Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 22 kwietnia 2009

"The Extremist" - Milligan, McKeever

Autor: Dominik Szcześniak

Wrzesień 1993 roku to jeden z miesięcy, które przypadły na okres rozkwitu imprintu wydawnictwa DC, znanego jako Vertigo. Wówczas to na łamach "Hellblazera" zgorszenie siali Garth Ennis i Steve Dillon, ostatnie zeszyty serii "Sandman" pisał Neil Gaiman, a w samym środku publikacji był DeMatteisowski "The Last One". Pośród tych seriali, produkowanych przez słynne nazwiska i fundujących czytelnikom nowe spojrzenie na komiks, swój "złoty wiek" przeżywał brytyjski twórca komiksu, znany z tego, że... nie jest znany. Peter Milligan, bo o nim mowa, w odróżnieniu od swoich kolegów z Wysp Brytyjskich - Alana Moore'a, Neila Gaimana, czy Gartha Ennisa - nie afiszował się wszędzie ze swoją twarzą i poglądami. Cichemu, skromnemu i niewiadomo jak wyglądającemu autorowi nie przeszkodziło to jednak stać się jednym z najznakomitszych scenarzystów swojego pokolenia. We wrześniu 1993 roku kończył się cykl wydawniczy rewelacyjnej Milliganowskiej "Enigmy", a chwilę wcześniej półmetek zaliczyła jego seria "Shade, The Changing Man". W tym samym miesiącu pojawił się jeszcze jeden komiks Petera Milligana. Jego tytuł to "The Extremist".

Określany j
ako "thriller erotyczny", czteroodcinkowy komiks, pozwalał zajrzeć czytelnikowi w głąb dusznych podziemi San Francisco, będących azylem dla członków tajemniczego stowarzyszenia, dowodzonego przez ekscentrycznego Patricka, a utrzymywanego w ryzach przez tytułowego Ekstremistę. Zadaniem odzianego w skórzany kostium Ekstremisty było między innymi podsycanie perwersyjnych praktyk członków stowarzyszenia. Wystarczyła sama jego obecność, bądź świadomość tej obecności, by Ekstremista spełniał swą rolę. Wystarczyło lekkie złamanie zasad stowarzyszenia, by z produkującego podniety, skórzanego fetyszysty, zamieniał się on w bezwzględnego mordercę. Czym konkretnie jest stowarzyszenie - tego, czytelniku się nie dowiesz. Podobnie, jak tego, jaka jest jego historia i jakie są jego struktury. Jedyne, co scenarzysta nam daje, to bardzo ogólną wiedzę na temat tej niezwykle niszowej organizacji i imiona kilku głównych bohaterów.

Oraz opowieść.

Fenomenalnie skrojoną z losów czworga ludzi opowieść o poszukiwaniu tożsamości, manipulacji, przemianach, pożądaniu i zemście.

"Ekstremista nie jest osobą. Ekstremista nie jest stanem umysłu. Ekstremista jest stylem życia" - te słowa, podkreślane przez zafascynowanego markizem de Sade Patricka, implikują zdarzenia rozgrywające się na kartach komiksu. Milligan za przykładem tytułowej postaci stawia pytanie o maksymalne ekstremum, do jakiego człowiek może się posunąć. Kostium Ekstremisty przywdziewają trzy kolejne postaci dramatu i każda z nich okazuje się mieć różne predyspozycje do prowadzenia tego "stylu życia". I choć czytelnik, śledząc losy Jacka Tannera oraz jego żony Judy, wydaje się być pewien kto jest bohaterem komiksu, w ostatecznym rozrachunku bohaterem tym okaże się funkcja. Idea. Fetysz.

Streścić ten komiks i nie zdradzać smaczków w nim zawartych, przez wzgląd na zabiegi formalne scenarzysty, jest niezwykle ciężko. Dość powiedzieć tyle
: Jack Tanner pełni funkcję Ekstremisty w podziemnym stowarzyszeniu ludzi, nie stroniących od seksu, przemocy i wszelkich połączeń jednego z drugim. Mentorem Tannera jest Patrick, który pragnie całkowitego przekształcenia Jacka w Ekstremistę i kompletnego wyeliminowania czynnika ludzkiego, jaki w nim istnieje. Czynnikiem tym jest jego życie rodzinne - ogromne znaczenie w życiu Jacka ma bowiem fakt, że po zaszlachtowaniu kolejnego "niewiernego" członka stowarzyszenia, może sobie wrócić do schematycznego życia ze swą żoną Judy. Pewnego dnia ta dwubiegunowa sielanka się kończy. Ktoś zabija Jacka. Kierowana żądzą zemsty Judy, przywdziewa strój Ekstremisty, by znaleźć zabójcę...

