Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 30 kwietnia 2009

Lubelskie spotkania z komiksem

Autor: Dominik Szcześniak

Choć z komiksem kojarzone są głównie miasta pokroju Łodzi, Warszawy czy Krakowa (ten ostatni przykład pamiętają zapewne nieliczni, acz kiedyś w tym grodzie działo się wiele i w dodatku bardzo intensywnie), to jest jeszcze takie miejsce na ziemi, dodajmy - miejsce nad wyraz piękne, w którym po cichu komiksowe tradycje ciągną się od całkiem dawna. A to zaczynały tu "gwiazdy" podziemia - Pała i Ryszard Dąbrowski, a to w pewnym momencie Lublin stał się "zagłębiem zinowym", a to wreszcie nawiedziły to miasto imprezy stricte komiksowe.

Krótki rys historyczny: w 2004 i 2005 roku, z inicjatywy Huberta Ronka, odbyły się w Lublinie dwie odsłony "Trach!a". Podpięte były one pod program "ZdaErzeń", które były swoistym świętem kultury studenckiej, a odbywały się w wymarzonej lokalizacji: Chatce Żaka. W której można było wysłuchać prelekcji, uczestniczyć w warsztatach, zjeść, wypić i dobrze się pobawić. A
w razie znudzenia miejscem - istniała opcja przeniesienia się do innego, których w okolicy było mnóstwo. Gośćmi "Trach!a" byli m.in. Tadeusz Baranowski, Jerzy Szyłak, Mateusz Skutnik, Tomasz Leśniak, Rafał Skarżycki, Andrzej Baron, Marcin Herman oraz cała plejada twórców z Ukrainy, na czele z Igorem Baranko.

Gości było sporo, jednak ginęli oni w morzu ludzi, biorących udział w imprezie. Frekwencja była niesamowita. Co prawda nie wszystkich z nich interesował komiks - większość zapewne przyszła na inne punkty programu: SLAM poetycki, czy koncert Kobiet. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym sztucznym tłumie wytworzyła się naprawdę świetna atmosfera.


To było cztery lata temu.

W tym roku, 2009, komiks powraca do Lublina.
I to powraca w to samo miejsce.
Lecz nie jest już częścią składową większej imprezy, której różnorodność przyciągała tłumy odbiorców. teraz będzie to impreza stricte komiksowa. Jej nazwa to LSzK. Jej program możecie sprawdzić tutaj.
Mając nadzieję, że będzie co najmniej tak dobrze, jak w 2004 i 2005 - zapraszamy, w imieniu organizatorów. 9 maja 2009 roku. Chatka Żaka.
Centrum miasteczka studenckiego.

Zero problemów z dojazdem.

środa, 29 kwietnia 2009

"The Eaters" - Milligan, Ormston

Autor: Dominik Szcześniak

Komiks "The Eaters" dotyczy drugiego, zaraz po tożsamości seksualnej, ulubionego zagadnienia, jakie w swojej twórczości z uporem genialnego maniaka wtłacza czytelnikom Peter Milligan. Jest nim "American Dream" widziany z perspektywy Brytyjczyka. W omawianym przypadku amerykański sen rozpatrzony jest na przykładzie rodziny Quillów - standardowej amerykańskiej familii, która z małej mieściny wyrusza w podróż wozem kempingowym po Stanach. Rodziny statecznej, spokojnej, bogobojnej - chciałoby się powiedzieć. Jednakże, przez wzgląd na tytuł komiksu, tak rzec nie można.

Historia "The Eaters" (w wolnym tłumaczeniu - "pożeraczy") sięga czasów wczesnego chrześcijaństwa. Pożeraczami była większość Apostołów (poza Judaszem) a eucharystia jest "zrytualizowanym odtworzeniem porządnej kolacji". Również purytanie byli pożeraczami - wszak "Purytanin" jest zafałszowaniem staro aramejskiego słowa, znaczącego "ucztować na ciele swych sług". Jeśli nie nauczono Was tego wszystkiego w szkole, to według pana Quilla, jesteście nieodpowiednio wyedukowani. Pan Quill, jak i cała jego rodzina również są pożeraczami. Jedynym posiłkiem, jaki spożywają jest mięso. Jedynym mięsem, jakie ślizgać się może po ich podniebieniu, jest mięso ludzkie.

Komiks drogi o kanibalach? Można tak powiedzieć, choć słowa na "k" Quillowie unikają jak ognia piekielnego, a sam akt zjedzenia drugiego człowieka traktują w kategoriach zwykłej konsumpcji. Nie są mordercami - w końcu dusze żyją dalej. Nie działają w sprzeczności z religią - w końcu pomagają ludziom szybciej dotrzeć do nieba. Nie uważają, że Bóg ich za to pokarze - gdyby miał to zrobić, czy pozwalałby czuć im się tak dobrze, robiąc coś tak złego? Milligan przedstawia ich jako archetypową rodzinę "peacocków", która z zatęchłej dziury położonej z dala od cywilizacji, wyciągnęła własne zasady funkcjonowania w świecie. Zasady, podbudowane co prawda przez standardową edukację, lecz następnie przefiltrowane przez zdarzenie z przeszłości, kiedy to młody pan Quill z żoną i kilkoma innymi osobami uczestniczyli w kraksie lotniczej. Przeżyli, lecz oddaleni od cywilizacji, pozbawieni pożywienia musieli sobie "jakoś" radzić...

Jedyną osobą, przejawiającą skłonności do zejścia na dobrą drogę w tak delikatnej przecież kwestii jaką jest dobór dań do codziennego jadłospisu, jest córka państwa Quill, będąca w wieku, kiedy to zaczynają buzować hormony i budzi się w niej zainteresowanie chłopcami. Pech chce, że Cassandra gustuje w dorodnych, barczystych samcach. Chłopców w tym samym typie lubią również państwo Quill, a biorąc pod uwagę, że mamy tu do cz
ynienia z różnymi znaczeniami słowa "lubię", wybrańcy Cassandry zazwyczaj lądują na stole u jej rodziców. Niemniej jednak wątek młodzieńczej miłości przewija się przez cały komiks, stanowiąc bardzo istotny jego element.

Milligan kanibalistyczną rodzinę przedstawia zupełnie normalnie, na zasadzie porównania do zwykłej amerykańskiej klasy średniej (plus/minus aluzje do "peacocków"), żyjącej według sztandarowych amerykańskich zasad. Perypetie rodzinki przedstawia z dużą dozą humoru, a galerię postaci drugoplanowych rozwija do monstrualnych rozmiarów, dając każdej z nich konkretną funkcję w utworze. Jest tu i fanatyczny sprzedawca szarlotki, pracujący dla firmy Apple Pie Inc., który śledzi Quillów podejrzewając ich o zjedzenie jego partnera. Jest prawiący komunały do kamery telewizyjnej policjant i obdarzona nad wyraz ciętym językiem dziennikarka. Są rabusie, którzy wzięci w kleszcze podczas napadu, zastanawiają się nie jak wybrnąć z sytuacji, lecz kogo wezwać, by z nimi porozmawiał - Oprę czy Lettermana?

"The Eaters" narysował Dean Ormston, znany z publikowanego w Polsce "Lucyfera". Są to rysunki bez fajerwerków, jednakże bardzo dobrze wpisujące się w klimat opowieści. Komiks jest jednym z niewielu podejść Milligana nie tyle do gatunku czarnej komedii, co komedii w ogóle. Znany z poważnych publikacji, na kartach "Pożeraczy" pokazuje więc swoją drugą, bardzo skrywaną stronę. Humor siąpi z każdej z plansz, aż do przerażającego finału, przypominającego czytelnikom, że lepiej jednak zasiadac do stołu do mniej ekscentrycznych kolacji
niż te, jakie praktykują Quillowie.

"The Eaters". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Dean Ormston. Kolor: Nathan Eyring. Wydawnictwo: Vertigo Voices 1995

wtorek, 28 kwietnia 2009

"NIebo nad Brukselą" - Bernar Yslaire

Autor: Dominik Szcześniak

Belgijski autor, znany w Polsce z komiksu "Sambre", "Niebem nad Brukselą" nawiązuje do kilku zdarzeń z niedawnej przeszłości, uderzając w mocny, pacyfistyczny ton. Po pierwsze, dość swobodnie interpretuje "bed - in" Johna Lennona i Yoko Ono z 1969 r., podczas którego słynna para w łóżku wynajętego pokoju hotelowego w Amsterdamie apelowała o pokój na świecie, a po drugie nawiązuje do doniesień medialnych na temat wojny w Iraku w 2003 roku.

Lennonem jest dla Yslaire'a Jules - Żyd, a właściwie jak to jest wielokrotnie w komiksie podkreślane - nie Żyd, a Chazar, pochodzący z ludu, który nie istnieje od XII wieku. Yoko Ono w jego ujęciu to Fadya - arabska kobieta, która po tym, jak przyniosła wstyd swojej rodzinie, decyduje się na akt t
errorystyczny celem odkupienia swych win. W dniu demonstracji brukselskiej, 17 marca 2003 roku, dochodzi do spotkania tych dwojga w pokoju hotelowym Hiltona. Początkowo niechętna Fadya, z czasem ulega pożądaniu i między nieznajomymi dochodzi do serii naturalistycznie przez rysownika ukazywanych zbliżeń. Zbliżeń obscenicznych nie bardziej, niż prezentowana w telewizji wojna.

"Make love not war" to hasło na podstawie którego zbudował Yslaire swój komiks. Jules, będący tak naprawdę ideą kroczącą po świecie, a nie rzeczywiście istniejącym w komiksie człowiekiem, staje się przewodnikiem młodej, zagubionej Arabki. Jej inicjacja seksualna ma miejsce w warunkach dość klarownych dla przekazu komiksu: pierwsze chwile rozkoszy przeżywa bowiem w ramionach "żydowskiego macho", będąc opasaną ładunkiem wybuchowym. Podczas kolejnych aktów seksualnych, Fadya przypadkowo przełącza kanały na wciąż włączonym telewizorze. Zbliżenia na części intymne bohaterów prze
mieszane zostają więc z obrazami bombardowań, przemówień polityków i groteskowych sytuacji w rodzaju dwustronicowych przygotowań Busha do przemówienia, w którym ma ogłosić Amerykanom rozpoczętą właśnie wojnę. Dodatkowo, w tle rozbrzmiewa utwór "Imagine" Johna Lennona... Jakby tego było mało, Yslaire umiejscawia swoją akcję na wielu płaszczyznach czasowych - od Babilonu z 539 roku przed narodzeniem Chrystusa, poprzez II wojnę światową, czasy teraźniejsze, aż po rok 2019. Ponadczasowość idei pacyfistycznych oraz odradzania się dusz podkreślają duchy Johna Lennona i Yoko Ono, pojawiające się w pewnym momencie komiksu.

Yslaire prowokacyjnym "Niebem nad Brukselą" zszokował mnie. Zszokował tym, jak łatwo można obedrzeć temat pacyfizmu z jakiejkolwiek subtelności i najmniejszej nawet oryginalności. Jak łatwo można przedobrzyć, stosując nadmiar trików i motywów, które zwalniają umysł czytelnika z myślenia. Bo czytając ten komiks nie musimy ani przez moment pomyśleć nad tym, co
autor chce nam przekazać. On nam to przekazuje w sposób bardzo dosadny i nachalny, na każdej stronie wykrzykując o co mu chodzi. Jedynym aspektem innowacyjnym jest wspomniane przeze mnie wcześniej rozciągnięcie akcji w dość szerokich ramach czasowych i wplątanie w nią tych samych, odradzających się na nowo postaci. Jest to jednak tylko pozorny fajerwerk.
Yslaire w nocie od autora pisze: "odczuwam potrzebę naiwnego przypominania, że miłość jest lepsza od wojny". I rzeczywiście, "Niebo nad Brukselą" jest wprowadzeniem przez niego tych słów w czyn, bowiem nie dość, że w sposób naiwny, to jeszcze oklepany do bólu, traktuje bardzo poważny temat. A takiego przypominania nikomu nie potrzeba. "Od autora" jest zresztą istnym kuriozum - autor broni się w nim przed niewidzialnym wrogiem, odpowiadając na niesformułowane jeszcze zarzuty szokowania i prowokowania. I przy okazji tłumaczy swoje dzieło. W związku z tym, uważam, że rysowanie "Nieba nad Brukselą" powinien sobie w odpowiednim momencie (najlepiej na poziomie wstępnych szkiców postaci) odpuścić, a samą notę "od autora" opublikować np. na blogu. Oszczędziłoby to czytelnikowi ponad 150 stron tej łopatologicznej lektury.
"Niebo nad Brukselą". Autor: Bernar Yslaire. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawnictwo: Egmont Polska 2009.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Wywiad z Bartoszem Sztyborem

Autor: Dominik Szcześniak

Jego komiksy możecie przeczytać w większości zinów i magazynów w kraju. Ma na koncie zeszyt stworzony wspólnie z Wojtkiem Stefańcem ("Szanowny") oraz mnóstwo krótkich form komiksowych, do których rysunki stworzyła plejada polskich rysowników. Wraz z Karolem Barskim zajął pierwsze miejsce w kategorii amatorów w konkursie zorganizowanym w ramach ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi. Na tej samej imprezie, z Piotrem Nowackim odebrał również nagrodę za zdobycie trzeciego miejsca w kategorii profesjonalistów. Dziennikarz. Scenarzysta. Showman. Bartosz Sztybor opowiada o swojej wizji scenariusza komiksowego, komiksach które napisał oraz o tym, co chciałby zrobić ze słynnym norweskim twórcą komiksu, Jasonem.

Dominik Szcześniak: Czy to prawda, że Bartosz Sztybor nie będzie już pisał scenariuszy do zinów?

Bartosz Sztybor: Poniekąd to prawda. Na pewno mocno ograniczę swoje występy, ale to nie znaczy, że nie będę w ogóle i nigdy pisał scenariuszy do zinów. Po prostu dość wyraźnie przystopuję.

Póki co to był Twój znak rozpoznawczy, który zresztą nieco Cię zaszufladkował. Sądząc po reakcjach w necie, wielu czytelników zaczęło odczuwać przesyt... Nie boisz się, że ilość mogła się odbić na jakości?

Z aż tak wieloma głosami przesytu się nie spotkałem, raczej docierały do mnie pojedyncze. A przy tym nie szła za nimi krytyka poszczególnych prac, a po prostu seria stwierdzeń, że za dużo tego i żart o Leninie, i lodówka, i tyle. Co do strachu, że to się mogło odbić na jakości... z tego powodu postanowiłem ograniczyć występy. To znaczy nie uważam, żebym kiedykolwiek zrobił "kaszę", choć faktem jest, że były lepsze i gorsze. Uznałem jednak, że wolę teraz robić - jeśli
sił starczy - po prostu te lepsze.

A więc odepniesz sobie łatkę "najpłodniejszego scenarzysty
w Polsce"? Doszły do mnie słuchy, że scenarzyści odpuszczają pisanie komiksów, ponieważ wg. nich nie ma po co się wysilać, skoro i tak wszystkich rysowników podprowadza im albo Szyłak albo Sztybor. Uważasz, że coś jest na rzeczy?

Z tymi odpuszczającymi sobie scenarzystami to chyba żart albo prowokacja, co?


Poważnie, zupełnie na serio słyszałem takie opinie...


No to muszę chyba ich wszystkich przeprosić i uspokoić, że teraz ich życie zmieni się na lepsze.

Uważasz w
ięc, że rysownicy dobierają sobie scenariusze nie pod kątem ich jakości, a wolnego czasu, jaki mogą poświęcić na rysowanie?

Powiem szczerze, że większość rysowników z jakimi współpracowałem przede wszystkim zwracała uwagę na jakość scenariusza. Może też dlatego niektórzy scenarzyści mieli problemy ze znalezieniem odpowiedniego artysty. Co do czasu, to z nim problemy są później. Dlatego scenariusze powstają szybko, wolno, bardzo wolno albo wcale.

