Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

sobota, 10 października 2009

"Japonia widziana oczyma 20 autorów"

Autor: Dominik Szcześniak

O specyfice antologii "Japonia widziana oczyma 20 autorów" dowiadujemy się z mejla zatytułowanego "Jesień w Japonii", wysłanego 28 marca 2004 roku przez Frederica Boilet do Etenne Davodeau. Ideą zbioru krótkich komiksów, było ukazanie Japonii oczyma zarówno twórców ją zamieszkujących, jak i narybku europejskiego, którego zwerbowaniem zajął się wspomniany Boilet, redaktor przedsięwzięcia oraz znany również w Polsce ("Szpinak Yukiko") twórca komiksów. Do oryginalnej siedemnastki polski wydawca dołączył jeszcze trójkę twórców z Polski, skutkiem czego powstało różnorodne dzieło, prezentujące Japonię w wielu ujęciach.

Ze względu na formę, jaką przybrali autorzy, komiksy obecne w antologii podzielić można na kilka grup tematycznych. Dominują reportaże i dzienniki z podróży, jest kilka impresji artystycznych, eksperymentów, dowcipów oraz komiksów stricte rozrywkowych. Polski Czytelnik odnajdzie w "Japonii" kilku twórców znanych i kilku nie publikowanych do tej pory w naszym kraju. Ci pierwsi, kojarzeni z charakterystycznym stylem (absurd de Crecy, magiczny judaizm Sfara, swoboda Śledzia) na kartach antologii wchodzą w te rejony komiksu, na które wcześniej się nie zapuszczali. Mają więc okazję do pokazania się z innej strony, do ukazania swojej wszechstronności w posługiwaniu się komiksowym medium. Drudzy mają szansę zaistnienia w świadomości Czytelnika. Komu się to udaje?

Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że "stara gwardia" trzyma się dobrze. Joann Sfar już w samym tytule zaznacza, że będzie opisywał "Tokio według Oualterou", czyli według swego francuskiego przyjaciela, mieszkającego w wymienionym mieście i mającego na nie swój specyficzny pogląd. Sfar z wielką swobodą, w podpunktach skupia się na pewnych aspektach postrzegania świata przez swojego przyjaciela - za pomocą pasków komiksowych, jednoplanszówek i nieco dłuższych form mówi o "Japończykach, którzy chcą być czarni", czy o "wesołkach z Instytutu Francuskiego", którzy pragną być Japończykami. I jak to u Sfara, poglądy Oualterou plus jego osobiste spostrzeżenia z podróży, przedstawione są z humorem i dawką mądrych przemyśleń. Podobny zabieg wyjściowy - zwiedzanie danej miejscowości - stosuje Nicolas de Crecy w "Nowych bogach". Kojarzony z psychodelicznymi opowieściami, tym razem w dość stonowany sposób odwołuje się do bezrefleksyjnego konsumpcjonizmu, obecnego w Japonii. Towarzyszy mu jego śliniący się na widok Japonek menadżer, a celem wizyty jest próba stworzenia projektu maskotki na olimpiadę w Paryżu w 2016 roku. Choć komiks ujęty jest w pewnym sensie w formę sprawozdania z podróży, de Crecy podbarwił go szaloną fikcją, dzięki której "Nowi bogowie" nie są wcale tak przyziemni i wpisują się w charakterystyczne wyznaczniki twórczości tego autora.


Skoro mowa o najlepszych komiksach w zbiorku, stworzonych przez znanych autorów, to w tej kategorii błyszczy również Śledziu. "Fałszywy trop" to przewrotny epizod detektywistyczny inspektora Katsu Shina i jego pomocnika - małpki Yori. Osadzony w tokijskich realiach kawałek jest powrotem Śledzia do komiksu czarno - białego. Nie tylko dzięki temu jest to komiks znakomity - obok fenomenalnej grafiki, autor przedstawia nam bowiem komiks z pomysłem. Z jajem. Z zabawną puentą. Innymi słowy: komiks w pełni rozrywkowy
. W "Japonii" takie utwory znajdują się w mniejszości. "Fałszywy trop" stoi w opozycji do dość kiepskich "wędrówek wgłąb siebie", o których będę jeszcze wspominał.

Zanim jednak o nich - jeszcze kilka słów o rzeczach wartych uwagi:
"Letnie niebo" Taniguchiego - prosta, spokojna, bardzo typowa dla autora krótka historia o miłości w nostalgicznej scenerii. Kilkanaście plansz, zawierających mnóstwo emocji, czyli 100% Taniguchiego w Taniguchim, jakiego do tej pory znaliśmy w Polsce.
"Kankichi" Taiyo Matsumoto - w noce o autorze czytamy: "zainspirowany komiksem franko - belgijskim, w szczególności pracami Moebiusa, stworzył
swój unikalny styl". Jeśli "unikalnym stylem" nazwiemy ujmowanie planszy w jeden tylko kadr i brak granic między rysunkami w tymże kadrze, to Matsumoto rzeczywiście jest jego przedstawicielem. "Kankichi" to przede wszystkim świetna kreska, ale też znakomicie napisana przypowieść o chłopcu, którego jedyną pasją było rysowanie a jedynym kumplem - biały pies.
"Miasto drzew" - Fabrice Neaud. To z kolei przedstawiciel stricte reporterskiego ujęcia Japonii w komiksie. Pierwszy rzut na jego pracę pozwala docenić k
unszt graficzny i jednocześnie przerazić się ilością tekstu w ramkach. Na szczęście Neaud pisze w sposób niesamowicie żywy, a wprowadzenie do relacji własnych spostrzeżeń na wszelakie tematy dodaje historii smaku.
"Sapporo fiction" Etienne Davodeau jest również komiksem reporterskim, z tą różnicą w stosunku do innych, zamieszczonych w antologii, że autor jest jedynie gościem na jego kartach. Relację przedstawia sześćdziesięcioletni rybak z wyspy Hokkaido, który w drodze na spotkanie ze swoim bratem bliźniakiem, spotyka francuskiego twórcę komiksów. Davodeau, nie dość że ujmuje temat w uciekające schematom ramy, ożywia swoją opowieść za
pomocą świetnych zwrotów akcji i zaskakującej puenty, a zatem elementów zwykle nieobecnych w komiksach reporterskich.
"Osoczańska robota" - Jakuba Babczyńskiego i Radosława Bolałka. Komiks rysownika, który debiutował w "Vormkfasie" i ma na koncie album "Ballada o Eulalii" oraz wydawcy, który zalicza debiut jako scenarzysta. Historia jest szalenie prosta, choć nieuważnego Czytelnika może wyprowadzić na manowce.
Nie jest to dzieło wybitne, ale po jego lekturze można lekko się uśmiechnąć bądź równie lekko unieść brwi do góry.

Poza omówionymi komiksami, traktującymi temat w sposób wyczerpujący reportersko, dowcipny, nostalgiczny czy całkowicie fikcyjny, zdarzyły się w "Japonii" przypadki gorsze. Gdyby prace, które za chwilę omówię zebrać w jednym tomie, zatytułowanym "Japonia oczyma 10 autorów" to byłby to bardzo smutny zbiorek, osadzony w klimatach, podobnych do panujących w komiksie polskim w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wędrówka wgłąb siebie, graficzne metafory zrozumiałe tylko dla autora komiksu plus jakiś kiepski żart czasami.

Komiks w tym stylu otwiera antologię - tytuł "Nad brzegiem morza" mówi wiele zarówno o miejscu akcji, jak również o jej braku. Lepiej jest we "Wrotach wejściowych" Prudhomme'a - jakaś cienka linia dzieli ten komiks od bycia genialnym. Sam pomysł - powiązania ucieczki dwóch par butów ze starą legendą - owocuje jednak tylko genialną puentą. Niewiele brakuje również pracy Aurelii Aurity - świetny rysunek, znakomite kadrowanie, ale upstrzony retrospekcjami scenariusz nie przekonuje. Jedyne, co w nim dobre, to powtarzane po wielokroć i w przeróżnych sytuacjach na kartach komiksu jego motto, będące zarazem tytułem: "Teraz już mogę umrzeć!"

Schuiten i Peeters oraz Guibert nie zdecydowali się na komiks. Duet odpowiedzialny za "Mroczne miasta" skompilował fantastyczne rysunki z nieco abstrakcyjnym tekstem o Orduromanie - silnym chrząszczu, rozprawiającym się z yakuzą w Osace w 2034 roku. Ciekawostka i nic poza tym. Guibert uciekł się do podobnego rozwiązania, jednak prawdopodobnie z lepszym rezultatem literackim.

"Słonecznik" Little Fisha i "W alkowie miłości" Boileta to dwie prace, pod względem graficznym bardzo do siebie podobne. Ale nie z tego powodu najgorsze w antologii. Pierwsza jest impresją autora na temat słoneczników, druga tekstami o segregacji śmieci opisuje ciąg ilustracji wiodących z ulic miasta do mieszkania autora. "Śpiew cykad", "Festiwal dzwoniących koni" i "W puszczy" zamykają dziesiątkę najgorszych komiksów w "Japonii". Dobrze, że jest jeszcze druga dziesiątka, umiejscowiona na przeciwległym biegunie.

"Japonię" z racji przenikania się pewnych motywów, które powstały w głowach autorów niezależnie od innych uczestników przedsięwzięcia, można uznać za dzieło spójne. U wielu z twórców przewija się motyw tajfunu, czy pasażu handlowego, jako najbardziej
rzucających się w oczy elementów witających przyjezdnych do Japonii. Często autorzy nawiązują ze sobą nieświadomy dyskurs: gdy Fabrice Neaud, stacjonujący w Sendai zastanawia się nad tym, gdzie się podziali japońscy geje, przyjaciel przybyłego do Tokio Joana Sfara wydaje się znać odpowiedź na to pytanie. Odnaleźć można również wspólne tropy graficzne (niemal bliźniacze ujęcia u Boileta i Aurity), nie wspominając nawet o podobnych spostrzeżeniach europejskich komiksiarzy na temat japońskiej uprzejmości czy piękna japońskich kobiet.

"Japonia oczyma 20 autorów", jak każda antologia posiada momenty słabsze i lepsze, które tutaj rozłożyły się mniej więcej po połowie. Z racji obecności kilku naprawdę świetnych komiksów, warto ten zbiór mieć na półce.


Ilustracje:
1. "Osaka 2034" - Schuiten i Peeters,
2. "Festiwal dzwoniących koni" - Igarashi,
3. "Fałszywy trop" - Michał "Śledziu" Śledziński.

"Japonia widziana oczyma 20 autorów". Scenariusz i rysunki: Ken Takahama, David Prudhomme, Jiro Taniguchi, Aurelia Aurita, Francouis Schuiten i Benoit Peeters, Jakub Babczyński i Radosław Bolałek, Emmanuel Guibert, Nicolas de Crecy, Taiyo Matsumoto, Joan Sfar, Little Fish, Michał Śledziński, Moyoko Anno, Frederic Boilet, Fabrice Neaud, Daisuke Igarashi, Kazuichi Hanawa, Etienne Davodeau. Tłumaczenie: Magdalena Tomaszewska - Bolałek. Wydawca: Hanami 2009

piątek, 9 października 2009

"Klezmerzy" - Sfar

Autor: Dominik Szcześniak

Joann Sfar w wieku 15 lat rozpoczął akcję wysyłania różnym wydawcom swoich propozycji albumowych. Wysyłał po jednym albumie rocznie. Po dość długim okresie oczekiwania na swój debiut (1994 r.), nie zwolnił tempa i wciąż produkuje niezliczoną ilość komiksów. Dostrzegli to również wydawcy polscy - po "Kocie Rabina" (wyd. Post) prace francuskiego twórcy zaczęli drukować m.in. Mroja Press ("Mały świat Golema"), Hanami ("Japonia") oraz Kultura Gniewu, która kilka miesięcy temu wprowadziła na rynek "Klezmerów". Urodzaj Sfara to świetna wiadomość dla wielbicieli opowieści magicznych, osadzonych w klimacie żydowskiego folkloru.

