie z tej nocy, kiedy dziewczynka wydała z siebie pierwszy krzyk. Ich spotkanie z córką Thorgala to niewielki absurd w porównaniu z tym, który pojawia się w momencie, gdy wilki zaczynają opowiadać swoją historię, artykułując zdania wielokrotnie złożone, których pozazdrościłby im niemal każdy Wiking z wioski leżącej nieopodal.
Grzech pierwszy scenarzysty: zżynka z van Hamme'a. Sądzę, że sposób kadrowania, umieszczania w kadrze odgłosów dźwiękonaśladowczych oraz zawieszenia akcji pod koniec planszy to naturalna kontynuacja świetnych metod wypracowanych przez Rosińskiego, więc Yann nie musiał nawet uwzględniać ich w scenariuszu. Są jednak kwestie, których uwzględniać nie musiał, a mimo to je uwzględnił. Scenarzysta nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy z tego, że scena (najlepiej ta otwierająca album) na plaży, z główną bohaterką ćwiczącą w towarzystwie koleżanki strzelanie z łuku nie należy do najoryginalniejszych. Co prawda mógł założyć, że będzie to paralela do zachowań Thorgala z pierwszych tomów serii, ale najwyraźniej zwątpił w inteligencję czytelnika zakładając powyższe jeszcze kilkukrotnie w kolejnych scenach (ot, choćby w scenie znęcania się dzieci prawdziwych Wikingów nad dzieckiem bękarta). Bezrefleksyjne podejście do pisarstwa van Hamme'a przyozdobił kilkoma wtrętami, zdradzającymi upodobania do natarczywego stosowania nadmiaru bogactwa - czytając komiks natraficie na skojarzenia z nowelkami Łzy Thjaziego z Gwiezdnego dziecka i ...Prawie raj ze Zdradzonej Czarodziejki, jak również albumami Ponad Krainą Cieni oraz Ofiara. Cały album stwarza wrażenie takiego potworka pozszywanego z wielu kawałków, z których każdy wyda nam się znajomy.
Yann pozostał wierny van Hamme'owi w jeszcze jednej kwestii: Aaricia jest tu tą samą kurą domową, tęskniącą za i wzdychającą do swojego męża. I postępującą tak samo irracjonalnie. Kto wie, może za kadencji Yanna albo Sente księżniczka przypomni sobie jeszcze swoje najlepsze momenty z czasów sagi Qa?
W tym całym służalczym podejściu do van Hamme'a najbardziej dziwi to, że Yann bez skrępowania dokonuje profanacji dorobku swojego poprzednika. Robi to zadając pytania i próbując dać odpowiedzi. Oto bowiem pojawia się dziadek, który był razem z Leifem Haraldssonem w momencie, gdy ten odkrył kapsułę z dzieckiem w środku. Dziadek coś wie. Jest dla Louve mentorem, który wprowadza ją w nota bene - światy Thorgala. Być może będzie wiedział gdzie się podział "mały drakkar z nieznanego metalu"? Być może będzie znał kogoś, kto np. widział moment lądowania kapsuły i zauważył, że było w niej jeszcze jedno dziecko? Niestety, podejście Yanna sugeruje, że każda idiotyczna teza może mieć w serii swoje pięć minut.
Yann beztrosko dowcipkuje sobie w nazewnictwie postaci: nowy apsztyfikant Aaricii nazywa się Lundgen, a wioskowy kowal to Lanffeustson.
Nawet jedyny w miarę oryginalny motyw Yann oparł o schemat van Hamme'a. Tak, jak Jolan trafił na zamek Manthora, tak Louve trafia na dwór Azzalepstona. Cel ten sam: ocalić Thorgala. Louve, aby tego dokonać musi poświęcić siebie i uwięzić dziką stronę swojej natury w słoiku sympatycznego blondwłosego władcy. A słoik bardzo łatwo jest odkręcić, co otwiera scenarzyście drogę do pisania kolejnych bzdur w drugim tomie serii odpryskowej.
Bardzo złego wrażenia nie poprawia rysownik. Świetnie wychodzi mu rysowanie Louve, fajnie radzi sobie w nocnych sceneriach, ale całościowo jest jedynie rzemieślnikiem, podobnym do wielu tworzących na rynku frankofońskim. Nie ma nic, co mogłoby go wyróżnić z tłumu, poza wspomnianym już podpieraniem się patentami Rosińskiego.
Raissa jest albumem nieudanym. Stanowi najgorszego rodzaju popłuczyny po świetnej serii i jest pierwszym tak dosadnym elementem kampanii, mającej na celu rozmienienie na drobne uznanego komiksu. Szkoda, że taki potworek pojawia się w momencie, kiedy regularna seria
przeżywa renesans, a i Kriss de Valnor raczej powinna trzymać fason. Być może autorzy i wydawcy światów Thorgala chcieli Raissą przekazać jeszcze jeden komunikat: Nie musicie kupować wszystkiego.
Thorgal: Louve tom 1: Raissa. Scenariusz: Yann. Rysunek: Roman Surżenko. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Egmont Polska 2011