W jaki sposób i na jakich podstawach zacząłeś wymyślać własne opowieści: czy posiłkowałeś się książkami teoretyzującymi na temat pis
ania scenariuszy czy też podszedłeś do procesu twórczego raczej intuicyjnie?

Na pewno było i nadal jest w tym 50% intuicji, ale także 50% wiedzy zaczerpniętej z komiksów oraz książek, filmów i gier. Żadnej książki teoretyzującej nigdy nie przeczytałem. Może żyję w błędnym przeświadczeniu, ale jak ktoś nie potrafi pisać, to żaden podręcznik o pisaniu tego nie zmieni. O wiele bardziej wartościową wiedzę można czerpać bezpośrednio z dóbr kultury.

A jeśli chodzi o sam scenariusz - czy narzucasz go rysownikowi w swojej, ustalonej formie, czy też może jest to pewien rodzaj porozumienia z rysownikiem?

Jest różnie. Ilu rysowników, tyle metod pracy. Ja ogólnie mam bardzo dokładną wizję układów stron i kompozycji kadrów. Ale nigdy nie jest tak, że uznaje moją wizję za najmojszą. Tak więc są rzeczy istotne dla fabuły, kontekstu czy sensu komiksu, które po prostu muszą się na kartkach pojawić. Ale jest cała masa rzeczy, które są względne. Zresztą nigdy nie starałem się ograniczać rysowników, bo zawsze uważałem, że komiks to wspólne dzieło rysownika i scenarzysty i wizję ich obu muszą się w ich gotowym dziele zbiegać. Tak więc jeśli ktoś chce się całkowicie podporządkować mojej wizji, to fajnie. Ale jeśli ktoś zaproponuje coś innego i będzie lepiej, to też fajnie. A jak to wygląda na przykładach? Ze Stefańcem to jest burza mózgów. Niby rozciąga scenariusze, ale za każdym takim rozciągnięciem musi coś stać, co jest poprzedzone dyskusją. Pałka zmniejsza ilość kadrów i zawsze kombinuje z kompozycją kadrów (efekty są zawsze dla mnie inspirujące). Nowacki świetnie bawi się drugim i trzecim planem. Każde świetne tło w naszym komiksie to jego sprawka. A np. Tomkowi Zychowi nigdy nie piszę charakterystyk postaci, bo sam - mając tylko scenariusz oraz imię - wymyśla i kreuje świetne postaci. I to chyba tyle, co mi na szybko przyszło do głowy.

A na płaszczyźnie samego procesu pisania: czy w zależności od tego, dla kogo piszesz, scenariusze przybierają postać opowiadania, rozkadrowanych plansz, lub też wręcz storyboardów? Czy może n
ajpierw jest Twoja wersja, a dopiero później osiągacie konsensus twórczy?

U mnie zawsze na początku jest storyboard, a później tekst pisany, który to idzie do rysownika. Tak więc najpierw jest moja wersja, którą rysownik akceptuje, bądź nie, a wtedy dyskutujemy o poprawkach. Natomiast podczas samego pisania, już nawet w chwili, gdy wpada mi do głowy pomysł - wiem, do kogo tekst powędruje. Aha, i zawsze piszę scenariusze. Wiem, że niektórzy wolą tekst w formie opowiadania, ale ja tak nie potrafię.


Przyznam, że bardzo zaintrygował mnie "Szanowny". Możesz opowiedzieć coś o kulisach powstawania tego komiksu? Wiem, że Wojtek potrafi doszczętnie przeinterpretować to, co scenarzysta mu zaproponuje...

Pamiętam, że "Szanowny" by nie powstał, gdyby nie Maciej Pałka, który mnie z Wojtkiem poznał. To tak w kwestii wprowadzenia i upublicznienia mojej wdzięczności dla Macieja, na którą się chyba nigdy wcześniej nie zdobyłem. Co do samego komiksu, a dokładniej scenariusza, to miał w pierwszej wersji 10 stron. W trakcie pracy i dyskusji dopisałem parę kolejnych, a później jeszcze parę. Co do interpretacji, to chyba przez miesiąc dyskutowaliśmy nad sensem tego komiksu i cieszę się, że Wojtek zobaczył w nim to, co chciałem przekazać. Dlatego też się w to bardzo fajnie zaangażował i co jakiś czas podrzucał mi swoje własne pomysły. Duża ich część weszła zresztą do komiksu. Symbolika, która w dyskretny sposób naprowadza czytelnika na sens całości. Była to bardzo owocna współpraca, wzajemnie się inspirowaliśmy i dochodziliśmy do coraz to nowych rzeczy w licznych dyskusjach.

I
ten komiks rzeczywiście sprawia wrażenie przemyślanego. Nie uważasz, że brak takiego konceptualnego podejścia jest widoczny w pracach polskich scenarzystów? Co w ogóle sądzisz o polskim "rynku" pod tym względem? Daniel Gizicki na swoim blogu bardzo optymistycznie upublicznił listę polskich scenarzystów, dość pokaźnych rozmiarów... Uważasz, że zasadnie?

Lista Daniela Gizickiego była o tyle bez sensu, że nic za nią nie stało. Widzę, że Daniel próbuje udowodnić niedowiarkom, że w Polsce są komiksowi scenarzyści (i fajnie! popieram!) ale ta rzeczywiście pokaźna lista o niczym nie świadczy. A na pewno nie o poziomie polskich scenarzystów. Bo ten niestety nie jest zbyt wysoki. Już nawet nie chodzi o ten - zwał, jak zwał - konceptualizm, ale o to, że wiele historii sprawia wrażenie napisanych i wysłanych do rysownika bez ponownego przeczytania. Okazuje się, że każdy greps, każdy żart z brodą można przerobić na komiksowy scenariusz. Poza tym, mało który scenarzysta potrafi stworzyć długą historię, która ma początek, rozwinięcie i zakończenie, a przy tym jakieś zwroty akcji, postępującą fabułę i ewoluujące postaci. Nawet już nie chodzi o album, ale i w krótkich komiksach widać problemy z budową. Siedem stron wstępu i jedna zakończenia. Większość komiksów nie ma rytmu, mało kto zwraca uwagę na budowę strony czy właśnie myślenie - uwaga, teraz przywalę - meta-komiksowe.

Może to kwestia tego, że polski komiks tkwił w tym gettcie krótkiej formy przez wiele lat, a "scenariusze" były jedynie pretekstem do pokazania możliwości rysownika?

Powiem szczerze, że nie mam szerokiego spojrzenia ws
tecz. Ale może scenariusze były pretekstem do pokazania możliwości rysowników tylko dlatego, że scenarzyści nie mieli nic ciekawego do zaoferowania.

Posunąłbym się wręcz do stwierdzenia, że coś takiego jak scenariusz w ogóle nie istniało, a lista Daniela rzeczywiście jest kuriozalna, ponieważ w temacie pi
sania scenariuszy Polacy jeszcze raczkują...

Na pocieszenie powiem, że w porównaniu do tego, co z komiksem można zrobić, to i cały świat raczkuje. Ale skoro świat raczkuje, to my jesteśmy zarodkiem.


A propos świata, mam pytanie z cyklu banalnych: Kto ze scenarzystów całego świata jest twoim guru? Mentorem? Gościem, który robi najlepsze, najbardziej przemyślane rzeczy w tym temacie?

Nie ma jednego guru, jednego mistrza. Ze scenarzystów, którzy mnie inspirują i cały czas uczą, jak pisać scenariusze, to na podium na pewno są Moore, Azzarello i Bendis. Ostatnio rozwalił mnie Aaron, a cenię także Vaughana. Ale nie samymi scenarzystami człowiek żyje, bo także dużo zawdzięczam takim autorom jak: Seth, Doug Tennapel, Chris Ware, Pascal Blanchet, Blain, Jeff Lemire, Paul Hornschemeier czy wreszcie Jason.

Poza komiksami zajmujesz się też filmem. Współpracujesz z magazynami filmowymi, prowadzisz takowy w telewizji... Jak się czujesz jako prezenter? poznałeś już odpowiedź na odwieczne pytanie: "co robić z rękoma?" czy może wciąż jej poszukujesz?

