Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 5 grudnia 2012

Kamień przeznaczenia 4 - Kleszcz

Tak, jak pierwszy tom "Kamienia przeznaczenia" był solidnym akcyjniakiem, tak każdy kolejny stawał się już tylko zadaniem domowym dla Tomasza Kleszcza, wyznaczonym przez zastępy krytyków i recenzentów. Rady co ma zrobić, aby było lepiej wynikały z dobrej woli oceniających i sympatii dla autora, który poświęcając wolny czas oddawał się bez reszty swojej pasji. Niestety, Kleszcz na niektóre porady okazał się być odporny, a i recenzenci się pogubili i nie mając solidnych argumentów, zaczęli odpływać w rejony sugestii, by Kleszcz zajął się stylistyką cartoonową, której nie znosi i która zresztą wychodzi mu fatalnie. Kuriozalna sytuacja osiągnęła apogeum w czwartym tomie serii, sprawiającym wrażenie skleconego na szybko, z zachowaniem dotychczasowych błędów i dodatkiem kilku zupełnie nowych.
Lektura komiksu to droga przez mękę. Nie ma scenariusza, nie ma pogłębiania psychologii postaci, a związki przyczynowo-skutkowe między scenami nie istnieją. Najbardziej myląca jest przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością w początkowych scenach albumu, pełna bezsensownych splash-page'ów i pojawiających się znikąd postaci przemawiających do nie wiadomo kogo. O tym, że w jednej z retrospekcji występuje młody Dux dowiadujemy się (albo i nie) podświadomie, ponieważ jest on w niej przedstawiony jako czarnoskóry młodzieniec (tu wychodzi nieumiarkowanie Kleszcza w kładzeniu szarości). Dalej jest jeszcze gorzej - Kleszcz serwuje czytelnikom deja vu, dwukrotnie w albumie prezentując sceny walk, poprzedzone gadaniną. Schemat jest ten sam: pojawia się zły koleżka, stoi, gada, długo gada (obowiązkowy splash-page z gadająca głową i mnóstwo dymków), po czym rozpoczyna się krótka bójka. Ta sama scena w połowie dziewiątego i na początku dziesiątego rozdziału. Z gadaniny niewiele można wywnioskować, głównie dlatego, że plansze z nią po prostu odrzucają. Przerywniki z prezydentem Barackiem Obamą służą chyba tylko ukazaniu jakiejś znanej twarzy. Może to jest jakaś przepustka do sukcesu?
Dux i Natasza zostali sprowadzeni do roli statystów w historii, w której do tej pory grali pierwsze skrzypce. Robią dokładnie to, co na okładce - stoją obok samochodu, bądź też w nim siedzą, a w najciekawszych scenach - jadą. Natasza ma również udział w fatalnym cliffhangerze zeszytu.
Co do rysunku - Kleszcz zrobił niesamowity progres od momentu publikacji chociażby "Supermana" w trzecim numerze "Ziniola", tyle, że stanął w miejscu, a kilka stosowanych przez niego namiętnie chwytów sprawia wrażenie bardzo tanich, głównie przez to, że nie mają krycia w kiepskim scenariuszu. Sugerowanie mu, by nawrócił się na styl cartoonowy jest spuszczaniem w kiblu jego dotychczasowej ciężkiej pracy, z której - jak uparcie sądzę - urodzi się jeszcze coś ciekawego. Być może przez wzgląd na fascynację rysownika kreską Jae Lee ("Mroczna wieża"), a być może przez chęć odejścia od linijki i stworzenia czegoś innego, udało się mu narysować kilka świetnych kadrów (choćby na stronach 23 i 35). To jest dobry kierunek. Odejście od linijki, wykrzywienie rzeczywistości. Ale absolutnie nie cartoon.
Do tego, że komiks robiony był w bardzo szybkim tempie przyznał się sam autor. Zaraz po wydrukowaniu albumu, wystosował odpowiednie pismo do serwisów komiksowych, w którym przeprosił za błędy. Niestety, wszystko wskazuje na to, że będzie musiał robić to przy każdym kolejnym albumie, chyba, że - i to jest moja rada - znajdzie sobie scenarzystę, który ogarnie wymyśloną przez niego historię, oraz korektora, który choćby w noc przed oddaniem albumu do druku wyeliminuje te wszystkie straszliwe byki. Bo póki co jest coraz gorzej. Kleszcz popadł w chaos. Gdyby przyszedł z takim komiksem na jakiekolwiek warsztaty komiksowe, dostałby szereg wskazówek oraz radę, by "rysować, rysować, rysować", a może za dziesięć lat doczeka się wymarzonej publikacji. Dołączając do grona wymądrzających się recenzentów, dorzucę jeszcze jedną sugestię: odpocznij sobie, autorze. Zbierz siły. I przemyśl dokładnie swój następny krok.
Kamień przeznaczenia 4. Autor: Tomasz Kleszcz. Wydawca: Wydawnictwo Roberta Zaręby, Radom 2012
Komiks można nabyć tu: Sklep.Gildia.pl
Poprzednie recenzje serii:

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bullshit!

Anonimowy pisze...

Niecha autor recenzji lepiej zajmie się projektowaniem biletów albo mazaniem po ścianach. Tekst do bani.

Anonimowy pisze...

Jeśli już to kresce Tomka najbliżej jest do Bryana Hitcha a nie Jae Lee. Podobieństwa do tego drugiego nijak się nie mogę doszukać.

Tomek pisze...

Drogie anonimy, mojej kresce na razie daleko do każdego z tych profesjonalistów, to raz, a dwa recenzja jest bardzo dobra i jeżeli nie chcecie mi szkodzić takimi opiniami, to się następnym razem podpisujcie :)