Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 26 kwietnia 2009

"Hellblazer: Chora miłość" - Ennis, Dillon

Autor: Dominik Szcześniak

W Stanach Zjednoczonych ukazał się właśnie 254 numer serii "Hellblazer", natomiast polski czytelnik otrzymuje do rąk album, zbierający odcinki podchodzące z pierwszej setki, publikowane w oryginale na początku lat dziewięćdziesiątych. Obecnie scenarzystą serialu jest Peter Milligan, a od lipca autorem okładek zostanie Simon Bisley. Najdłuższa seria imprintu Vertigo zarówno pisarzy, rysowników, jak i twórców reprezentatywnych stron poszczególnych odcinków zmieniała jak rękawiczki, nic więc dziwnego, że wraz z nimi zmieniał się również John Constantine - główny bohater serii. "Chora miłość" napisana została przez Gartha Ennisa, który na ratunek amerykańskiemu komiksowi przybył z Wysp Brytyjskich i który w swoich "hellblazerowskich" opowieściach postawił nie na walkę z siłami ciemności, magię i wywoływanie duchów, lecz na stosunki międzyludzkie. Album, który właśnie ukazał się dzięki wydawnictwu Egmont, jest sztandarowym tego przykładem.

"Chora miłość" kontynuuje wydarzenia z poprzedniego albumu serii, skupiając się na sześciu miesiącach życia Johna Constantine na przysłowiowym dnie. Po rozstaniu z miłością swego życia mag żyje jak lump, błąkając się po ulicach Londynu, zachlewając w trupa i wspominając lepsze czasy. Ennis jest wobec swego bohatera bezwzględny, a jego człowieczeństwo ukazuje w sposób niezwykle sugestywny i szczery. Pokazuje ból Constantine'a w sposób najbardziej autentyczny z możliwych - bez owijan
ia w bawełnę i metaforyzowania. W wizji Ennisa John jest pijakiem, pozbawionym tego, co w jego życiu najcenniejsze. I, tak jak pijak, użala się nad sobą, płacze, a w momentach gdy budzi się w nim "pijacki hojrak" staje się butny, za co natychmiast dostaje łomot. Nie jest już magiem, który wykiwał Szatana, a zwykłym człowiekiem doprowadzonym na samo dno.
Pozbawiwszy swojego bohatera magicznych atrybutów, Ennis w wątkach pobocznych ślizga się jednak po tematyce rodem z horroru, co można uznać za ukłon w stronę stałych czytelników serii, wielbiących ją za pewien określony klimat. Constantine, mimo że nachlany jak szpak
, bez większego wysiłku pokonuje króla wampirów, a w retrospekcjach (czyli w tym przypadku: anegdotach, które John opowiada napotkanym bezdomnym za łyk gorzały) Ennis również sięga po magię i horror. Ostateczna przemiana bohatera i jego powrót do dawnego życia, w fantastyczny sposób zostaje spleciona z życiem pilota z czasów II wojny światowej.

W albumie znalazły się dwie historie, odbiegające swą tematyką od głównego wątku. "Kraj ojców" opowiada o powrocie Kit do Belfastu i rozpościera przed czytelnikiem uroki tamtejszych knajp, natomiast "Konfesjonał" to spotkanie Johna z księdzem, który lata temu wyrządził mu dość ekscentryczną krzywdę.

Na przestrzeni całego albumu dostajemy to, do czego Ennis nas przyzwyczaił: są motywy obrazoburcze, są wampiry, jest gorzała, miłość na
potykająca przedziwne przeszkody, mocno zaakcentowany wątek związany z religią, a wreszcie są też częste powroty autora do ukochanej Irlandii. Mając na uwadze kolejność publikacji dzieł tego scenarzysty, jego występy w "Hellblazerze" można określić mianem rozgrzewki przed "Kaznodzieją".

"Chora miłość" w warstwie graficznej to dillonowski standard. Prostota z jaką ten rysownik tworzy poszczególne kadry, pozwala umiejscowić go w rejonach stylu "realistycznego". Tutaj Steve Dillon znajduje się we wcześniejszej fazie swojej twórczości, którą charakteryzowała duża ilość stawianych na rysunkach kresek. Późniejsza asceza graficzna, osiągnięta przez niego w ostatnich tomach "Kaznodziei", choć pozbawiona szczegółów, jakie zaobserwować możemy w omawianym tomie, jest równie sprawnym i funkcjonalnym sposobem wykorzystania rysunku do uzyskania efektu płynności narracji. Rysunki Dillona
można lubić, lub nie, jednak tego jednego odmówić mu nie można: mistrzowsko posługuje się komunikatywną funkcją komiksu.
Ennis i Dillon stworzyli jeden z lepszych albumów w historii swoich występów na łamach "Hellblazera". Fanom jarającego "Silk cuty", odzianego w prochowiec maga, nie trzeba "Chorej miłości" rekomendować. Dla tych, którzy chcieliby "wskoczyć" w serię, jest to jeden z lepszych m
omentów.
"Hellblazer: Chora miłość". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Steve Dillon. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawca: Egmont Polska 2009

1 komentarz:

Roy_v_Beck pisze...

Dillon naprawdę się pogorszył, ta kreska w porównaniu z tym co w ostatnich albumach Kaznodziei jest, to na piękną i rozbudowaną wygląda, szkoda że później tak zmienił swój styl ten artysta.

A fabularnie to strasznie pesymistyczna opowieść jest i z taką dozą nienawiści do świata, wszystko bardzo obrazoburcze, smutne a do tego niezwykle brutalne i poważne. Niewątpliwie to dobry, porządny tom. Jedynie historia z Belfastu nie przypadła mi do gustu.