Część pierwsza, zatytułowana "Podbój wschodu" to właściwie preludium do występów klezmerskiej ekipy. Akcja
zawiązuje się powoli, poznajemy kolejnych bohaterów opowieści, których losy łączą się dopiero pod koniec odcinka. Galeria postaci to niekiepska: Noe Davidovitch to jedyny ocalały z dziesiątki żydowskich muzyków, załatwionych przez konkurencyjny zespół. Noe jest przy okazji Baronem (a czego? Otóż: Tyłka Swego). Hava jest dziewczyną, która zadurzona w Noe wyrusza za nim w klezmerską tułaczkę, opuszczając swą wioskę. Yaakov, zachowaniem i wyglądem przypominający kota Rabina, to wyrzucony z jesziwy najlepszy uczeń rabina, który obecnie bluźni Bogu i gdzieś ma wszystkie jego prawa. Skład zespołu dopełniają: Tchokola, Cygan, którego poznajemy, gdy wisi na drzewie po kozackim samosądzie oraz Vincenzo, wyrzucony z jesziwy z powodu kradzieży jabłka.

Sfar wszystkich bohaterów, podzielonych na grupki, prowadzi do Odessy celem zgarnięcia jak największej kasy (lub choćby kawałka chleba) za występy. Po drodze poznamy historię każdego z nich oraz będziemy świadkami spotkań grajków z innymi ludźmi. Sfar urządził ten komiks na zasadzie zbioru krótkich historii, opowiedzianych tak płynnie, że podczas lektury możemy nie zdać sobie sprawy z ich istnienia. Autor czerpie z ż
ydowskich podań, wtrąca przemyślenia w formie snu, czy też swobodnie operuje starymi przypowieściami. Przeplata to zabiegiem, który może być oceniany różnorako. Moim zdaniem jest to zabieg udany. Chodzi mianowicie o fragmenty, w których klezmerzy robią to, co umieją najlepiej, czyli grają. Sfar nie ma najmniejszych oporów w rozciąganiu tego typu scen na kilka stron, skutkiem czego powstają tak wspaniałe fragmenty, jak zemsta Davidovitcha dokonana na zabójcach jego kompanów za pomocą harmonijki (3 pełne muzyki i energii strony), czy nauka śpiewania Havy. Żywe barwy towarzyszące tym występom, sprawiają, że mają one jeszcze większą siłę przebicia.

Wychodzi więc na to, że wielką zaletą "Klezmerów" jest ścieżka dźwiękowa tego komiksu. Nie tylko. Czytelnicy jakiegokolwiek komiksu Sfara wiedzą, że constans jego pracy stanowi fenomenalne wręcz wyczucie komiksowej materii oraz umiejętność prowadzenia fabuły. "Podbój wschodu" aż kipi od emocji, humoru i refleksji. Przedstawiane na jego kartach wydarzenia nie są komentowane przez autora. Po prostu się dzieją, skutkiem czego smutek miesza się tu z radością, a bryzgająca krew i okrutne walki tonowane są przez spacery przy świecącym księżycu.

Po lekturze "Klezmerów" nie sposób oprzeć się tezie, że podstawą komiksów Sfara jest również mądrość. Jest to komiks, który mówi o czymś w sposób, pozwalający na wzbogacenie swej wiedzy i dobrą zabawę jednocześnie. Świetnym dodatkiem są "notatki do Klezmerów", w których Sfar pisze zarówno o kulisach pracy nad albumem, jak również przedstawia swoje rozległe przemyślenia na temat muzyki, judaizmu i Boga.

"Podbój wschodu" to co prawda dopiero wprowadzenie w serię o przygodach zespołu grajków, ale wprowadzenie funkcjonujące fantastycznie jako odrębny album. Komiks Sfara odznacza się wysoką kulturą opowiadania i szacunkiem do tego medium. Obowiązkowo do postawienia na półce zaraz obok każdej innej publikacji tego autora.
"Klezmerzy, część pierwsza: Podbój wschodu". Autor: Joann Sfar. Tłumaczenie: Katarzyna Koła. Wydawca: Kultura Gniewu 2009

czwartek, 8 października 2009

Wywiad z Przemysławem Surmą

Autor: Dominik Szcześniak

Przemysław Surma (pseudonim komiksowy: Surpiko), autor wydanego niedawno albumu "Hmm
arlowe i niedole Julitty", współpracownik wielu zinów wydawanych w Polsce, zdobywca głównej nagrody w konkursie FOR, jedna z gwiazd zakończonego w niedzielę Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, opowiada nam o pracy nad albumem, korzeniach komiksowych i wielu innych sprawach...


Dominik Szcześniak: Właśnie ukazał się Twój debiutancki album. Jaka jest geneza głównego bohatera tej opowieści?

Przemysław Surma: Hmm.... On się po prostu sam zjawił w trakcie
znanego chyba każdemu rysownikowi stanu bezmyślnego szkicowania. Pewnego dnia ni stad ni zowąd na kartce wśród innych bazgrołów narysował mi się facet w kapeluszu, schowany za podniesionym kołnierzem. Spodobał mi się. Dorysowałem mu w dymku "hmm", a zaraz potem wiedziałem, że nazywa się Hmmarlowe. I już. Parę chwil i superbohater gotowy.

Hmmarlowe, jak samo nazwisko wskazuje jest taką zamyśloną wersją Marlowe'a...

