Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

poniedziałek, 22 lutego 2010

"Czyściec" - Chaboute

Autor: Dominik Szcześniak

Chaboute'a ost
rze wymierzone w biurokrację - tak w skrócie można opisać "Czyściec" autora znanego już w Polsce z albumu "Henri Desire Landru". Opisując biurokratyzację życia Chaboute nie oszczędza nikogo ani niczego, posuwając się momentami do absurdu i wyolbrzymień, które jednak są na tyle prawdopodobne, że bez mrugnięcia okiem jesteśmy w stanie w nie uwierzyć. "Czyściec" jest biurokratycznym armagedonem. Totalną katastrofą, niszczącą życie jednostki brakiem kilku podpisów na paru papierkach. Komiksem strasznym na tyle, że ciekawe wydaje się już samo roztrząsanie czy aby zamysłem Chaboute'a było jedynie zabranie głosu w kwestii kondycji społeczeństwa, czy może opisanie własnych przeżyć związanych z użeraniem się z systemem.

Mimo kilku uwag, jakie za chwilę będę miał do spos
obu, w jaki Christophe Chaboute tworzy komiksy, nie życzyłbym mu nieprzyjemności, jakie spotykają jego bohatera. Benjamina Tartouche'a poznajemy w momencie, gdy spełnia się jego marzenie o wykonywaniu wolnego zawodu i gdy otrzymuje w spadku po ciotce ogromny dom. Pełnia szczęścia i świetlana przyszłość pryskają po zaledwie kilku stronach - dom Tartouche'a trawi pożar, a łańcuszek nieszczęść, jakie spotykają go później czyni z niego cywilnego trupa. Problemy z odebraniem ubezpieczenia, blokada rachunku, brak lokalu zastępczego, wywalenie na bruk... wreszcie brak możliwości powrotu na łono społeczeństwa, ponieważ żaden urzędnik nie jest w stanie wyrobić mu nowego dowodu tożsamości bez okazania starego - wszystko to składa się na wyjaskrawioną przez edytora na tylnej stronie okładki "miałkość i ulotność egzystencji przeciętnego współczesnego człowieka".

"Czyściec" jest zbiorczym wydaniem trylogii Chaboute'a. Omówione aspekty fabuły tyczą się jedynie pierwszej jej części. Kolejne związane są już bezpośrednio z wytyczoną przez tytuł tematyką - główny bohater, na skutek iście sensacyjno-politycznej intrygi trafia do czyśćca (gdzie spotyka wiele bardzo znanych osobowości z minionych epok) - miejsca skrojonego na równie biurokratyczną miarę, co świat z którego właśnie mu się zeszło. I tutaj Chaboute nie schlebia żadnej z religii, czyniąc czyściec miejscem, do którego trafia się niezależnie od ilości wypełnionych dobrych uczynków na rzecz boga. Tartouche dostaje konkretne zadanie: wraca na ziemię jako duch i musi sprowadzić złego człowieka na właściwą drogę.

Chaboute bardzo sprawnie operuje komiksowym rzemiosłem. Jego utwór jest płynny narracyjnie, a wielość wykorzystanych ujęć potrafi przyprawić o zawrót głowy. "Czyściec" nie jest przegadany, czyta się go bardzo szybko, co przy okazji nie umniejsza przyswajaniu treści. Dodatkowo, przedstawienie człowieka w kleszczach systemu w ujęciu Chaboute'a jest niezwykle wiarygodne, a definicja "nieba" (w sensie nagrody za wykonane zadanie i odkupienie swych win) w jego wykonaniu jest niezwykle pozytywna i sprawiająca, że zakończenie komiksu napawa optymizmem. Jedyne "ale" co do tego komiksu tkwi w jego warstwie graficznej.

Przy okazji "Henri Desire Landru" pisałem już o problemach Chaboute'a w rysowaniu twarzy; problemach, które rozwiązywał - zdawałoby się - metodą wręcz kserograficzną, kalkując rysy twarzy z uprzednio narysowanych kadrów. W "Czyśćcu" ten proceder postępuje. Twarze bohaterów, zwłaszcza umieszczone na sąsiadujących stronach, sprawiają wrażenie zdjętych z jednej matrycy. Jest to kwestia szybkości tworzenia komiksu, bądź maniery, jaką jego rysownik przyjmuje. W każdym wypadku nie jest to proceder, który wzbogaca wartość komiksu. Zastosowana kolorystyka jedynie to wrażenie potęguje, choć - co dziwne - Chaboute tak samo dobrze koloruje, jak komponuje strony i zestawia kadry. Potrafi również w niesamowity sposób rozplanować co niektóre sceny. I choć wszystkie te umiejętności powinny zbić na dalszy plan mankamenty związane z twarzami bohaterów, niewielki niesmak jednak pozostaje.

"Czyściec" jest komiksem zaskakująco dobrym. Poprzedni album Chaboute'a chwalony był momentami, jak mi się zdaje, na kredyt. I jakkolwiek paradoksalnie (w kontekście omawianego komiksu) by to nie zabrzmiało - Chaboute ten kredyt spłaca. Z odsetkami. Daje nam trzymającą w napięciu historię, która jest bardzo prawdopodobnym horrorem związanym z papierkami, które bardzo często musimy wypełniać i urzędami, w których czasami musimy postawić swą nogę.

"Czyściec". Autor: Christophe Chaboute. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawca: Egmont Polska 2010

3 komentarze:

skil pisze...

Moim zdaniem stwierdzenie, że ten komiks jest krytyką biurokracji to spora nadinterpretacja (chociaż dwa pierwsze albumy mogą sprawiać takie wrażenie). Owszem, biurokracja spełnia tu istotną funkcję, ale służy przede wszystkim ukazaniu ludzkiej obojętności i nikczemności. Sama w sobie natomiast nie jest przedmiotem krytyki, a już z pewnością nie jest tematem przewodnim "Czyśćca".

lucek pisze...

Fakt. Ale ludzka nikczemność i obojętność została przez Chaboute'a ukuta właśnie na bezsensownych, biurokratycznych przepisach. Zgadzam się z Tobą, ale tez podtrzymuję swoje zdanie. Jeśli nikczemność i zbiurokratyzowane zobojętnienie jest przedmiotem krytyki autora, to sama biurokracja jest nim tym bardziej. Zwłaszcza, że pierwszy tom komiksu to podręcznikowe opisanie szeregu sytuacji, które poprowadzą Cię od zera do bohatera. Chaboute świetnie i sugestywnie zaatakował w tym temacie, na tyle sugestywnie, że właśnie ten watek dźwięczał mi w głowie po lekturze najbardziej.

skil pisze...

"Ale ludzka nikczemność i obojętność została przez Chaboute'a ukuta właśnie na bezsensownych, biurokratycznych przepisach."

Warto zauważyć, że nie tylko. Kwintesencją jest dla mnie scena pożaru i przedmiotowy sposób traktowania Tartouche'a przez strażaków. Natomiast biurokratyzm został według mnie użyty jako pewne narzędzie, obnażajace samolubny charakter człowieka. Wszystkich tych "urzędasów" interesuje wyłącznie koniec własnego nosa; zresztą głównego bohatera również (do czasu), co widać już w początkowej rozmowie telefonicznej.

Niestety wydaje mi się, że potencjał pomysłu nie został mimo wszytsko wykorzystany. Za dużo w tym komiksie klisz i ogranych schematów, które przeszkadzały mi w zaangażowaniu się w historię.

Za to oprawa graficzna jest fantastyczna. Sposób, w jaki Chaboute komponuje strony i pojedyncze kadry, a także wysmakowana kolorostyka albumu całkowicie mnie kupiły.