Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 28 kwietnia 2010

"Wydział Lincoln" - Kowalski, Herzet

Autor: Dominik Szcześniak

Droga karier
y Piotra Kowalskiego wiodła od polskich magazynów komiksowych, poprzez serial "Gail" aż po zainteresowanie francuskich potentatów z Editions du Lombard. Na każdym z tych etapów polski rysownik imponował rzetelnością, konsekwencją oraz - co bardzo istotne - zamiłowaniem do szczegółu. Historyjki, które prezentował w niskonakładowych magazynach, jak również w autorskiej, wydanej przez Egmont serii, cechowały się dość luźnym podejściem do scenariusza. Po transferze na zachód Kowalski dostał do zrealizowania skrypt Emmanuela Herzeta, nauczyciela historii, zafascynowanego tropieniem intryg geopolitycznych i wyszukiwania teorii spiskowych. Na kartach "Wydziału Lincoln" spotkali się dwaj piewcy detalu. Co z tego wynikło?

Wynikł przede wszystkim komiks, który - poprzez tę drobiazgowość - jest i dobry i zły zarazem. Momenty, kiedy zachwycamy się nad precyzją kreski Kowalskiego równoważone są tymi, w których Herzet - nauczyciel historii - stara się nas tej historii nauczyć przez pryzmat swojego widzimisię. Komiks zostaje zastąpiony przez nudny wykład, głoszony przez s
cenarzystę przy użyciu "bohaterów komiksu". Używam cudzysłowu, bo ani Teda Vossa - głównego protagonisty, wplątanego w aferę szpiegowską po odnalezieniu tajnych notatek swojego dziadka, ani jego dwójki pomocników, ani pojawiającego się ni z gruszki ni z pietruszki "tajemniczego dziadka" bohaterami nazwać nie można. Są postaciami bezbarwnymi, kompletnie pozbawionymi charakteru. Pobudki, jakie nimi kierują są niejasne, a działania, które są ich udziałem częstokroć pozbawione są logiki.

Wszystko podporządkowane jest historii. Ale nie temu "snuciu fa
buły", tej płynności narracyjnej, która daje komiksowi życie, lecz historii XX wieku. Herzet wchodzi w detal i miesza, wrzucając do jednego kotła nazistów, watykańskie teorie spiskowe, tajne organizacje i multum postaci historycznych. Sceny, w których bohaterowie spotykają się celem omówienia bieżących wydarzeń, przeradzają się w 10 stronicowe wykłady. To one stanowią oś tego komiksu i są oczkiem w głowie scenarzysty. Cała reszta natomiast - tak, owszem, jest jeszcze reszta, urozmaicająca ten nudny wywar - sprawia wrażenie robienia łaski rysownikowi.

W przerwach między wykładami Kowalski jak tylko może stara się ratować sytuację, niestety na walki, pościgi, sceny "bez słów" nie dostaje zbyt wiele stron. Szczytem absurdu są momenty, kiedy stara się wykorzystywać już nawet te prelekcje historyczne do wplecenia czegoś ciekawego w rysunek - zazwyczaj czymś takim są sceny z kobietami, mniej lub bardzie
j ubranymi. Skutkiem tego komiks czyta się przyjemniej i jest na czym zawiesić oko, ale jednocześnie fabuła zostaje zubożona przedmiotowym potraktowaniem jednej z głównych bohaterek. Kreślona na pnącą się po szczeblach kariery, bystrą dziennikarkę, okazuje się jedynie dodatkiem, pojawiającym się na kilku kadrach bez ubrania.

Scenarzystę zamiłowanie do szczegółu zgubiło. Zapomniał o na
pisaniu komiksu, o przerobieniu swoich prac naukowych na język, który byłby przyswajalny dla odbiorców tego medium. Wykazał się brakiem jakiejkolwiek pokory, a jego ego zmuszało rysownika do coraz bardziej karkołomnych wybiegów. Wybiegów, z których Kowalski - trzeba przyznać - wychodził z tarczą.

Czytając "Wydział Lincoln" trzeba więc zapomnieć o czytaniu. Tym, co powinno zainteresować polskiego odbiorcę, jest rozwój Kowalskiego jako rysownika. Styl "realistyczny" jest dla niego stworzony - na stronach "Wydziału Lincoln" podobni mu wielbiciele detalu odnajdą multum pieczołowicie wyrysowanych broni, ciężarówek, lokomotyw, budynków, statków, samochodów, koni... Ale co z tego, skoro nie odnajdą dobrze zrobionego, płynnego narracyjnie komiksu?

Jako zbiór grafik, pokazujących jak na zachodzie radzi sobie rysownik z Polski - "Wydział Lincoln" jest efektowną ciekawostką. O scenariuszu nie można powiedzieć nic dobrego, dlatego trzecia odsłona kolekcji "Sensacja" powinna zostać szybko zapomniana.

"Wydział Lincoln". Scenariusz: Emmanuel Herzet. Rysunek: Piotr Kowalski. kolory: Piotr Kowalski, Vincent Lamassone, Sylvaine Scomazzon. Przekład: Maria Mosiewicz. Wydawca: Egmont Polska 2010

wtorek, 27 kwietnia 2010

Lubelskie Spotkania z Komiksem - 8 i 9 maja

Autor: Dominik Szcześniak

Organizatorzy
Drugich Lubelskich Spotkań z Komiksem zaprezentowali wstępny program imprezy, która 8 i 9 maja odbędzie się w lubelskiej Chatce Żaka przy ulicy Radziszewskiego 16. Niestety, po Michale Śledzińskim, kolejnym twórcą, któremu nie uda się być na imprezie jest Piotr Kowalski. Można spodziewać się również kilku innych przetasowań w składzie - zarówno tych in plus, jak i in minus - jednak mniej więcej program drugiego LeSzKa będzie wyglądał następująco:




- Spotkanie z Pauliną Christą
- Spotkanie z Przemysławem Surmą i Marcinem Surmą

- Spotkanie z Marcinem Rusteckim

- Spotkanie z Waneko

- "O komiksie i poemiksie" - Piotr Szreniawski

- "Spoko Humanik - odcinek 2016" - Piotr Brożek.

- "Historia alternatywna w komiksach Alana Moore'a" - Jakub Koisz i Jakub Syty

- "Zburzmy czwartą ścianę - czyli komiksowe transgresje" - Jakub Koisz

- Czy Batman rzeczywiście umarł? Rozważania nad istotą i przyszłością mitu Mrocznego Rycerza
w oparciu o "Co się stało z zamaskowanym krzyżowcem" Neila Gaimana - Michał Chudoliński
- Konkurs "Komiksować każdy może, czyli stwórz własny pasek komiksowy" - Magda Filip

- Konkurs komiksowy - Marcin Andrys

- Warsztaty komiksowe

- Wernisaż i wystawa prac Daniela Grzeszkiewicza, Przemysław
a Surmy, Marcina Surmy, Marcina Rusteckiego i Piotra Szreniawskiego.