Nazwisko to oczywiście słowny żarcik nawiązujący do Marlowe'a. Z t
ym, że chodziło mi nie tyle o konkretnego chandlerowsko-bogartowskiego bohatera, co o Marlowe'a - ikonę retro detektywa, twardego gościa co to całymi dniami i nocami łapie wrednych drani, kocha niewłaściwe kobiety, a ze wszystkich smaków świata najlepiej zna smak whiskey i krwi sączącej się ze swojej, rozwalonej pięścią złoczyńcy, gęby.
Hmmarlowe to ironiczna wersja tego archetypu. Bawię się nim, wrzucając go do swojej surpikowej wersji czarnego krym
inału i patrząc co z tego wynika.
Ciekawostką jest fakt, że początkowo Hmmarlowe miał młodszego o parę minut bliźniaka - Philipa. Umieściłem ich razem w kilku żartach rysunkowych przeznaczonych do współredagowanego przeze mnie zina. Ostatecznie zin się nie ukazał, a obaj detektywi trafili na kilka lat do szuflady. Uważny czytelnik "Niedoli Julitty" wypatrzy, że nazwa biura to wciąż "Philip and Hmmarlowe" - co jest pamiątką po tamtym wczesnym okresie.


Słynny prywatny detektyw wiódł do tej pory żywot stricte zinowy i był podporą "Maszina". Dla potrzeb "niedoli Julitty" stworzyłeś całkiem nową historię?

Tak, można powiedzieć że "Niedole Julitty" to zarówno dla czytelników
jak i dla Hmmarlowe'a nowa, nieznana wcześniej kryminalna zagadka. Początkowo album miał być podsumowaniem historii znanych z wcześniejszych zinowych i internetowych publikacji polepionych nowymi łącznikami. W trakcie przygotowywania scenariusza okazało się jednak, że wątków zrobiło się za dużo i zbyt wiele gimnastyki trzeba, żeby poukładać nieprzystające do siebie elementy w taki sposób, by wszystko było spójne i nie powodowało bólu zębów u czytelnika. Pomogło radykalne cięcie zbędnych wątków i wygładzanie narracji. Radykalne do tego stopnia, że powstało coś zupełnie nowego.
Ale z pierwotnego zamierzenia też coś zostało: album zaczyna się wstę
pem opartym na jednym z epizodów z "Maszina". Pozostały też dwa paski jeszcze z epoki "nieodżałowanego konkursu wrakowego".
Przez kilka ostatnich lat Hmmarlowe przeszedł wszystkie początkowe szczebelki wtajemniczenia komiksowego: od przypadkowego pojawienia się przy okazji szkicu "gdzieś na boku", przez żarty rysunkowe do szuflady, paski do Internetu, epizody w zinach aż po album w świetnym wydawnictwie.


Jak pracowało się nad krótkimi formami, a jak nad pełnometrażem dla jednego z większych wydawnictw w Polsce?

Pozornie charakter pracy nad komiksem nie zależy od jego "metrażu", poza oczywistymi sprawami związanymi z czasem. Droga od pomysłu do realizacji jest taka sama niezależnie od skali.Jednak różnica jest. W skrócie można powiedzieć, że krótkie formy to szkoła,
a album (szczególnie chyba debiut) to diabelnie trudny egzamin. To takie banalne porównanie ale najlepiej wg mnie oddające prawdę.
Główną trudność przy paskach i epizodach maszinowych stanowiło to, że powstawały na zadany z góry temat. Siłą rzeczy zmuszało to do wysiłku i kombinowania. Bo nie jest łatwo zmieścić ptaszka, guzik czy pączka w konwencji czarnego kryminału. Nawet jeśli ta cz
erń ma mocno dziwny odcień. Paradoksalnie, we współpracy z Kulturą Gniewu miałem więcej wolności twórczej. Ale dla równowagi większe były też nerwy i odpowiedzialność. Na szczęście mój stres żółtodzioba był łagodzony wielkim wsparciem wydawnictwa. Kiedy ktoś wydający Thomasa Otta, Daniela Clowesa czy Shauna Tana mówi, że kilka przesłanych mailem stron twojego komiksu to fajna rzecz i że chce widzieć więcej, to jest to szalenie mobilizujące.

Wraz ze swoim bratem, Marcinem, zdobyliście główną nagro
dę "inflacyjną" w konkursie FORu - komiks ma u Was rodzinne tradycje?

Chyba jesteśmy jedynymi komiksiarzami w dziejach naszej rodziny. Ale umiejętności plastyczne, sympatia do książek i skłonność do dziwnych zainteresowań plączą się po naszym drzewie genealogicznym, więc nie mam stuprocentowej pewności.
Jeśli o Marcina chodzi to rzeczywiście odziedziczył moją półeczkę z komiksami i tradycję ich czytania i rysowania. Teraz sytuacja się powoli odwraca i to ja się od niego uczę i od niego pożyczam jakieś jego wynalazki.

Z perspektywy sporo starszego brata muszę z radością przyznać, że Marcin jest bardzo ciekawym i obiecującym rysownikiem. Już potrafi narysować wszystko, a ciągle się rozwija. Dlatego nawet przez chwilę nie pomyślałem, że to ja mógłbym narysować historię o inflacji, o której wspomniałeś w pytaniu. Od razu widziałem tę historię ubraną w jego kreskę. Fajnie że Marcin zaczyna publikować coraz więcej. W "Niedolach Julitty" tez ma swój gościnny udział. Zmajstrował też umieszczoną w "świecie hmmarlowowskim" gierkę WhiskeyTrip. Mija już chyba czas, kiedy ze względu na pewne podobieństwo kreski i znaczne podobieństwo nazwisk uważano nas za jednego Surmę pod dwiema postaciami.


Tworzysz komiksy autorskie, kipiące specyficznym humorem. Czy jako rysownik współpracowałeś/ współpracujesz/ chciałbyś współpracować z innymi scenarzystami?