Milligan przedstawia zdarzenia z perspektywy kilku osób. Wybiega do przodu w czasie akcji, by za chwilę cofnąć się w nim dość znacznie. W tym chaosie jest jednak fenomenalna metoda, ponieważ dzięki niemu komiks zyskuje płynność. Poza świetnymi dialogami, w pracy scenarzysty warto zwrócić uwagę na prowadzenie narracji: w pierwszej osobie operują tutaj trzy różne postaci. Wniknięcie w ich psyche pozwala nam nie tylko poznać różne spojrzenia na te same sprawy, lecz również bardzo dobitnie ukazać ich przeżycia, myśli ora
z co najistotniejsze dla całego komiksu - przemiany. Skutkiem tego "The Extremist" jest jednym z najbardziej sugestywnych obrazów mierzących się z ogranym tematem "Kim jestem?", "Jakie jest moje prawdziwe "ja"?".

Abstrahując od tego zaangażowanego aspektu scenariusza "The Extremist" jest również świetnym, jak wspomniano wcześniej w tekście, thrillerem erotycznym, który trzyma w napięciu i którego każdy odcinek kończy się fantastycznym cliffhangerem.


Zadania zilustrowania serii podjął się Tedd McKeever, którego prace w roku 1997 były przez polskich czytelników "Batmana" odsądzane od czci i wiary. "Machiny" i krótki epizod w "Batman Black & White", będące próbami wprowadzenia na rynek komiksów superbohaterskich historii nieco bardziej ambitnych, okazały się być strzałem w próżnię. "The Extremist" utrzymany jest w podobnym stylu, co tamte komiksy. Charakterystyczna kreska i oryginalne, nieregularne kadrowanie okazały się być idealnymi dopełniaczami szokującego scenariusza Milligana. Powstał komiks zapadający w pamięć i zachęcający do kolejnych lektur, przy których za każdym razem można odkryć coś nowego.


"The Extremist" 1-4. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Ted McKeever. Kolor: Tom McCraw. Wydawnictwo: DC Vertigo. Data wydania: wrzesień - grudzień 1993r.

10 komentarzy:

Maciej pisze...

Inne komiksy Pana Milligana też przybliżysz?

Ziniol pisze...

jest taka opcja, żebym je przybliżał w cyklu cotygodniowym, o ile podołam. takie środy milliganowskie będą. już wszystko stachałem z półek i właśnie sobie siedzę i patrzę: duużo tego pan M. napłodził

arcz pisze...

Występ McKeevera w "Batmanie" serio był tak źle przyjęty? Zawsze mi się wydawało, że panował ogólny zachwyt nad Machinami..

Ziniol pisze...

ekspertem nie jestem, ale pamiętam że ostre narzekania były na ten komiks. chyba nawet był numerem, który najgorzej się sprzedał w całej historii tej serii w Polsce.

arcz pisze...

hmmm.. no to ładnie :|
a z tą sprzedażą to chyba Rustecki coś wspominał w jednym z wywiadów jeśli dobrze teraz kojarzę.

Daniel Chmielewski pisze...

Z "Batklubu" z 79 numeru Batmana. Pisze Arkadiusz Wróblewski:

"Owy numer jubileuszowy [Machiny] był według mnie wspaniałą okazją do przedstawienia polskiemu czytelnikowi czegoś świeżego i odmiennego, na co wcześniej nie mogliśmy sobie pozwolić, mając na uwadze fakt, że miłośników dobrego komiksu wciąż jeszcze było niewielu. Sądziłem jednak, że po siedmiu latach obecności TM-Semic na rynku wydawniczym, ich liczba znacznie wzrosła i teraz, znudzeni prostymi i jaskrawo kolorowanymi historyjkami, czytelnicy ci z radością wyjdą naprzeciw nowym, nieznanym doświadczeniom wizualnym. W najśmielszych snach nie spodziewałem się, jak bardzo się myliłem.

Historia "ENGINES: Machiny" Teda McKeevera nie została przyjęta z oczekiwanym przeze mnie entuzjazmem. Świadczy to o tym nie tylko znikoma wręcz ilość sprzedanych egzemplarzy, ale i nadchodzące do nas listy. Poza kilkoma mniej lub więcej pozytywnymi opiniami, większość korespondujacych z nami czytelników narzekała na nudny scenariusz i... "obrzydliwe" rysunki! Obrzydliwe? Może dla kogoś, kto sięga po komiks po raz pierwszy rysunki McKeevera mogą wywoływać taką reakcję, ale dla stałych bywalców taka reakcja jest wręcz niegodna! Zgaduję, że wielu z nich uważa się za koneserów sztuki komiksowej. Okazuje się jednak, że dla większości miarą dobrego komiksu jest obwód klatki piersiowej bohatera, wielkość bicepsów i ilość noszonej przy sobie broni. I tutaj z przyjemnością mogę ich zaprosić do komiksu "X-men".

Nie mogę się wręcz oprzeć porwnaniu zaistniałej sytuacji z losami komiksu "Batman/Judge Dredd: Judgment on Gotham" Granta i Bisleya, najambitniejszego z naszych wydań specjalnych. Chociaż został nagrodzony na konwencie komiksowym w Łodzi, nie sprawdził się kompletnie na rynku wydawniczym. Zwroty były tak duże, że cała operacja związana ze sprowadzeniem tej pozycji do Polski i opublikowania jej w zadowalającym formacie (czytaj: błyszczący papier kredowy) stała się jednym, wielkim finansowym fiaskiem. Tym samym pragnienie publikowania podobnych wydań w niedalekiej przyszłości zniknęła w zastraszającym tempie. Coś takiego było po postu nieopłacalne.

(...) zamierzałem przedstawić artystów, których spojrzenie na komiks jest niekiedy bardziej radykalne od tego zaprezentowanego przez Teda McKeevera. Nie mówiąc już o jakichkolwiek planach związanych z publikacją ambitniejszych pozycji Vertigo. Tam ceni się oryginalność. U nas chyba jeszcze nie".

***

Tak, proszę Państwa. Tak wyglądała sytuacja na naszym rynku 11 lat temu. Pamiętam, że "Machiny" poprzestawiały mi całą masę klepek w głowie i otworzyły oczy na wiele spraw. Był to jeden z ważniejszych komiksów, jakie do tamtego czasu w życiu przeczytałem. I byłem zszokowany tym wyznaniem na stronach klubowych.

Mi to przypomina, jak System of a Down supportował chyba Slayera w tym samym czasie chyba i bodajże Serj dostał starym bochenkiem chleba! Tak ich Polacy przyjęli. A kiedy nagrali Toxicity i wyrobili sobie markę, to płacz i lament, że nie chcą przyjeżdżać do Polski.

Ziniol pisze...

"Zgaduję, że wielu z nich uważa się za koneserów sztuki komiksowej" - to dobre. 11 lat temu koneserem zwał się ten, kto zaliczył "Zemstę Sinister Six" i pierwszego "Spawna", he he.

Daniel, a pozostając w temacie "Extremisty" - tak, jak po McKeeverze jechali jakby był łysą kobyłą, tak Milligana wychwalano za pracę w polskim "Batmanie" (głównie za "Mrocznego Rycerza Mrocznego Miasta" z '91), choć też bez większego entuzjazmu. Ten scenarzysta nie doczekał się chyba zbyt wielu fanbojów w Polsce...

Daniel Chmielewski pisze...

Szit, ja z 91. mam tylko "Obrzęd przejścia" ze śmiercią matki przyszłego Robina. Muszę ponadrabiać zaległości. Kiedyś to był klimat, szukać tych komiksów po bazarach, a teraz tak w sklepie komiksowym. Ech, to nie to samo, wolę już jakąś nowość kupić.

Maciej pisze...

Przez te 11 lat tak wiele się zmieniło
a jednocześnie tak niewiele.

mtz&qba pisze...

Daniel, aleś wygrzebał ten Batklub, super :-) Ja Engines w swoim czasie zwyczajnie nie zrozumiałem. Byłem na takim etapie, że co innego miałem w głowie jako wyobrażenie komiksu. Ale już wspomniany przez Arka Sąd nad Gotham- dżizas, ja ten komiks doprowadziłem do stanu rozkładu całkowitego poprzez namiętne lektury jedna za drugą. Potem sobie posklejałem luźne strony :-)

a co do SOAD- tak było, czytałem o tym w Metal Hammerze- ale czego sie było wtedy spodziewac po polskich fanach rzeźni? System zrobił coś nowego- mimo jakis tam zbieżności z RATM może, ale te szaleństwa wokalne- to sie nie mogło wtedy przyjąć. co nie znaczy oczywiście, że trzeba było zaraz chlebem ich witać. Obyło sie chyba bez soli.