Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 20 grudnia 2009

"Lapinot i marchewki z Patagonii" - Trondheim

Autor: Dominik Szcześniak


Imponujących rozmiarów książka, jaką jest "Lapinot i marchewki z Patagonii" może wprawić Czytelnika w zdumienie już na samym wstępie. W przedmowie autor komiksu wspomina bowiem o eksperymentalnym charakterze historii, będącej czystą improwizacją na pięćset stron. Wspomina też o tym, że gruba kreska, jaką narysowany jest komiks, to próba ukrycia braku umiejętności rysowniczych. 500 stron komiksowego bełkotu stworzonego przez beztalencie? "Byłoby zabawnie" - pisze autor. Ale czy rzeczywiście jest?

Na "Lapinota" spoglądać należy przede wszystkim jako na udostępniony nam przez autora, bardzo swobodny, intuicyjny proces powstawania komiksu. Proces, którego jesteśmy naocznymi świadkami. Ów eksperyment, którego fabułę można streścić jednym zdaniem (mogłoby ono brzmieć na przykład tak: "królik Lapinot podróżuje do ambasady Patagonii, celem zdobycia marchewek z których Patagonia słynie"), posiada tyle wątków i historii odpryskowych, że tak naprawdę jakiekolwiek streszczenia nie mają sensu.

Lewis Trondheim pracował nad albumem od początku lat dziewięćdz
iesiątych, powoli kształtując swój warsztat oraz testując możliwości, jakie daje medium komiksu. Początkowo kreska rzeczywiście wydaje się być bardzo toporna, fabuła (lub raczej jej brak) pachnie kpiną z Czytelnika, a postać głównego bohatera jest irytująca do granic możliwości, jednak w miarę upływu stron wszystko to się zmienia. Nie zmienia się jedynie eksperyment.

Trondheim eksperymentuje, wprowadzając znienacka ogromną ilość nowych postaci. Eksperymentuje, gdy zaczyna bawić się rysunkiem, perspektywą i płynnością narracyjną. Eksperymentuje formą i treścią, żongluje motywami, przeskakuje od opowieści dla dzieci, poprzez mocny kryminał, aż po wątek walki o władzę nad światem. Wprowa
dza fenomenalne terminologie, tworząc swoje własne uniwersum. A pokłosiem jego improwizacji jest genialny pomysł wplątania armagedonu w zwykłą podróż przypadkowego bohatera.

Powtórzę się: niezbywalną wartością tego komiksu jest jego szczerość, powstała z szalonej improwizacji. Docenia się ją dopiero po lekturze całego komiksu, kiedy można cofnąć się o kilkaset stron i przeanalizować te wszystkie momenty, kiedy autorowi klarowała się wizja scenariusza i kiedy siłował się z zagadką, jak tu dodać dwa do dwóch w taki sposób, by wyszło konkretne cztery. Pierwsze plansze wyraźnie zdradzają niemoc twórczą autora i Czytelnikowi może być bardzo ciężko przez nie przejść, jednak nagrodą będzie niesa
mowita jazda bez trzymanki w późniejszych partiach komiksu, na których Trondheim znajduje metodę w zaserwowanym sobie szaleństwie.

Trondheim oparł konstrukcję planszy na niezmiennym kadrowaniu "trzy na cztery", co zmusiło go do operowania na bardzo małej powierzchni kadru. Pierwsze plansze sprawiają wrażenie ciosanych przez amatora, z czasem jednak wychodzi na jaw, że autor okłamał Czytelników w przedmowie i radzi sobie świetnie jako rysownik. Być może jest to kwestia rezygnacji z grubej kreski, która miała za cel maskowanie braku talentu, a tak naprawdę powodowała wręcz odwrotne wrażenie.

Warto zwrócić również uwagę na wplatanie w epopeję o Lapinocie krótkich grepsów, które spokojnie mogłyby funkcjonować jako humorystyczne jednoplanszówki. Trondheim nie stworzył dzieła do końca niezaplanowanego - eksplozja wątków i postaci, których losy zbiegają się na chwilę przez zakończeniem historii musiała mu się wyklarować w głowie znacznie wcześniej. Natomiast samo zakończenie, maksymalnie pure - nonsensowe, sprawia wrażenie jakby nadawało się raczej do kilkuplanszowej krótkiej formy, a nie do opasłego albumu.

"Lapinot i marchewki z Patagonii" to komiks, który po odłożeniu na półkę dudni w głowie i zachęca do kolejnej lektury. To przede wszystkim eksperyment, ale też mnóstwo absurdalnego humoru, szczypta grozy, świetnie nakreślone postaci głównych czarnych cha
rakterów i - przede wszystkim - przygoda, bogata w nieoczekiwane zwroty akcji. Ten komiks, jako jedna z pierwszych prób autora, miał zwiastować nadejście geniuszu Lewisa Trondheima w przyszłości. I rzeczywiście, zwiastuny pojawiają się mniej więcej w połowie albumu. A nadejście geniuszu następuje pod jego koniec.

"Lapinot i marchewki z Patagonii" to absolutny musiszmieć dla ludzi, którzy interesują się komiksem, a przy okazji album, który wciągnie i zaciekawi każdego "przypadkowego przechodnia". Genialna sprawa.

"Lapinot i marchewki z Patagonii". Autor: Lewis Trondheim. Tłumaczenie: Magdalena Kurzyna. Wydawca: Mroja Press 2009

5 komentarzy:

Maciej pisze...

Jak dla mnie - komiks roku 2009 :)

qba pisze...

ha, a u mnie w podsumowaniu roku nie będzie! za nic w świecie!

Anonimowy pisze...

Komiks-pomyłka ... Jak cała twórczość jego twórcy ... Gość powinien zająć się projektowaniem opakowań na jogurty.

qba pisze...

he, to dobre :-) Ale trochę przesadzone. Ja po prostu nie dałem rady kupić przed świąteczno-noworycznymi wojażami, więc...

Anonimowy pisze...

rewelka, kocham takie eksperymenty!