Z tekstami innych autorów pracuję jako ilustrator i bardzo sobie chwalę ten układ. Miło się rysuje i maluje to, co mi ktoś inny nawymyśla, kiedy martwić się muszę tylko o to, żeby było "na temat" i "ładnie". To spory relaks w przerwach pracy nad takim "Hmmarlowe'm", gdzie odpowiadam za każde słowo i każdą niemal kreskę. Nie wspominając o konieczności dbania o to, by humor był odpowiednio specyficzny.

Jeśli chodzi o działkę komiksową, to paradoksalnie w tandemach biorę udział głównie jako scenarzysta. W odwrotnej konfiguracji, poza jednym drobnym wyjątkiem, nie miałem okazji z nikim sobie "powspółpracować". A czy chciałbym? Pewnie, że tak. Co prawda bardziej niż na brak pomysłów narzekam na brak czasu do ich realizacji, ale jeśli pojawiłaby się okazja na jakiś fajny projekt, to czemu nie?


W "Kartonie" operujesz kolorem. Jak pracuje Ci się lepiej?

Nie wartościuję tego. Można zauważyć, że w powszechnym, ciut powierzchownym odbiorze "kolorowość" uchodzi za wyższy stopień wtajemniczenia, a barwne znaczy trudniejsze i lepsze. Ale jeśli traktuje się komiks jako opowiadanie historii, to ta kwestia schodzi na dalszy plan. W moim wypadku tak właśnie jest, choć przyznaję, że lubię pobawić się barwam
i, a nawet nadać im czasem podstawowe znaczenie. Tak jak np w "Play fair" - moim małym, piłkarskim debiucie w KG. W czarno-białych "Niedolach Julitty" zresztą też to widać. W "Kartonie" to ja zostałem wyróżniony ostatnią, barwną stroną, ale każdy z kartonowych autorów wielokrotnie dał dowód, że dałby sobie radę "na kolorowo" nie gorzej ode mnie.

"Hmmarlowe i niedole Julitty" to jeden z kilku komiksów Kultury Gniewu autorstwa polskich autorów. Dawno nie było takiego urodzaju komiksów rodzimych twórców. Śledzisz rynek pod tym względem? Cieszy Cię aktualna kondycja komiksu polskiego, czy może raczej smuci?


Owszem, tegoroczny łódzki pakiet Kultury Gniewu to dla mnie duże wydarzenie i powód do radości, ale z oczywistych względów raczej w
osobistej mikroskali. To fantastyczna sprawa zadebiutować z takim logo na okładce i w dodatku w towarzystwie Kaerela, Śledzia i Tomasza Tomaszewskiego. Badanie i ocenianie stanu rynku pozostawiam bezpośrednio zainteresowanym: wydawcom, publicystom i zawodowym oraz nałogowym "badaczom kondycji komiksu polskiego".
Ja, zamiast cieszyć się czy martwić, staram się skupiać na mojej robocie. Oczywiście jako czytelnik chciałbym więcej premier regularnie publikujących pols
kich autorów. Takich kilku przysłowiowych "Łaum" rocznie.
Z kolei jako autor znający ciut "komiksową kuchnię", zdaję sobie sprawę, że na dziś to duże wymagania. Ale wierzę że będzie lepiej. Świetnych i gotowych twórców już mamy... na przeszkodzie stoją w zasadzie tylko te nieszczęsne realia. Nie ma inn
ego wyjścia tylko próbować je jakoś zmienić.

Edit:
ilustracje:

1. fotografia Surpiko,

2. okładka komiksu "Hmmarlowe i niedole Julitty",

3. plansza z komiksu "Hmmarlowe i niedole Julitty",

4. kadr z serii, tworzonej przez Surpiko do zina, o którym wspomina w wywiadzie, a który to nigdy się nie ukazał. Absolutny rarytas datowany na rok 2000,

5. kadr z komiksu "Hmmarlowe i niedole Julitty",

6. Hmmarlowe - rysunek z trwającego obecnie roku,

7. pasek z "nieodżałowanego konkursu wrakowego".

środa, 7 października 2009

"Ratownik" - Taniguchi

Autor: Dominik Szcześniak

Tak jak w przypadku komiksu "Zoo zimą" zaskakujący był sam komiks w konfrontacji z cukierkową okładką, tak w przypadku "Ratownika" zaskakująca jest już sama tematyka, która na okładce zaakcentowana została bardzo trafnie, ale w znane do tej pory w Polsce schematy twórczości Taniguchiego wpisuje się jedynie połowicznie. Zamiłowanie do podróży, obserwacji natury i wspinaczki górskiej zostaje bowiem zestawione z tokijskimi drapaczami chmur i tematem gimnazjalnych galerianek, szukających sponsora w centrach handlowych i klubach.

Shiga jest alpinistą, prowadzącym schronisko w górach i czasem tylko zaglądającym do Tokio, by spotkać się na zlocie kolegów. Kiedy w tajemniczych okolicznościach ginie córka jego zmarłego przed laty przyjaciela, wyrusza do miejskiego molocha na ratunek. Zagłębiając się w ulice miasta, natrafia na sprawy, których istnienia nawet nie podejrzewał na swoim spokojnym, górskim zadupiu. Prostytucja nieletnich, hojni "wujkowie" skorzy do zabaw z gimnazjalistkami, młode dziewczyny, o których na pewno nie można powiedzieć że są grzeczne. Wszystko to
w zamkniętym świecie, ignorowanym przez dorosłych, niemożliwym do spenetrowania przez policję.

Czytelnicy, przyzwyczajeni do spokojnej, płynnej narracji komiksów Taniguchiego mogą się lekko zszokować w trakcie lektury kilku scen, lecz spoglądając na "Ratownika" z dystansu uznać należy, iż ten spokój jest jednak wciąż obecny. Taniguchi, mając do spenetrowania taką tematykę, nie ucieka się do ukazania tego, co w ludziach najgorsze. Nie pokazuje przekupstwa policji, nie wnika w sposoby, jakimi "wujkowie" zabawiają się z młodymi dziewczynami. Te tematy są zaakcentowane - i to wystarczy. Natomiast tym, co jest oczkiem w głowie autora jest ukazanie konfliktu cywilizacja - natura.
I dobroci drzemiącej w ludziach mimo wszystko.

