Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Miller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Miller. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 września 2018

Ostatnia krucjata - Miller/ Azzarello/ Romita Jr.

Ostatnia krucjata - prequel do Powrotu Mrocznego Rycerza Franka Millera. Przed premierą niektórzy zadawali sobie pytanie: Jak dobre to może być? Inni zastanawiali się: Po co? Jeszcze inni po prostu łapali się za głowę i przeczuwając odcinającą kupony taśmę produkcyjną nie mówili nic.

Oryginał był hitem sprzedażowym i artystycznym. Komiksem, który przedefiniował biznes superherosów. Ostatnia krucjata to komiks stworzony z okazji 30-lecia serii Millera. Ładnie opakowany, wzbogacony o znane i uznane nazwiska, ale też właściwie nie wiadomo po co stworzony. Starego dobrego Millera nie czuć tu właściwie wcale, Azzarello robi, co może i widać jego sprawną dłoń w dialogach. John Romita Junior rysuje jak za najlepszych lat… ale wszystko to nie ma większego sensu.

Joker trafia do Azylu Arkham i coś tam sobie knuje, podczas gdy Batman szkoli Robina, a media krzyczą, że nie ma prawa narażać nieletniego chłopaka na niebezpieczeństwo. Czyta się ten komiks w miarę sprawnie, ale zakończenie ani nie daje satysfakcji ani nie odsyła do powtórzenia sobie lektury 30-letniego dzieła.

To nie jest zmarnowany potencjał, bo potencjału w tej historii nie było. Ostatnią krucjatę rozpatrywałbym raczej w kategorii komiksu niepotrzebnego, sztucznego, zrobionego na siłę. To gadżet powstały w celu celebracji rocznicy i właściwie nic więcej.
"Powrót Mrocznego Rycerza: Ostatnia krucjata". Scenariusz: Frank Miller, Brian Azzarello. Rysunki: John Romita Jr. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska 2018

środa, 18 stycznia 2017

Elektra: Assasin - Miller/ Sienkiewicz

Uwadze koneserów nie może umknąć album autorstwa panów Franka Millera i Billa Sienkiewicza - „Elektra: Assasin”. Pierwszy z autorów znany jest chociażby z takich produkcji komiksowo-filmowych, jak „Sin City” czy „300”, a drugi to prawnuk naszego noblisty Henryka Sienkiewicza. Czyżby ten komiks został wydany w związku z obchodzonym jeszcze rokiem sienkiewiczowskim? Niekoniecznie. Choć Bill od polskich korzeni się nie odżegnuje, a wręcz jest z nich dumny, jego twórczość daleka jest od klimatów, poruszanych w utworach pradziadka. 
"Elektra: Assasin" to komiks artystyczny, zupełnie niekompatybilny z superbohaterskim nurtem komiksów amerykańskich. Miller i Sienkiewicz z tej tradycji wręcz zakpili, tworząc dzieło skomplikowane zarówno w warstwie scenariuszowej, jak i graficznej. Historia sprawia wrażenie chaotycznej, rozpisana jest na kilka głosów i rozlana na kilka płaszczyzn czasowych. Rysunek z kolei przeskakuje od zwykłej grafiki, poprzez malarstwo, aż po kolaż. Wizualna uczta i mocny scenariusz – ten komiks to kwintesencja poszukiwań artystycznych końcówki lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, których inspiracje sięgają europejskiego magazynu "Heavy Metal".  Zresztą – co jest kolejnym plusem tej publikacji – kontekst powstania komiksu w posłowiu skrupulatnie wyjaśnia komiksowy autorytet, profesor Jerzy Szyłak, zwracając uwagę na historyczne niuanse i techniczne smaczki. 
Psychologiczna opowieść o umyśle, ciele i duszy najniebezpieczniejszej kobiety świata – tak "Elektrę" zapowiada wydawca. Ten album od momentu swojego powstania uznawany był w Polsce za jeden z kanonicznych utworów sztuki komiksowej. Dotychczas mieliśmy możliwość podziwiania jedynie kadrów tej historii, publikowanych jako ilustracje do artykułów w polskich magazynach komiksowych. Dziś wreszcie możemy przeczytać go w całości i wyrobić własną opinię na jego temat. Moja jest następująca: "Elektra Assasin" to klasyk i komiks, który się nie zestarzał. Dla młodych czytelników, wychowanych na cartoonie może być kompletnie niezrozumiały, ale z drugiej strony może ich zainspirować do odkrywania czegoś innego, niż jednolitej papki, z jaką w światowym komiksie niejednokrotnie mamy do czynienia na co dzień. 
"Elektra: Assasin". Scenariusz: Frank Miller. Rysunki: Bill Sienkiewicz. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2016. Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep Gildia.pl

niedziela, 10 stycznia 2016

Batman, Bękart i Azyl. 3 x Deluxe

Dziś na tapetę biorę trzy albumy z egmontowskiej kolekcji DC Deluxe, która do tej pory prezentowała dzieła warte publikacji. Nie inaczej jest w przypadku „Roku pierwszego”, „Portretu bękarta” i „Azylu Arkham” – komiksów klasycznych, wybitnych, niezbędnych na każdej półce szanującego się fana komiksu.
 
„Batman: Rok pierwszy” Franka Millera i Davida Mazzucchelliego na pewno obudzi u Was skojarzenia z chociażby filmowym Batmanem Christophera Nolana. Komiks jednak był pierwszy. Ukazał się w 1986 roku i od razu stał się jedną z najlepszych historii o Nietoperzu. Inspirował nie tylko Nolana, ale również rzesze rysowników i scenarzystów, stając się niejako tytułem bazowym, traktującym o przygodach zamaskowanego mściciela w sposób nieszablonowy i realistyczny. Zgodnie z tytułem, komiks prezentuje historię pierwszych dwunastu miesięcy istnienia Batmana w Gotham City. Autorzy ukazują porażki bohatera, kiepsko zaplanowane akcje; obnażają jego błędy i pokazują drogę nie tyle do perfekcji, co do jako-takiego przystosowania do superbohaterskiej profesji. To nie jest heros latający, strzelający promieniami z oczu, a zwykły człowiek w masce, charakteryzujący się czysto ludzkim bohaterstwem. W równolegle prowadzonej narracji dostajemy historię porucznika Jamesa Gordona, który jest w Gotham City przyjezdnym żółtodziobem i jako pierwszy wychodzi przed szereg, rozpoczynając osobistą walkę z korupcją wśród gliniarzy. „Rok pierwszy” opowiada o początkach niszczenia systemu, o genezie rewolucji, wywołanej przez nietoperza w pelerynie i jego sprzymierzeńców. Mimo wielu lat, album nie zestarzał się wcale i długo jeszcze będzie wzorcowym przykładem opowiadania historii w komiksie. Absolutnie fantastyczne są dodatki do tego komiksu – nie dość, że znalazło się miejsce na standardowe szkice, czy słowa wstępu, to kilka stron przeznaczono na plansze z oryginalną, bardzo ograniczoną ale perfekcyjnie wykorzystaną przez kolorystkę paletą barw, która w tamtych czasach funkcjonowała na lichej jakości papierze gazetowym. Świetna historia i idealny materiał startowy do rozpoczęcia przygody z komiksami o Batmanie.

„Lobo: Portret bękarta” to trzy przygody kosmicznego łowcy głów pochodzącego z planety Czarnia. Lobo znany jest z tego, że jest człowiekiem, a właściwie kosmitą honoru, jego ulubionym kolorem jest żałobna czerń, a radość czerpie z szeroko pojętej eksterminacji. W związku z tym, omawiany album to ostra jazda bez trzymanki tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Kiedy po raz pierwszy wchodził na polski rynek – a był to rok 1994 – Lobo wzbudzał ogromne emocje i był tytułem mocno kontrowersyjnym. Broniąc brutalności albumu, mówiło się wtedy, że przeznaczony jest dla ludzi z odrobiną samoświadomości, że to komiks ambitny i że płynącą litrami krew należy traktować z przymrużeniem oka. Dzisiaj prawdopodobnie więcej przemocy jest na dowolnym kanale telewizyjnym przeznaczonym dla starszych dzieci. Chociaż sam nie wiem, niektóre momenty wciąż są mocne. Niezależnie od tego aspektu, Lobo to kawał porządnego komiksu. Materiał, który się nie starzeje, podobnie jak nie starzeje się dobry rock’n’roll. Rysuje prawdziwy mistrz – Simon Bisley, człowiek legenda, którego – tu ciekawostka - związki z Polską są niezwykle silne – od kilku lat regularnie przyjeżdża na polskie festiwale, a jego babcia jest z pochodzenia Polką. Koniec ciekawostki. Co do samego rysunku – są dwie odmiany Bisleya – Bisley malarski i Bisley rysunkowy. Lobo to ta druga wersja. Kreska rysownika jest równie szalona, co główny bohater. Porusza się po całym komiksie jak wariatka, ale zawsze, podkreślam ZAWSZE znajduje się na swoim miejscu. Wtóruje jej fabuła. W pierwszej historyjce Lobo eskortuje swoją znienawidzoną nauczycielkę od anglika, w drugiej – sieje popłoch w niebie i piekle, a w trzeciej dostaje zlecenie na świętego Mikołaja – oczywiście od króliczka wielkanocnego. Scenarzysta Alan Grant stawia na akcję, przemoc i humor nie zawsze wysokich lotów, całość jednak wchłania się idealnie. To taki komiksowy Grindhouse. Portret bękarta – pozycja absolutnie klasyczna.

Podobnie z „Azylem Arkham” – komiksem Granta Morrisona i Dave’a McKeana. Jest to mroczny, psychologiczny dramat o Batmanie. To jeden z tych albumów, o których można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że wszystko w nim gra – wnikliwy, dopracowany scenariusz idzie w parze z niepokojącymi, klimatycznymi rysunkami. Tytułowy Azyl Arkham to ośrodek dla obłąkanych przestępców, który pewnego dnia zostaje przez owych łotrów przejęty. Na czele szajki staje Joker, a jedynym ich żądaniem jest sprowadzenie do Arkham Batmana. Zamaskowany mściciel w więzieniu pełnym złoczyńców – ten motyw tylko pozornie zapowiada bezsensowne mordobicie, jakich w komiksach pełno. Tak naprawdę jest zaproszeniem do szalonych umysłów. A może Batman jest tak samo opętany, jak ci wszyscy goście, których wsadził za kratki? Grant Morrison rozkłada tożsamości bohaterów na czynniki pierwsze, wchodzi do ich głów i dociera do jądra ciemności. Równolegle prowadzi drugą fabułę, opowiadającą o losach założyciela ośrodka – Amadeusza Arkhama i jego relacjach z matką. Oba wątki perfekcyjnie rysuje Dave McKean, znany z bliskiej współpracy z Neilem Gaimanem brytyjski rysownik. Jego ilustracje są tak naładowane emocjami, że do inspiracji pracami z „Azylu Arkham” przyznają się rzesze rysowników, w tym również z Polski. Ten album naprawdę może przestraszyć. Dodatkowym plusem tej publikacji, wydanej zresztą z okazji 25-lecia powstania albumu, są dodatki, zajmujące więcej miejsca niż sam komiks. Znajdziecie tu na przykład cały scenariusz Morrisona i będziecie mogli sprawdzić na czym tak naprawdę polega rola scenarzysty w tworzeniu komiksu. Są również szkice plansz, także wykonane przez scenarzystę. Nie mogło zabraknąć miejsca dla galerii Dave’a McKeana, zbierającej jego szkice oraz okoliczne publikacje związane z Azylem. Są tacy eksperci, którzy twierdzą, że lepszej od "Azylu Arkham" historii Batman się jeszcze nie doczekał. Coś w tym jest. 
"Batman: Rok pierwszy". Scenariusz Frank Miller. Rysunki: David Mazzucchelli. Kolory: Richmond Lewis. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl
"Lobo: Portret bękarta". Scenariusz: Keith Giffen i Alan Grant. Rysunki: Simon Bisley, Christian Alamy. Kolor: Lovern Kindzierski. Tłumaczenie: Michał Zdrojewski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia. pl 
"Batman: Azyl Arkham". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Dave McKean. Tłumaczenie: Jarosław Grzędowicz, Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia. pl 

