Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 1 czerwca 2011

Film pierwszej klasy

Autor: Paweł Timofiejuk
Wielu zakłada, że jak powstaje film na podstawie komiksu superbohaterskiego to zapewne będzie on strasznym gniotem. Tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę dokonania z X-menami na filmowym polu. Im dalej w las, tym gorzej. Po trzecich, pełnych fajerwerków i efektów specjalnych X-menach miało się już dosyć. Potem był jeszcze spin-off zniesmaczający postać Wolverine'a, która przecież ciągnie do przodu cały ten wózek z mutantami. Dlatego też idąc do kina można nastawiać się na gniot, który będzie kolejnym kuponem odciętym przez przemysł filmowy z dojnej marvelowskiej krowy. Ale czy w tym wypadku na pewno takie nastawienie jest słuszne?
Jak to przystało na origin, wracamy do korzeni, do początków tego, co znamy pod nazwą X-men. W sekwencji pierwszych scen mamy więc opowiedziane na nowo lata 40. i II wojnę światową. Sięgamy do początków dwu najistotniejszych dla całej sagi o mutantach postaci – Charlesa Xaviera i Erica Lensherra. Fan kinowy może więc poznać to, co fanom komiksu jest znane od dawien dawna – co ukształtowało te obie postaci. Potem akcja przenosi się już we właściwe ramy czasowe, czyli początek lat 60. XX w. Eric przemierza świat w poszukiwaniu nazistowskich zbrodniarzy, a szczególnie jednego, o którym za chwilę. Natomiast Charles właśnie zdobywa tytuł naukowy, pod którym będzie znany wśród czytelników i widzów. Mamy więc zderzenie świata amerykańskiej sielanki i towarzyszącego jej idealizmu, z europejskimi demonami przeszłości i brutalnym realizmem przyszłego Magneto. Obserwujemy więc na bieżąco kształtowanie się dwu wizji świata Mutantów, które ścierać się będą latami w komiksach i filmach. McAvoy i Fassbender wypadają przekonująco jako młodzi przyszli przywódcy mutantów.
Mnie jednak niezmiernie podoba się gra Kevina Bacona, który wręcz stworzony jest do roli szwarccharakteru. Tu gra Sebastiana Shawa, przywódcę Hellfire Club oraz byłego nazistę, w pogoni za którym przemierza świat Eric. Jako ten zły, Bacon wypada świetnie i choćby dla jego roli warto obejrzeć film.
Scenariusz jest daleki od naiwnej historii z ostatniej części filmowej trylogii. Tym razem Ashley Edward Miller i Zack Stentz nie serwują nam takiej papki jak w Thorze. Choć wielu może się wydać aż nad wyraz grubymi nićmi szyte wplecenie świata mutantów w rzeczywistość kryzysu kubańskiego. Może i naciągane, ale za to bardzo pomysłowe i dające szerokie pole do popisu i osadzenie akcji głęboko w rzeczywistości. Dzięki temu można uniknąć też niebywałych bredni, jakie towarzyszyły ostatniej części sagi. Akcja płynie więc wartko, aż do momentu, gdy odkrywamy, że 2 godziny filmu minęły jak z bicza strzelił, a my śledziliśmy akcję z zapartym tchem. A miało przecież wiać z ekranu nudą.
Fani X-menów znajdą tez dużo ciekawych smaczków dla siebie. Ja podzielę się tylko jednym, żeby nie psuć zabawy. Za to takim, który pozwolił twórcom nie zepsuć nam zabawy z oglądania filmu. Mamy więc Wolverine'a w jednej jedynej scence, który… To właśnie zobaczycie sami na ekranach kin.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

"Im dalej w las, tym gorzej."

?!!

Sorry Stary ale zarówno "X-Men 2" jak i "Spider-Man 2" są zgodnie uznawane za lepsze od części pierwszych.

No i "Batman Returns"...

GiP pisze...

Bezsprzecznie X2 jest najlepszą częścią z trylogii, ale stwierdzenie im dalej w las może jest nieco niefortunne.
Jednak sam autor w negatywny sposób wypowiada się raczej o trzeciej części, w której spierd... spieprzono historię z feniksem.

Czekam na premierę, po udanym (według mnie) Thorze apetyt na komiksowe superhero filmy się zaostrzył, a czeka nas jeszcze Kapitan Ameryka i Zielona Latarnia.