Już pierwsze strony komiksu ukazują mozolną górską wyprawę, do której w retrospekcjach powraca Taniguchi w dalszym ciągu opowieści. Podobną wędrówkę obserwujemy na ulicach przeszklonego miasta. Shiga, zagubiony w nim, musi radzić sobie za pomocą swojego wyuczonego w górach instynktu oraz tzw. tao gór, które mówi, że "w alpinizmie chodzi o to, by wrócić żywym". Detektywistyczna intryga, w którą wdepnął staje się w
takim razie tao miasta - sensacyjny aspekt poszukiwań gimnazjalistki w pewnym momencie zmusi Shigę do przemyśleń, czy jest możliwość powrotu z tych ulic żywym.

"Ratownik" nie jest miałkim komiksem o szwarcharakterze, rzucającym konkretnymi półsłówkami, który opuszcza samotnię i robi rozróbę w wielkim mieście.
Shiga, mimo iż prowadzi dochodzenie i bierze udział w iście sensacyjnych akcjach, nie jest typem macho. Wielokrotnie na łamach komiksu pada stwierdzenie, że "takich gości, jak on już nie ma". To prawda. Mentalność człowieka z gór została przeniesiona na tokijskie dzielnice. Podobnie jak Taniguchi, wgłębiając się we wnętrze swojego bohatera, przeniósł jego niezrealizowane marzenie/zadanie sprzed lat i pozwolił mu zdobyć szczyt, który dał mu katharsis. Zarówno metaforycznie (emocjonalny rozrachunek z żoną przyjaciela, jego córką i samym zmarłym), jak i dosłownie.

"Ratownik" w sensacyjnym sosie podaje nam danie główne, którym jest wędrówka wgłąb siebie, powrót do przeszłości oraz wydawałoby się niemożliwa transpozycja natury na cywilizację. Zdawkowo prezentowane piękne (jak zwykle) krajobrazy górskie ustępują tu miejsca wielkim wieżowcom, równie skrupulatnie przez Taniguchiego wyrysowanym. Jiro Taniguchi "Ratownikiem" daje znak, że jest twórcą wszechstronnym. W oczekiwaniu na kolejny album autora ("Odległa dzielnica") warto zaznajomić się z tym komiksem.

"Ratownik". Autor: Jiro Taniguchi. Tłumaczenie: Radosław Bolałek. Wydawca: Hanami 2009

wtorek, 6 października 2009

Pofestiwalowe fykrti

Autor: Dominik Szcześniak

MFKiG numer 20 zakończony. Uczestnicy i goście musieli odespać natłok komiksowych wrażeń - jednym udało się to szybciej (dzięki czemu można zaczerpnąć wiedzy na temat pofestiwalowych wrażeń m.in. u Olgi Wróbel, Karola Konwerskiego, Marcina Podolca, Mariusza Zawadzkiego oraz Otoczaka, który zaserwował najlepszą fotorelację z rzeczonej imprezy - jedno z kultowych zdjęć kultowych miejsc zobaczyć możecie obok), innym wolniej (dlatego naszą wersję wydarzeń dostajecie tak późno). Jako, że nie dało rady być wszędzie, pozwolę sobie na kilka wypunktowanych wrażeń z imprezy, zwieńczonych - mam nadzieję - jakimś genialnym podsumowaniem:

1. Goście i uczestnicy. Zapowiadałem z żalem, że będą prawie wszyscy, tymczasem okazało się, że byli wszyscy plus nawet jeszcze kilka osób ponad plan. Międzynarodowy Festiwal Komiksu okazał się być imprezą, którą bez najmniejszej przesady można określić mianem "święta komiksu", w dodatku święta, zrzeszającego nie tylko najbliższych krewnych i znajomych królika, ale też twarze zupełnie nieznane. To nie było popijanie piwka w gronie znajomych w Lublinie czy w Warszawie. To była komiksowa impreza pełną gębą.

2. "Międzynarodowy" - ten przymiotnik swego czasu był obiektem drwin ze strony komentujących. Po ostatnim weekendzie w Łodzi nie ma drwiny. Kto chcia
ł, mógł sobie pogadać ze sławami międzynarodowego kalibru - Scottem Lobdellem, Peterem Milliganem, Nickiem Abadzisem, Ivanem Brunem, Ramonem Perezem, Igorem Baranko, Dennisem Kitchenem. Ci Panowie przechadzali się po budynkach Textilimpeksu i Łódzkiego Domu Kultury, gotowi w każdym momencie strzelić autograf czy zamienić słówko. Rozmawiając ze Scottem spytaliśmy go: "I jak Ci się podoba? Prawie jak w San Diego, co?", na co odparł: "Lepiej, chłopaki, lepiej niż w San Diego". I choć po zacytowaniu tego żartu Dennisowi, ten lekko się usmiechnął i zrobił wykład komparatywny na ten temat, nie ma wątpliwości, że poziom organizacyjny imprezy był bardzo wysoki.

3. Peter i Nick. Jeśli komuś z Czytelników nie udało się otrzymać autografu któregoś z Panów, to winnym mogę być ja (albo knajpa Affogato, w której na posiłek trzeba było czekać dwie godziny). Grafik obu twórców był strasznie napięty, ale trzymali się dzielnie. I choć jednemu z nich zalało pokój, drugi któregoś wieczora się zagubił i obaj zgodnie narzekali na brak alkoholu przez pierwszą godzinę obecności w "Wytwórni", impreza im się spodobała. Nick o wrażeniach poinformuje na blogu wydawnictwa First Second, Peter z kolei dał znak przed momentem. "To był jeden z najbardziej przyjaznych i interesujących konwentów, na jakich byłem. Świetnie, że umiejscowiony został w tak intrygującym mieście. Szkoda, że poślizgałem się tylko po jego powierzchni" - napisał.

4. Aspekt towarzyski. Wszyscy piszą, że pod tym względem było świetnie. I było. Od piątkowych pogadanek w Affogato, poprzez piątkowe tańce w "Łodzi Kaliskiej", po sobotnie dyskusje na temat "skandalu związanego z przypięciem orderu do polaru". Towarzyskość imprezy zostanie zapewne ujawniona już niebawem w słynnej sesji fotograficznej Macieja Pałki wykonanej "aparatem, który z każdego wyciągnie najgłupszą minę".

5. Aspekt laurowy. Grand Prix konkursu zdobyła praca Grzegorza Janusza i Jacka Frąsia, jednak po raz drugi z rzędu zdobywcy tego zaszczytnego tytułu zostali p
rzyćmieni przez Bartosza Sztybora, który w sobotni wieczór gramolił się na scenę wielokrotnie. I choć za każdym razem, gdy na niej się pojawiał, było dużo radości, to w pewnym momencie Bartek potrafił również zasiać konkretną powagę, krytykując brak obecności komiksu na szóstym Kongresie Kultury Polskiej.

6. Aspekt ziniolowy. Odbyłem gigantyczną ilość rozmów z twórcami, Czytelnikami, wielbicielami i hejtersami "Ziniola" i wielkie dzięki dla wszystkich za uwagi. Okazało się, że najlepszą platformą wymiany zdań i opinii jest jednak spotkanie w cztery oczy, a nie wypisywanie komentarzy pod postami. Liczę na powtórkę za rok (lub za sześć miechów w Warsz
awie). A sam "Ziniol" się ukazał, więc tych, którzy jeszcze nie nabyli - zachęcam do wykonania tego kroku.

Podsumowując, krótko i zwięźle: na Łódź nie ma bata. Za rok też trzeba być.

piątek, 2 października 2009

"Shade, the Changing Man" #39 - Milligan, Bachalo, Eaton

Autor: Dominik Szcześniak


Komiks zaczyna się nad stawem, na zewnątrz hotelu. Gdy trzymasz go w dłoni, Twój wzrok prawdopodobnie przebiega po znajdującym się na górze tytule, po czym spoczywa na stawie oraz, co ważniejsze, na ciele w tym stawie pływającym. Chcesz mu się przyjrzeć z bliska i komiks, jakby czytając w Twych myślach, prezentuje Ci zbliżenie unoszącej się w wodzie kobiety. Na imię jej Lenny. Może, ale nie musi być martwa. Jako czytelnik komiksów, będziesz musiał nauczyć się cierpliwości. Będziesz wiedział, że przed Tobą jeszcze dwadzieścia trzy strony, a co za tym idzie mnóstwo czasu na uzyskanie odpowiedzi na Twoje pytania. Być może będziesz sobie życzył, by część Twoich pytań pozostała bez odpowiedzi. Możesz również nie mieć pytań w ogóle. Możesz nie dbać o to, czy Lenny nie żyje, czy żyje. Mogłeś wziąć do ręki ten komiks przez pomyłkę i nie mieć zamiaru przewrócenia kartki...

Powyższy wstęp to nie próba streszczenia trzydziestego dziewiątego numeru komiksu "Shade, The Changing Man", a jego pierwsza strona przetłumaczona na język polski. W tym zeszycie Peter Milligan postanowił zabawić się na całego: odcinkowi zatytułowanemu "Pond life" nadał postmodernistycznego feelu, w stylu Italo Calvino czyniąc czytelnika częścią historii. Stworzył komiks świadomy, w którym on sam komentuje zasady, według jakich funkcjonuje. Na przykład: w momencie, gdy pojawia się pierwszy dialog, narrator z offu komentuje: "To oczywiście nie jest prawdziwy dialog, lecz sekwencja słów w dymkach, wychodzących z ust bohaterów. Postrzegacie to jako konwencję komiksu i macie świadomość tego, że dymki tak naprawdę nie istnieją i że Kathy i Miles nie widzą tych obiektów, fruwających w powietrzu wokół nich..." Wyjaśnienie prawideł komiksowego rzemiosła odnaleźć można na kartach "Pond life" w wielu miejscach. Nie aż tylu co prawda, by uznać ten zeszyt za podręcznik Milligana dotyczący tego zagadnienia, lecz wystarczająco wielu, by komiks zaciekawił, wciągnął w lekturę i nie puścił do ostatniej planszy.

Nie dość, że w omawianym przypadku komiks mówi sam za siebie, to jeszcze scenarzysta wrzuca w jego ramy swoją szanowną osobę. Fabuła odcinka skupia się na wydarzeniach jednej nocy i jest co prawda związana ściśle z poprzednimi numerami serii, ale może być również czytana w oderwaniu od nich. I to właśnie dzięki dwóm zabiegom, z których pierwszy został opisany akapit wyżej, a drugi zostanie omówiony akapit niżej. Historia oscyluje wokół kilkorga bohaterów: Kathy - byłej dziewczyny Shade'a, Lenny - obecnej dziewczyny Kathy, pisarza Milesa Laimlinga, Shade'a oraz jego "złego brata bliźniaka", powstałego na skutek umiejętności głównego bohatera do powielania swojej postaci w nieskończoność. Relacje między głównymi bohaterami odstawiam na bok, podobnie zresztą jak i ciągłość wydarzeń i mitologię serialu. Skupię się na tym, co może przyciągnąć do tego odcinka serii Czytelnika, nie zapoznanego z uniwersum Shade'a.

