Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 11 marca 2009

Watching the Watchmen

Autor: Paweł Sawicki

Pierwsze, co poczułem wychodząc z sensu "Watchmen", to była ulga.
Ulga, że film nie zszargał dobrego imienia komiksowego pierwowzoru.
Bo, powiedzmy sobie szczerze – każdy fan dzieła Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa musiał się zastanawiać, czy Zack Snyder da radę? Czy w ogóle adaptacja jest możliwa bez straty dla sensu i wydźwięku oryginalnego dzieła? Jak połączyć wątki, z czego zrezygnować, żeby zmieścić tak rozbudowaną fabułę w mniej niż trzygodzinnym filmie? Czy coś można dodać od siebie? Czy coś można zmienić? Czy film musi być – jak "Sin City" - ożywieniem kadrów z komiksu, czy też można pozwolić sobie na inną formę?
Prawdopodobnie przed takimi dylematami musiał stanąć reżyser.
Na szczęście dla niego samego (i dla "Strażników" oczywiście) wyszedł obronną ręką. Konieczne skróty fabuły nie obniżyły rangi dzieła i jego wydźwięk pozostał niezmieniony.

Ufff, nie bolało!
Dzięki Zack, że tego nie spieprzyłeś! Naprawdę masz szczęście!
Snyder poszedł tą samą drogą, która zagwarantowała mu sukces przy adaptacji "300" - dużą uwagę poświęcił plastyce obrazów. Ja ten film po prostu połykałem wzrokiem. Nawet nie przeszkadzał mi ograny już patent ze spowalnianiem akcji i "łapaniem kadru", przyjąłem go z dobrodziejstwem inwentarza.

Aktorzy generalnie stanęli na wysokości zadania i właściwie nie mam zastrzeżeń do żadnej z ról. Jeżeli miałbym kogoś wyróżnić, to na pewno byłby to Jeffrey Dean Morgan, który świetnie poradził sobie ze złożonością postaci Komedianta. Doskonale spisał się też Jackie Earle Haley jako Rorschach, którego kunszt objawia się za każdym razem, gdy zdejmuje (czy raczej zdejmują mu) maskę. Natomiast Malin Akerman (Jedwabna Zjawa II) jak dla mnie nie musiała nawet za bardzo się starać i wczuwać w rolę. Wystarczyło, że była. Mniam!

Kolejnym plusem produkcji jest muzyka. O ile kompozycje instrumentalne nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć, to dobór piosenek jest znakomity! Scena śmierci Komedianta przy dźwiękach "Unforgettable" czy miłosne uniesienia Jedwabnej Zjawy II i Nocnego Puchacza II przy "Hallelujah" pozostaną na długo w pamięci (no dobra, ta druga bardziej dzięki Akerman). Chciałem ponarzekać, że Tyler Bates poszedł na łatwiznę wykorzystując "Cwałowanie walkirii" Wagnera do sceny ataku Dr. Manhattana na Wietnam. Ale z drugiej strony, nie jestem w stanie zadecydować jaki utwór nadawał by się do tego bardziej. Muszę sobie kupić ten soundtrack!

Minusy?

Właściwie wszystkie sprowadzają się do jednego: pod żadnym względem film nie dorównuje komiksowi. Tylko czy naprawdę możemy z tego robić zarzut? No i czy ktokolwiek naprawdę sądził, że dorówna?

Obejrzyjcie Strażników. To kawał dobrej rozrywki podszytej głębszym przesłaniem.
A później KONIECZNIE, BEZWZGLĘDNIE przeczytajcie komiks. Nawet jeśli czytaliście sto razy.
Sto pierwszy będzie smakował jeszcze lepiej.


Brak komentarzy: