Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

piątek, 21 marca 2014

Albert i Alina - Delisle

Guy Delisle przez lata zabierał czytelników swoich travelogów do odległych krajów, raportując i zdając relację z tego, co w nich przeżył. Reportażowa forma, celne obserwacje i osobiste podejście zapewniły mu rzesze fanów na całym świecie. A gdzieś tam z boku, traktowane lekkim ziewnięciem, leżały sobie jeszcze komiksy nieme stworzone przez Kanadyjczyka. Slapstickowe. Humorystyczne. Takim komiksem, w pewnym sensie powiązanym z delisleowskimi travelogami, był sympatyczny "Louis na plaży". Jest nim również "Albert i Alina". Album, który przemienił mnie z delislesceptyka w delisleentuzjastę.
Pierwszym plusem albumu jest dość szybkie zniszczenie oczekiwań czytelnika przez autora. Nie będzie spoilerem, jeśli napiszę, że na okładce zamiast Alberta jest Żelisław, zamiast Aliny - inna kobieta, a wnętrze albumu nie ma do zaoferowania zwariowanych przygód tytułowej pary, lecz... alfabetyczny przegląd imion. W krótkich historiach Delisle przedstawia epizody z życia 52 postaci - od Alberta po Żanetę. Robi to  bardzo metaforycznie, z klasą i humorem. Sposób, w jaki przedstawia relacje damsko-męskie jest znakomicie skondensowany. Niejednokrotnie autor na kilku stronach w niestandardowy sposób mieści historię czyjegoś/jakiegoś życia.
Delisle mniej więcej po kilku stronach wywołał u mnie stały wytrzeszcz oczu. Konsekwentnie wykorzystując kilka motywów (wchodzenie w czyjąś skórę, myśli nabierające realnych kształtów, faktyczne oddawanie drugiej osobie swojego serca) wyprodukował szereg historyjek wykorzystujących możliwości komiksu maksymalnie, poruszających do głębi i rozśmieszających do łez. Ciągiem plansz, podzielonych na równe 15 kadrów, klatka po klatce Kanadyjczyk opowiada o tym, jak ciężko jest znaleźć prawdziwą miłość, jak często wkrada się w życie rutyna małżeńska, o okrucieństwie ukrytym pod płaszczykiem miłości. Sięga do konwencji westernu, etosu rycerskiego, mówi jak naprawić serce z którego uciekła miłość. Pokazuje maski, jakie przywdziewamy na co dzień i okropne rzeczy, jakie każdego dnia sobie robimy.
"Albert i Alina" to - mimo wielu zabawnych puent i kilku "dowcipów o pierdzeniu" (świetnych zresztą) - komiks przejmujący i urzekający wrażliwością autora. Blurb ze skrzydełek okładki, pochodzący z opinii opublikowanej na łamach "School Library Journal" mówi: "Te opowieści (...) powinny przypaść do gustu wszystkim, choć szczególnie miłośnikom czarnego humoru i makabry". Ja bym dodał, że życia. Miłośnikom życia powinien przypaść do gustu ten komiks. Bo "Albert i Alina" to tak naprawdę jedna długa, życiowa, niekończąca się opowieść, obdarta z nudy i przewidywalności i przewracająca wszystko do góry nogami.
Nowy komiks Delisle'a zagwarantuje sporą przyjemność ludziom otwartym na rysunkowe ekscesy. Ze znaną z travelogów kreską, sąsiadują tu szkicowe improwizacje, minimalistyczne eksperymenty czy ciosane grubą krechą kadry. Mimo tych ekstrawagancji, komunikatywność została zachowana, a poklatkowość jest gwarantem płynnej lektury. 

W tej niezwykłej pozycji wszystko ma ręce i nogi, choć zdawać by się mogło, że Guy Delisle ot tak, od niechcenia, siadł sobie i zaczął coś tam mazać po kartce. Wszystkie plansze "Alberta i Aliny" zamazał w taki sposób, że czytając ten komiks co chwila krzyczałem "wow!", a pisząc jego recenzję nie mogłem ukryć entuzjazmu, jaki wywołała we mnie lektura. 
"Albert i Alina". Autor: Guy Delisle. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2014
Komiks można kupić tutaj: Sklep.Gildia.pl

Brak komentarzy: