Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

sobota, 5 grudnia 2009

"All-Star Batman i Robin" - Miller, Lee

Autor: Dominik Szcześniak

Imprint All-Star powstał po to, by uznane nazwiska branży komiksowej odnowiły i uwspółcześniły wizerunki sztandarowych postaci uniwersum DC. Twórcom tym powierzono pełną kontrolę nad komiksami, które mieli przygotować. Dano im kompletny wgląd w historię postaci i pozwolono na wykorzystanie wszelkich elementów, jakie przyczyniły się do ich powstania. Grant Morrison i Frank Quitely zajęli się Supermanem i skończyli swoją przygodę z serią po zaplanowanych 12 numerach, natomiast Frank Miller i Jim Lee wzięli na tapetę Batmana. Pracę rozpoczęli we wrześniu 2005, a do dnia dzisiejszego z planowanych 22 odcinków światło dzienne ujrzało jedynie 10.

Cholerny Batman

Jako, że historie z All-Star miały istnieć poza regularnymi przygodami bohaterów, Miller osadził "Batmana i Robina" w wykreowanym przez siebie uniwersum, do którego należą komiksy "The Dark Knight Returns" oraz "The Dark Knight Strikes Again". Pierwszy z nich, w roku 1986 przedefiniował pojęcie superbohatera i pozwolił publice spojrzeć na komiksy o trykociarzach życzliwszym okiem. "Batman i Robin" to prequel do tego komiksu. Batman przechrzczony został w nim na "cholernego Batm
ana" (w oryginale: "Goddamned Batman"), głównie przez wzgląd na to, iż sam Nietoperz określa się tym mianem na łamach komiksu, ale również dlatego, iż jest to idealne odzwierciedlenie jego nowego charakteru.

Szlachetny detektyw, walczący ze zbrodnią wszelkimi legalnymi sposobami; zamaskowany obrońca, znający granicę między dobrem a złem - w tej wersji Millera nie istnieje. Jest szaleńcem, brutalem, psycholem. Złoczyńców atakuje, śmiejąc się wniebogłosy. Porywa małego dzieciaka, chcąc włączyć go w swoją absurdalną krucjatę. Każe mu żywić się szczurami i stawia go przed wyzwaniami, którym nie sprostałby dorosły człowiek. Ma haka na każdego ze swoich zamaskowanych przyjaciół (choć słowo "przyjaciel" jest tu nadużyciem - zarówno Superman, jak i Green Lantern to dla niego "debile") i w razie potrzeby tego haka wykorzystuje. Bez mrugnięcia okiem wbije Ci nóż w plecy. Nie drgnie mu powieka, gdy użyje znacznie większej dawki przemocy, niż powinien. Drgnie mu za to inna część ciała, gdy spotka na swojej drodze zamaskowaną superbohaterkę. Oto Batman według Millera.

Zdecydowanie jest to kreacja, rujnująca dotychczasowy wizerunek tej postaci. Lecz znając ideę całego projektu oraz dorobek samego scenarzysty, nie sposób nie przyklasnąć nowemu image Batmana. Zatwardzi
ali wielbiciele prawdopodobnie będą szlochać, lecz nie jest to komiks dla nich. Batman współczesny nie hołduje zasadom, jakie istniały, gdy ożywiał go Bob Kane. Batman współczesny ma swoich naśladowców, których pokazuje Miller. Dzieciaków, którym imponuje gość, rozprawiający się z mętami. Kobiety, które do niego wzdychają, gdy ten brutalnie rozprawia się z ich oprawcami. Miller idealnie dostosował Batmana nie tylko do współczesności, ale też świetnie przerobił jego genezę i sens krucjaty, wykorzystując do tego motyw Robina.

Proces rekrutacji Robina to szkoła spartańska. Lecz wszystkie ciosy, jakie chłopak na siebie przyjmuje, nie wywołują współczucia u odbiorcy. Bo Dick Grayson to również współczesny twardziel. Mocny gnojek, potrafiący sobie w życiu poradzić. Batman bierze (właściwie porywa) go w opiekę w momencie, gdy ten traci rodziców. To wspólne zdarzenie w ich historii w pewnym momencie opowieści zaprocentuje, choć początkowo bohaterowie nie przypadną sobie do gustu.

Dick Grayson. Lat dwanaście. Nancy Callahan. Lat jedenaście.

Świetny punkt wyjścia oraz kilkanaście znakomitych fragmentów wewnątrz albumu, zostały "wzbogacone" przez scenarzystę bardzo kiepską resztą. Największy zarzut, jaki można w stronę Millera skierować, to jego nachalne stosowanie krótkich, urywanych zdań oraz namolne używanie powtórzeń. Te zabiegi miały swoje uzasadnienie i - co więcej - sprawdzały się świetnie w czarnym kryminale, jakim była seria "Sin City", tymczasem w połączeniu z tematyką super-hero i rysunkami Jima Lee, sprawiają wra
żenie co najmniej groteskowych.

Gdybym chciał być złośliwy, napisałbym, iż "Sin City" tkwiło w głowie Millera do tego stopnia, że przeniósł zeń wielodzielną narrację (dzięki której poznajemy myśli każdej z głównych postaci) oraz sceny w barze (w tym bardzo żenująca, 15-planszowa akcja z Black Canary). Nawet jeśli tak było, udało się autorowi sprawić wrażenie, jakby takie właśnie zabiegi idealnie pasowały do konstrukcji jego opowieści.

Mistrzowie komiksu

Frank Miller i Jim Lee doczekali się statusu "najlepszych amerykańskich twórców". U nas włączono ich w poczet Mistrzów Komiksu. I tak, jak Miller posiada w Polsce dość solidne podstawy ku temu, by takim mianem go określać, tak Jim Lee to jedynie sentyment, związany z "boomem" na jego twórczość, jaki rozpętał się w roku 1994 wśród fanów komiksów Tm-Semic. Tym, którym ten sentyment pozostał, "Batman i Robin" niewątpliwie zagra na dobrych wspomnieniach.

Angażując Franka Millera do projektu, mającego ukazywać unowocześnioną wersję Batmana, edytorzy DC zapomnieli, że twórca ten ma już kilka takowych na koncie. Wobec tego zabieg, jaki zastosował jest całkowicie wyjaśnialny. Brutalny władca Gotham. Nietykalny wśród kolegów w trykotach. Bezkarny i r
zucający bluzgami. A jednocześnie naładowany wściekłością i nabuzowany tragedią swojego wychowanka. Posunięcie się do ekstremum - wydaje się, że tylko w tę stronę Miller mógł pójść. Przy okazji, by nie drążyć wciąż tylko tego tematu, skupił się również na odbiorze uwspółcześnionych superbohaterów, bezpośrednio obdarzając ich niewybrednymi epitetami.
Mimo paru rażących błędów, warto zobaczyć tego zrewitalizowanego Batmana. Chociażby dla kilku znakomicie przyrządzonych dialogów, paru fenomenalnie rozpisanych scen, czy niekonwencjonalnego ukazania pewnych postaci. Rzecz jasna, jest to również okazja powrotu do przeszłości dla sentymentalistów, którzy kilkanaście lat temu wzdychali do rysunków Jima Lee.


Mistrzowie komiksu? W tym wydaniu - niekoniecznie.

Świetny amerykański m
ainstream? Bardziej.



"All-Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec". Scenariusz: Frank Miller. Rysunek: Jim Lee. Tusz: Scott Williams. Kolor: Alex Sinclair. Wydawca: Egmont Polska 2009. Pozycja wydana w cyklu "Mistrzowie komi
ksu"

4 komentarze:

skil pisze...

co do zarzutu o urwane zdania i powtórzenia - w tym wypadku zrzuciłbym je na karb słabego tłumaczenia. to, co dobrze brzmi w języku angielskim, niekoniecznie sprawdzi się po polsku. rodzime tłumaczenie niestety jest dosłowne, w dodatku z wieloma błędami, również gramatycznymi.

Ziniol pisze...

ja jednak twierdzę, że jest to próba przeniesienia "Sin City" na grunt batmański. Nie wyszło, bo w "All star" te powtórzenia i urywane zdania poupychane są bez sensu na jednej stronie, a w "Sin City", rozłożone na kilka/kilkanaście plansz, służyły stopniowaniu napięcia, tworzeniu klimatu etc. Tutaj Miller pod tym względem zbłądził, niezależnie od tłumaczenia, tak czuję.

Trreker pisze...

nienawidze tego komiksu:)

Roy_v_Beck pisze...

Rysunki dla sentymentalistów? Trzepać konia można przy grafikach Jima Lee. Sorry, ale aktualnie nikt lepiej nie rysuje Batmana. Nie mówiąc już o tym, że po Hushu 80% rysowników zaczęło naśladować styl Lee, lecz żadnemu z nich nie udało się go dogonić.

A komiks to jedna z najlepszych bat-pozycji, jakie wyszły ostatnio (2 lata) w USA. Świetnie, że trafiła do polski.