Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

wtorek, 31 maja 2011

"Pinokio" - Winshluss

Autor: Dominik Szcześniak
Dla jednych istotna będzie ilość nawiązań i cytatów, jakie wyłowić można z winhslussowskiej reinterpretacji tekstu Collodiego. Inni wsiąkną bez pamięci w rytm historii i cieszyć się będą z bogatych w treść, choć zarazem niemych kadrów. "Pinokio" jest idealny. Laikom zapewnia rozrywkę, do której na pewno wrócą nie raz. Badaczom funduje powrót do przeszłości i znakomity spacer po kierunkach w sztuce komiksu od momentu jego wykształcenia się jako odrębnego gatunku.

Winshluss nie zrobił wiernego przekładu. Nie wstrzymywał się nawet, kiedy od motywów dobrze znanych z oryginału trzeba było odejść znacznie dalej, np. w rejony "z zupełnie innej bajki"  - opowieści o Śpiącej Królewnie i siedmiu krasnoludkach. Zamiast dziecięcej historii o urwisie, którego nos wydłużał się, gdy ten zaczynał kłamać, przełożył tę historię na język dorosłych. A w niej długi nos służy do czegoś zupełnie innego.

"Pinokia" w jego wykonaniu, biorąc pod uwagę dojrzałego odbiorcę, można określić mianem obrzydliwie pięknego komiksu. Graficznie jest to perełka, będąca istnym kompendium wiedzy o medium i w absolutnie niepretekstowy sposób idąca ścieżką wiodącą od prekursorów gatunku, aż po czasy niemal współczesne. Fabularnie dostajemy pozorne pomieszanie kilku wątków, które jednak w pewnym momencie zazębiają się i dają olśniewający efekt. Wszystko to zostaje pikanteryjnie podrasowane przygodami squotującego w blaszanej głowie Pinokia Karalucha Jiminy, które stanowią przeniesienie do komiksu bolączek twórczych autora (lub ogólnie: autorów) i jako niemal jedyne w komiksie posiadają dialogi, czy też monologi wewnętrzne bohatera.

Sam Pinokio w tym  współczesnym ujęciu nie jest zrobiony z drewna, a z metalu. Jest robotem, skonstruowanym przez pazernego wynalazcę w konkretnym celu: opchnięcia go wojsku. Nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek zamierzonym "uczłowieczaniu" chłopca. Jest on jedynie blaszaną marionetką, przerzucaną z planszy na planszę w wymownym milczeniu. Bardziej niż jego, poznajemy więc bohaterów drugoplanowych, czy też nawet postaci z dalszego planu, z których każda zarysowana jest perfekcyjnie i ma swoje miejsce w historii. Wspomniany już Gepetto jest wielbiącym pieniądz i technikę cwaniaczkiem, siedmiu krasnali to banda zboczeńców, wykorzystujących seksualnie Śpiącą Królewnę, kulawy lis i ślepy kot to para bezdomnych, z których jeden zostaje opętany przez religię i zostaje prorokiem. W tle grasuje łowca organów, policjant z Wyspy Wielkanocnej, a wieloryb, do którego żołądka w oryginale trafia i Gepetto i Pinokio to skażona przez odpady rybka, która przerodziła się w wielkiego potwora zwanego Monstro.

Mimo wielu wątków, które w oryginale się nie pojawiły, bo dotyczyły zupełnie innych bajek, baśni i podań lub stanowiły inwencję własną reżysera opowieści, najważniejsze momenty z Collodiego zostały zachowane, choć w sposób bardzo przewrotny. Winshluss stworzył opowieść mroczną, brutalną, nie dającą nadziei na pozytywny rozwój jakichkolwiek spraw związanych ze światem otaczającym jednostkę (zwłaszcza taką, która nie jest świadoma tego, co dokoła niej się dzieje). Postaci skaczące wokół tytułowego robota pokazują to, co w życiu najważniejsze: pogoń za hajsem, cwaniactwo, podstawianie kolegom nogi. Tak, jak Collodi mówił: "nie kłam, dziecko", tak Winshluss daje orzeźwiającego kopa w mózgi dorosłych, kierując do nich przesłanie: "przystopujcie". Zresztą, nie zdradzając zbyt wiele, w tym degrengolandzie i zezwierzęceniu daje również szansę temu, co ważne: miłości.
Wspomniałem już o niesamowitej przebieżce przez historię komiksu, jaką w jednym albumie zafundował swoim czytelnikom autor. Rozpoczyna kreską inspirowaną pracami tworzącego na początku XX wieku George'a Herrimana, by za chwilę przejść do krótkiej, dowcipnej, ale też i niespełnionej tijuańskiej biblii. Tijuańskie biblie były anonimowymi komiksami, wydawanymi od lat trzydziestych XX wieku, w których znane postaci ze świata popkultury - aktorzy, piosenkarki, ale i bohaterowie kreskówek - ukazywane były w niewybrednych scenach spółkowania. W "Pinokiu" taki lekko pornograficzny smak zostaje nadany scenie, w której żona Gepetta chce wykorzystać nos blaszanego chłopca do jasnych celów, nie wiedząc, że w tej wersji jest on bardziej narzędziem zniszczenia, niż gwarantem seksualnych doznań. W dalszym ciągu opowieści Winshluss nawiązuje formą do undergroundu ("Przygody Karalucha Jimini"), fantastycznie w rysunku i treści oddaje ducha komiksów Willa Eisnera, zmarłego w 2005 roku twórcy terminu "graphic novel" (wątek małżeństwa starającego się o dziecko), wreszcie sięga tradycji ilustratorskich, prezentując osadzone w fabule całostronicowe malowane obrazy. A wszystko to w komiksie, który przez znawców klasyfikowany jest jako alternatywny, a więc będący naturalną spuścizną undergroundu.
O "Pinokiu" Winshlussa można by napisać książkę. O przenikaniu się gatunków, o wielości inspiracji, skomplikowanych charakterologicznie bohaterach. Ale równie dobrze można ograniczyć się do jednego, prostego stwierdzenia: jest to komiks genialny. Polecam absolutnie każdemu -  kolejna taka perła nie powstanie zbyt szybko.
UWAGA! Komiks nie jest dystrybuowany w empikach. Nabyć go można m.in. w internetowych sklepach komiksowych bądź bezpośrednio u wydawcy
"Pinokio". Autor: Winshluss. Tłumaczenie: Katarzyna Koła. Wydawca: kultura gniewu 2010

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nabyć go też można w stacjonarnych sklepach komiksowych, np. w Komikslandii :) W Centrum Komiksu pewnie zresztą też.

-leMur

lucek pisze...

Tak.