Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

wtorek, 31 marca 2009

"Skasowałem Adolfa Hitlera" - Jason

Autor: Dominik Szcześniak

Jason w swojej drugiej polskiej publikacji zabiera czytelników w niesamowitą podróż w czasie pomiędzy dwoma wymiarami - z jednej strony anonimowym, imitującym świat rzeczywisty, a z drugiej - osadzonym w realiach drugiej wojny światowej, kiedy to najważniejszą postacią na arenie międzynarodowej był dziwnie uczesany tyran ze śmiesznym wąsikiem pod nosem.

W odróżnieniu od premierowego "Pssst!", Jason tym razem działa w kolorze (którą to usługę zapewnia mu niejaki Hubert - jego
etatowy kolorysta), dzięki czemu w pełnej krasie można dostrzec jego inspiracje herge'owską ligne claire. Ciągi obrazków, w sposób bardzo jednoznaczny komunikujące czytelnikowi po co są tworzone, nawiązują do techniki ojca Tintina w każdym aspekcie. Plansze są regularnie skadrowane, dzięki czemu mamy do czynienia z płynną, przechodzącą z kadru na kadr akcją. Kreska Jasona uproszczona jest do granic możliwości i podporządkowana komunikacyjnej funkcji opowiadania obrazem.

Interesująco wypada połączenie ligne claire z patentami, wypracowanymi przez samego Jasona. Pierwszym z nich jest anonimowość bohaterów - właściwie jedyną postacią, jaką znamy z imienia i nazwiska jest Adolf Hitler, pozostali - pomimo tego, że odgrywają w komiksie znacznie ważniejsze role - nie zostali obdarzeni żadnym przydomkiem. Co więcej - będąc antropomorficznymi postaciami - zlewają się z tłumem bohaterów drugo i trzecioplanowych (którymi są zazwyczaj masy przechodniów). Zabieg ten do granic możliwości podkreśla reguły, jakimi kierował się Herge - w "Skasowałem Adolfa Hitlera" ważna jest historia i sposób jej poprowadzenia, nie bohaterowie. Paradoksalnie jednak, z tego świeżego podejścia norweskiego twórcy, bohaterowie również wychodzą z tarczą. Stają się bowiem trybikami w miłosnym wątku tego komiksu, który tak naprawdę zdaje się być jego szkieletem.

Jason z konwencją ligne claire zabawia się również na gruncie
tematyki, jaką podejmuje w swoim komiksie. Oto świat, gdzie zabójca jest zwykłym zawodem. Do jednego z takich zabójców, likwidujących niewierne żony, nieuczciwych współpracowników, uprzykrzające się teściowe, zgłasza się naukowiec, który stworzywszy wehikuł czasu pragnie wykorzystać go do ocalenia ludzkości. I daje zabójcy zlecenie na Adolfa Hitlera. Ten, zachęcony sowitą zapłatą, je przyjmuje i tutaj zaczynają się problemy...

Herge, chcąc być fabularnie komunikatywnym, nie pozwalał sobie na jakiekolwiek odstę
pstwa od linearnej fabuły. Jason tymczasem postanowił takie odstępstwa zastosować - podróży w czasie w "Skasowałem Adolfa Hitlera" jest kilka, przy czym podróżują różne osoby i w dodatku w obie strony. Co ciekawe i zaskakujące - łamiąc zasady Herge'a, Jason tak naprawdę wcale od nich nie odszedł. Wręcz przeciwnie - przeskoki czasowe są niewidoczne, a postaci wpadające w wir czasu, lub z niego wypadające, uwypuklają płynność narracji.
Zabawa formą i oczko, puszczane do czytelnika co chwilę, to nie jedyne zalety komiksu Jasona. Niewątpliwie najbardziej charakterystycznymi wyznacznikami jego twórczości są: humor (niejednokrotnie zupełnie czarny) oraz wątek miłosny (zazwyczaj całkiem ponadczasowy). W "Skasowałem Adolfa Hitlera" mamy jedno i drugie - humor jest dosadny, czarny i inteligentny, natomiast wątek miłosny poprowadzony jest tak znakomicie i daje czytelnikowi tak duże pole do popisów interpretacyjnych, że - jak już wspominałem - nieśmiało staje się w pewnym momencie wątkiem, wokół którego cała akcja krąży. Obserwując napędzane miłością, osadzone w przeróżnych czasach perypetie pary głównych bohaterów, można poddać w wątpliwość ich słowa z kart albumu i zapytać: Czym właściwie jest "dawno temu"?

"Skasowałem Adolfa Hitlera" to ubiegłoroczny zdobywca nagrody Eisnera. Jason zgarnął statuetkę zupełnie zasłużenie, a jego komiks to świetna rozrywka, do której można wracać w nieskończoność. Nie po to, by odkrywać "coraz to nowsze smaczki", lecz by delektować się starą szkołą komiksową, podaną z kilkoma innowacjami i podrasowaną znakomitym poczuciem humoru z potężną nutą sensacji. No i sam pomysł skasowania Adolfa Hitlera.
Bezcenny!
"Skasowałem Adolfa Hitlera". Scenariusz i rysunki: Jason. Tłumaczenie: Jakub Mazurek. Wydawnictwo: Taurus Media 2009

niedziela, 29 marca 2009

"Przygody Tintina" - Herge

Autor: Dominik Szcześniak

Recenzję komiksów o przygodach "reportera z fikuśnym kędziorkiem" warto rozpocząć kilkoma ważnymi datami: postać Tintina Georges Remi wymyślił w 1929 roku, pierwszy album z jego przygodami ("Tintin w kraju Sowietów") ukazał się w roku 1930 natomiast w 1946 wprowadzono na rynek komiksowy "Tintin magazine". Obchody pięćdziesięciolecia powstania tej postaci - w związku z którymi Andy Warhol wykonał cztery portrety Herge'a (bo taki pseudonim obrał Georges Remi), a belgijska poczta wydała znaczek z Tintinem - poprzedzone zostały kilkoma transferami komiksu na szklany ekran (wśród których są wersje: animowana, aktorska i dokumentalna) oraz pomnikiem reportera i jego psa Milusia, jaki postawiono w Brukseli w 1976 r. Z dat bieżących warto zwrócić uwagę na będącą właśnie w produkcji ekranizację komiksu, za którą zabrali się wspólnie Steven Spielberg i Peter Jackson. Premierę ich wizji "Tintina i tajemnicy Jednorożca" zapowiedziano na 2011 rok. Jak więc widać - otoczka wokół postaci Tintina, mimo śmierci jej autora w 1983 r. jest przeogromna. A jak w tym medialnym szumie prezentuje się sam komiks? O co w ogóle tyle zachodu?

Tak wiekowy komiks uznawany jest zazwyczaj albo za klasykę, albo za ramotkę. Bywa również tak, że pojęcie "klasyki" używane jest jako usprawiedliwienie
jego przestarzałości i braku jakiegokolwiek związku z nowoczesną narracją, przez co powstaje komiks, którego "nie wypada nie mieć", ale z drugiej strony ciężko jest dzisiaj czytać. "Przygody Tintina" w tak schematyczne rozumowanie nijak się nie wpisują - poszczególne albumy przepełnione są akcją, humorem, a formalnie spreparowane są w sposób, który na zawsze pozostanie wręcz podręcznikowym przykładem tworzenia komiksów. Wymyślona przez Herge'a, fenomenalna w swej prostocie ligne claire (czyli czysta linia) jest metodą robienia komiksów opartą o ich funkcję komunikatywną - rysunki tworzone są zdecydowaną kreską, tej samej grubości, która w jednakowy sposób podkreśla wagę każdej postawionej przez autora linii. Podobnie ligne claire funkcjonuje na płaszczyźnie fabularnej - opowiadana historia płynie równym tempem do przodu. Brak w niej retrospekcji, czy innych zabiegów burzących jednostajną narrację. Ta technika okazała się być autentycznie nowatorska i znacząco przyczyniła się do rozwoju komiksu jako gatunku. Do inspiracji twórczością Herge'a przyznają się dzisiaj m.in. Jason Lutes (autor "Berlina") czy Jason (twórca "Pssst!" oraz wydanych właśnie w Polsce: "Gangu Hemingwaya" i "Skasowałem Adolfa Hitlera").
Wydawnictwo Egmont, po falstarcie z dużymi albumami "Tintina" w latach dziewięćdziesiątych, postanowiło sięgnąć po te historie w nieco innej formie - tym razem otrzymujemy opasłe tomy, zbierające po trzy oryginalne albumy. Jedyną różnicą jest mniejszy format - ze standardowego A4 zmieniony na B5. I tak, tom "zielony" zbiera w sobie albumy "Pęknięte ucho", "Czarną wyspę" i "Berło Ottokara". Tom "żółty" - "Skarb Szkarłatnego Rackhama", "Siedem kryształowych kul" i "Świątynię słońca", a "ciemnoniebieski" - "W krainie czarnego złota", "Kierunek księżyc" i "Spacer po księżycu".

Wszystkie te opowieści zgodne są z duchem serii - na ich kartach obecne są więc detektywistyczne zagadki, pościgi, walki na ziemi i w powietrzu, poszukiwania skradzionych artefaktów etc. Oczywiście, archaiczność przekazu momentami je
st widoczna (ot, choćby pretekstowe zawiązania akcji w wielu odcinkach), ostatecznie znika jednak pod przykrywką autentycznie zabawnego humoru oraz sensacyjnych perypetii Tintina. Zdecydowanie in plus zapisać można również przebogatą galerię postaci drugoplanowych, z przemawiającymi się wciąż Tajniakiem i Jawniakiem na czele.

"Przygody Tintina" nieprzerwanie od osiemdziesięciu lat b
awią kolejne pokolenia czytelników na całym świecie. Wreszcie dotarły i do Polski, gdzie po raz pierwszy w historii mają szansę bycia pokazanymi w całości. Inicjatywie tej warto kibicować zarówno ze względu na jej aspekt czysto rozrywkowy, jak również przez uwagę na walory artystyczne. To kawał solidnej szkoły komiksu.
"Przygody Tintina", tomy: żółty, zielony, ciemnoniebieski. Scenariusz i Rysunki: Georges Remi (Hergé). Tłumaczenie: Marek Puszczewicz. Wydawnictwo: Egmont Polska 2009.

środa, 25 marca 2009

"Muzyka Marie" - Usumaru Furuya

Autor: Dominik Szcześniak

"Muzyka Marie" to komiks utopijny - wykreowana przez autora kraina Piritu jest miejscem sielankowym, gdzie wszyscy są dla siebie mili, a życie toczy się spokojnie, w pełnym porozumieniu i współpracy z równie bezkonfliktowymi sąsiadami. Pieczę nad tym miejscem sprawuje Marie - istota stworzona przez samego Boga, której muzyka "oczyszcza ludzkie serca" i powstrzymuje ludzi przed tym, co jeszcze setki lat temu praktykowali nałogowo - zabijaniem się nawzajem. W tak utkane uniwersum, Usumaru Furuya wrzuca motyw młodzieńczej miłości Kaia, obdarzonego nadludzkim zmysłem słuchu oraz Pipi, najpiękniejszej osiemnastki Jiru, Miasta Atelier. By było ciekawiej - jest to miłość (przynajmniej póki co) platoniczna.

Autor wprowadza czytelnika w świat przedstawiony niespiesznie - można nawet powiedzieć, i
ż przez pierwsze trzy rozdziały wieje nudą. Postaci oraz wątki poboczne w nich wprowadzone zaczynają procentować w epizodzie czwartym ("Trzech Leśnych Mędrców"), gdzie akcja momentalnie przyspiesza. Furuya w bardzo ciekawy sposób przedstawia zwyczaje ludów zamieszkujących sąsiadujące ze sobą wyspy. Jeden z nich - rytuał obchodów osiemnastych urodzin dziewcząt i związany z nim wybór przyszłego męża - okazuje się dla fabuły "Muzyki Marie" kluczowy. I nadaje utworowi dramatyczny ton.

Obecna na okładce informacja o przeznaczeniu komiksu dla dorosłego czytelnika, przez wspomniane już trzy początkowe rozdziały, jest niezwykle zagadkowa, lecz w miarę poznawania kolejnych przyczyn obecnej sielanki na wyspach, pozwala mi przyznać rację wydawcy. Furuya odsłaniając ukrywane przed wyspiarzami fakty z przeszłości, nie wzbrania się przed ukazaniem (bardzo szczątkowym co prawda) scen ś
mierci czy spółkowania. Ujmuje je jednak w słowa, grafiką nie ukazując zbyt wiele.

Sama strona graficzna albumu jest dopracowana, choć rysownik mało uwagi poświęca szczegółom. Często ucieka w upraszczanie, co widoczne jest głównie w sposobie r
ysowania twarzy bohaterów, które w momentach skrajnie emocjonalnych składają się z pospiesznie poskładanych kresek. Irytujące jest towarzyszące im pisemne wyjaśnienie stanu emocjonalnego bohatera (np. gdy bohater się uśmiecha, co wyraźnie widać na załączonym rysunku, obok jego śmiejącej się twarzy otrzymujemy informację pisemną: "uśmiech"). Mówiąc o warstwie graficznej należy wspomnieć, że "Muzyka Marie", w większości stworzona w technice czarno - białej, posiada sześć stron pokolorowanych.

Hanami wyspecjalizowało się w wydawaniu najlepszych mang w kraju, w związku z czym nie schodzi poniżej pewnego poziomu artystycznego. I choć "Muzyka Marie" jest według mnie najsłabszą jak dotąd propozycją tego edytora, to zakończenie pierwszego tomu jest na tyle intrygują
ce, że przed premierą drugiego (w maju) pojawia się spora dawka zaciekawienia.

"Muzyka Marie". Scenariusz i rysunki: Usumaru Furuya. Tłumaczenie: Radosław Bolałek. Wydawnictwo: Hanami 2009.

"Dick 4 Dick" - Jakub Rebelka

Autor: Dominik Szcześniak

Tytuł "Dick 4 Dick i zła tajemnica planety Zordaxa" nie pozostawia żadnych złudzeń: Jakub Rebelka postanowił zabawić się w pastisz filmów i komiksów sci-fi, wykorzystując image kontrowersyjnej kapeli. Złudzeń nie pozostawia również to, co zobaczyć można otwierając ten niewielki objętościowo zeszyt: Jaskrawe grafiki Rebelki robią piorunujące wręcz wrażenie i w ów pastiszowy klimat wpisują się idealnie. Niestety, są jedynym walorem tego komiksu.

Intryga jest bardzo prosta: Zordax, potężny władca planetarny, pojmuje kobiety wszelkich ras i gatunków, pragnąc
spłodzić z nimi armię, która pomoże mu w podbiciu wszechświata. Na ratunek równowadze biologicznej oraz ponętnym paniom wyrusza piątka śmiałków, których imiona stanowią przeróżne wariacje imienia Dick. Bohaterowie upozowani są na jurnych lowelasów, a statek kosmiczny, którym podróżują wyglądem przypomina penisa. Podobnie zresztą jak cały design Zordaxa i jego popleczników - wódz sprawia wrażenie, jakby był parodią Predatora, uposażoną w ogromną ilość penisów umiejscowionych we wszelkich możliwych miejscach (z widoczną przewagą głowy), jego świta z kolei penisy ma zamiast nosów. W iście "penisowym" klimacie utrzymana jest więc fabuła "Dick 4 Dick" - wielbiciele dobrych dialogów i śmiesznych pomysłów znajdą w niej niewiele. Samo założenie zabawy z konwencją rozminęło się w przypadku "Haremu Zordaxa" z ideą ciekawego jej przedstawienia.
Pójście po najmniejszej linii oporu w warstwie scenariuszowej, pozwoliło Rebelce stworzyć wizualnie wysmakowany albumik. Praktycznie każdy z wyrysowanych w nim kadrów - czy ten, przedstawiający kosmicznego łowcę, Floriana, w pozie znanej z animowanego serialu o "He-
Manie", czy te z wejściami Paoli - komputera pokładowego, są ucztą dla oka. Dodatkowo, okazuje się, że graficznie Jakub Rebelka trafniej realizuje założony przez siebie cel, niż pisząc. Słowa w jego komiksie zdają się zbędne, grafiki z kolei aż proszą się o możliwość zawiśnięcia na ścianie.

Na koniec warto nadmienić,
Dick 4 Dick to gdański zespół electro -rockowy, który w swoich tekstach zajmuje się problematyką niezaspokojonego popędu seksualnego. Pozwala to spoglądać na komiks Jakuba Rebelki przez pryzmat historii tegoż zespołu, który zresztą chętnie określa się mianem grupy superbohaterów, "gotowych bez chwili zastanowienia ratować świat z opresji". Bezpośrednie odniesienia do zespołu w komiksie nie są jednak nachalne i zauważą je jedynie Ci, którzy tematem się interesują. Dla nich komiks ten będzie materiałem promującym zespół. Bez tego kontekstu, komiks się nie broni.

"Dick 4 Dick" kusi znakomitą
grafiką, jednak po lekturze powoduje uczucie niedosytu. Z pomocą dobrego scenarzysty, mógłby być dobrym komiksem do czytania. Bez niego, jest zwykłym zbiorem znakomitych obrazków do oglądania.

"Dick 4 Dick: Harem Zordaxa". Scenariusz i rysunki: Jakub Rebelka. Wydawca: Kultura Gniewu 2009

wtorek, 24 marca 2009

"Hector Umbra" - Uli Oesterle

Autor: Dominik Szcześniak

Słyszeliście kiedyś o ludziach, którzy wyszli z domu po papierosy i nigdy nie wrócili? Albo zupełnie znienacka ulotnili się z koncertu, na którym mieli grać pierwsze skrzypce?

Pewnie, że słyszeliście.
Tego rodzaju akcje zdarzają się każdego dnia, a ich przyczyny bywają mniej lub bardziej prozaiczne. Ta, która przydarzyła się kumplowi Hectora Umbry, do prozaicznych jednak nie należy.

"Hector Umbra: Daleko od Osaki" nie jest komiksem drogi traktującym o podróżach po Kraju Kwitnącej Wiśni. Osaka Best to imię i nazwisko zaginionego, Hector Umbra - poszukującego, a Uli Oesterle - gościa, który wszystkim zawiaduje z pozycji autora komiksu. Zawiaduje w sposób bardzo wciągający i - co warto podkreślić - nieszablonowy.

Historia wpisana jest w losy czterech kumpli, mających wspólną przeszłość, szlajających się po knajpach i parających się muzyką. Osaka jest mistrzem gramofonu, Joseph archetypowym rockmanem, Hector biegle władającym pędzlem artystą, a Frantisek - cóż, wystarczy powiedziec, że Frantisek jest kumplem trzech poprzednich Panów. Każdy z nich, na pewnym etapie swojego życia doświadcza szeregu dziwnych zdarzeń, których zwieńczeniem jest zniknięcie Osaki. Pośród przaśnych gadek o panienkach i audiofilskich wynurzeń na temat winyli, przemykają się monstra - zarówno te, siedzące w głowach bohaterów, jak i te całkiem realne, planujące przejęcie władzy nad światem. Na ich drodze stanąć może jedynie Hector Umbra, który posiadł dar widzenia rzeczy, niewidocznych dla innych istot ludzkich.

Uli Oesterle stworzył komiks, swoim areałem tematycznym obejmujący to, co mogłoby powstać, gdyby przy jednym komiksie współpracowali Mike Mignola ("Hellboy") i Karol Kalinowski ("Yoel"). Ten niesamowity synchron powstałby z połączenia motywów piekielnych, nieobcych Mignoli, ze świetnym wyczuciem w kwestii pisania dialogów, charakterystycznych dla KRLa. Graficznie jest to "jakość europejska" - w dość mignolowej kresce, niektórzy dopatrzą się inspiracji Maxem Anderssonem, inni autorami z rynku szwedzkiego czy portugalskiego. Oesterle fantastycznie radzi sobie z językiem komiksu - widać to choćby w zręcznie spuentowanym prologu, czy też świetnie rozplanowanych splash-page'ach. Narracyjnie autor wspomaga się wstawkami relacjonującymi wydarzenia z pozycji prezenterki telewizyjnej, oraz obecnością postaci drugoplanowych, przemykających gdzieś w tle.

Oesterle, wykorzystując te wszystkie elementy, mówi czytelnikowi jasno i wyraźnie: "Czytasz komiks rozrywkowy! Baw się przy nim dobrze, czytelniku!" A mówiąc to, stara się wpleść w opowieść przeróżne smaczki ze świata komiksu i muzyki, które znacznie tę lekturę umilają.

Naturalnym dla czytania komiksu jest przewracanie stron. I z nim wiąże się jedyny minus nowej publikacji Taurus Media. Bowiem gdy w owym przewracaniu stron zbliżamy się do końca albumu, gdy tych stron jest coraz mniej, w głowie zaczyna dudnić pytanie: "Jak na tak niewielkiej ilości papieru, autor przedstawi finał tej opowieści?" Na szczęście dla opowiadanej historii, autor nie musi upychać jej zakończenia na kilku kadrach. A to tylko i wyłącznie dlatego, że tego zakończenia nie ma. Minusem jest więc to, że trzeba czekać na ciąg dalszy (tutaj znaleźć możecie zaostrzającą apetyt planszę z części drugiej). Lecz mówię z pełną odpowiedzialnością: warto!

"Hector Umbra: Daleko od Osaki". Scenariusz i rysunki: Uli Oesterle. Wydawca: Taurus Media 2009

niedziela, 22 marca 2009

"Kubuś Piekielny" - Szarlota Pawel

Autor: Paweł Sawicki

Powrót do przeszłości.

Po raz pierwszy spotkałem się z Kubusiem Piekielnym... 20 lat temu. Wtedy to dostałem od moich Rodziców dwie książeczki z jego przygodami zatytułowane „Przeprowadzka” i „Sąsiedzi”. Mam je do dzisiaj, głęboko ukryte w pudełku z innymi komiksami z dzieciństwa.
Wydawnictwo Ongrys postanowiło zrobić dobrze takim jak ja trzydziestoletnim fanom komiksu, którzy lubią myślami wracać do czasów gdy wszytko było lekkie, łatwe i przyjemne. Celem tego edytora jest odświeżenie i przypomnienie czytelnikom komiksów polskich opublikowanych przed rokiem 1990. Idea zacna i godna wsparcia.

Po około rocznej pracy, mozolnej obróbce starych materiałów i tworzeniu nowych plansz, w dniu 14.03.2009 r. premierę miało zbiorcze wydanie opowieści o Kubusiu.

Autorką tego komiksu jest Eugenia Pawel-Kroll, lepiej znana jako Szarlota Pawel. Oprócz Kubusia stworzyła ona między innymi komiksy o przygodach Jonki, Jonka i Kleksa.

Kim jest Kubuś?

Kubuś Piekielny to około 10-12-letni (jego wiek nie jest dokładnie określony) pełen pomysłów urwis, który wraz z rodzicami – Glorianem i Ewą wprowadzają się do nowego mieszkania w bloku z „wielkiej płyty”. Sąsiadami rodziny Piekielnych zostają Krzesław i Zofia Przesadowie – rodzice jeszcze większego urwisa o słodkim imieniu Malwina. Od tego momentu połączone siły Kubusia i Malwinki zapewniają czytelnikowi sporą dawkę humoru. Początkowo Kubuś sceptycznie podchodzi do tej przyjaźni („Z dziewczynami nie warto się bawić, ciągle lalki, misie i zabawa w dom... Okropne!”). Jednak szybko okazuje się, że Malwince nie to w głowie („Mamo! Ona zna karate!!”).

Dzieciaki świetnie organizują sobie czas razem z rówieśnikami z osiedla (wtedy jeszcze było to bezpieczne i nie kończyło się przedawkowaniem narkotyków albo nieplanowaną ciążą).

Tymczasem rodzice muszą borykać się z rzeczywistością niczym z filmów Barei. Problemy związane z przeprowadzką przypominają te z serialu „Alternatywy 4”.
Szarlota Pawel umiejętnie kreśli parodie życia w schyłkowym okresie PRL, choć niektóre żarty prawdopodobnie będą nieczytelne dla młodszego czytelnika.

„Kubuś Piekielny” to dobra lektura dla dzieci. Nie ma tu przemocy, strzelania laserami, urywania rąk i tego typu „atrakcji” wszechobecnych we współczesnych produkcjach przeznaczonych dla najmłodszych. Jako lektura czytana dziecku do poduszki sprawi frajdę również rodzicowi.

Kilka słów o wydaniu.

Rok pracy nie poszedł na marne. Wydawca stanął na wysokości zadania i w rezultacie otrzymaliśmy produkt dopracowany. Zbiorcze wydanie „Kubusia” ma dwie wersje: podstawową i rozszerzoną (zwaną też kolekcjonerską). Obie wersje są w twardej oprawie.
Wydanie kolekcjonerskie ma nakład ograniczony do 500 egzemplarzy i jest bogatsze o 40 stron dodatkowych materiałów (w tym między innymi pierwsze h
istorie ze Świata Młodych, różniące się fabularnie i graficznie od tych z późniejszego okresu). Ponadto każdy egzemplarz ma inny numer i jest podpisany przez Autorkę.

Dla kogo ten komiks?

Po nowe wydanie Kubusia Piekielnego na pewno sięgną ci, którzy czytali je w dzieciństwie. Nie tylko po to, aby odnaleźć pierwiastek dziecka w sobie, ale też w dużej mierze po to, aby poczytać te opowieści swoim dzieciom. Dla tych, którzy swoją komiksową edukację zaczynali nieco później (np. od komiksów z TM-Semic), dzieło Szarloty Pawel jawić się będzie jako mało atrakcyjna ramotka.

Chociaż chciałbym się mylić co do tych drugich.

"Kubuś Piekielny". Scenariusz i rysunki: Szarlota Pawel. Wydawnictwo: Ongrys 2009

sobota, 21 marca 2009

New British Comics

Autor: Dominik Szcześniak

Sama idea zaprezentowania polskiemu czytelnikowi osiągnięć brytyjskiej młodzieży komiksowej to pomysł fantastyczny w swej prostocie. "New British Comics" to 13 krótkich form komiksowych, które są dla nas nie tyle prezentacją obecnej kondycji rynku brytyjskiego, co raczej możliwością wyszukania różnic i podobieństw, jakie pojawiają się w pracach polskich i angielskich twórców, publikujących własnym sumptem bądź w różnego rodzaju zinach.

Tematyka zamieszczonych prac zawiera się w kręgu zainteresowań, jakie od lat są domeną rodzimych twórców zinowych. Oto dostajemy szereg krótkich form, z których jedne są nostalgicznymi impresjami, obrazującymi znaczące wydarzenie/przeżycie z młodości twórcy ("To szczera prawda" Daniela Locke'a), inne powstałymi na dużym haju twórczym i niezrozumiałymi dla grona odbiorców innego niż znajomi autora kwaśnymi opowiastkami studenckimi ("Bezsens życia wg Elexendera Browne'a" Roba Millera), a jeszcze inne krótkimi impresjami, prezentującymi warsztat rysownika i zapominającymi o fabule ("Kryzysowa sytuacja" Vanessy Wells). Te komiksy stoją na bardzo niepewnym gruncie i nieodparcie kojarzyć się mogą z tym, co w Polsce nazywa się "artystowskim pitu pitu", bądź "podziemiem". Fani "otoczki" Otoczaka i "uwydatnień" Machłajewskiego będą w siódmym niebie. Podobnie wspaniale będą się bawić ci, którym podobał się publikowany lata temu w zinie "KGB" komiks Krzyśka Kozłowskiego "Synokio".

Druga strona medalu to komiksy przeznaczone dla czytelnika, którego dla potrzeb recenzji określiłbym mianem mainstreamowego. Takiego, który lubi jasną, klarowną fabułę połączoną z ciekawymi ilustracjami. Tutaj znaleźć można kilka perełek. Pierwszą z nich jest komiks Nelsona Evergreena "Damienne Hobbs Odbija", który co prawda nie jest niczym odkrywczym, lecz w świetny, obrazowy (jest to komiks niemy) sposób prezentuje fragment wieczoru pewnej młodej kobiety. Fenomenalna kreska Evergreena (którego komiks opublikowaliśmy już tutaj) przywodzi na myśl produkcje Disneya zmiksowane z wyobraźnią Burtona. Bardzo fajna jest również lekka i przyjemna historia Caroline Parkinson "Serce miasta". Stosując nieco mangową kreskę, autorka prezentuje komiks odnoszący się do konfliktu cywilizacja - natura, z miłością w tle. Lub odwrotnie. Ostatnim z komiksów, które chciałbym wyróżnić, jest "Charlie Parker Złota Rączka" Paula O'Connella i Lawrence'a Elwicka. Autorzy zgrabnie bawią się konwencją jednoplanszówki, budując zabawne sytuacje za pomocą składowych elementów komiksu.

Nie zabrakło komiksów, przyciągających uwagę ciekawą grafiką ("Towarzysze broni" Petera Rogersa, Toma Walsha i Jarosława Zielińskiego), eksperymentatorskich ("Bez tytułu: wewnątrz furgonetki z lodami" Malcy Duff) oraz inspirowanych (przywodzący na myśl prace Liama Sharpa z "Testamentu" komiks "Brownehayes" Dave'a Thomsona).

Dobór prac świetnie rozkłada środek ciężkości - każdy znajdzie w tym tomiku coś dla siebie. Mogą to być 2 strony na 80, a może ich być 20. Przegląd wycinka prac brytyjskich komiksiarzy, tak bliski pewnym aspektom komiksiarstwa polskiego, powinien niedocenianych polskich twórców podnieść na duchu, a polskim czytelnikom uświadomić, że rozstrzał tematyczny komiksów jest przeogromny i nie tylko w naszym kraju tworzone są eksperymenty, potocznie określane mianem "bździn".

Zagraniczny twórcy, jak zresztą opowiedział pomysłodawca antologii, częstokroć wzięli we własne dłonie przygotowanie polskiej wersji swych komiksów, jak również zajęli się opracowaniem graficznym zbioru. Nie do końca wyszło to na dobre - niektóre komiksy (np. "Jackie idzie do piekła" Dana White'a) czyta się bardzo topornie, a sam design magazynu nie jest zbyt interesujący - proste logo i kiepska okładka nie bardzo zachęcają do zakupu.

"New British Comics" nie spełniło moich oczekiwań w 100%. Jak w typowej antologii, znalazły się na stronicach magazynu komiksy lepsze i gorsze. Dodatkowo, istotny jest tu fakt skierowania poszczególnych krótkich form do diametralnie różnych odbiorców, skutkiem czego dostajemy "wszystko w jednym". Ci, których ciekawi samo zagadnienie komiksu brytyjskiego będą zadowoleni. Natomiast Ci, którzy szukają historii undergroundowo-alternatywnych lub mainstreamowych, będą zadowoleni najwyżej połowicznie. Osobiście daję szansę magazynowi, ponieważ uważam że inicjatywa to godna poparcia.

"New British Comics". Scenariusz i rysunki: różni autorzy. Redaktor naczelny: Karol Wiśniewski. Wydawnictwo: niezależne.

Komiks: Ucieczka od stycznia

Autor: Dominik Szcześniak

Karol Wiśniewski w opublikowanym przed chwilą wywiadzie zapowiedział rychłą prezentację brytyjskich komiksów online. Zanim akcja ta rozpocznie się na stronie "NBC", przedpremierowo prezentujemy Wam komiks Nelsona Evergreena, zatytułowany "Escape from January" ("Ucieczka od stycznia"). Po większe plansze proszę zaklikać.

Wywiad z Karolem Wiśniewskim

Autor: Dominik Szcześniak

"New British Comics" to antologia komiksów brytyjskich, o której wieści pojawiły się nie tak dawno temu, a która to zadebiutowała na rynku podczas Warszawskich Spotkań Komiksowych (zsieciowaną, znajdziecie ją tutaj). Zanim zaprezentujemy Wam recenzję "NBC", zapraszam do przeczytania wywiadu z Karolem Wiśniewskim -redaktorem naczelnym publikacji lub "facetem, na którego można zrzucić winę":

Jak w ogóle doszło do nawiązania współpracy z twórcami brytyjskimi?

Jakiś czas temu (chyba już z rok...) wpadłem na pomysł, aby opublikować jakieś brytyjskie prace w następnym numerze jednego z polskich zinów. Znalazłem dwie chętne osoby, ale niestety następny numer tego zina już nie powstał, więc z zamysłu nic nie wyszło. Niemniej, kilka miesięcy później zaświtało mi w głowie, że można by zebrać nieco brytyjskich komiksów i opublikować je w Polsce. Początkowo założenia projektu były skromne: bierzemy kilka prac i nic w nich nie grzebiemy. Po prostu wydajemy małą antologię w całości po angielsku. Potem pomyślałem, że warto ją przetłumaczyć na polski, a następnie znajomy zwrócił mi uwagę, że równie dobrze można ją zrobić i po polsku, i po angielsku.