środa, 20 czerwca 2012

Sin City: Do piekła i z powrotem - Miller

Autor: Dominik Szcześniak
Ostatni tom szlagierowej serii Franka Millera odbiega od wcześniejszych. Niewiele pozostało z klimatycznych, dusznych historii noir. Smutnych twardzieli, meneli lub gliniarzy, Miller zastąpił przystojniakiem z marines. Z pięknych lasek przerzucił się na taką, która owszem, ciało ma świetne, ale - jak mówi jeden ze złych tego komiksu, twarz do wymiany. Tylko onelinery pozostały. I powtórzenia. Mnóstwo powtórzeń.
Tak naprawdę jest to komiks tak odmienny od nastroju poprzednich tomów, że większość fanów gotowa jest uznać go za najgorszy w cyklu. Ma jednak swoje plusy, wywodzące się z tego, że Miller na ten inny poziom przeskoczył bardzo świadomie, zaznaczając w dość oryginalny sposób zakończenie przygody z Sin City.
Po aferze z Roarkiem, wielkiej jatce i po wszystkich strasznych rzeczach, które miały miejsce na farmie, przyszedł czas na chronologicznie najpóźniejsze wydarzenia, skupiające się wokół największej i najokrutniejszej machloi w dziejach Basin City. Ktoś porywa młode kobiety, których stan emocjonalny nie należy do najlepszych i po których nikt płakał nie będzie. Co ten ktoś z nimi robi - zapraszam do lektury albumu. Istotne jest to, że pewnego razu porwana zostaje kobieta, po której ktoś chętnie by zapłakał.
Gdyby umiał.
Wallace to twardziel, który raczej nie płacze i którego ciężko zranić. A więc millerowski standard - postrzelisz go pięć razy, ten wstanie i obije ci mordę. Nafaszerujesz go środkami uspokajającymi - nie legnie nawet po końskiej dawce. Millera bohater romantyczny. W Sin City i Damulce wartej grzechu był czymś w miarę nowym, zaskakującym, przez co przyjmowało się go z honorami i ceniono jego brutalną wrażliwość. W Do piekła i z powrotem ów romantyczny bohater został nieco rozmieniony na drobne. Być może to przez te wielkie łapy?
Wielkie łapy i wielkie trampki. Krzywe zwierciadło, groteska. Miller zbliża się ku autoparodii. Styl, w jakim narysował Do piekła i z powrotem zbliżony jest do sincitowskich one-shotów, czyli można powiedzieć, że jest ostatecznym etapem jego rozwoju jako rysownika tej serii. Efekt niektórzy uznają jako progres - precyzyjne oddanie szczegółu, mnóstwo kresek, zabawa z kadrowaniem. Dla innych zaś będzie regresem - głównie dla tych, których urzekły pierwsze dwa tomy Sin City.
Ważnym dla warstwy graficznej albumu jest sposób rozegrania jednej z finałowych scen. Brutalną rozpierduchę, jaka zazwyczaj ma miejsce w jego komiksach, Miller przedstawił w umyśle otumanionego Wallace'a. Elegancja tego zabiegu polega na tym, że scenariusz - poza narkotycznym bełkotem bohatera - przesuwa się w miarę płynnie, natomiast na rysunkach nie widzimy bohaterów komiksu (poza Wallacem), a postaci z popkultury i uniwersum Millera. Na szeregu kolorowych stron pojawiają się więc Brudny Harry, Rambo, Kapitan Ameryka, Leonidas z 300, a nawet Mojżesz. Znalazło się też miejsce dla Elektry, Samotnego Wilka i Szczenięcia, Marthy Washington i wielu innych. Interpretacja? Nie, to nie są zwykłe gościnne występy. To sposób na pożegnanie z serią.
Albo próba pokazania, że Wallace jest fanem Millera. Bo poza byciem romantycznym twardzielem, jest również rysownikiem.
Można psioczyc na takie zakończenie serii, ale można równie dobrze uznać, że pokazanie czegoś nowego na finiszu jest zabiegiem co najmniej ciekawym. W momencie zagranicznej premiery tego zbioru psioczyłem. Dzisiaj doceniam.
Sin City. Do piekła i z powrotem. Autor: Frank Miller. Kolory: Lynn Varley. Przekład: Tomasz Kreczmar (redakcja merytoryczna: Tomasz Sidorkiewicz), wyd. Egmont 2012
Komiks możesz nabyć tutaj: Sklep.Gildia.pl