Filmem w ogóle zajmowałem się wcześniej, niż komiksem. I cały czas w tym kierunku działam. Staram się zresztą coraz szerzej i prężniej ale to ciężki kawałek chleba. Co do bycia prezenterem, to czuję się normalnie, choć nie wiążę z tym swojej przyszłości. Może dlatego, że nie znam odpowiedzi na zadane przez Ciebie odwieczne pytanie. I boję się, że nie poznam. Tak więc bycie prezenterem to po prostu sposób na zarobek w tych ciężkich czasach.

Myślisz nad scenariuszem filmowym? Czy do jego napisania potrzeba innej optyki, niż w przypadku komiksów?

Powiem tak: myślę nad kolejnymi scenariuszami filmowymi. Co do optyki, to ciężko mi generalizować, bo ja i tak mam bardzo filmową optykę podczas pisania czegokolwiek. Myślenie obrazem, scenami, poszczególnymi elementami, które tworzą całość - to w ogóle bardzo się przydaje w komiksie. Myślę, że w dalszym ciągu za mało osób próbuje przenosić narrację i elementy czysto filmowe do komiksu. Zresztą komiks to dla mnie film na kartce, co zresztą świetnie rozumie wspomniany już, a swoją drogą genialny Jason.

Chciałbyś, żeby Jason zrobił komiks do twojego scenariusza?

To jedno z moich marzeń.


A kto aktualnie "robi" dla Ciebie? Czym zaskoczy n
as Bartosz Sztybor - scenarzysta?

Oj, nie lubię takich pytań, bo też nie lubię składać obietnic, na które mam ograniczony wpływ. Mówiłem już kiedyś o dwóch projektach, czyli "Jedna Wielka Heca" z Tomkiem Zychem i "Kapitan Adelardo" z Mikołajem Spionkiem. i na tym chciałbym poprzestać. A tak wolę milczeć, bo i wolę działać z przyczajki.

A to: "Bartosz Sztybor jest bardzo popularnym scenarzystą - czy kupiłbyś antologię komiksów jego autorstwa?" - taką oto ankietę znaleźć możemy na stronie Gildii. Coś się kroi?

To akurat jest bardzo śmieszna sprawa. O tej ankiecie dowiedziałem się po kilku tygodniach od jej zamieszczenia. Ktoś mi o niej powiedział, a ja sprawdziłem i zagłosowałem na "tak". To wszystko. Nie wiem, czyja to była inicjatywa i co miałoby z tego wyniknąć. I choć miałem propozycję zbiorku różnych prac, to jednak stwierdziłem, że wydawnictwo z kilkoma krótkimi scenariuszami z różnej beczki jednak mnie nie bawi. Co innego, jeśli się jakoś łączą ale o tym jeszcze nie teraz....

Wielkie dzięki za rozmowę.

Ilustracje: kadr otwierający komiks "Szóstego Dnia", rys. Piotr Nowacki, okładka "Szanownego", rys. Wojciech Stefaniec (wyd. timof i cisi wspólnicy) oraz fotografie autorstwa Olgi Skowrońskiej.

niedziela, 26 kwietnia 2009

"Hellblazer: Chora miłość" - Ennis, Dillon

Autor: Dominik Szcześniak

W Stanach Zjednoczonych ukazał się właśnie 254 numer serii "Hellblazer", natomiast polski czytelnik otrzymuje do rąk album, zbierający odcinki podchodzące z pierwszej setki, publikowane w oryginale na początku lat dziewięćdziesiątych. Obecnie scenarzystą serialu jest Peter Milligan, a od lipca autorem okładek zostanie Simon Bisley. Najdłuższa seria imprintu Vertigo zarówno pisarzy, rysowników, jak i twórców reprezentatywnych stron poszczególnych odcinków zmieniała jak rękawiczki, nic więc dziwnego, że wraz z nimi zmieniał się również John Constantine - główny bohater serii. "Chora miłość" napisana została przez Gartha Ennisa, który na ratunek amerykańskiemu komiksowi przybył z Wysp Brytyjskich i który w swoich "hellblazerowskich" opowieściach postawił nie na walkę z siłami ciemności, magię i wywoływanie duchów, lecz na stosunki międzyludzkie. Album, który właśnie ukazał się dzięki wydawnictwu Egmont, jest sztandarowym tego przykładem.

"Chora miłość" kontynuuje wydarzenia z poprzedniego albumu serii, skupiając się na sześciu miesiącach życia Johna Constantine na przysłowiowym dnie. Po rozstaniu z miłością swego życia mag żyje jak lump, błąkając się po ulicach Londynu, zachlewając w trupa i wspominając lepsze czasy. Ennis jest wobec swego bohatera bezwzględny, a jego człowieczeństwo ukazuje w sposób niezwykle sugestywny i szczery. Pokazuje ból Constantine'a w sposób najbardziej autentyczny z możliwych - bez owijan
ia w bawełnę i metaforyzowania. W wizji Ennisa John jest pijakiem, pozbawionym tego, co w jego życiu najcenniejsze. I, tak jak pijak, użala się nad sobą, płacze, a w momentach gdy budzi się w nim "pijacki hojrak" staje się butny, za co natychmiast dostaje łomot. Nie jest już magiem, który wykiwał Szatana, a zwykłym człowiekiem doprowadzonym na samo dno.
Pozbawiwszy swojego bohatera magicznych atrybutów, Ennis w wątkach pobocznych ślizga się jednak po tematyce rodem z horroru, co można uznać za ukłon w stronę stałych czytelników serii, wielbiących ją za pewien określony klimat. Constantine, mimo że nachlany jak szpak
, bez większego wysiłku pokonuje króla wampirów, a w retrospekcjach (czyli w tym przypadku: anegdotach, które John opowiada napotkanym bezdomnym za łyk gorzały) Ennis również sięga po magię i horror. Ostateczna przemiana bohatera i jego powrót do dawnego życia, w fantastyczny sposób zostaje spleciona z życiem pilota z czasów II wojny światowej.

W albumie znalazły się dwie historie, odbiegające swą tematyką od głównego wątku. "Kraj ojców" opowiada o powrocie Kit do Belfastu i rozpościera przed czytelnikiem uroki tamtejszych knajp, natomiast "Konfesjonał" to spotkanie Johna z księdzem, który lata temu wyrządził mu dość ekscentryczną krzywdę.

Na przestrzeni całego albumu dostajemy to, do czego Ennis nas przyzwyczaił: są motywy obrazoburcze, są wampiry, jest gorzała, miłość na
potykająca przedziwne przeszkody, mocno zaakcentowany wątek związany z religią, a wreszcie są też częste powroty autora do ukochanej Irlandii. Mając na uwadze kolejność publikacji dzieł tego scenarzysty, jego występy w "Hellblazerze" można określić mianem rozgrzewki przed "Kaznodzieją".

"Chora miłość" w warstwie graficznej to dillonowski standard. Prostota z jaką ten rysownik tworzy poszczególne kadry, pozwala umiejscowić go w rejonach stylu "realistycznego". Tutaj Steve Dillon znajduje się we wcześniejszej fazie swojej twórczości, którą charakteryzowała duża ilość stawianych na rysunkach kresek. Późniejsza asceza graficzna, osiągnięta przez niego w ostatnich tomach "Kaznodziei", choć pozbawiona szczegółów, jakie zaobserwować możemy w omawianym tomie, jest równie sprawnym i funkcjonalnym sposobem wykorzystania rysunku do uzyskania efektu płynności narracji. Rysunki Dillona
można lubić, lub nie, jednak tego jednego odmówić mu nie można: mistrzowsko posługuje się komunikatywną funkcją komiksu.
Ennis i Dillon stworzyli jeden z lepszych albumów w historii swoich występów na łamach "Hellblazera". Fanom jarającego "Silk cuty", odzianego w prochowiec maga, nie trzeba "Chorej miłości" rekomendować. Dla tych, którzy chcieliby "wskoczyć" w serię, jest to jeden z lepszych m
omentów.
"Hellblazer: Chora miłość". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Steve Dillon. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawca: Egmont Polska 2009

sobota, 25 kwietnia 2009

"Reduktor prędkości" - Christophe Blain

Autor: Dominik Szcześniak

Po ubiegłorocznym "Piracie Izaaku" Egmont sięgnął po kolejną marynistyczną opowieść Christophe'a Blaina. Tym razem, zamiast awanturniczych przygód na pełnym morzu, Blain opowiada dość kameralną historię, skupiając się głównie na ukazaniu marynarskiego życia. Ten prosty wątek podszywa bardziej już skomplikowanym zagadnieniem wojny w świadomości społecznej.

W "Reduktora prędkości" wprowadza nas Georges Guilbert, oceanograf zaciągający się na stanowisko nawigatora na pancerniku "Bojownik", a wkrótce dołączają do niego pozostali bohaterowie późniejszego dramatu - pisarz Louis Blinault (również nawigator) oraz bosman Nordiz. Razem zapuszczają się w zakazane rejony maszynowni, kryjące wiele ciekawych dla nich rzeczy, wśród których najbardziej interesuje ich panaceum na chorobę morską (bo im niżej, tym mniej trzęsie) oraz tytułowy reduktor prędkości. Poprzez własną niefrasobliwość w stosunku do tego urządzenia, bohaterowie uznani zostaną za sabotażystów, a w pościg za nimi ruszą służby porządkowe...

Pierwsza połowa komiksu to dla Blaina pole do popisu w kwestii marynarskiego żywota. Na przykładzie Guilberta poznajemy ten zawód od podszewki. Blain dokonuje konfrontacji wyobrażenia o nim z szarą rzeczywistością. Wielkie przygody? Piękne kobiety w każdym porcie? Bójki w barach? Skądże. W "Reduktorze prędkości" są tylko problemy z chorobą morską, bród, smród, ciężka praca w maszynowni i nocne wachty na zarzyganym pokładzie. W tak odmitologizowanej rzeczywistości funkcjonują bohaterowie komiksu. Jednakże, choć ich oczekiwania były zupełnie inne, odnajdują w końcu coś, co ich zaciekawia. A nawet więcej - coś, co pcha ich w objęcia (dość lichej co prawda) przygody i inspiruje co niektórych do podjęcia pewnych radykalnych kroków.

Jak już wspomniałem, w powietrzu wisi również wojna. "Bojownik" jest bowiem na misji, a w oddali, na morzu pływa jej cel - obca łódź po
dwodna. Wizja wojny, jaka tworzy się w umysłach marynarzy i jaką podsyca ciąg pozornie niebezpiecznych, a tak naprawdę zabawnych zdarzeń na pokładzie, implikuje w pewien sposób działania bohaterów. Jedni skupiają się na tym, by przed śmiercią zjeść pączka, inni są w pełnej gotowości do nadchodzącej bitwy, jeszcze inni panikują, rozsiewając tę panikę wokół siebie. Ten ważki temat, po ogarnięciu całego komiksu, okazuje się być jego kluczowym zagadnieniem, w związku z czym określanie "Reduktora prędkości" mianem komiksu wojennego jest jak najbardziej uzasadnione. Choć nie jest ona namacalna i nie doświadczają jej bohaterowie opowieści, stosowana przez Blaina metaforyka sugestywniej oddziałuje na wyobraźnię niż ukazywanie zabitych ciał i efektownych wybuchów. Zamiarem Blaina nie jest bowiem szokowanie, lecz uchwycenie esencji.

Autor niezwykle precyzyjnie poradził sobie ze skleceniem całej historii - choć początkowo zdaje się ona ciągnąć, mniej więcej w połowie znacznie przyspiesza, aż do zakończenia, elegancką klamrą spinającego się z początkiem. Wymienione przeze mnie ważkie tematy potraktowane są przez Christophe'a Blaina z wielkim ukłonem w stronę czystej opowieści. Żaden z elementów nad nią
tutaj nie góruje, wszystkie - włącznie z fenomenalną graficzną wizją potężnych statków - są jej bezwzględnie podporządkowane.

"Reduktor prędkości" to kameralna opowieść, z dużą dawką marynarskich anegdot, sensacją, wojną i humorem w tle. Christophe Blain, będący inspiracją dla wielu młodych twórców komiksu z całego świata, potwierdza swoją wysoką wartość. "Pirat Izaak" i omawiane tu dzieło Blaina stanowią bardzo ciekawe, biegunowe podejście do komiksu przygodowego. Podczas, gdy pierwszy z nich owiany jest mocno awanturniczym mitem, drugi ów mit sprowadza do szarej rzeczywistości. Przekaz Blaina jest prosty: przygoda to przygoda. Czy to podczas huku dział na pełnym morzu, czy też w gorącej i trzeszczącej maszynowni. Nie wierzycie, że ta druga opcja potrafi być fascynująco wciągająca? Christophe Blain swoim nowym komiksem mówi Wam: uwierzcie.

"Reduktor prędkości". Scenariusz i rysunki: Christophe Blain. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawnictwo: Egmont Polska 2009. Komiks opublikowany został w cyklu "Plansze Europy"

środa, 22 kwietnia 2009

"The Extremist" - Milligan, McKeever

Autor: Dominik Szcześniak

Wrzesień 1993 roku to jeden z miesięcy, które przypadły na okres rozkwitu imprintu wydawnictwa DC, znanego jako Vertigo. Wówczas to na łamach "Hellblazera" zgorszenie siali Garth Ennis i Steve Dillon, ostatnie zeszyty serii "Sandman" pisał Neil Gaiman, a w samym środku publikacji był DeMatteisowski "The Last One". Pośród tych seriali, produkowanych przez słynne nazwiska i fundujących czytelnikom nowe spojrzenie na komiks, swój "złoty wiek" przeżywał brytyjski twórca komiksu, znany z tego, że... nie jest znany. Peter Milligan, bo o nim mowa, w odróżnieniu od swoich kolegów z Wysp Brytyjskich - Alana Moore'a, Neila Gaimana, czy Gartha Ennisa - nie afiszował się wszędzie ze swoją twarzą i poglądami. Cichemu, skromnemu i niewiadomo jak wyglądającemu autorowi nie przeszkodziło to jednak stać się jednym z najznakomitszych scenarzystów swojego pokolenia. We wrześniu 1993 roku kończył się cykl wydawniczy rewelacyjnej Milliganowskiej "Enigmy", a chwilę wcześniej półmetek zaliczyła jego seria "Shade, The Changing Man". W tym samym miesiącu pojawił się jeszcze jeden komiks Petera Milligana. Jego tytuł to "The Extremist".

Określany j
ako "thriller erotyczny", czteroodcinkowy komiks, pozwalał zajrzeć czytelnikowi w głąb dusznych podziemi San Francisco, będących azylem dla członków tajemniczego stowarzyszenia, dowodzonego przez ekscentrycznego Patricka, a utrzymywanego w ryzach przez tytułowego Ekstremistę. Zadaniem odzianego w skórzany kostium Ekstremisty było między innymi podsycanie perwersyjnych praktyk członków stowarzyszenia. Wystarczyła sama jego obecność, bądź świadomość tej obecności, by Ekstremista spełniał swą rolę. Wystarczyło lekkie złamanie zasad stowarzyszenia, by z produkującego podniety, skórzanego fetyszysty, zamieniał się on w bezwzględnego mordercę. Czym konkretnie jest stowarzyszenie - tego, czytelniku się nie dowiesz. Podobnie, jak tego, jaka jest jego historia i jakie są jego struktury. Jedyne, co scenarzysta nam daje, to bardzo ogólną wiedzę na temat tej niezwykle niszowej organizacji i imiona kilku głównych bohaterów.

Oraz opowieść.

Fenomenalnie skrojoną z losów czworga ludzi opowieść o poszukiwaniu tożsamości, manipulacji, przemianach, pożądaniu i zemście.