W międzyczasie pocztą pantoflową szukałem interesujących komiksów, mailowałem z autorami, przeglądałem ich strony oraz blogi. Udało się znaleźć całkiem sporo chętnych, toteż poprosiłem ich o przygotowanie nowych prac, bądź o poprawione wersje starszych komiksów - i na tym etapie musiałem odrzucić te komiksy, które kiedyś chciałem opublikować we wspomnianym zinie. W niektórych przypadkach, gdy rodzaj czcionki był mocno powiązany z samym komiksem, wykonywali także polskie liternictwo. I cierpliwie znosili mój "angielski".

Wspólnym wysiłkiem udało się cały projekt doprowadzić do końca. Spora w tym zasługa wielu osób, które pomagały mi w tłumaczeniach, korekcie, dtp i kwestiach związanych z drukiem oraz podczas samego WSK. Np. Rob Miller (jeden z twórców), rozpisał mi linijka po linijce tekst swojego komiksu - dość trudnego do przełożenia na polski - tłumacząc obok, co miał na myśli używając danej kwestii lub nawet pojedynczego słowa. Dobrze, że jego dziewczyna jest Polką, bo inaczej w pewnych kwestiach dalej byśmy się nie porozumieli. Dodam tez, że Rob wykonał fantastyczną robotę w swoim komiksie - w polskiej edycji, oprócz "zwykłego" liternictwa, przerobił też sporo napisów z rysunków, tak aby całość była jak najbardziej naturalna w odbiorze dla polskiego czytelnika. Spenetrowanie tamtejszych rejonów pod względem komiksowym spowodowane było czymś konkretnym?

Zawsze mnie dziwiło, czemu w Polsce nikt nie interesuje się komiksami z Wielkiej Brytanii. W naszych antologiach i zinach publikuje towarzystwo międzynarodowe, ale jakoś niewiele tam prac brytyjskich. A przecież język angielski jest doskonale znany pols
kim komiksiarzom - przynajmniej tak wnioskuję po mnogości kłótni na temat przekładów z angielskiego na polski. Tymczasem te komiksy dosłownie leżą i czekają, aż ktoś się nimi zainteresuje. Wystarczy napisać do autorów.

Skąd w brytyjskich twórcach wziął się taki zapał, by zrobić coś na polski rynek (w dodatku z własnym wkładem, typu liternictwo, logo)?


Przyznam, że zaskoczył mnie entuzjazm brytyjskich komiksiarzy. Dla wielu z nich bycie opublikowanym poza granicami swojego kraju, czyli konkretnie w Polsce, to całkiem poważna rzecz. Tak do końca, to nie rozumiem ich radości i zapału (he, he), bo część z nich to artyści, którzy już sporo narysowali i opublikowali, więc myślałem, że po prostu odmówią udziału w tak karkołomnym projekcie. Na szczęście stało się dokładnie odwrotnie, nawet musiałem odmówić kilku osobom, bo już było miejsca i czasu.

Inna sprawa, że artyści z UK praktycznie nie orientują się co się dzieje w kwestiach komiksu w Polsce. Owszem, wiedzą co nieco o naszym kraju, niektórzy nawet go od czasu do czasu odwiedzają lub mają polskich przyjaciół. Nie znają jednak żadnych polskich komiksów lub twórców komiksowych, zresztą część z nich nie wie nic o jakichkolwiek komiksach spoza UK czy USA. Mam nadzieję, że takie inicjatywy jak "New British Comics" to zmienią i Brytyjczycy zaczną postrzegać Polskę także przez pryzmat dobrej i prężnej sceny komik
sowej oraz jako jeden z największych rynków komiksowych w Europie.

Jak często możemy spodziewać się kolejnych numerów magazynu i czy jego skład jest stały, czy sięgniecie może po innych twórców z Wysp?


Dobre pytanie... Ja jestem gotów przygotować następny numer,ale wszystko zależy od "feedbacku" czytelników i twórców, zarówno u nas jak i w UK. Trudno w tym momencie ocenić czy był to sukces, czy też nie - w końcu od premiery upłynął tylko tydzień.
Chciałbym aby skład w każdym numerze był inny, ale też nie będę wyganiał osób, które zaufały mi w pierwszej kolejności i dostarczyły znakomite komiksy do pierwszego numeru "New British Comics". W międzyczasie (początek może nawet już za tydzień lub dwa) szykuję prezentację nieco starszych, ale równie zacnych komiksów od "Brytoli". Tym razem całość w oryginale i online.

Fajnie, że do biogramów twórców dołączone są namiary na nich. Czy wzorowaliście się na innych magazynach w tej kwestii (mówię tu o zagranicznych antologiach)?


Nie, nie wzorowałem się w tej kwestii na żadnych innych magazynach, ale podawanie namiarów do twórców wydaje mi się raczej standardem. Albo inaczej: w p
rzypadku takich antologii powinno być standardem. Zamieszczenie biografii twórców oraz namiarów do nich to jedna z rzeczy, które im obiecałem w zamian za ich ciężką pracę. Inny punkt tej współpracy to rozdanie lekko ponad 100 egzemplarzy za darmo, głównie dla prasy i wydawców oraz samych autorów, zarówno w Polsce jak i UK. Więc to taka zorganizowana akcja, he,he. Wbijemy do świadomości polskiego komiksiarza brytyjską scenę komiksową, a potem ruszymy z podobnym młotkiem do UK popracować nad ich znajomością polskiego komiksu.

Czy masz już jakieś plany w tej kwestii? I kto ewentualnie w takiej antologii byłby opublikowany?


Takie plany to snuję już od dawna i podejrzewam, że nie tylko ja... Kto byłby opublikowany? Trudno mi powiedzieć, zwłaszcza na tym etapie projektu,he, he. To raczej kwestia tego kto by chciał w tym uczestniczyć, a nie kogo ja bym tam widział.

Tak czy inaczej, taki projekt to byłoby zbyt duże zadanie dla jednego człowieka. Jeśli więc ktoś wykona coś takiego przede mną to pozostanie mi tylko
się cieszyć. Współpraca też jest mile widziana. Zresztą w tej chwili uczestniczę w 3 innych projektach związanych z publikacją polskich artystów za granicą Polski. Mam nadzieję, że chociaż jeden z nich się powiedzie. A razem wzięte pochłaniają nieco czasu.

Polscy twórcy mogli by także na własną rękę popróbować publikacji w brytyjskich antologiach oraz zinach. Ponownie, wystarczy napisać kilka maili i przetłumaczyć swój komiks na angielski. No dobrze, punkt drugi nie jest taki prosty... Jednak myślę, że warto się pomęczyć. Szkoda by było gdyby polskie produkcje - często znakomite - były znane wyłącznie polskim czytelnikom. Warto je pokazać międzynarodowej publiczności.

Mam nadzieję, że Twoje plany wypalą. Dzięki za rozmow
ę.

Wywiad zilustrowano planszami z komiksów "Damienne Hobbs Odbija" (autor: Nelson Evergreen) i "Charlie Parker Złota Rączka" (autorzy: Paul O'Connell i Lawrence Elwick)

piątek, 20 marca 2009

"Szrama - istota legendy"

Autor: Dominik Szcześniak

Szrama to ksywka głównego bohatera komiksu zatytułowanego jego imieniem. Szrama swego nicka zyskał - a jakże - dzięki szramie, zdobiącej jego twarz. Jak dowiadujemy się z treści komiksu, Szrama bywa bezwzględnym mordercą, romantykiem oddającym hołd starszym i wyższym rangą mordercom, jak również grafomanem, używającym słów, których do końca nie rozumie w sposób bardzo pompatyczny, który przesadnie uwielbia.
Tyle o postaci.

To całkiem sporo, zwłaszcza, że o fabule komiksu nie można powiedzieć
praktycznie nic. Składa się ona z kilku epizodów, przedstawiających Szramę w różnych sytuacjach, które - jak głosi tytuł - budują jego legendę. Ich scenariusze nie mają do zaoferowania nic więcej poza nauką, jak nie należy ich pisać. Dla Rafała Kołsuta jest to coś, co może w przyszłości zaprocentować, o ile weźmie swoje własne lekcje pod uwagę przy pisaniu kolejnych przygód swoich bohaterów.