sobota, 5 grudnia 2009

"All-Star Batman i Robin" - Miller, Lee

Autor: Dominik Szcześniak

Imprint All-Star powstał po to, by uznane nazwiska branży komiksowej odnowiły i uwspółcześniły wizerunki sztandarowych postaci uniwersum DC. Twórcom tym powierzono pełną kontrolę nad komiksami, które mieli przygotować. Dano im kompletny wgląd w historię postaci i pozwolono na wykorzystanie wszelkich elementów, jakie przyczyniły się do ich powstania. Grant Morrison i Frank Quitely zajęli się Supermanem i skończyli swoją przygodę z serią po zaplanowanych 12 numerach, natomiast Frank Miller i Jim Lee wzięli na tapetę Batmana. Pracę rozpoczęli we wrześniu 2005, a do dnia dzisiejszego z planowanych 22 odcinków światło dzienne ujrzało jedynie 10.

Cholerny Batman

Jako, że historie z All-Star miały istnieć poza regularnymi przygodami bohaterów, Miller osadził "Batmana i Robina" w wykreowanym przez siebie uniwersum, do którego należą komiksy "The Dark Knight Returns" oraz "The Dark Knight Strikes Again". Pierwszy z nich, w roku 1986 przedefiniował pojęcie superbohatera i pozwolił publice spojrzeć na komiksy o trykociarzach życzliwszym okiem. "Batman i Robin" to prequel do tego komiksu. Batman przechrzczony został w nim na "cholernego Batm
ana" (w oryginale: "Goddamned Batman"), głównie przez wzgląd na to, iż sam Nietoperz określa się tym mianem na łamach komiksu, ale również dlatego, iż jest to idealne odzwierciedlenie jego nowego charakteru.

Szlachetny detektyw, walczący ze zbrodnią wszelkimi legalnymi sposobami; zamaskowany obrońca, znający granicę między dobrem a złem - w tej wersji Millera nie istnieje. Jest szaleńcem, brutalem, psycholem. Złoczyńców atakuje, śmiejąc się wniebogłosy. Porywa małego dzieciaka, chcąc włączyć go w swoją absurdalną krucjatę. Każe mu żywić się szczurami i stawia go przed wyzwaniami, którym nie sprostałby dorosły człowiek. Ma haka na każdego ze swoich zamaskowanych przyjaciół (choć słowo "przyjaciel" jest tu nadużyciem - zarówno Superman, jak i Green Lantern to dla niego "debile") i w razie potrzeby tego haka wykorzystuje. Bez mrugnięcia okiem wbije Ci nóż w plecy. Nie drgnie mu powieka, gdy użyje znacznie większej dawki przemocy, niż powinien. Drgnie mu za to inna część ciała, gdy spotka na swojej drodze zamaskowaną superbohaterkę. Oto Batman według Millera.

Zdecydowanie jest to kreacja, rujnująca dotychczasowy wizerunek tej postaci. Lecz znając ideę całego projektu oraz dorobek samego scenarzysty, nie sposób nie przyklasnąć nowemu image Batmana. Zatwardzi
ali wielbiciele prawdopodobnie będą szlochać, lecz nie jest to komiks dla nich. Batman współczesny nie hołduje zasadom, jakie istniały, gdy ożywiał go Bob Kane. Batman współczesny ma swoich naśladowców, których pokazuje Miller. Dzieciaków, którym imponuje gość, rozprawiający się z mętami. Kobiety, które do niego wzdychają, gdy ten brutalnie rozprawia się z ich oprawcami. Miller idealnie dostosował Batmana nie tylko do współczesności, ale też świetnie przerobił jego genezę i sens krucjaty, wykorzystując do tego motyw Robina.

Proces rekrutacji Robina to szkoła spartańska. Lecz wszystkie ciosy, jakie chłopak na siebie przyjmuje, nie wywołują współczucia u odbiorcy. Bo Dick Grayson to również współczesny twardziel. Mocny gnojek, potrafiący sobie w życiu poradzić. Batman bierze (właściwie porywa) go w opiekę w momencie, gdy ten traci rodziców. To wspólne zdarzenie w ich historii w pewnym momencie opowieści zaprocentuje, choć początkowo bohaterowie nie przypadną sobie do gustu.

Dick Grayson. Lat dwanaście. Nancy Callahan. Lat jedenaście.

Świetny punkt wyjścia oraz kilkanaście znakomitych fragmentów wewnątrz albumu, zostały "wzbogacone" przez scenarzystę bardzo kiepską resztą. Największy zarzut, jaki można w stronę Millera skierować, to jego nachalne stosowanie krótkich, urywanych zdań oraz namolne używanie powtórzeń. Te zabiegi miały swoje uzasadnienie i - co więcej - sprawdzały się świetnie w czarnym kryminale, jakim była seria "Sin City", tymczasem w połączeniu z tematyką super-hero i rysunkami Jima Lee, sprawiają wra
żenie co najmniej groteskowych.

Gdybym chciał być złośliwy, napisałbym, iż "Sin City" tkwiło w głowie Millera do tego stopnia, że przeniósł zeń wielodzielną narrację (dzięki której poznajemy myśli każdej z głównych postaci) oraz sceny w barze (w tym bardzo żenująca, 15-planszowa akcja z Black Canary). Nawet jeśli tak było, udało się autorowi sprawić wrażenie, jakby takie właśnie zabiegi idealnie pasowały do konstrukcji jego opowieści.

Mistrzowie komiksu

Frank Miller i Jim Lee doczekali się statusu "najlepszych amerykańskich twórców". U nas włączono ich w poczet Mistrzów Komiksu. I tak, jak Miller posiada w Polsce dość solidne podstawy ku temu, by takim mianem go określać, tak Jim Lee to jedynie sentyment, związany z "boomem" na jego twórczość, jaki rozpętał się w roku 1994 wśród fanów komiksów Tm-Semic. Tym, którym ten sentyment pozostał, "Batman i Robin" niewątpliwie zagra na dobrych wspomnieniach.

Angażując Franka Millera do projektu, mającego ukazywać unowocześnioną wersję Batmana, edytorzy DC zapomnieli, że twórca ten ma już kilka takowych na koncie. Wobec tego zabieg, jaki zastosował jest całkowicie wyjaśnialny. Brutalny władca Gotham. Nietykalny wśród kolegów w trykotach. Bezkarny i r
zucający bluzgami. A jednocześnie naładowany wściekłością i nabuzowany tragedią swojego wychowanka. Posunięcie się do ekstremum - wydaje się, że tylko w tę stronę Miller mógł pójść. Przy okazji, by nie drążyć wciąż tylko tego tematu, skupił się również na odbiorze uwspółcześnionych superbohaterów, bezpośrednio obdarzając ich niewybrednymi epitetami.
Mimo paru rażących błędów, warto zobaczyć tego zrewitalizowanego Batmana. Chociażby dla kilku znakomicie przyrządzonych dialogów, paru fenomenalnie rozpisanych scen, czy niekonwencjonalnego ukazania pewnych postaci. Rzecz jasna, jest to również okazja powrotu do przeszłości dla sentymentalistów, którzy kilkanaście lat temu wzdychali do rysunków Jima Lee.


Mistrzowie komiksu? W tym wydaniu - niekoniecznie.

Świetny amerykański m
ainstream? Bardziej.



"All-Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec". Scenariusz: Frank Miller. Rysunek: Jim Lee. Tusz: Scott Williams. Kolor: Alex Sinclair. Wydawca: Egmont Polska 2009. Pozycja wydana w cyklu "Mistrzowie komi
ksu"

piątek, 7 sierpnia 2009

"Big Guy i Rusty Robochłopiec" - Miller, Darrow

Autor: Dominik Szcześniak

Są komiksy robione po to, by o czymś ważnym (w zamyśle autora, rzecz jasna) opowiedzieć. Pisze się je z pompą, rysuje w niekonwencjonalny sposób i daje się Czytelnikowi do zrozumienia, że traktują one o sprawach bardzo ważnych, jeśli nie najważniejszych. Są też komiksy, które tworzy się po to, by spełnić oczekiwania większości Czytelników, dzięki czemu jednocześnie wydawca osiągnie najszybszy i najbardziej efektywny przyrost pieniędzy w swoim portfelu. Są wreszcie komiksy, które mają za zadanie uzmysłowić Czytelnikom, jak cholernie dobrze autorzy bawili się podczas procesu ich tworzenia. I pewnie można by wymienić mnóstwo innych rodzajów komiksów, lecz na tym ostatnim się zatrzymam. Bo kolejne akapity traktowały będą o komiksie "Big Guy i Rusty Robochłopiec", którego autorzy - Frank Miller i Geof Darrow - mieli ubaw po pachy w trakcie jego realizacji.

"Big Guy i Rusty Robochłopiec" po raz pierwszy pojawili się w dwu albumowym wydaniu nowo powstałego imprintu wydawnictwa Dark Horse - Legend. Był to zakątek, w którym garstka twórców (Frank Miller, Mike Mignola, Paul Chadwick, Geof Darrow, John Byrne, Art Adams i Mike Allred) mogła zająć się autorskimi projektami. Legend wydało na świat m.in. "Hellboya" (Migola był również autorem logo imprintu), "Sin City", "Concrete", czy
"Madmana". Na dwa lata przed końcem swej egzystencji, w 1996 roku, spod jego skrzydeł wyszedł również "Big Guy i Rusty". Sympatyczne postaci doczekały się także serialu animowanego, wyświetlanego w latach 1999 - 2001 oraz kilku gościnnych występów w innych komiksach Millera ("Marta Washington Stranded in Space" i "Sin City: Hell and Back").

Tematyka, wokół której obraca się fabuła komiksu sama w sobie jest katalizatorem dobrej zabawy - zarówno dla twórcy, jak i zdystansowanego czytelnika z tzw. "przeszłością", przesiąkniętą filmami z Godzillą i pełnymi patosu komiksami. Oto bowiem japońscy naukowcy, kierowani wyższym dobrem, w trakcie ściśle tajnego eksperymentu, budzą do życia "pradawne zło". Przybiera ono postać godzillopodobną i rzucając niewybredne epitety w stro
nę Japończyków, robi przemarsz ulicami Tokio niszcząc wszystko, co można zniszczyć i zmieniając na swoje podobieństwo każdą żywą istotę. Ostatnią deską ratunku staje się tajna broń Japońska - Rusty Robochłopiec. Gdy ten zawodzi, pojawia się kolejna ostatnia deska ratunku - Big Guy, również będący bronią tajną, tyle, że amerykańską. Japoński Robot nosi ksywkę "Niewielki", Big Guy to z kolei, jak sama nazwa wskazuje, "Duży Gość". Obaj co prawda na raty mierzą się z potworem, ale w momencie zwycięstwa, już ramię w ramię, niemalże przybijają sobie piątkę.

Pastiszowa forma komiksu pozwoliła Millerowi na wręcz bezwstydne i wyzbyte konsekwencji (w postaci zlania głowy scenarzysty przez znawców-krytyków) korzystanie z pompatycznej narracji, popularnej w komiksach z dawnych lat. Efektem jest t
o, że każda strona czytana na głos staje się kolejnym odcinkiem "Strefy Zmroku", w której lektor niskim, przejętym głosem wygłaszał komunały, typu "Powietrze wypełnia jazgot wielkokalibrowej broni maszynowej. Odgłos serii klekocze jak uderzające o siebie zęby. Uszy rani wizg kolejnych rakiet..." (jeden z lepszych tekstów w komiksie). Kopalnia cytatów, z jakich czerpał Miller nie ominęła również przemówień patriotycznych - w momencie zagrożenia Japoński rząd i żołnierze składają zdania nie mniej pompatycznie wzruszające niż te, które prezydent Bill Pullman płaczliwym głosem konstruował w "Dniu Niepodległości". U Millera i Darrowa jest to czysta gra z konwencją. Wiemy to nie tylko z zapewnienia wydawcy o pastiszowym charakterze opowieści, jakie znajdziemy na tylnej stronie okładki, lecz przede wszystkim z samej konstrukcji komiksu.
Pierwszą jego część wypełnia misja Pradawnego Zła, niszczącego budynki, zgniatającego ludzi - rząd japoński pozwala bestii bawić się spokojnie aż do strony 29, kiedy to do zadania pierwszego ciosu szykuje się Rusty. Razem z bestią bawi się Geof Darrow. Podobnie jak w poprzedniej kolaboracji autorów ("Hard Boiled", wydany przez Egmont w ubiegłym roku), tak i tym razem rysownik szarżuje ze swoim zamiłowaniem do hiper szczegółowości. Ogrom pracy, jaki włożył w ten album, zadziwia. Bardzo pomocny był Miller, który znając upodobania rysownika, stworzył mu odpowiednią przestrzeń miejską oraz zapewnił archetypowe akcje obecne w komiksach katastroficzno - przygodowo - sensacyjnych. Jest więc ratowanie niewinnych obywateli, wyrywanie budynków i rzucanie nimi w hordy potworów, czy też wykorzystanie przez Big Guya pociągu jako protezy ręki.

"Big Guy i Rusty Robochłopiec" jest świetnym pastiszem popkulturowych wytworów lat siedemdziesiątych minionego wieku i najlepiej zostanie odebrany pośród ludzi, którzy na tychże zjawiskach ("Godzilla", "made in Japan" i przeraźliwa narracja") się wychowali. Nie zawiodą się również fani wycyzelowanych kadrów Geofa Darrowa. Problem może być jedynie z tymi wielbicielami Franka Millera, którzy znają go jedynie od tej poważnej strony. Choć i oni mogą uśmiechnąć się pod nosem i stwierdzić, że mistrz parodiuje s
amego siebie. Bo czy "Sin City" lub "300" nie były przypadkiem pełne tego patosu, jaki autor w "Big Guyu" wyśmiewa, wyśmienicie się przy tym bawiąc?
"Big Guy i Rusty Robochłopiec". Scenariusz: Frank Miller. Rysunek: Geof Darrow. Kolor: Claude Legris. Wydawca: Egmont Polska 2009. Komiks wydany w kolekcji "Mistrzowie komiksu".