"Ekstremista nie jest osobą. Ekstremista nie jest stanem umysłu. Ekstremista jest stylem życia" - te słowa, podkreślane przez zafascynowanego markizem de Sade Patricka, implikują zdarzenia rozgrywające się na kartach komiksu. Milligan za przykładem tytułowej postaci stawia pytanie o maksymalne ekstremum, do jakiego człowiek może się posunąć. Kostium Ekstremisty przywdziewają trzy kolejne postaci dramatu i każda z nich okazuje się mieć różne predyspozycje do prowadzenia tego "stylu życia". I choć czytelnik, śledząc losy Jacka Tannera oraz jego żony Judy, wydaje się być pewien kto jest bohaterem komiksu, w ostatecznym rozrachunku bohaterem tym okaże się funkcja. Idea. Fetysz.

Streścić ten komiks i nie zdradzać smaczków w nim zawartych, przez wzgląd na zabiegi formalne scenarzysty, jest niezwykle ciężko. Dość powiedzieć tyle
: Jack Tanner pełni funkcję Ekstremisty w podziemnym stowarzyszeniu ludzi, nie stroniących od seksu, przemocy i wszelkich połączeń jednego z drugim. Mentorem Tannera jest Patrick, który pragnie całkowitego przekształcenia Jacka w Ekstremistę i kompletnego wyeliminowania czynnika ludzkiego, jaki w nim istnieje. Czynnikiem tym jest jego życie rodzinne - ogromne znaczenie w życiu Jacka ma bowiem fakt, że po zaszlachtowaniu kolejnego "niewiernego" członka stowarzyszenia, może sobie wrócić do schematycznego życia ze swą żoną Judy. Pewnego dnia ta dwubiegunowa sielanka się kończy. Ktoś zabija Jacka. Kierowana żądzą zemsty Judy, przywdziewa strój Ekstremisty, by znaleźć zabójcę...

Milligan przedstawia zdarzenia z perspektywy kilku osób. Wybiega do przodu w czasie akcji, by za chwilę cofnąć się w nim dość znacznie. W tym chaosie jest jednak fenomenalna metoda, ponieważ dzięki niemu komiks zyskuje płynność. Poza świetnymi dialogami, w pracy scenarzysty warto zwrócić uwagę na prowadzenie narracji: w pierwszej osobie operują tutaj trzy różne postaci. Wniknięcie w ich psyche pozwala nam nie tylko poznać różne spojrzenia na te same sprawy, lecz również bardzo dobitnie ukazać ich przeżycia, myśli ora
z co najistotniejsze dla całego komiksu - przemiany. Skutkiem tego "The Extremist" jest jednym z najbardziej sugestywnych obrazów mierzących się z ogranym tematem "Kim jestem?", "Jakie jest moje prawdziwe "ja"?".

Abstrahując od tego zaangażowanego aspektu scenariusza "The Extremist" jest również świetnym, jak wspomniano wcześniej w tekście, thrillerem erotycznym, który trzyma w napięciu i którego każdy odcinek kończy się fantastycznym cliffhangerem.


Zadania zilustrowania serii podjął się Tedd McKeever, którego prace w roku 1997 były przez polskich czytelników "Batmana" odsądzane od czci i wiary. "Machiny" i krótki epizod w "Batman Black & White", będące próbami wprowadzenia na rynek komiksów superbohaterskich historii nieco bardziej ambitnych, okazały się być strzałem w próżnię. "The Extremist" utrzymany jest w podobnym stylu, co tamte komiksy. Charakterystyczna kreska i oryginalne, nieregularne kadrowanie okazały się być idealnymi dopełniaczami szokującego scenariusza Milligana. Powstał komiks zapadający w pamięć i zachęcający do kolejnych lektur, przy których za każdym razem można odkryć coś nowego.


"The Extremist" 1-4. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Ted McKeever. Kolor: Tom McCraw. Wydawnictwo: DC Vertigo. Data wydania: wrzesień - grudzień 1993r.

niedziela, 19 kwietnia 2009

"Komiks W-wa" - Kłoś, Kwaśniewski, Trust

Autor: Dominik Szcześniak

"Komiks W-wa" to ambitny projekt dziennikarsko - komiksowy. Idea, która go uruchomiła, pojawiła się w stołecznym oddziale "Gazety Wyborczej" i była prosta: aby za pomocą komiksu pokazać życie na ulicach stolicy Polski. Autorzy - Przemysław Truściński, Alex Kłoś i Tomek Kwaśniewski - jak czytamy w nocie od wydawcy, nie mieli ani poruszać tematów aktualnych, ani też ukazywać znanych postaci. W założeniu mieli zająć się życiem zwykłych ludzi, ukazanym za pomocą specyficznego nastroju Warszawy. Komiks, w formie pionowego paska, ukazywał się na łamach "Gazety Stołecznej" przez ponad cztery lata, a jego ostatni odcinek został opublikowany pod koniec 2008 roku. Zbiorcze wydanie większości pasków czytelnicy dostają dzięki Kulturze Gniewu.

Reporterska praca, jaką autorzy włożyli w to przedsięwzięcie jest nie do przecenienia. Udało im się porozmawiać z wieloma zwykłymi ludźmi, pospisywać ich historie i regularnie oddawać je do rąk czytelników w formie komiksowego paska. Niestety, właśnie w tej formie tkwi największy problem publikacji. Mając do dyspozycji kilka kadrów, autorzy musieli się sporo natrudzić, by wyciągnąć esencję wypowiedzi danej postaci. Momentami ta sztuka im się udała, niemniej jednak po lekturze większości pasków można odnieść wrażenie, iż funkcjonowały by znacznie lepiej jako reportaże literackie bądź telewizyjne. Ograniczenie objętościowe, jakie dotknęło autorów pasków komiksowych, nie pozwoliło im na kompletną realizację zamierzonych celów. A szkoda, bo gdyby mieli nieco więcej przestrzeni, "Komiks W-wa" byłby świetnym udokumentowaniem życia społeczności warszawskiej.

Chcąc zachować reporterski charakter kolejnych odcinków komiksu, Truściński w swoich rysunkach bazował na zdjęciach miejsc, które autorzy odwied
zali i ludzi, z którymi rozmawiali na przeróżne tematy. A rozmawiali z szerokim wachlarzem osobowości - od urzędników, poprzez ludzi związanych z kulturą, polityków, grabarzy, instruktorkę tańca brzucha, po "superbohatera znad jeziora". Wszelkie wypowiedzi mieszkańców Warszawy były autoryzowane - to dla nich głównie przeznaczony jest ten komiks. Jedni odnajdą w nim samych siebie, inni - swoich znajomych bądź kogoś z rodziny. Bohaterami pasków często stawali się również ich autorzy - odcinki z nimi w rolach głównych, potraktowane przez nich nieco luźniej, należą do najciekawszych w zbiorze.

To nietypowe przedsięwzięcie, łączące komiks z dziennikarstwem, za samą ideę godne jest największych pochwał. Jako pierwszy tego typu projekt, nie jest jednak doskonały. Podczas spotkania z Alexem Kłosiem, Tomkiem Kwaśniewskim i Przemysławem Truścińskim, jakie odbyło się w trakcie tegorocznych Warszawskich Spotkań Komiksowych, autorzy sypali anegdotami i własnymi słowami opowiadali historie, które znalazły się
w albumie. W ich ustach były to opowieści naprawdę poruszające, zabawne, bądź dające do myślenia. Na kartach "Komiksu W-wa" bardzo często zostały sprowadzone do wyjałowionych z tych emocji kolorowych obrazków.
"Komiks W-wa". Scenariusz: Alex Kłoś, Tomek Kwaśniewski. Rysunki: Przemysław Truściński. Wydawca: Kultura Gniewu 2009.

sobota, 18 kwietnia 2009

Wywiad z Przemysławem Truścińskim

Autor: Daniel Podolak

Jeszcze przed wydaniem najnowszego komiksu zilustrowanego przez Przemysława Truścińskiego ("Komiks W-wa"), na początku lutego na Starym Mieście w Warszawie z twórcą spotkał się Daniel Podolak. Efektem tegoż spotkania stał się prezentowany przez nas poniżej wywiad z Trustem.

Daniel Podolak: Powiedz, jak się zaczęła Twoja przygoda z komiksem? Słyszałem, że Twoja mama odegrała w tym wielką rolę...

Przemek Truściński:
Tak, to prawda. Zawsze, gdy mnie zostawiała w Siedlcach u Babci na wakacje, podrzucała mi jakiś komiks. Bardzo przyczyniła się do tego, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej.


Wiesz…w naszym domu nigdy się nie przelewało. Bywało, że ledwie
łączyliśmy koniec z końcem, ale moja mama potrafiła nawet wtedy wyciągnąć coś ze skarbonki i podarować na moją zachciankę. Wtedy właśnie mogłem nabyć swoje wymarzone albumy. Tak właśnie zacząłem z komiksem.

Drugim ważnym elementem, było liceum plastyczne. Całe dzieciństwo rysowałem Grunwaldy, Indian skalpujących blade twarze, motywy II wojny światowej, a wojska polskie na zachodzie były moim u
lubionym tematem. Rysowałem sporo, a komiksy dostawałem głównie spod sklepowej lady. Liceum plastyczne odegrało kluczową rolę, gdyż to właśnie wtedy pojawiła się idea tworzenia graficznych historii.

Jacy klasycy najmocniej na Ciebie wpłynęli?


W liceum spotkałem wielu wspaniałych ludzi, dzięki temu poznałem również najważniejszych twórców świata komiksu. Pamiętam jak mój kumpel, Wojtek, przyniósł do szkoły całą reklamówkę najbardziej topowych zeszytów. Wtedy poznałem Moebiusa, Gimeneza i kilku innych - mój mózg o mało nie eksplodował. W tych komiksach musiał być jakiś wirus, który później przeszedł na mnie. Cała nasza ekipa utrzymuje się do dzisiaj na rynku, czy to pracując w gazetach czy komiksach.

Jesteś bardzo wszechstronnym artystą: pracujesz dla dużych agencji reklamowych, jesteś autorem komiksów, ilustracji do książek oraz popularnych czasopism. Twoje obrazy w zakresie komiksu przedstawiają mroczny, surrealistyczny świat, zaś te drugie zupełnie inny, nasycony słodyczą reklam. Czy ciężko Ci tworzyć w zupełnie sprzecznych klimatach?


Trzeba to po prostu rozgraniczać. Chodzi o życie, zwyczajną prozę życia, do której jest potrzebna kasa. Muszę realizować pewne rzeczy dla kasy, aby móc potem spełniać się na własnym twórczym polu. Aby pozwolić sobie na ten luksus, muszę pracować również w reklamie. Spora część ludzi nie potrafi tego rozgraniczyć, co ostatecznie może przynieść koniec twórczości. Związana jest z tym żądza pieniądza - gdy w to
wsiąkniesz możesz już nie wrócić, co oznacza koniec dla sztuki. Poziom, na którym kiedyś się znajdowałeś, na którym tworzyłeś, może być już nieosiągalny. Tworząc rzeczy dla reklamy cofam się. To zupełnie inna polityka, przede wszystkim są tam inne wymagania.

Dokonałem pewnego podziału, uświadomiłem sobie że trzeba tego dokonać i na szczęście tym samym wypracowałem pewne mechanizmy które umożliwiają mi ciągłe tworzenie własnych rzeczy. Spotkałem się już na wielu forach internetowych z dziwnymi pytaniami, "co ten Truściński robi w tych reklamach?". Żeby była jasność: Truściński tworzy, co najmniej, rok w rok kilkadziesiąt
plansz komiksu. Minimum. Od kilkudziesięciu do kilkuset ilustracji wyłącznie dla siebie. Tak więc nie ma powodów na narzekania. Obecnie sytuacja komiksu polskiego jest porównywalna do Hiszpanii, Portugalii i kilku innych krajów. To nie jest oczywiście Francja czy Japonia, lecz rzeczy mają się zdecydowanie ku lepszemu.

Smutny jest fakt, że sporo ludzi w naszym kraju wciąż kwestionuje sztukę komiksu.

Wiesz, to też się jakby po trochu zmieniało. Ja osobiście już od jakiegoś czasu o tym nie słyszę. Chociaż przyznaję, że kilka dobrych lat temu, podczas każdego wywiadu dla prasy czy telewizji słyszałem pytanie "Czy komiks to sztuka?" Można było wymiota rzucić w twarz pytającego, ale oczywiście z uporem maniaka
tłumaczyło się swoje. Jakiś czas temu zdarzyło mi się chyba zaczarować sytuację i na to samo pytanie odpowiedziałem, że Polska to ostatni kraj, w którym się o tym dyskutuje, czy komiks to sztuka. Od tamtego momentu nie słyszałem już tych pytań. Każdy gatunek ma mniej lub bardziej udane produkcje, tak samo jest przecież z komiksem.

W 2003r. zacząłeś pracę nad Wiedźminem dla CD Project, według cyklu powieściowego Andrzeja Sapkowskiego. Pracowałeś także z Maćkiem Parowskim nad komiksem o tym samym tytule. Są szanse, że któryś z tych albumów się ukaże?


Co do Wiedźmina,
to ciężka sprawa. Wykonałem od siebie trzy plansze, i to wszystko. Mówiąc po dżentelmeńsku, wyszły po prostu pewne niesnaski związane z tym projektem. Było w tym wszystkim trochę mojej winy, lecz inni także dali ciała. Działo się po prostu dookoła wiele niemiłych rzeczy, wspólna praca z paroma osobami źle na mnie wpływała, co ostatecznie przyczyniło się do mojej rezygnacji. Kto wie, może kiedyś wrócimy do tego ponownie. Jak na razie owszem, komiks się pojawi, lecz beze mnie.

Wielka szkoda, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie.


Pewnie, że szkoda, ale nie mam na to wpływu, więc trzeba czekać i mieć nadzieję, że coś może kiedyś ruszy.

Jakie plany na przyszłość? Uchylisz może rąbka tajemnicy?


He he, dobre pytanie. Mam w cholerę niezłych planów, komiksowych, ilustracyjnych, malarskich a nawet rzeźbiarskich. Jeżeli chodzi o bliższe plany na komiks, to pierwszy album ukaże się na pewno w marcu. To będzie album składający się z tych komiksów, które ukazywały się w "Gazecie Wyborczej". Te historie dokumentują życie wielu osób, forma komiksów będzie bardzo nowatorska, osobiście nigdy jej nie praktykowałem. Będzie to komiks reporterski. Zastosuję w tym projekcie technikę fotorealizmu. Pomysł był Andrzeja Stefańskiego, byłego naczelnego "Gazety Wyborczej". Na ten weekend mam także sporo pracy nad planszą do projektu MPO, dla Teatru Nowego. Jest to miejska opowieść w formie horroru, której cała akcja dzieje się w Warszawie. Całość zapowiada się bardzo ciekawie.

Bardzo Ci dziękuje za rozmowę i życzę samych sukcesów.

To ja dziękuję
Warszawa, 03.02.09 r.

piątek, 17 kwietnia 2009

"Przybysz" - Shaun Tan

Autor: Dominik Szcześniak
Komiks Shauna Tana robi ogromne wrażenie już przy pierwszym kontakcie dotykowym i wzrokowym. Twarda okładka, wstążkowa zakładka oraz stylizacja na starą księgę składają się na monumentalną oprawę - nic dziwnego, że przy tak fantastycznym wydaniu, apetyt na otrzymanie choćby w niewielkim stopniu przystającej do niego zawartości rośnie. I nie będzie nadużyciem, jeśli już teraz zdradzę, że po lekturze zostaje on zaspokojony w pełni.

"Przybysz" opowiada historię starą jak świat - mężczyzna opuszcza swój kraj i rodzinę, wyruszając w nieznane w celu odnalezienia lepszego miejsca do życia. T
an, podejmując temat emigracji, nie poszedł jednak na łatwiznę i zastosował kilka zabiegów, które sprawiły, iż można "Przybysza" określić mianem komiksu ponadczasowego.

Przede wszystkim, źródłem uniwersalności "Przybysza" jest forma komiksu niemego, którą z rozmysłem Tan wybrał jako narzędzie do realizacji postawionych przed sobą celów. Brak jakiejkolwiek słownej narracji i dialogów pozwala na pełną identyfikację czytelnika z bohaterem, znajdującym się w zupełnie nowym otoczeniu, wśród osób mówiących innym językiem, których życie toczy się według obcych mu obyczajów. Nie jest to pretekstowe wykorzystanie komiksu niemego. Każda scena, przedstawiająca próby porozumienia się bohatera z obyw
atelami innego kraju, mimo braku słów, zawiera w sobie gigantyczny wręcz ładunek treści.

Z tej podstawowej cechy wynikają kolejne. Shaun Tan, mimo iż doświadczenia emigrantów zna z autopsji (jego ojciec pochodzi z Chin), akcję swojego komiksu umieścił w krajach anonimowych. I choć można w nich doszukiwać się paralel z państwami obecnymi na mapie świata, lepiej jest skupić się na pewnych zjawiskach społecznych, nad których analizą Tan z niesamowitą wrażliwością się pochyla. Począwszy od spraw podstawowych, w rodzaju problemów z przejściem przez granicę, poprzez akomodację do nowych warunków, aż po fenomenalne metafory największych plag ludzkości (na czele z tym, co mnie osobi
ście najbardziej poruszyło, a mianowicie ukazaniem bezsensu wojny) - wszystko to autor ukazuje niezwykle precyzyjnie i celnie.

Osadzenie akcji w nieznanym świecie pozwoliło Shaunowi Tanowi na ukazanie tego świata w baśniowym wręcz wymiarze. Pełno w nim niesamowitych stworów, wspaniałych budynków i zjawisk przyrodniczych. Ma to swoje podłoże we wspomnianym już przeze mnie zabiegu zidentyfikowania się czytelnika z bohaterem i odczuwania nowego świata w sposób, jaki on go odczuwa, ale przy okazji jest również pretekstem do ukazania fenomenalnych zdolności rysowniczych Tana. Strona graficzna albumu zachwyca zarówno swoją stylizacją na stare ryciny, precyzją i szczegółowością, jak również świetnym ka
drowaniem.

Kończąc, odwrócę to, co napisałem we wstępie niniejszej recenzji, stwierdzając przy tym pewną oczywistość. "Przybysz" Shauna Tana jest
komiksem pięknie wydanym, lecz zanim ktokolwiek pomyślał o jego opublikowaniu, historia o emigracji powstała w głowie Shauna Tana, po czym w piękny sposób została przelana na papier. To jest odpowiednia kolejność. Tak znakomita forma publikacji jest uhonorowaniem jeszcze bardziej znakomitej pracy artysty. Czapki z głów.

"Przybysz". Autor: Shaun Tan. Tłumaczenie: Wojciech Góralczyk. Wydawca: Kultura Gniewu 2008

czwartek, 16 kwietnia 2009

"Bi Bułka i pierogi ruskie" - Otoczak

Autor: Dominik Szcześniak

Najbardziej kontrowersyjnemu polskiemu komiksiarzowi - Rafałowi Otoczakowi Tomczakowi właśnie wydano drugi album, będący przy okazji drugą częścią otoczakowego serialu o przygodach mistrza rachowania - Bi Bułki oraz pełniącego funkcję jego notesiku Białaska. W przypadku debiutu serii, zatytułowanego "Bi Bułka i otoczka Otoczaka", mieliśmy do czynienia z aspektem zaskoczenia, co niewątpliwie zapisać można było po stronie plusów komiksu. W "pierogach ruskich" to zaskoczenie nie rzuca się już w oczy - choć nie ulega wątpliwości, że kilkoma rozwiązaniami Otoczak jak najbardziej zaskakuje.

Przechadzanie się po jaźni autora komiksu i
spisywanie coraz to nowszych bytów ją zamieszkujących to wciąż priorytet serialu. Wyobraźnia Otoczaka w tej kwestii jest niesamowita i wydaje się, że autor najlepiej bawi się wtedy, gdy przekręcając znane słowo tworzy zupełnie nową nazwę. Swego czasu to słowotwórstwo i zabawne rymy spowodowały porównanie "Bi Bułki" do prac Tadeusza Baranowskiego, jednakże spoglądając zarówno na "Pierogi ruskie", jak i wcześniejsze, nie-bibułkowe dokonania autora, oczom czytelników powinien ukazać się usystematyzowany, barwny i niezwykle oryginalny styl, który przylepił się tylko do tego jednego człowieka. Otoczak swoim absurdalnym humorem i przedziwnymi pomysłami nie stara się komentować żadnej innej rzeczywistości, poza swoją własną. I jest to w przeważającej mierze mocno undergroundowa jazda bez trzymanki (a propos: m.in. w zinie "Mięso" Otoczak posiadał własne poletko komiksowe, zatytułowane "Jazdka Tom Czakka"), choć momentami autor daje również nieco dobra czytelnikom gustującym w bardziej przyziemnych, wręcz sensacyjnych akcjach - ot, choćby przygoda bohaterów z państwem, biorącym Białaska za swojego piesia, czy też świetna historia o wesołym Romku i śpiewającym domku.

Podobnie, jak w przypadku części poprzedniej, druga "Bi Bułka" składa się z krótkich historii komiksowych, utrzymanych w jednolitej, bardzo ascetycznej stylistyce. Wyjątkiem są dwie krótkie formy: "Anty-komiks?" i ta, traktująca o światach prostopadłych i równoległych, w których Otoczak a to sięga po bardziej szczegółowy, "realistyczny" rysunek (w tej drugiej), a to znowu po nieco oderwa
ną od bibułkowej rzeczywistości fabułę (ten pierwszy). Zwraca uwagę również różnica w rysowaniu niektórych epizodów - podczas, gdy większość tworzona jest rozedrganą, "szybką" kreską, kilka z tych zamykających album to przykład niezwykle precyzyjnej roboty. Widać to nie tylko w obfitości rysunków w szczegóły, lecz przede wszystkim w czcionce, z której rozczytaniem w innych historiach są momentami dość poważne problemy.
Otoczak żyje swoją serią. Widać to chociażby w grypserce, którą stosuje już na stronie tytułowej. Widać też w zainteresowaniu odbiorem jego komiksu i trosce o poprawne rozczytywanie co niektórych motywów. "Przypominam, że Bi Bułka to imię i nazwisko, a czy między Jan a Kowalski stawiamy myślnik?" - pyta ustami Białaska. Rzeczywiście, wielu recenzentów ciut się poślizgnęło w tym temacie i główneg
o bohatera komiksu posądziło o nie wiadomo co, wrzucając myślnik tam, gdzie nie trzeba. Idąc tropem Śledzia, Otoczak dla wszystkich żądnych wiedzy ze świata Bi Bułki uruchomił specjalnego mejla, na który nadsyłać można opinie na temat komiksu.

"Bi Bułka i pierogi ruskie" to nie jest komiks dla mas. Zwolennicy klasycznej kreski, czy klasycznej narracji nie znajdą tu nic dla siebie. Jest to natomiast świetna zabawa dla tych, którzy lubią taplać się w oparach absurdu i parkować na stronie z dziesiątkami postaci, śmiejąc się z ich ekscentrycznych imion. To pozycja dla tych, którzy od komiksu oczekują ciut więcej i są w stanie zaakceptować bezkompromisowość twórcy, robiącego swoje bez oglądania się na bieżące trendy. No i przy okazji "Bi Bułka" to znakomite podsumowanie pewnego okresu twórczego w karierze Otoczak
a. Choć "podsumowanie" to na szczęście słowo nieodpowiednie - kolejne epizody serii powstają.
Oby pojawiły się na sklepowych półkach w okresie krótszym, niż ten który dzielił publikację "Otoczki Otoczaka" i "Pierogów ruskich". "Bi Bułka i pierogi ruskie". Scenariusz i rysunki: Rafał "Otoczak" Tomczak. Wydawca: Timof i cisi wspólnicy 2009.