Miles Laimling to pisarz - artysta, twierdzący, że książki pisać należy językiem kwiecistym i będący właśnie w trakcie pisania takowej. Powieści. Wykorzystując odludny hotel Shade, prowadzony przez trójkę bohaterów serii, stara się posklejać fragmenty powieści w całość, posiłkując się przy tym barwnymi charakterami Shade'a, Lenny i Kathy. Problem polega na tym, że w momencie gdy Laimling wykorzysta dla potrzeb swojej powieści np. szerokie oczy Kathy lub wspomni o poczuciu humoru Lenny, cechy te zaczynają zanikać u istniejących w rzeczywistości bohaterów. Laimling, nieświadomie, kradnie ich charakterystyki. Bohaterowie mają dwadzieścia cztery strony, by uniknąć totalnej katastrofy i znaleźć rozwiązanie tej dość kiepskiej sytuacji. A gdy już znajdą, wyjdzie na jaw, że te dwadzieścia cztery strony zostały napisane przez pulpową wersję Laimlinga, którego anagramem jest nazwisko brzmiące jak nazwa taniej irlandzkiej whiskey - Milligan. Peter Milligan okazuje się zresztą być pseudonimem Milesa Laimlinga, pod którym ów artysta postanawia pisać scenariusze komiksowe, by uniknąć obciachu.

"Pond life" to genialnie przyrządzony komiks o komiksie, jego scenarzyście oraz o tym, kim jego scenarzysta mógł zostać, gdyby obrał inną drogę. Jednocześnie, jest to zamknięta, wzorcowo napisana historia w klimatach horroru. Dla wielbicieli serii "Shade", ale przede wszystkim dla fanów twórczości Milligana, którzy lubują się w wyszukiwaniu ciekawych tropów, jakie ten scenarzysta za sobą zostawia.


"Shade, the Changing Man" # 39: "Pond Life". Scenariusz: Peter Milligan. Szkic: Chris Bachalo, Scot Eaton. Tusz: Rick Bryant. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1993.

czwartek, 1 października 2009

"Skin" od podszewki

Autor: Dominik Szcześniak

Założenie, jakie powstało w rozmowach z Peterem Milliganem i Brendanem McCarthy było takie, by ich komiks wylądował na półkach polskich Czytelników w wersji identycznej, jak ta, która nakładem Tundry ukazała się w 1992 roku. Tak też się stało. W polskiej wersji odwzorowano więc każdą stronę i każde słowo. Obok samego komiksu, przeczytać można oryginalny wstęp autorów, krótkie teksty dotyczące subkultury skinheadów i dzieci talidomidowych oraz notki biograficzne Milligana i McCarthy'ego, uwzględniające głównie ich dorobek sprzed daty publikacji oryginału.

Podczas tłumaczenia komiksu musiałem uwzględnić specyfikę narratora opowieści. Jest nim nastoletni skinh
ead, posługujący się językiem ulicy. Językiem wulgarnym, dosadnym - tak dosadnym, jak przesłanie "Skina". Językiem, który nie przejmuje się poprawnością i w sposób swobodny i prosty opisuje balladę o Martinie 'Atchecie. Różnorodnością przekleństw, jakimi narrator operuje można by obdzielić kilka innych pozycji, więc pod tym względem komiks nie jest przeznaczony dla tych, którym więdną uszy na dźwięk słowa "kurde". Pewne przekleństwa musiały być konsultowane ze scenarzystą komiksu, ponieważ nie miały swojego odpowiednika polskiego (choćby slangowe "kinada", będące skrótem od popularnego w Londynie bluzgu "fuckin' ada"), inne z kolei - choć łatwe do rozszyfrowania ("kinell" - czyli "fuckin' hell") - musiały zostać przetłumaczone dosłownie.

W kilku miejscach autorzy rzucają nazwiskami i zdarzeniami, które mogą nie być znane polskiemu Czytelnikowi. Chociażby afera Profumo, o której autorzy wspominają, iż uznana została za największy skandal lat sześćdziesiątych w Anglii, spychając na dalszy plan efekty działań talidomidu. Profumo był sekretarzem stanu ds. wojny, a skandal, w który się uwikłał dotyczył jego związku z showgirl Christine Keller, która jednocześnie sypiała z Jewgienijem Iwanowem z ambasady Związku Radzieckiego. Polityczna sprawa przyćmiła aferę talidomidową, choć ta była bogatsza w negatywne skutki - talidomid był lekiem, wynalezionym w Niemczech w latach pięćdziesiątych i sprzedawanym później na rynku angielskim jako tabletka uspokajająca przeznaczona dla kobiet ciężarnych. Mimo zapewnień o jej bezpieczeństwie, efektem przyjmowania talidomidu okazała się straszliwa fala uszkodzeń poporodowych u dzieci, które nazwane zostały "dziećmi talidomidowymi". Sytuację dobrze opisuje ten fragment ze wstępu do "Skina": "Efekty działania talidomidu powiązane są zazwyczaj z rażąco zniekształconymi ramionami i nogami (fokomelia), lecz skala deformacji była bardzo szeroka i zależała od fazy ciąży, w jakiej lek był przyjmowany. Przerażające i pouczające było to, że w zasadzie te dzieci talidomidowe, które przetrwały i rosły, posiadały mniej ekstremalne deformacje. Niemowlaki natomiast rodziły się bez oczu i uszu, czasami bez mózgu, z pozbawionymi członków korpusami, bez części twarzy, z zamknięciem odbytu czy też z katastrofalnymi deformacjami wewnątrz organizmu".


"Skin" jest komiksem bezkompromisowym, wstrząsającym i nie przeznaczonym dla delikatnego Czytelnika. Chwyta za jaja, wykręca je w pokrętny sposób i uświadamia COŚ. Coś, co dla współczesnych Czytelników może wydać się niezrozumiałe, odległe, bądź oderwane od rzeczywistości. Coś szczerego. Świetnie napisany i odpowiednio narysowany. Komiks, który sponiewiera Waszą psychikę. Od piątku do kupienia.