Co natomiast jest sporą wartością "Szramy" to fakt, iż spotkali się na jego łamach całkiem fajni rysownicy komiksowi. Grzegorz Pawlak, w poszukiwaniu mitycznego "swojego stylu" nie oddalił się jeszcze na wystarczającą odległość od fascynacji Frankiem Millerem i Eduardo Risso, lecz rozwojowi jego kreski warto kibicować. Marek Rudowski jest już wyśmienitym profesjonalistą i choć jego prace lepiej ogląda się w kolorze, czerń i biel (ewentualnie: szarości) również potrafią w pełni ukazać jego umiłowanie do szczegółu oraz wkład w scenografię narysowanej opowieści. Maciej Pałka udowadnia, że będąc niewolnikiem jednego stylu, można tworzyć ciekawie (głównie przez innowacyjne kadrowanie). Rysunki Pawła Wojciechowicza, prz
yznam szczerze, zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie - jego prace, niestety dla druku, o niebo lepiej prezentują się w internecie. Skoro o warstwie graficznej mowa: dużym minusem jest brak ujednolicenia czcionki oraz wykorzystywanie wyświechtanych czcionek, które (czasem na przekór swej komiksowej nazwie) nie nadają się do wpisywania w dymki.

Obecność ilustracji tych ciekawych twórców jest wartością samą w sobie. Jednak, jak powszechnie wiadomo, komiks to synteza tekstu i grafiki. I, niestety, "Szrama" pokazuje, że nie można zrobić dobrego komiksu, mając w zanadrzu jedynie fajne rysunki. Scenarzysta, jakby
świadom tego faktu, do samych rysunków dołącza sam tekst w postaci dwóch opowiadań, które otwierają i zamykają zeszyt. Ciężko jednak przez nie przebrnąć.

W tytułowym epizodzie, jedna z postaci mówi do Szramy: "Och, skończ z tym nadętym tonem, dobrze? Wiem, wiem, to też Twój znak charakterystyczny - ten cały szyk, luksus, cytaty... widzisz... mnie już to nie bawi (...)". I mnie również nie bawiło. Choć, z drugiej strony... być może scenarzysta puszczał tu czytelnikowi oczko? Może grafomania, nadęty ton i ten cały szyk, to taki jego ulotny znak charakterystyczny? Może przy następnej odsłonie Rafał Kołsut zdemaskuje samego siebie i zaskoczy wszystkich krytyków? Bardzo mu tego życzę.

Rysunkowi na końcu albumu towarzysz
y tajemniczy napis: "Już niedługo grudzień". Jako, że do grudnia jeszcze sporo czasu, tajemnica prawdopodobnie polega na tym, że niebawem światło dzienne ujrzeć ma kolejny album z przygodami Szramy, zatytułowany "Grudzień". Doradzam spokój i opanowanie w tej kwestii. Debiut twórcy mają już za sobą, teraz pozostało szlifowanie warsztatu i powrót za kilka lat w lepszym wydaniu. "Szrama: istota legendy". Scenariusz: Rafał Kołsut, Ireneusz Mazurek. Rysunki: Grzegorz Pawlak, Maciej Pałka, Marek Rudowski, Michał Zieliński, Paweł Wojciechowicz. Okładka: Grzegorz Przybyś. Wydawnictwo: Dolna Półka 2009

czwartek, 19 marca 2009

"Wartości rodzinne 2" - Śledziu

Autor: Dominik Szcześniak

Pierwsza część "Wartości rodzinnych", wydana w grudniu, dawała nadzieję na pierwszy od dawna polski komiks "dla ludzi". Część druga miała do wyboru: albo tę nadzieję zmieszać z błotem, albo znacznie ją podsycić. Po lekturze stwierdzam:
Za tym, że nadzieja rośnie w siłę przemawia wszystko.

Za tym, że zanika - absolutnie nic.


Ci, którzy zapoznali się z epizodem "Nie wszyscy są zadowoleni", przez "Małpę na przyjęciu" przejdą z bananem na twarzy - Śledziu w przezabawny sposób kontynuuje rodzinną epopeję Państwa Król,
znakomicie korzystając z dobrodziejstwa dwóch zabiegów: działania przez zaskoczenie oraz powtarzalności. Odwołując się do motywów, znanych z poprzedniego odcinka, autor wyraźnie daje nam do zrozumienia, że chce robić pełnokrwistą serię, w której rys charakterologiczny każdego z bohaterów jest stały. Używając zastosowanych uprzednio klisz, pcha do przodu motywy ratowniczych akcji Edgara, nawiązań do jego przeszłości i przewijających się przez całe życie fobii. To samo robi z innymi członkami rodziny, przy czym jednym poświęca więcej, innym mniej uwagi. Nie jest to jednak zarzut, lecz prawo serii.

Wśród tych znanych już elementów, zaskakująca jest zabawa Śledzia-scenarzysty stroną fabularną komiksu, przejawiająca się choćby w świetnej scenie demaskującej "mrocznego narratora z offu, mówiącego do czytelnika białymi literami na czarnym tl
e" lub też w subtelnym wplataniu w fabułę komiksu żartów, które spokojnie mogłyby funkcjonować jako osobne jednoplanszówki (np. motyw sygnału z kosmosu, poruszony w programie Bingo Benka - świetnie rozegrany na połówkach dwóch pierwszych plansz odcinka). Humor to w "Wartościach rodzinnych" podstawa i w tym epizodzie autor serwuje go na każdej stronie. Poza nawiązaniami do kondycji społeczeństwa, religii (Pan J. spotyka Pana B.!), czy filozofii Śledziu potrafi w świeży sposób ująć nawet ten rodzaj dowcipu, który określany jest mianem "kloacznego" lub "niewybrednego", co samo w sobie jest nie lada osiągnięciem.

Nie ma najmniejszego sensu zdradzać fabuły odcinka - ta dostępna jest dla wszystkich, których zachęcą motywy, omówione przeze
mnie powyżej, a które to są gwarantem naprawdę dobrej zabawy. Zabawy, która nie trwa jedynie na stronicach wewnętrznych, programowo przeznaczonych na komiks, lecz również wychodzi poza nie, atakując wewnętrzne (i tylną) strony okładki. Na nich również znajdziecie zarówno elementy powtarzalne, jak i w wysokim stopniu zaskakujące. A co najważniejsze - będziecie się przy nich zanosić śmiechem.
"Wartości rodzinne 2: Małpa na przyjęciu". Scenariusz i rysunki: Śledziu. Wydawnictwo: Kultura Gniewu 2009.

środa, 18 marca 2009

Drugim okiem - czyli o WSK '09 raz jeszcze

Autor: Paweł Sawicki

Wczoraj Dominik podzielił się z Wami swoimi wrażeniami z tegorocznych Warszawskich Spotkań Komiksowych. Dzisiaj pora na mnie.
Powiem szczerze: na WSK zawsze czekam jak na Pierwszą Gwiazdkę. Jestem fanem komiksu. To jest moje święto. Nowe premiery, spotkania z autorami, kolejki po autografy, gadanie o komiksach z ludźmi dzielącymi moją pasję – uwielbiam to!
I mojego dobrego humory nie popsuje nawet śmierdząca mała salka, do której trzeba umieć trafić.

Ale po kolei.
Sobota zaczęła się naprawdę mocnym uderzeniem. Grupa fanów Tadeusza Raczkiewicza stała się sprawcą swoistego rekordu: wydany przez nich album „Komiksy nieznane” wyprzedał się szybciej niż niektóre inne wydawnictwa zdążyły się rozłożyć ze swoją ofertą. 170 egzemplarzy w niecałe półtorej godziny! Gratuluję wyniku, ale przede wszystkim gratuluję inicjatywy i realizacji. Recenzja albumu już wkrótce!
Inną ciekawą pozycją było wznowienie „Kubusia Piekielnego” (pierwszy komiks z wydawnictwa „Ongrys”). Również pokuszę się o jego recenzję przy najbliższej okazji.
Sporym rozczarowaniem był brak jakiegokolwiek nowego komiksu od Muchy i niestety brak Lupusa #2 z Postu. Szkoda, czekamy dalej. Natomiast brak Manzoku (czy to komiksu, czy przedstawiciela wydawnictwa) rozczarowaniem nie był. Przyzwyczaiłem się.
Spotkania z zagranicznymi gośćmi należały do udanych. Zarówno Uli Oesterle, jak i Branko Jelinek i Christoph Heuer pokazali się z bardzo dobrej strony. Ciekawie opowiadali o pracy nad swoimi komiksami, a w prywatnych rozmowach zgodnie chwalili imprezę (tak!). Może to się wydawać dziwne, ale w ich oczach WSK to duży konwent! Czyli nie jest u nas tak najgorzej. Autor „Hectora Umbry” prosił nawet o fotografowanie kolejki oczekujących po jego autograf. Jak sam mówił - nigdy do tej pory nie dał tyle autografów na jednej imprezie. Zresztą wykonał tytaniczną pracę, bo każdemu podchodzącemu do niego z komiksem do podpisu cierpliwie tworzył naprawdę dopracowane rysunki. No i tak mu minęło blisko pięć godzin!!!
Świetnym zakończeniem soboty były bitwy komiksowe. Przyznam się bez bicia – nie wiem, kto wygrał, bo akurat w kluczowym momencie musiałem być w innym miejscu, ale jak dla mnie nie było lepszego rysunku niż dzieło Marka Lachowicza na temat „To ja zabiłem polski komiks”. Tytus ścięty przez Pana W. Srogie.

Niedziela była dniem dla dzieci. Star Wars, Donald i Witch. Zapomnieć. Szkoda, że organizatorzy nie wpadli na prosty pomysł: mamy dwa dni – jeden zróbmy w całości dla dzieciaków, drugi dla staruchów. A tak, ni w pięć ni w dziesięć po czterech godzinach dla najmłodszych przyszła pora na spotkania z wydawcami komiksów dla starszyzny. Było to dla mnie szczególne wydarzenie, bo po raz pierwszy miałem okazję usiąść z tej drugiej strony i zaprezentować plany wydawnicze Mroja Press. I nie powiem – czułem ogromną satysfakcję, gdy po moich słowach: „...a w listopadzie lub grudniu - „Lost Girls” Alana Moore'a i Melindy Gebbie” - usłyszałem z publiczności krótkie acz treściwe: „OOO!”. Też się cieszę!

WSK to nadal jest impreza skrajnie niedopracowana, robiona na ostatnią chwilę i mocno improwizowana. Idę o zakład, że za rok znowu będzie psioczenie na lokalizację, nieciekawy program, brak atrakcji. Wiem, bo sam będę psioczył.
Ale i tak przyjdę na WSK 2010.
Wy też!

wtorek, 17 marca 2009

Co nas czeka w numerze piątym?

Autor: Dominik Szcześniak

W uzupełnieniu poprzedniego wpisu i przed przystąpieniem do publikacji recenzji komiksów, jakie zostały wydane na WSK, chciałbym przedstawić garść informacji o tym, co zaprezentujemy Wam w numerze piątym magazynu. Niektóre z nich zostały ujawnione na spotkaniu z redakcją, niektóre zostaną dopiero teraz. Zaczynamy:

1. Peter Milligan to brytyjski scenarzysta komiksowy, który w Polsce znany jest jedynie ze starych komiksów o Batmanie (historią jego autorstwa, która ponoć zakotwiczyła się w głowach fanów Gacka najmocniej jest "Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta"), natomiast na świecie z szeregu świetnych komiksów, takich jak "The Extremist" (z rysunkami Teda McKeevera), "Enigma" (z grafiką Duncana Fegredo), czy "Rogan Gosh" (stworzony wespół z Brendanem McCarthy'm). Nick Abadzis, udzielając wywiadu, który opublikowaliśmy w numerze 3, powiedział o Peterze, że "jest prawdopodobnie jednym z największych scenarzystów komiksowych, jakich kiedykolwiek miała Wielka Brytania". Obecnie Peter zajmuje się m.in. pisaniem scenariuszy do serii "Hellblazer". A w "Ziniolu" numer 5 zostanie przez nas przepytany. Równolegle na blogu, w regularnym, milliganowskim cyklu, przedstawimy Wam jego najważniejsze komiksy, puszczając przy tym oczko do polskich wydawców. Oczko, zachęcające do wydania jakiegoś komiksu tego Pana. Bo zdecydowanie warto.


2. Erika Larsena, autora "Savage Dragona", który w Polsce brylował w "Punisherze" i "Spidermanie" wszyscy chyba znają. Pojawi się on w naszym cyklu sentymentalnym, w którym rozmawiamy z twórcami, publikującymi w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych.

3. Nick Abadzis, którego "Łajka" w kwietniu zostanie wydana w Polsce nakładem wydawnictwa Mroja Press, w piątym "Ziniolu" zaprezentuje Wam ośmios
tronicowy niemy komiks. Podobnie zresztą jak Sonia Oliveira. Tych Państwa ostatni raz widzieliśmy na kartach "Ziniola" numer 3.

4. Czekamy na potwierdzenie informacji o komiksie Paula Hornschemeiera, który miałby pojawić się w najbliższym "Ziniolu". Prawdopodobnie zaprezentujemy Wam również wywiad z tym twórcą. Publikacji prawdopodobnie doczeka się wreszcie komiks
Mawila, przysparzający (komiks, nie Mawil) nam już od dłuższego czasu wielu kłopotów, które to mamy nadzieję wreszcie zażegnać.

Całą resztę spowiję na razie tajemnicą. Gdy będą pewniki - dam konkrety.

poniedziałek, 16 marca 2009

WSK: pot, alk i komiksy

Autor: Dominik Szcześniak

Mała sala (ew. "salka potu") to element bardzo zgrabnie charakteryzujący Warszawskie Spotkania Komiksowe. Na tej niewielkiej powierzchni, o której świat zewnętrzny zapomniał (brak okien), a jedyny powiew świeżości mógłby dochodzić od strony komnaty z napisem "shower" (na czas trwania spotkań niestety zamkniętej), odbywała się większość mityngów z pomniejszymi wydawcami, rysownikami bądź pasjonatami komiksu. W tym z redakcją "Ziniola". Pardon - z jednym z jej przedstawicieli. Pozostali zajęci byli prowadzeniem/doglądaniem spotkania z Christophem Heuerem.

Spotkanie się udało. Były pytania, były odpowiedzi, była sympatyczna atmosfera oraz, przede wszystkim - było duszno. Można by powiedzieć: same znajome twarze oraz konkretne informacje. No ale cholernie duszno. Rodzinna atmosfera plus fajne towarzystwo... ale ta duchota!

Pod koniec spotkania, Maciej Pałka bardzo trafnie skomentował warunki, jakie na tych niewielu metrach kwadratowych panowały:

"Salka potu to nie jest TA sala.
Salka potu to IDEA. Stan DUCHA!
To MY jesteśmy salką potu!"

I nad tym stwierdzeniem można się pochylić na moment. Pośmiać się, następnie zapłakać a później znowu pośmiać.

I zapłakać raz jeszcze. Bo powyższe wynurzenie jest niezwykle metaforyczne. Bo WSK to fantastyczne miejsce na nawiązanie nowych/rozwinięcie starych znajomości, na wypicie paru piw lub nachlanie się do nieprzytomności w towarzystwie kumpli. Na towarzyską integrację naszego małego babiloniku. Rodzinną atmosferę i fajne towarzystwo. Natomiast jeśli chodzi o całą resztę, to sprowadza się ona do bycia salką potu. Warsztaty, prelekcje gromadzące tłumy - tego nie ma. Są tylko komiksy, opcja pomazania komiksów przez ich autorów
i pusty portfel po afterparty. Warszawskie Spotkania Komiksowe nie bez kozery nazywają się więc Spotkaniami. Nie są konwentem ani festiwalem. Nie jedzie się na nie po to, by poduczyć się czegoś od doświadczonych twórców, podpatrzeć triki stosowane przez scenarzystów, czy dowiedzieć się czegokolwiek o warsztacie jednych i drugich. Są spotkaniami. A to, jak dobrze będziesz się na nich bawił, zależy od tego, ilu ludzi znasz, z iloma chcesz się poznać i czy jesteś w stanie zrobić to w określony niepisaną regułą, chmielowy sposób.

Ja bawiłem się świetnie.


Fotka rozpoczynająca niniejszy wpis pochodzi z bloga Marcina Podolca

piątek, 13 marca 2009

Ziniol 4 - już jest!

Autor: Paweł Timofiejuk

Nowy numer już jest.



I powiem, że prezentuje się nadzwyczaj dobrze.



Pozytywnie zaskoczyło nas połączenie technik offsetowych z cyfrowymi, i za ten miks należą się brawa Sowadruk. Offsetowa okładka z kartonu prezentuje się znacznie lepiej niż standardowe okładki z drukarni cyfrowej, które szybko gną się w ręce. Druk cyfrowy w środku, pozwala uniknąć błędów "pijanego" drukarza, który ustawił maszynę na jedną stronę i pojechał z tego ustawienia całe pismo. Widać to doskonale w numerach 1 i 3. Teraz już tego nie uświadczycie!


Zmiana wielkości nie wpływa na czytelność tekstów. Nie jest też bardzo zauważalna.


Zapraszamy na nasze stoisko podczas WSK,
gdzie czwartego "Ziniola" będzie można kupić za 23 zł,

a wcześniejsze numery po 15 zł (nr 1 i 2) oraz 20 zł za nr 3
(lub całość 2008 w zestawie za 50 zł)!

czwartek, 12 marca 2009

"Opowieści Szeherezady" - Sergio Toppi

Autor: Dominik Szcześniak

Toppi swoim komiksem nawiązuje oczywiście do "Baśni z tysiąca i jednej nocy", interpretując na swój sposób jedenaście z około 300 opowieści, jakie Szeherezada snuje sułtanowi Szachrijarowi. Fabularnie Toppi niczym nie zaskakuje - wiemy, że sułtan, przekonany o generalnej niewierności kobiet, co noc wykorzystuje jedną dziewicę po to, by rankiem kazać ściąć jej głowę. Wiemy, że Szeherezada, by uniknąć śmierci z rąk kata oraz by uchronić przed podobnym losem wiele innych kobiet, postanawia zarzucić sułtana fascynującymi opowieściami. Wiemy również, że wszystkie te opowieści sułtanem zawładną. Jak więc widać, nie o element zaskoczenia tutaj chodzi, lecz o formę, w jakiej autor chce czytelnikowi tę historię przekazać.

Toppi wybrał 10 opowieści, przedstawiających ludzi w obliczu przeróżnych dylematów, kuszonych przez złe demony lub nagradzanych przez poczciwych dżinów za dobre uczynki. Obecność głównych postaci dramatu - sułtana i Szeherezady - zaakcentował jedynie na początku i końcu każdej z opowieści, a wszystkie historie pospinał bardzo ciekawymi klamrami. Mając tak bogaty i autentycznie fascynujący materiał na fabuły, mógł s
kupić się na samej grafice. I efekty tego widać otwierając "Opowieści Szeherezady" na chybił - trafił. "Każda plansza tego albumu to prawdziwe dzieło sztuki" - informuje opis na tylnej okładce albumu. Właściwie nie tyle informuje, co stwierdza oczywistość. Toppi sprawia wrażenie, jakby swojego ekspresyjnego stylu nie mógł utrzymać na wodzy - całostronicowe kadry, przepełnione szczegółami, są tak żywe i tak fenomenalnie spontanicznie skomponowane, że nie można oderwać od nich oczu. W dziewięciu krótkich formach komiksowych Toppi posługuje się techniką czarno - białą, a w dwóch pozostałych atakuje kolorem. W obu przypadkach jest to najprawdziwsze mistrzostwo.

Polskim czytelnikom, którzy od lat śledzą
rozwój zjawiska zwanego "komiks polski" i mają rozeznanie w nowych, oryginalnych stylach, jakie proponują młodzi polscy rysownicy, Sergio Toppi znany jest bardzo dobrze. Nie bezpośrednio, ale bardzo dobrze. Bo co prawda egmontowski album jest pierwszym tego autora, jaki ukazuje się na naszym rynku, ale kreska Toppiego już lata temu poczęła wywierać wpływ na naszych rysowników. Po lekturze "Opowieści Szeherezady" okazuje się, że jego naśladowcy - choćby nie wiem jak u nas wielbieni - mistrzowi nie dorastają nawet do pięt.

Za fenomenalną (i piękną) treścią w "Opowieściach Szeherezady" idą jeszcze bardziej fenomenalne grafiki Sergio Toppiego, a wszystko to opakowane jak przystało na tak świetny album. Tylko jedna sprawa mi tu nie pasuje - co prawda Toppi jest rasowym Europejczykiem, a i plansze komikso
we znakomicie mu wychodzą, jednak zamiast w "Planszach Europy" wolałbym jego album znaleźć w kolekcji "Mistrzowie komiksu". Miejsce w tym cyklu należy mu się bezdyskusyjnie. "Opowieści Szeherezady". Scenariusz i rysunki: Sergio Toppi. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawca: Egmont 2009. komiks został opublikowany w cyklu "Plansze Europy"

środa, 11 marca 2009

Watching the Watchmen

Autor: Paweł Sawicki

Pierwsze, co poczułem wychodząc z sensu "Watchmen", to była ulga.
Ulga, że film nie zszargał dobrego imienia komiksowego pierwowzoru.
Bo, powiedzmy sobie szczerze – każdy fan dzieła Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa musiał się zastanawiać, czy Zack Snyder da radę? Czy w ogóle adaptacja jest możliwa bez straty dla sensu i wydźwięku oryginalnego dzieła? Jak połączyć wątki, z czego zrezygnować, żeby zmieścić tak rozbudowaną fabułę w mniej niż trzygodzinnym filmie? Czy coś można dodać od siebie? Czy coś można zmienić? Czy film musi być – jak "Sin City" - ożywieniem kadrów z komiksu, czy też można pozwolić sobie na inną formę?
Prawdopodobnie przed takimi dylematami musiał stanąć reżyser.
Na szczęście dla niego samego (i dla "Strażników" oczywiście) wyszedł obronną ręką. Konieczne skróty fabuły nie obniżyły rangi dzieła i jego wydźwięk pozostał niezmieniony.

Ufff, nie bolało!
Dzięki Zack, że tego nie spieprzyłeś! Naprawdę masz szczęście!
Snyder poszedł tą samą drogą, która zagwarantowała mu sukces przy adaptacji "300" - dużą uwagę poświęcił plastyce obrazów. Ja ten film po prostu połykałem wzrokiem. Nawet nie przeszkadzał mi ograny już patent ze spowalnianiem akcji i "łapaniem kadru", przyjąłem go z dobrodziejstwem inwentarza.

Aktorzy generalnie stanęli na wysokości zadania i właściwie nie mam zastrzeżeń do żadnej z ról. Jeżeli miałbym kogoś wyróżnić, to na pewno byłby to Jeffrey Dean Morgan, który świetnie poradził sobie ze złożonością postaci Komedianta. Doskonale spisał się też Jackie Earle Haley jako Rorschach, którego kunszt objawia się za każdym razem, gdy zdejmuje (czy raczej zdejmują mu) maskę. Natomiast Malin Akerman (Jedwabna Zjawa II) jak dla mnie nie musiała nawet za bardzo się starać i wczuwać w rolę. Wystarczyło, że była. Mniam!

Kolejnym plusem produkcji jest muzyka. O ile kompozycje instrumentalne nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć, to dobór piosenek jest znakomity! Scena śmierci Komedianta przy dźwiękach "Unforgettable" czy miłosne uniesienia Jedwabnej Zjawy II i Nocnego Puchacza II przy "Hallelujah" pozostaną na długo w pamięci (no dobra, ta druga bardziej dzięki Akerman). Chciałem ponarzekać, że Tyler Bates poszedł na łatwiznę wykorzystując "Cwałowanie walkirii" Wagnera do sceny ataku Dr. Manhattana na Wietnam. Ale z drugiej strony, nie jestem w stanie zadecydować jaki utwór nadawał by się do tego bardziej. Muszę sobie kupić ten soundtrack!

Minusy?

Właściwie wszystkie sprowadzają się do jednego: pod żadnym względem film nie dorównuje komiksowi. Tylko czy naprawdę możemy z tego robić zarzut? No i czy ktokolwiek naprawdę sądził, że dorówna?

Obejrzyjcie Strażników. To kawał dobrej rozrywki podszytej głębszym przesłaniem.
A później KONIECZNIE, BEZWZGLĘDNIE przeczytajcie komiks. Nawet jeśli czytaliście sto razy.
Sto pierwszy będzie smakował jeszcze lepiej.