Warto zaznaczyć, że wystawa Marcina Rusteckiego będzie jego wystawą debiutancką, a - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - uczestnicy spotkań będą mogli zaopatrzyć się w mini-prezent od innego z twórców, biorących udział w imprezie. Czynna będzie również giełda komiksowa, na której będzie można nabyć nowości i starocie. Szczegółowy plan imprezy powinien być dostępny w czwartek na stronie LeSzKa. W przeddzień Lubelskich Spotk
ań z Komiksem na blogu "Ziniola" ruszymy z bieżącym informowaniem na temat tego, co w Lublinie się dzieje.


Wywiad z Jeffem Lemirem

Autor: Paweł Timofiejuk

Jeff Lemire
jest wielokrotnie nagradzanym (ostatnio podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa) autorem komiksów, z których polskiemu czytelnikowi znane są dwa: „Opowieści z hrabstwa Essex” i „Jeździec bez konia” (opublikowany w „Ziniolu” nr 6; wrzesień 2009). W wywiadzie, który możecie przeczytać poniżej (pierwotne miejsce publikacji: „Ziniol” nr 6) Jeff opowiada o swoich inspiracjach i pracy nad „Essex”, jak również o tym, że chętnie odwiedzi Polskę. Jak wiadomo, Lemire miał być gościem Festiwalu Komiksowa Warszawa, jednak niestety musiał odwołać swoją wizytę.

Paweł Timofiejuk: Stałeś się znany w 2005 roku, gdy otrzymałeś Xeric Award. Co robiłeś wcześniej jako artysta? Wydawałeś swoje prace sam, wysyłałeś komiksy do fanzinów, czy też portfolio do różnych wydawców?


Jeff Lemire: Przed 2005 rokiem chodziłem do czteroletniej szkoły filmowej w Toronto. W tym czasie odkryłem, że moja miłość do komiksów jest znacznie bardziej silniejsza niż zainteresowanie filmem. Zacząłem rysować wtedy komiksy przez cały czas. Spędziłem 3 czy 4 lata rysując codziennie i ćwicząc swój styl. Gdzieś w 2003 roku rozpocząłem wydawanie mini-komiksów, które rozprowadzałem lokalnie. Potem była praca nad "Lost Dogs." Do czasu powstania "Opowieści z hrabstwa Essex" nie niepokoiłem żadnego wydawcy swoimi pracami.

Swój pierwszy album opublikowałeś samodzielnie dzięki grantowi fundacji Xeric. Z perspektywy czasu, zmieniłbyś cokolwiek w tym komi
ksie, czy pozostawił "Lost dogs" albumem takim, jakim jest?

"Lost dogs" to
komiks bardzo surowy i brudnopisowy. Uczyłem się na nim kontrolować swój styl i starałem się uzyskać swobodę i wyrazistość graficzną. Obecnie wydaje mi się, że jest on zbyt niedbały i za surowy, ale uważam, że był to niezbędny krok w nauce sztuki komiksu. Ale wciąż lubię tę historię i cały komiks. Nie wierzę w sens wracania do starych prac i podejmowania próby ich poprawiania. Myślę, że to bardzo ważne, aby rzeczy pozostawały takimi jakimi były, aby móc zobaczyć w jakim punkcie życia artystycznego było się kiedyś.

Kiedy poszedłeś z "Opowieściami z hrabstwa Essex" do Top Shelfu, to komiks już był gotowy od A do Z, czy może był to wciąż powstający projekt? Od początku zakładałeś, że będzie to trylogia, czy pomysł pojawił się w trakcie wydawania?


Przygotowałem pierwszą część – "Opowieści z farmy", samodzielnie, jeszcze zanim znalazł się jakikolwiek wydawca. Potem wysłałem je do Top Shelfu. Kiedy zgodzili się ją opublikować, to zacząłem myśleć jak rozwinąć historię w coś większego, w przeplatające się opowieści. Zaproponowałem im więc rozwinięcie historii na dwa kolejne tomy i Top Shelf zaakceptował mój pomysł.

Co dominuje w "Opowieściach z hrabstwa Essex" – rzeczywistość, czy fikcja? Ile jest w nich autobiografizmu?


Tak naprawdę, to w komiksie jest niewiele elementów dokładnie autobiograficznych. W większości jest to fikcja. Miejsce i lokalizacja jest prawdziwa, ale postaci i opowieści są fikcyjne. Część powstała pod wpływem różnych wydarzeń z mego życia i odwzorowuję napotkanych ludzi, ale nic nie jest dokładnym odwzorowaniem.


Podobno w "Opowieściach z hrabstwa Essex" użyłeś komiksów, które robiłeś w dzieciństwie...

Dokładnie. Nie są one redagowane, przemontowywane w żaden sposób. Komiksy zostały włączone do "Opowieści z hrabstwa Essex" jako komiksy rysowane przez Lestera. Są to dokładnie te same komiksy o superbohaterach, które rysowałem w dzieciństwie. Moja matka zachowała je i w związku z tym wykorzystałem je w swojej pracy. Według mnie nie ma możliwości podrobienia tych wczesnodziecinnych wyobrażeń.

Co czułeś po skończeniu "Opowieści z hrabstwa
Essex"? Zamierzasz jeszcze wrócić do tych historii, czy może nie chcesz zajmować się już tymi opowieściami?

Tworzenie "Opowieści z hrabstwa Essex" było długą twórczą i osobistą podrożą. Był to również bardzo satysfakcjonujący proces. Czuję, że historia jest zakończona i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Wciąż czuję, że jakaś cząstka bohaterów komiksu została wewnątrz mnie i pozostaną już tam na zawsze. Nie myślę o powrocie do tych opowieści, gdyż chciałbym pójść do przodu, gdzie czekają nowe historie i nowe wyzwania.


Co dała ci praca nad trylogią? Czy wpłynęła ona jakoś na twoje prywatne życie i jego postrzeganie?

Dokładnie. Dało mi to lepsze spojrzenie na moją własną rodzinę, moje dzieciństwo i na miejsce skąd pochodzę.


Jak rozpoczęła się Twoja współpraca z DC i czy spodziewasz się, że będzie to długoterminowa współpraca? Czy praca dla dużego wydawcy różni się bardzo od tej dla Top Shelfu?


Poznałem redaktora DC Boba Shrecka przez Bretta Warnocka, wydawcę z Top Shelfu, I przedstawiłem mu parę pomysłów. Wydawnictwo zaakceptowało "The Nobody". To była świetna rzecz pracować dla nich i dlatego zamierzam ciągnąć tę współpracę jak długo będę robił dla nich moją regularną serię "Sweet Tooth" oraz realizował inne projekty. Mam również czas na kontynuowanie współpracy z Top Shelfem nad kolejnymi projektami i zamierzam współpracować z nimi zawsze, ponieważ są dla mnie jak rodzina.


Jak donoszą amerykańskie serwisy, obecnie pracujesz nad nową powieścią graficzną. Możesz zdradzić nam jej szczegóły?

Nowy komiks jest ciągle w fazie projektowania, ale będzie to historia tajemnic science-fiction, z rozprawą z przodkami i
grzechami, skruchą i błędami, które towarzyszą nam z pokolenia na pokolenie.

Zainteresowanie tworzeniem komiksów wykształciłeś w sobie sam? Czy może ktoś z twojej rodziny lub znajomych wprowadził cię w tę sferę?

Sam wszedłem w tę pasję. Pokochałem komiksy od pierwszego wejrzenia i ta pasja rosła z dnia na dzień. To stało się bardzo osobistą i indywidualną pasją.

Jakie komiksy czytałeś w dzieciństwie? Jakie miały największy wpływ na ciebie, jacy artyści są dla ciebie wzorem?


W dzieciństwie głównie czytałem komiksy superbohaterskie z DC – m.in. "The Teen Titans" i "The Legion of Superheroes". Potem wywarły na mnie wpływ takie książki jak "Sandman" i "Hellblazer". A jak już stałem się dorosły to znalazłem się pod wrażeniem takich twórców jak Jose Munoz, Moebius, Daniel Clowes i Chris Ware. No i oczywiście wielkich kanadyjskich rysowników :Setha i Chestera Browna.


Jacy artyści inspirują cię i których uważasz za swoich mistrzów?

Największy wpływ na mnie jako artyści i gawędziarze wywarli David Lynch i Alan Moore. Lynch nauczył mnie tego, ż
e w każdej opowieści istotny jest nastrój, atmosfera i to, czego nie widać… jak sprawić by twoja praca była tajemnicza. Alan Moore nauczył mnie, że jest wiele sposobów skonstruowania historii i jak można manipulować medium, aby doskonale przekazać swoje idee.

Czy wiesz coś o Polsce? Znasz jakiś polskich artystów albo Polsce komiksy?


Niestety, niewiele wiem o polskich artystach, ale mój były szef i dobry przyjaciel pochodzi z Polski, więc opowiadał mi wiele o życiu i historii Polski.


Więc może kiedyś odwiedzisz nasz kraj?


Z wielką chęcią. Z tego co
wiem, to piękny kraj i intrygujący. Mam nadzieję, że kiedyś przyjadę do Polski.

Zapraszamy

Ilustracje:
1. Jeff Lemire,
2. Okładka "Lost Dogs".
3. Okładka polskiego wydania "Opowieści z hrabstwa Essex",
4.
Kadr z polskiego wydania "Opowieści z hrabstwa Essex",
5. Creature From The Black Lagoon,
6. John Constantine w wykonaniu Jeffa Lemire'a

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Komiksowa Warszawa - fotorelacja

Autor: Dominik Szcześniak

Po relacji pisanej, zapraszam na krótki przegląd fotek z Festiwalu Komiksowa Warszawa. Pierwsza z nich przedstawia budynek Centralnego Basenu Artystycznego, czyli miejsca w którym impreza się odbyła. Stojący na schodach czytelnik wypatruje komiksów, nie wiedząc...


... że drzwi do nich prowadzące znajdują się bardzo, bardzo blisko.

Czytelnikiem okazuje się być Ystad, który jeszcze pojawi się w niniejszej relacji i który był zresztą najbardziej rzucającą się w oko postacią imprezy:

Kawałek giełdy komiksów. Duża, przestronna, z miejscem dla niemal każdego wydawcy. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Ystad w okolicznościowej koszulce. Profil superherosa:

Koszulka "ojca Roberta de Niro" robiła furorę. Tu kręcona przez Mateusza Skutnika:

Karol Konwerski w swojej standardowej pozie:

Paweł Kingpin Sawicki energicznie prezentuje swoją koszulkę - równie okolicznościową, jak ta sprzed kilku fotosów:

Koszulkowa prezentacja odrobiła swoje zadanie, przywołując Jakuba Tjalla Sytego. Mroja Press i KZ w przyjacielskim objęciu. Komiksowa Warszawa zbratana z LeSzKiem...

Spotkanie z Mateuszem Skutnikiem prowadził Jakub Jankowski:

Mateusz stwierdził m.in. że najnowszy tom "Rewolucji" ("Dwa dni") to jego najpiękniej wydany komiks...

... a chwila, w której autor komiksu otrzymuje tak przepięknie wydany komiks jest chwilą przepiękną...

Równolegle ze spotkaniami, nieco z tyłu można było sobie usiąść, pogadać... w centralnym punkcie zdjęcia - Maciej "Trzeba było zamówić pierogi z wody" Pałka...

Adam "mykupyku" Gawęda prowadził spotkanie z twórcami Jeża Jerzego - Rafałem Skarżyckim i Tomaszem Leśniakiem:

A Przemek "Gonzo" Pawełek z Maciejem Łazowskim i Bartoszem Szymkiewiczem...


Tak wyglądały nagrody PSK (na przykładzie dwóch, zdobytych przez Alison Bechdel i Alexa Robinsona):

To wszystkie fotki, jakie zarejestrował nasz czujny obiektyw. Następnym razem ruszymy z nim na Lubelskie Spotkania z Komiksem.

Komiksowa Warszawa

Autor: Dominik Szcześniak

24 i 25 kwietnia odby
ł się Festiwal Komiksowa Warszawa. Impreza debiutancka, zastępująca zmarłe śmiercią naturalną Warszawskie Spotkania Komiksowe. Wydarzenie, będące pierwszym wyraźnym krzykiem Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego. I choć to dopiero początek relacji, chciałbym zaznaczyć, że krzyk był to dość głośny, prawdopodobnie najgłośniejszy ze wszystkich tych, które miały miejsce w stolicy Polski na przestrzeni kilku ostatnich lat. Za duży plus trzeba uznać postawę organizatorów, którym w przeciągu minionych tygodni nic a nic nie ułatwiało przygotowania tego wydarzenia. Pierwotny termin FKW musiał zostać przeniesiony ze względu na żałobę narodową, a chwilę później swój przyjazd musiał odwołać gwiazdor imprezy Jeff Lemire, któremu przestrzeń powietrzna została zamknięta przed nosem wskutek pyłu wulkanicznego znad Islandii.

FKW odb
yło się w Centralnym Basenie Artystycznym. Giełda na przestronnej hali, spotkania w byłym basenie, kawa i herbata dwa kroki dalej, toalety - mimo skomplikowanych teorii naprowadzających na ich lokalizację - również w bardzo przystępnym miejscu: znajomość tych miejsc wystarczyła, by zaliczyć (nawet przypadkowo) większą część programu imprezy. Zdecydowanie na plus: brak "salki potu", brak tysiąca przeróżnych pokoi, w którym równolegle odbywały się przeróżne spotkania. Na minus: wszechobecny mrok, który potrafił co niektórych szybko z imprezy wyprowadzić. Ogólnie: bardzo miła, rodzinna atmosfera (a przez wspomniany mrok może nawet nieco romantyczna).

Organizatorzy byli bardzo widoczni i służyli pomocą (Punkt Informacyjny - bezcenny). Z okazji FKW udało się wyprodukować dwa okolicznościowe, darmowe wydawnictwa - ilustrowany, bardzo konkretny katalog oraz "Komiksowy przewodnik po Warszawie", posiadający fe
nomenalny projekt graficzny i multum świetnych rysunków, ale - niestety - również szereg potworków scenariuszowych. Niemniej jednak, jako ciekawostka i pamiątka z imprezy - bardzo cenna sprawa.


NA FKW zadebiutowało kilka komiksów polskich autorów - najnowszy tom "Rewolucji" Mateusza Skutnika, antologia prac Artura Chochowskiego, "Boska tragedia"
Macieja Łazowskiego, "Leviathan" Agaty Bary, "Miś Misza" Pawła Kłudkiewicza, "Likwidator" Ryszarda Dąbrowskiego oraz ilustrowany przez Piotra Kowalskiego "Wydział Lincoln". Dostępny był również trzeci "Karton", a przemykający w kuluarach autorzy co rusz plotkowali o nowych projektach, których rzeczywiście w najbliższych latach będzie dosyć sporo.

Komiksowa Warszawa rozpoczęła się już w piątek, meczem Wyda
wcy - Reszta świata. Zwyciężyli wydawcy, a więcej na temat tego wydarzenia, jak również na temat FKW - na blogu Olgi Wróbel. Jak w przypadku każdej imprezy, najciekawsze punkty programu zostały skumulowane w sobotę. Asu przepytywał redaktorów magazynów "Kolektyw", "Karton" i "Ziniol" na tematy zinowo/magazynowe, na żywo można było posłuchać audycji "Schwing", o Funkym Kovalu rozmawiał Bogusław Polch. Odbyły się również spotkania z Mateuszem Skutnikiem, Piotrem Kowalskim, twórcami Jeża Jerzego, jak również z ekipą "Produktu" w dziesiąte urodziny magazynu.

Niedziela przyniosła ze sobą spotkania z kolejnymi Polakami, których albumy zostały wydane w ostatnich dniach: o "Misiu Miszy" opowiadał Paweł Kłudkiewicz, a o "Boskiej tragedii" i nie tylko - Maciej Łazowski i Bartosz Szymkiewicz. Repertuar został domknięty spotkaniem z tworzącymi komiksy przedstawicielkami płci pięknej oraz wydawcami, a
na deser rozdane zostały nagrody PSK za rok 2009. Nagrody, przyznawane przez wszystkich członków stowarzyszenia w dwuetapowych wyborach, zdobyli: Karol Kalinowski za "Łaumę" (kategoria: komiks polski), Alex Robinson za "Wykiwanych" (kategoria: scenarzysta), Shaun Tan za "Przybysza" (kategoria: rysownik) oraz ex aequo Alison Bechdel za "Fun Home" i Jeff Lemire za "Opowieści z hrabstwa Essex" (kategoria: komiks zagraniczny). W przyszłych edycjach festiwalu, do czterech kategorii mają dołączyć kolejne.

Afterparty bogate było w wydarzenia anegdotyczne, które prawdopodobnie zapadną w pamięć uczestnikom na długo. Z tego co mi wiadomo, tradycyjne już rysowanie grupowego komiksu (vide "Muchy) nie odbyło się, choć w planach była parodia Thorgala, zatytułowana "Oczy Diplodoka"


Pierwsza Komiksowa Warszawa, mimo problemów, na jakie natrafili organizatorzy udała się. Co prawda nie ma sensu porównywać jej do festiwalu łódzkiego, lecz w skali stołecznej FKW pobiła WSK na głowę. Spokojnie można umiejscowić ją gdzieś pomiędzy łódzką ucztą a rodzinną atmosferą Lublina. Nie wiem jak wydarzenie wypadło pod względem frekwencyjnym, ale sama idea i sposób wykonania wróży jeszcze ciekawsze przeżycia za rok.

Za kilka godzin zapraszam za krótką fotorelację.
Na zachętę - fan rozdzierający szaty przed obiektywem (czy jego tajemnicza tożsamość zostanie ujawniona?):


A za kilkanaście godzin możecie wpaść na wywiad z nieobecnym na FKW Jeffem Lemire, który dla "Ziniola" przeprowadził Paweł Timofiejuk.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Przygody Leszka (12): Legenda miejska

Autorzy: Leszek Wicherek i Dominik Szcześniak

Zgodnie
z zapowiedzią, przed Wami kolejna przygoda Leszka. "Legenda miejska" to temat wymyślony i narysowany przez Leszka Wicherka.


poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Piguła - komiksowa prasówka (12)

Autor: Dominik Szcześniak


To głównie w blogosferze tętnią ostatnio wydarzenia komiksowe. Zanim zredagowany nius zawiśnie w serwisie, zainteresowani poznają ważne dla komiksowego świata fakty właśnie poprzez mniej lub bardziej spontaniczne wpisy autorów/wydawców/redaktorów na blogach, twitterach, czy facebooku. A poza wydarzeniami, pełno tam ciekawostek, komiksów, notek, czy też wreszcie zwykłej gadaniny. I tak na przykład świetne projekty postaci i komiks z szuflady wyciąga Jaszczu, o zajęciu drugiego miejsca w konkursie na komiks podkarpackiego RPO informuje Kolec, a zupełnie nowy blog, poświęcony Osiedlu Swoboda stawia Śledziu.

Blogowy rodowód ma również informacja o przełożeniu Festiwalu Komiksowa Warszawa na najbliższy weekend. Ekipa "Ziniola" będzie na tej imprezie dostępna, podobnie zresztą jak na LeSzKu, którego wstępny program lada dzień powinien pojawić się na odświeżonej stronie imprezy.

Z aktualności ziniolowych - jutro powracają "Przygody Leszka", tak więc zapraszam przed monitory o bliżej niesprecyzowanej godzinie. Od przyszłego tygodnia natomiast zmieni się formuła "Piguły", która przepoczwarzała się co chwila, będąc a to subiektywną prasówką, a to felietonem, a to wreszcie krótkim zbiorem niusów. Bywają takie tygodnie, kiedy po prostu nie ma czego komentować, nic się nie dzieje i jedyną opcją jest mamienie czytelnika jakąś zapchajdziurą, w związku z czym poważnie zastanawiam się nad tym, aby "Pigułę" uczynić nieregularnikiem. Wciąż publikowanym w poniedziałek, ale już nie każdy. Zobaczymy co z tego wyniknie. A tymczasem... nie ma co gadać, w najbliższy weekend widzimy się w Warszawie.

środa, 14 kwietnia 2010

"Osiedle Swoboda" - Michał Śledziński

Autor: Dominik Szcześniak

Aby słowo
"komiks" przestało się w Polsce kojarzyć jedynie z Kajkiem, Kokoszem, Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem potrzeba było magazynu "Produkt", w którym w latach 1999 - 2004 ukazywały się bardzo dziś popularne seriale "Wilq" i omawiana "Swoboda". Wszystkim, którym te lata w jakiś sposób umknęły, kultura gniewu sprezentowała niedawno zbiorcze wydanie "Osiedla". Potężnych rozmiarów, w twardej oprawie, z obwolutą i dodatkami, ale przede wszystkim z kompletem odcinków serialu, opublikowanych w magazynie.

Nie sposób na komiks Śledzia patrzeć bez "produktowego" kontekstu. Obyczajowa historia o pięciu chłopakach z blokowiska, była elementem wybijającym się na tle innych drukowanych tam komiksów. Była flagową serią magazynu i powodem, dla którego setki gości w szerokich spodniach, niespecjalnie do tej pory zainteresowanych komiksem, zaczęły traktować go jak świetną rozrywkę, ale też "ich portret własny", czy też kopalnię cytatów. "Osiedle" ze swoim brudnym językiem, celnymi obserwacjami autora, używkami i ścieżką dźwiękową było fenomenem, który od momentu zakończenia publikacji serii aż do dzisiaj nie doczekał się powtórki.

Komiks Śledzińskiego był również novum na tle powstających w
tamtych latach polskich komiksów. Wśród autorów panowało zamiłowanie do opisywania smutnych, zrozumiałych tylko dla nich samych historii, które w ich zamierzeniu miały owym niezrozumieniem służyć nobilitacji komiksu. "Swoboda" wkroczyła w te klimaty z impetem i gracją, rozkładając bełkotliwe zapędy i dając nadzieję na pełnokrwisty komiks środka. I w pełni te nadzieje zrealizowała, choć tak naprawdę nikt nie poszedł jej w sukurs. Do tej pory Polska komiksowa nie doczekała się podobnego komiksu, jeśli chodzi o uniwersalność i wartości artystyczne. Zbiorcze wydanie "Osiedla Swoboda" pozwala powrócić do dawnych czasów, powspominać i poczytać historyjki komiksowe na poziomie światowym. A przy okazji sprowokować do uświadomienia sobie, jak od tego poziomu komiks polski w ciągu ostatnich lat się oddalił.

Książka podzielona jest na 16 rozdziałów. Obok wszystkich odcinków "Swobody" znajdują się wśród nich dorysowane dla potrzeb albumu wywiady z bohater
ami komiksu, galeria zaproszonych rysowników oraz fantastycznie korespondujące z komiksami dopiski Śledzia, produktowym zwyczajem umieszczone na dole każdej strony. Są to anegdoty, dykteryjki, spostrzeżenia i wspomnienia, spisane przez autora na emigracji, a dotyczące po prostu życia. Czytając te teksty można odnieść wrażenie, że Śledziu jest cichym szóstym członkiem paczki kumpli ze Swobody albo też osobą, która łączy w sobie cechy charakteru całej piątki. Niezależnie od tego, która z tych opcji jest prawdziwa, faktem jest, że komiks w części oparty jest na faktach i opowieściach, krążących po osiedlu.

Tematyka "Osiedla", nawet jeśli już nieco zdezaktualizowana, bez problemów znajdzie wspólny język ze współczesnym czytelnikiem. Potyczki z dresiarzami, imprezy, lekkie dragi oraz gadki o popkulturze i tyłku J.Lo - tym tętnią plansze komiksu i to przyciągało do niego odbiorców. I choć perypetie miłosne Smutnego, wyszukiwanie prac przez Niedźwiedzia czy pokręcone przygody Wiraża czyta się wciąż świetnie, najmocniejszą stroną serii Śledzia był kontekst społeczny. Sekwencja autobusowa, otwierająca "Włoską kapustę", czy też kościelna, zamykająca "Matkę Boską Ekstra Mocną", jak również szereg innych rozsianych po albumie to fenomenalne i znakomicie przedstawione w formie komiksu obserwacje, wypunktowujące wszystkie wady Polaków. W tej kwestii Śledziu się nie patyczkował i ze s
zczerością godną polskich twórców undergroundowych potrafił dopieprzyć społeczeństwu tak, by społeczeństwo już po tym dopieprzeniu wstać nie mogło.

Nie trzeba wyobrażać sobie "Osiedla Swoboda" w wersji kolorowej, ponieważ taka już istnieje. Sześcioodcinkowy, wydany w formie zeszytów sequel komiksu nie umywa się jednak do oryginalnej, czarno - białej kreski Śledzia, która począwszy od szczegółowej, "realistycznej" postaci ewoluuje w nieco bardziej cartoonową, by w ostatnim odcinku, "Polowanie na młodego gołębia" przejść w jednorazowy, swobodny eksperyment (podobny do tego, który zastosował Frank Miller w pewnym momencie serii "Sin City"). Graficznie jest to ekstraklasa. W erze "gadających głów" i "płaskiego tła" pełne dynamizmu kadry Śledzia, z żyjącym własnym życiem drugim planem oraz wkomponowanymi w budynki nazwami zespołów, które tworzyły soundtrack do komiksu, były rewolucją. A dzisiaj są świadectwem fantastycznie wykonanej roboty przez tego autora.

"Osiedle Swoboda" jest niezbędnikiem w każdej kolekcji. To komiks, którego siła oddziaływania była ogromna - zyskał wielu czytelników spoza "środowiska", a wśród rysowników wyrosło pokolenie twórców, którzy dość mocno się nim inspirowali. Późniejsze dokonania Śledzia - "Na szybko spisane", czy "Wartości rodzinne" nie mają już takiej siły rażenia, jak "życiowe" "Osiedle. Wydanie zbiorcze wszystkich odcinków serii jest pomnikiem, na który zdecydowanie zasłużyła. Bo to legenda, której wstyd nie znać.

"Osiedle Swoboda". Autor: Michał Śledziński. Wydawca: kultura gniewu 2010

wtorek, 13 kwietnia 2010

"Gang Wąsaczy: Ruchome paski" - Lachowicz

Autor: Dominik Szcześniak

Po fanowskiej ed
ycji z 2005 roku, "Gang Wąsaczy" powraca w "Ruchomych paskach". Perypetie Bohdana, Bogdana i Ryszarda to jedna z trzech flagowych serii rysownika Marka Lachowicza. Pozostałe to "Przygody Pana W.", którymi Lachowicz debiutował w zinie "Mięso" oraz znany z "Produktu" "Człowiek Paroovka". Przeglądając prace Lachowicza nie sposób nie zauważyć, że szczególnie upodobał on sobie formę komiksowych stripów.

Zbiorem pasków (co zresztą mamy zakomunikowane już w tytule) jest właśnie "Gang Wąsaczy". Odpo
wiedź na pytanie jak bardzo jest to zbiór pasków humorystycznych, należałoby zacząć od krótkiego wprowadzenia w świat przedstawiony komiksu. Otóż, traktuje on o trójce panów w średnim wieku, trudniących się napadaniem na autobusy i grabieżą biletów komunikacji miejskiej. Istotnymi wyznacznikami ich charakteru są: debilizm, uniemożliwiający im wykonywanie najprostszych czynności związanych z ich zawodem oraz uwielbienie dla polskiej muzyki rozrywkowej. Gdyby nie obecność Dody czy Szymona Wydry wśród ich ulubieńców, Bohdan, Ryszard i Bogdan spokojnie mogliby zostać przodującymi przedstawicielami pokolenia Budki Suflera. Gdyby ich imbecylizm posunięty został w nieco bardziej absurdalne rejony, tych trzech gości mogłoby być współczesnym uzupełnieniem filmów Barei. A gdyby skupiano się na innych niż tylko wtórny debilizm cechach ich charakteru, mogliby być uosobieniem Polaka XXI wieku, a może nawet korespondować ze słynnym "brudnym ryjem z wąsem".

Tymczasem "Gang Wąsaczy" jest zbiorem pasków, w których te wąsy nic nie znaczą, są tylko dla hecy. Dowcipy o tym, że ktoś użył lakieru do włosów zamiast dezodorantu, zjadł pumeks czy spierdział się w jaccuzi funkcjonują w wielu innych podobnych paskach z innymi bohaterami w rolach głównych. Nie oznacza to bynajmniej, że Marek Lachowicz nie potrafi być oryginalny - jest w zbiorku kilka skeczy (o wyrabianiu książeczek, nowej kryjówce, Franku Kimono, człowieku - boi, czy wizycie Bohdana w sklepie), które fantastycznie wykorzystują dowcip sytuacyjny i słowny, świetnie wbijają się we wspomnianą już estetykę"debilizmu" i fajnie puszczają oczko do czytelnika. Niestety, jest ich niewiele.

Na pewno znajdą się zwolennicy i przeciwnicy humoru prezentowanego przez Gang Wąsaczy. Będą też tacy, którzy przejdą obok niego obojętnie. Tak jest zawsze w przypadku tego typu produkcji. Humor - sprawa indywidualna. Natomiast tym, czego Lachowiczowi odmówić nie można jest warsztat. Jego cartoonowe rysunki są bardzo zgrabne i w porównaniu z tym, co lata temu autor prezentował w "Mięsie" stanowią wyraźny krok do przodu. Ale też - w zestawieniu z poprzednimi komiksami autora - pokazują, że jego kresce bardzo służy kolor.

"Gang Wąsaczy: Ruchome paski" posiada również bonus w postaci gościnnego występu Czopka Piotrka. Występ ten ma formę "animacji", jakie za gówniarza wykonywało się w rogach szkolnych zeszytów i będzie idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy szybkim kartkowaniem chcieliby sobie podniszczyć komiks.

Stworzyć komiksowy pasek, który śmieszy - nie lada sztuka. Niby kilka kadrów, niby żadna filozofia, a jednak nie każdemu się udaje. "Gang Wąsaczy" to chwila szczerego śmiechu i znacznie dłuższy moment ziewania.

"Gang Wąsaczy. Ruchome paski". Autor: Marek Lachowicz. Wydawca: kultura gniewu 2010

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Piguła - komiksowa prasówka (11)

Autor: Dominik Szcześniak


Weekend upłynął pod znakiem ważniejszych spraw niż komiksy. Nie pisała o nich większość serwisów i blogów, nie pisaliśmy o nich również na stronie "Ziniola". A jako, że cały ubiegły tydzień - wzorem kilku poprzednich - nie przyniósł nam zbyt wielu ciekawych informacji ani też takich o których już byśmy nie informowali, dzisiaj zajmę się sprawami wewnętrznymi magazynu.

Przede wszystkim, zbliża się premiera nowego numeru. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby wyrobić się na LeSzKa, a wszelkie konkrety na temat zawartości ósemki będą znane po Komiksowej Warszawie, ale już teraz mogę uchylić rąbka tajemnicy. Wraca "Fotostory" - pierwszy odcinek drugiej serii zatytułowany jest "Stara. I nie rdzewieje" i serwuje bohaterom komiksu zupełnie niespodziewane wydarzenia. Obok sztandarowej serii "Ziniola" rozpoczynamy nową - "Trzy ostatnie dni" to zbiór niezwiązanych ze sobą krótkich historyjek, lekko uderzający w klimat chociażby "Strefy Zmroku". Pojawi się również Nick Abadzis oraz ekipa z Portugalii. Wgłębimy się w "Komiksowe sensacje XX wieku", pogrzebiemy pod ziemią i dla odmiany popiszemy co nieco o książkach.


Jako, że redakcja "Ziniola" będzie obecna na Komiksowej Warszawie, na blogu magazynu zaprezentujemy Wam kilka ciekawych materiałów związanych na przykład z gośćmi, którzy na Festiwalu się pojawią. Wielkimi krokami zbliża się także powrót "Przygód Leszka" - pierwsze plansze "Miejskiej legendy", które miałem okazję widzieć, zwalają z nóg nie tylko poprzez fakt, że nie są wykonane w czerni i bieli. Wkrótce będziecie mieli okazję sprawdzić Leszka w wykonaniu Leszka.


A skoro już obracam się wokół rodzinnych spraw - na deser możecie kliknąć w wywiad, jaki przeprowadził ze mną Tomek Kontny do "Wywiadówki". Dużo gadam, a to ponoć pierwsza część. Sprawdźcie.

piątek, 9 kwietnia 2010

"Avengers: Disassembled" - Bendis, Finch

Autor: Dominik Szcześniak

Tytułowa gru
pa superbohaterów, mająca bogate tradycje na Zachodzie, w Polsce nigdy nie była ulubieńcem wydawców, toteż czytelnicy niespecjalnie mieli sposobność zapoznania się z jej komiksowymi przygodami. Kilka występów gościnnych, albumy w "Mega Marvel" oraz garść informacji spisanych przez TM-Semicowskiego Marvel Arka na stronach klubowych komiksów Marvela - tym dysponuje przeciętny polski czytelnik przed lekturą "Avengers: Disassembled". I jest to zdecydowanie za mało, by cieszyć się przewracaniem kartek tego komiksu.

Chwała wydawcy, że nieco informacji na temat historii serialu wprowadza we wstępie do albumu. Najważniejsze słowa, jakie tam padają, brzmią następująco: "(...) A finał tej historii będzie początkiem czegoś znacznie, znacznie większego... Olbrzymiej sagi opisanej przez niezwykle utalentowanego Briana Michaela Bendisa, a zilustrowanej przez Davida Fincha". Te dwa zdania zdradzają nam cały sens omawianej publikacji - sens, który będzie dla czytelnika dostępny prawdopodobnie dopiero po lekturze całej sagi, do której wydawca się przymierza. Póki co, "Avengers: Disassembled" jest jedynie pokazem tanich sztuczek rzemieślniczych scenarzysty oraz całkiem zgrabnych, nawiązujących do stylistyki Jima Lee, Andy'ego Kuberta i najlepszych twórców lat dziewięćdziesiątych, ilustracji rysownika.

Na album składają się zeszyty serialu, zgromadzone wokół wydania pięćsetnego. Okrągłe rocznice i pełne numery świętowane są zazwyczaj w komiksie superbohaterskim efektownymi wydarzeniami; eventami, po których nic już nie będzie takie samo w życiu głównych postaci. Nie inaczej jest w tym przypadku. Siedziba Avengers zostaje zrównana z ziemią, a powrót uznanego za zmarłego członka zespołu, prowadzi do śmierci kilku innych. Grupa jest w rozsypce. Na pomoc idą wszyscy, którzy kiedykolwiek wchodzili w skład grupy. Ich przeciwnik, początkowo anonimowy, z czasem odkrywa swoją tożsamość. I jest ona dla bohaterów serii tak zaskakująca, jak dla czytelnika strony, które kończą album.

Brian Michael Bendis wykreował dla Avengersów armageddon dość kameralny. Pomimo olbrzymiej ilości gościnnych występów znanych marvelowskich superbohaterów, cała intryga i sedno dramatu rozgrywa się wewnątrz grupy - w rozmowach między członkami, w retrospekcjach, we wnikaniu przez nich do źródła konfliktu. Podstawowym
błędem, jaki scenarzysta popełnił jest brak dystansu i patos, obowiązkowy dla komiksów, których głównym bohaterem jest Kapitan Ameryka. Dialogi i przebieg fabuły sprawiają wrażenie, jakby Bendis poszedł po najmniejszej linii oporu i wykorzystując kilka znanych sobie chwytów, spreparował na szybko komiks, mający wzruszać, składać hołd tradycji i stawiać pomnik herosom. I może rzeczywiście wyzwala takie emocje w czytelniku, mającym dostęp do zeszytów regularnej serii. W polskim odbiorcy, pozbawionym kontekstu, obawiam się, że nie wywoła nic i pozostanie emocjonalną wydmuszką, która potrafiłaby porządnie wynudzić.

Potrafiłaby, gdyby nie rysunki, które w pewnym stopniu ratują ten komiks. David Finch w swoich grafikach łączy wszystko to, co najlepsze w komiksach pu
blikowanych w Polsce przez Tm-Semic. Dodatkowo, album wspomógł zespół rysowników, zajmujących się oprawą graficzną serii na przestrzeni wszystkich lat jej istnienia (Byrne, Perez, Kirby, Davis) oraz ekipa młodych, utalentowanych twórców (Maleev, Powell, Mack). Świetnie przegląda się zastosowane w montażach grafiki mistrzów, równie dobrze prezentują się prace młodych. Graficznie - pierwsza klasa superbohaterskiego komiksu amerykańskiego. Scenariuszowo - rozpacz.

"Avengers: Disassembled" jest najgorszą póki co publikacją Muchy. W pełni usatysfakcjonowani będą wielbiciele komiksu superbohaterskiego, umiarko
wanie - fani fajerwerkowych rysunków, a w ogóle - zwolennicy krwistych, soczyście napisanych historii. Mam jednak nadzieję, że kolejne części "Avengers" pojawią się na polskim rynku i będą znacznie lepsze. W końcu to dopiero preludium przed czymś "znacznie, znacznie większym"...


"Avengers: Disassembled". Scenariusz: Brian Michael Bendis. Rysunek: David Finch. Kolor: Frank D'Armata. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Mucha Comics 2010

wtorek, 6 kwietnia 2010

Piguła - komiksowa prasówka (10)

Autor: Dominik Szcześniak

Polskie święta to okres, w którym łatwo można się pomylić, jednak obiektywnie na sprawę patrząc, to z czym mamy do czynienia dzisiaj: a) to nie jest poniedziałek; b) nie jest to z całą pewnością godzina siódma rano. A w związku z tym doszło do gwałtu na pigule.

A skoro gwałt, to pozwolę sobie konkretnie odejść od tematu i nie pisać o tym, że "w minionym tygodniu nic ciekawego się nie działo", nie besztać serwisów i nie wspominać o nadchodzących premierach czy imprezach. Wrócę natomiast do tematu komiksu polskiego. Pomęczę kwestię, pewnie już ostatni raz.


Otóż, jestem w trakcie lektury "Osiedla swoboda" (recenzja niebawem - choć sama recenzja to bardzo niewiele, jak na komiks takiego kalibru), na stronicach którego Śledziu - produktowym zwyczajem - wściubia miliony swoich przemyśleń w formie paska u dołu strony; przemyśleń, które idealnie przygrywają narysowanym przez niego planszom i wbijają się w ten sam anegdotyczny rytm. Soczyste, barwne to wszystko bardzo. I Śledziu pisze również o komiksie polskim i jego śmierci. Z czyich rąk? No właśnie. Śledziu bezpośredniej odpowiedzi nie daje (a może da? połowa komiksu przede mną), ale daje nam soundtrack do swojego komiksu. Tymczasem ja mam soundtrack nieco inny i być może kompletnie odmienny od zamierzeń autora. Soundtrack bardziej sytuacyjny, bo i komiks i płyta, o której za chwilę, padły moją zdobyczą mniej więcej w tym samym czasie.


Mój szacunek do twórczości Grabaża poszedł sobie chyba o krok za daleko, bo w przypadku "Dodekafonii" nie tylko nie oddawałem się pirackim pląsom, co zignorowałem zupełnie oficjalne teledyski. Przed zakupem płyty nie wiedziałem o niej nic, poza tym, że jest.


Teraz wiem, że jest świetna. I że - abstrahując już od tego, jak fajnie słucha się idealnie skrojonych słów w idealnie spreparowanych dźwiękach oraz jak fajnie wiedzieć, że ktoś myśli podobnie - mówiąc o relacji twórca/odbiorca celnie strzela komiksowi polskiemu w głowę.


Kto zabił polski komiks?

Strachy na Lachy "Żyję w kraju" - posłuchajcie. Druga zwrotka. Fonia i wizja.

niedziela, 4 kwietnia 2010

piątek, 2 kwietnia 2010

Komiksowa Warszawa

Autor: Dominik Szcześniak

17 i 18 kwietnia 2010 roku po raz pierwszy na komiksowej mapie Polski zaistnieje Festiwal Komiksowa Warszawa. Impreza, organizowana przez Polskie Stowarzyszenie Komiksowe odbędzie się w Centralnym Basenie Artystycznym. Gośćmi festiwalu będą m.in. Jeff Lemire, Mateusz Skutnik, Piotr Kowalski, Maciej Łazowski, Agata Bara i Paweł Kłudkiewicz. Tak, jak nad innymi fajnymi zdarzeniami, tak i nad tym "Ziniol" obejmuje patronat. O tym, jak wyglądał będzie plakat festiwalu dudni w sieci od jakiegoś czasu. Czyżby tak, jak na obrazku poniżej?

W programie znalazło się spotkanie "Komiksowa prasa", na którym zasiądą redakcje "Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola". Jak wiadomo, walka pomiędzy magazynami na "K" ("KKK", "Krakers", "Katastrofa", "Kwadrata", "KGB", "Koks", "Komiks Forum", "Klatka", "Kontra") a magazynami na "Z" ("Zeszyty Komiksowe", "Zaćma", "Zimne Nogi", "Znak/Znakomiks") to pradawny polski obyczaj. Stołeczni czytelnicy będą mogli się przekonać, co do powiedzenia mają przedstawiciele trzech najaktywniej działających obecnie pism komiksowych.

Obok prelekcji, spotkań, ciekawie zapowiadającego się afterparty oraz meczu koszykówki Wydawcy - Reszta Świata, na Komiksowej Warszawie zaistnieją premierowe albumy, wśród których warto zwrócić uwagę na komiksowy Przewodnik po Warszawie. Spis treści Przewodnika po kliknięciu w obrazek poniżej:

Wszystkich niezdecydowanych zachęcamy do przyjazdu. Tym, którzy zostaną w domu zaserwujemy nieco informacji i relacji z placu boju na stronie "Ziniola".

czwartek, 1 kwietnia 2010

"Japan" - Miura, Buronson

Autor: Dominik Szcześniak

Hanami zasłyn
ęło z pozycji, które niejednego czytelnika omijającego szerokim łukiem komiks japoński, sprowadziły na ścieżkę tego komiksu tolerowania, czytania i doceniania. Gdzieś na skraju ambitnych pozycji pokroju komiksów Taniguchiego wydawnictwo wypracowało sobie niszę seriali obyczajowych ("Suppli"), a wraz z pojawieniem się komiksów duetu Miura/Buronson - szufladkę z niezobowiązującą rozrywką, zahaczającą o kicz. Do tej ostatniej grupy należy właśnie "Japan".

Niewielki formatowo komiks posiada przerysowane postaci, przerysowaną fabułę i pretekstowe zawiązanie akcji, podlane gigantyczną ilością sosu z patosu. Rzecz rozpoczyna się w 1992 roku w Barcelonie. Bohaterów poznajemy pod Kościołem pod Wezwaniem Świętej Rodziny. Są to: Yuka - najpopularniejsza japońska reporterka, Yashima Katsuji - ogromny, barczysty, zakochany w niej yakuza, jego brat i czwórka japońskich licealistów, których imiona co prawda poznajemy, lecz w trakcie lektury komiksu nie będą nam zupełnie potrzebne - oto cały skład opowieści. Ważne dla fabuły są relacje na linii Yuka - Yashima (wątek miłosny) i Yuka - licealiści. Ta druga relacja opiera się o dyskusje na temat znaczenia Japonii we współczesnym świecie. Licealiści są przedstawicielami postawy biernej w kwestii przyszłości Japonii jako mocarstwa ekonomicznego, Yuka z kolei wskazuje na konotacje z Kartaginą. I tu wkracza wspomniane już pretekstowe zawiązanie akcji: na skutek nagłego trzęsienia ziemi, bohaterowie trafiają najpierw do komnaty z kartagińskimi żołnierzami, a później do Japonii po roku 2031.

Oczywiście ten zaczepny pretekst dostaje szansę rozwoju w dalszym ciągu komiksu. Postapokaliptyczny świat, w którym Japończycy są uchodźc
ami, a nowe państwo nazywa się Neo-Europa daje okazję do rozważań na tematy takie jak "Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a nie uchodźcami", jak również jest przyczynkiem do poważnych zmian w postrzeganiu rzeczywistości przez bohaterów. Co prawda największe postępy w tej kwestii czynią licealiści, lecz tym, który ich do aktywizacji patriotycznych uczuć popycha, jest Yashima, który co prawda sprawia wrażenie pospolitego debila (sam zresztą co chwila powtarza, że "czegoś nie kuma"), ale jest poczciwy, silny, widzi świat w barwach biało-czarnych i ma wpojonych kilka regułek dotyczących miłości do kraju, wierności kobiecie i ideałom.

Miura i Buronson żywo kreślą postaci autochtonów (jest
wśród nich nawet Jezus Chrystus przyszłości), ukazując upadek wielkiej Japonii, a jeszcze żywiej wprowadzają na arenę wyzwoliciela ciemiężonej społeczności. Ich komiks pełen jest moralizatorstwa i patosu, w związku z czym strawny będzie jedynie dla tych, którzy albo taką konwencję lubią, albo potrafią ją tolerować. Ot, rozrywka na 15 minut do poczytania w autobusie i szybkiego zapomnienia.


"Japan". Autorzy: Kentaro Miura i Buronson. Tłumaczenie: Radosław Bolałek. Wydawca: Hanami 2009