Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zawsze pod prąd - wywiad z Jankiem Kozą


Rozmawia: Magdalena Rucińska
Co u Ciebie słychać?
Dziękuję, wszystko ok.
Czy to znaczy, że pożegnałeś już polski pesymizm z czasów Wszystko źle?
Oczywiście, że nie. Po prostu nie narzekam.
Janek Koza to ponoć tylko pseudonim. Często jesteś o niego pytany? Lubisz o tym rozmawiać?
Tak, to pseudonim. Wydaje mi się, że nie ma o czym mówić.
Co robił Janek Koza zanim został magistrem?
Studiowałem malarstwo na ASP we Wrocławiu.
Po ukończeniu studiów byłeś jeszcze jakiś czas związany z uczelnią. Czy mógłbyś opowiedzieć o tym okresie wrocławskiej działalności?
Pracowałem najpierw jako technik, następnie jako asystent w Katedrze Wiedzy Wizualnej. Była to taka interdyscyplinarna katedra, w której starano się zajmować wszystkim, co nie było klasycznie rozumianym rysunkiem, malarstwem lub rzeźbą (należała do Wydziału Malarstwa, Grafiki i Rzeźby). Katedra czerpała z konceptualnej tradycji Wrocławia. Było to pomieszanie wiedzy o postrzeganiu z artystyczną praktyką, która w tamtym czasie oscylowała wokół filmu eksperymentalnego, wideo, animacji komputerowej, instalacji i performance’u.
Wówczas byłeś też związany z galerią Entropia. Jak wspominasz tę współpracę?
Nie wiem, czy „związany”, to nie za dużo powiedziane. Wtedy Entropia była właściwie jedyną sensowną galerią we Wrocławiu. Ja funkcjonowałem raczej jako widz, a nie współpracownik. Można tam było zobaczyć unikalne filmy lub wystawy. Wziąłem udział w grupowej wystawie „Frisier wunder” i w pokazie filmów.
Po „Frisier wunder” uczestniczyłeś również w głośnej ekspozycji, która miała miejsce we wrocławskim Arsenale. Czy mógłbyś zdradzić na czym polegała kontrowersja „Fun gun”?
To była kolejna wystawa, w której brałem udział wraz z takimi twórcami, jak: Monika Grzesiewska, Antek Wajda, Tomek Dubielewicz, Krzysztof Wałaszek oraz – związanymi z grupą Luxus – Bożeną i Pawłem Jarodzkimi. Wystawa została zdjęta, a właściwie wyrzucona z Arsenału zaraz po otwarciu. Dyrekcja uznała ją za głupią i obraźliwą, głównie dzięki pracy Wałaszka Orzeł może zabić. To był nasz największy sukces. Mieliśmy potem jeszcze parę wspólnych wystaw w kilku innych galeriach w Polsce. A po tej w Arsenale została nam nazwa grupy „Sztuka przez duże G”.
W latach dziewięćdziesiątych zacząłeś robić animacje. Skąd pomysł na to, aby akurat tą dziedziną się zająć?
W tym czasie we Wrocławiu rozpoczął działalność festiwal WRO, pokazujący dość nową wtedy sztukę wideo. Dodatkowo na uczelni – właśnie w Katedrze Wiedzy Wizualnej – pojawiły się możliwości pracy z wideo i animacją komputerową. Były to bardzo nieskomplikowane (choć wtedy wydawały się nowoczesne) magnetowidy VHS i komputery Amiga. Tam powstały pierwsze proste animacje. W zasadzie tę prostotę stosuję do dzisiaj.
Jesteś wszechstronnym artystą. Malujesz, tworzysz wideo, animacje, obiekty, komiksy i wiersze. Z którą z tych dziedzin najbardziej się identyfikujesz?
To nie ma znaczenia. Mam jakiś pomysł i szukam sposobu na realizację. Czasami najlepiej pasuje do tego animacja, innym razem lepiej pozostawić to jako pojedynczy rysunek. Nie zastanawiam się za bardzo nad tym czy pracuję w jakiejś konkretnej technice. Wykorzystuję możliwości, które się pojawiają.
…i mimo tej medialnej różnorodności, pozostajesz bardzo spójny pod względem stylistyki oraz tematyki. Szukasz raczej prostszych i bardzo bezpośrednich form wyrazu. Dlaczego?
Lubię prostotę. Czasem chciałbym zrobić coś bardziej skomplikowanego, ale nie potrafię.
Trudno jednak posądzać Cię o jakieś wewnętrzne ograniczenia. Jawisz się raczej jako artysta, który może narysować wszystko, co tylko zechce...
Potrafię wszystko, ale nie zawsze mi wychodzi.
Co sprawiło, że zacząłeś zajmować się medium komiksowym? Czy to wynik poszukiwań w ramach animacji?
Moje pierwsze komiksy były scenopisami do animacji. Dopiero potem zorientowałem się, że mogą powstawać autonomicznie. Później okazywało się, że coś bardziej pasuje do komiksu, a coś innego do filmu, który trwa w czasie.
Bohaterowie, których mogliśmy poznać chociażby w Erotycznych zwierzeniach i Wszystko źle są jednocześnie swojscy, zwykli i niecodzienni, a ich opowieści bynajmniej nie należą do płaskich i papierowych. Są bardzo polskie, a zarazem odrealnione. Co zainspirowało takie połączenie?
Nie zastanawiałem się nad tym rysując te historie. Sam byłem zdziwiony gdy np. ludzie za granicą śmiali się na projekcjach moich filmów. Wydawało mi się, że będzie to kompletnie niezrozumiałe.
Naturalnie, zawsze może pojawić się bariera kulturowa, która wypaczy lub utrudni odbiór. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że zestawienie tego, co lokalne i nierealne przybliża Twoje prace do takich dzieł, jak np. Twin Peaks. Tam lokalne „smaczki” zyskują wymiar ponadterytorialny. Zgodzisz się z takim porównaniem?
Nie czuję się kimś na poziomie Lyncha, ale takie porównanie mi pochlebia.
Po lekturze Twoich komiksów można poczuć, że raczej darzysz swoich bohaterów sympatią. Masz wśród nich jakichś ulubieńców?
Oczywiście, wszystkich ich lubię. Nawet tych najgorszych. Większość historii zaczynam od wymyślenia i narysowania głównego bohatera. Często mam ochotę wrócić do niektórych postaci i opowiedzieć ich dalsze losy.
A na przeszkodzie stoi brak czasu, czy nieustannie powiększające się grono ciekawych i osobliwych bohaterów?
Jedno i drugie. Nie wiem też, czy warto wracać do zamkniętych już pomysłów. Trzeba robić nowe rzeczy.
Stworzone przez Ciebie rysunki i animacje mają coś z chropowatości lat dziewięćdziesiątych. Widać w nich zainteresowanie miejskim folklorem, estetyką reklam, produktów z pogranicza PRL-u i Polski kapitalistycznej. Co jest dla Ciebie najciekawsze w takim zestawieniu amerykańskiego „luksusu” (made in China) z polskim konsumentem?
Część z nich wtedy powstała i opisywała tamtą rzeczywistość. Lubię takie trudne zestawienia rzeczy i postaci. Lubię wrzucać moich bohaterów w historie, do których z pozoru nie pasują, a potem obserwować, do czego to doprowadzi.
Najczęściej prowadzi chyba do świetnych, zaskakujących puent. Skąd je bierzesz? To naturalna konsekwencja owych „trudnych zestawień”?
Zawsze staram się szukać nieoczywistych zakończeń. Nawet jeśli uda mi się zamknąć historię, to zastanawiam się, co mogłoby zdarzyć się potem.
Niedawno ukazał się narysowany przez Ciebie odcinek Wielkiego Atlasu Ciot Polskich, który również opowiada o ludziach z czasów kapitalistycznej przemiany. Mógłbyś powiedzieć kilka słów o pracy przy tym projekcie?
Miałem kiedyś pomysł narysowania całego Lubiewa. Jednak rysowanie według gotowego tekstu wymagało bardziej profesjonalnego podejścia produkcyjnego – podpisania umowy z autorem książki itd. Niestety nie znalazłem wydawcy gotowego zainwestować w taki komiks i pomysł upadł. Został zrobiony tylko jeden rozdział na próbę, włączony później do Atlasu.
Dużo masz pomysłów, które zmuszony jesteś z jakichś powodów przechowywać w tzw. szufladzie?
Dużo. Chociaż może dobrze, że niektóre tam zostaną.
Od dłuższego czasu współpracujesz z „Przekrojem” i „Polityką”. Jak się czujesz w rysunku satyrycznym, który jest krótką i chyba niełatwą formą?
Z jednej strony cieszy mnie łatwość rysowania takich krótkich form. Przy animacjach powstaje po kilkaset rysunków, a więc zrobienie jednego nie wydaje się wielkim problemem. Z drugiej strony wymyślanie kilku rysunków tygodniowo wymaga sporego napięcia – śledzenia wydarzeń i aktualności. Cały czas szukam wokół siebie tematów. Nie mogę się powtarzać, wiele rzeczy zostało już zrobionych przez innych rysowników. Staram się do każdego tematu podchodzić w nieoczywisty sposób.
A w jakiej prasie zaczytujesz się prywatnie?
„Służbowo” czytam wszystkie ważniejsze portale, prywatnie czytam książki.
Masz jakieś ulubione tytuły? Wspomniałeś o Lubiewie Witkowskiego…
Książka Witkowskiego zainteresowała mnie, ponieważ jej akcja toczy się we Wrocławiu – moim rodzinnym mieście. A historie, które opisuje działy się gdzieś obok mnie; znam wiele miejsc i postaci, które tam się pojawiają, chociaż z trochę innej strony. Autorów, których cenię jest sporo. Trudno ich wszystkich wymienić. Na pewno: Stefan Themerson, Chuck Palahniuk, J. G. Ballard, W. G. Sebald.
Wróćmy jednak do Twoich prac. Wydaje się, że tematyka reklamowo-telewizyjna zajmowała Cię od zawsze. Co się zmieniło w Twoim podejściu do niej, gdy zacząłeś pracować w agencji reklamowej?
Wchodząc w reklamę, dowiedziałem się, jak wygląda praca w korporacji. To niezapomniane doświadczenie. Wcześniej interesowała mnie reklama z pozycji odbiorcy, teraz bardziej ciekawi mnie człowiek uwikłany w stosunki służbowe.
W takim razie pozwolę sobie zapytać o Twoje relacje służbowe. Jak Ci się pracowało przy kampaniach takich, jak ta dla Heyah czy WP?
Osoby, które zlecały te prace, wiedziały czego chcą, jakich rysunków oczekują, więc nie było większych problemów. To była przyjemna praca.
W swojej twórczości dosyć wcześnie miałeś do czynienia z telewizją już nie jako odbiorca, lecz autor emitowanych tam animacji. Z początku było to regionalne, wrocławskie TV3, później Canal +. Jak wobec tego oceniasz swoją współpracę z MTV?
W momencie kiedy tworzyłem swoje pierwsze animacje, MTV była stacją kultową. Jej wizerunek, prezentowana muzyka i oczywiście pamiętne animacje robiły wrażenie. Nie dostrzegałem stojącej za tym wizerunkiem korporacji. Teraz wiem, w jaki sposób powstaje i widzę biznes stojący za logotypem kanału. Mimo to praca ta jest w jakimś stopniu spełnieniem marzenia.
W zasadzie pod całą swoją działalnością podpisujesz się jednym nazwiskiem (pseudonimem). Tworząc spójne i charakterystyczne rysunki, nie ograniczasz się. Poruszasz się w różnych kontekstach – raz w reklamie, raz w galerii, innym razem w niszowym wydawnictwie. Masz pomysł i realizujesz go w takim medium, jakie do niego pasuje i w miejscu, które uważasz za słuszne. Wydaje się jednak, że w Polsce pokutuje typ myślenia w kategoriach binarnych – „albo, albo”. Czy miałeś z tego powodu jakieś problemy np. ze strony artworldu, bądź innych środowisk kulturalnych?
Albo nie miałem, albo tego nie dostrzegałem. Często byłem w sytuacji, gdy moje prace sytuowały się gdzieś „pomiędzy”, np. były zbyt głupkowate jak na „prawdziwą sztukę”, a zarazem zbyt artystowskie jak na komiks. Filmy były zbyt niechlujne przy tradycyjnych animacjach i zarazem zbyt tradycyjne dla sztuki wideo. Jednak nigdy mi ta sytuacja nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. Podoba mi się „zawieszenie” pomiędzy. To rodzaj niezależności. Ma wady i zalety. Zresztą teraz chyba ludzie się do tego przyzwyczaili i jestem bardziej akceptowany.
Poruszę jeszcze kwestię stopnia magistra. Podczas lektury Twoich komiksów miałam wrażenie, że używając go, upodabniasz się do nieco zwariowanego naukowca. W niezwykle ciekawy sposób pochylasz się nad naturą ludzką, anatomią związków i relacji zawodowych. Mimo że zwariowani uczeni mają zazwyczaj tytuł doktora, a magister kojarzy się dosyć pospolicie, Tobie jakoś udaje się sprawić, że brzmi wyjątkowo i osobliwie…
Tytuł ten oczywiście stosuję świadomie, dla podniesienia powagi moich prac.
W jednym z wywiadów wspomniałeś, że fascynują Cię modyfikacje ciała: kolczyki, złote zęby, tatuaże i odtwarzacze mp3 w głowach [„Machina”, styczeń 2008 – M.R.]. Ma to związek ze sposobem, w jaki rysujesz postaci?
Nie. Chyba nie.
Jak byś przybliżył zamysł stojący za Twoją wystawą z tegorocznego festiwalu Ligatura? Jej tytuł brzmi naukowo, badawczo i jednocześnie enigmatycznie.
Tytuł i koncepcję wystawy wymyślił kurator Maciej Gierszewski.
Co w takim razie powiesz o formie wystawy, o pracach, które można na niej zobaczyć?
Zadziwiające jest to, że nie mam ich zbyt wiele do pokazania. Nigdy nie starałem się, aby moje prace były trwałe. Robiłem rzeźby z papieru czy kasztanów i one naturalnie z czasem znikały. Rysunki w finalnej wersji najczęściej powstają w komputerze, a filmy z samej natury są niematerialne. Oczywiście mam całe stosy półproduktów – rysunków do animacji czy kadrów z komiksów.
Pracujesz w tej chwili nad jakimś większym projektem? Możemy się wkrótce spodziewać magistra Kozy ze złotymi zębami czy raczej z nowym filmem lub albumem komiksowym?
Tak, pracuję nad kilkoma projektami, ale jak zwykle nie wiem, który z nich uda mi się dokończyć. W drodze jest kolejny teledysk dla The Kurws i trzeci album. A może i czwarty… Są też pomysły współpracy z innymi scenarzystami, a nawet z rysownikiem.
Gdybyś miał do dyspozycji tylko jeden dymek komiksowy, co byś w nim napisał?
Pewnie zostawiłbym pusty i dorysował coś dookoła. Zawsze pod prąd.


Brak komentarzy: