Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 7 marca 2010

"Goddess" - Ennis, Winslade

Autor: Mateusz Wiśniewski

Pierwsze ze
szyty „Kaznodziei” i „Goddess” Gartha Ennisa zaczęły ukazywać się na amerykańskim rynku mniej więcej w tym samym czasie. Oba tytuły wystartowały w 1995 roku, ale ten drugi, jak na serię limited przystało, zamknął się w ośmiu częściach, które wydano potem w jednym albumie. Plansze zalane krwią i obryzgane flakami, powyrywane kręgosłupy i eksplodujące głowy, wielgachne spluwy i obsesja mocy. To nic nowego dla kogoś, kto zna już pomysły Irlandczyka z „True Faith”, „Kaznodziei” czy „Pielgrzyma”. To stary dobry Garth.

Fabuła „Goddess” jest prosta, miejscami nawet naiwna. Nieświadoma swojej potęgi pracowniczka ZOO, Rosie Nolan, wywołuje trzęsienie ziemi, a potencjalne zagrożenie, jakim staje się ona dla całego świata, przykuwa uwagę C.I.A. Dziewczyna ląduje na celowni
ku spluwy agenta Hooksa, jednego z kilku drani przewijających się przez plansze komiksu. Szpicel trafia z kolei na czarną listę konstabla Dixona, kiedy ten odkrywa, że to C.I.A. odpowiedzialne jest za śmierć jego policyjnego partnera (z którym łączyły go stosunki również zawodowe). Mniej więcej w tym samym momencie, gdy Rosie dosłownie „naumyślnie” pozbawia grupkę agentów wywiadu ich głów, dołącza do niej nieudacznik Jeff oraz dwójka starych przyjaciół – Mudhawk i Samantha. Zaczyna się zabawa w chowanego: jedni uciekają przed drugim, drugi przed trzecim, trzeci zaklepuje. Czasami role myszki i kotka odwracają się, cała opowieść to jednak gra w berka o międzykontynentalnym zasięgu. I z dużą ilością fajerwerków.

Czytelnik, który przemielił już „Kaznodzieję” i poznał choć kilka innych tytułów autora teksańskiego serialu, w tym także potworki w rodzaju „Fury'ego”, powinien dobrze wiedzieć, co czeka go w trakcie lektury „Goddess”. Ennis, nazywany nieraz komiksowym Tarantino, lubi się powtarzać, coraz trudniej mu zaskoczyć czytelnika i porządnie przywalić. Choć nie ma tu mowy o świeżym powiewie, zatęchłe dmuchnięcie okazuje się jednak wcale przyjemne. Dzięki „Goddess” Irlandczyk odreagowywał być może po pracy nad kolejnymi rozdziałami „Kaz
nodziei” i wrzucał tu wszystko, czego tam nie udało mu się zmieścić. Na przykład biurowiec teleportowany na Antarktydę.

„Goddess” to niemal nieustanne jechanie po bandzie, pełno tu przegiętych akcji, a przesada objawia się już w nazwiskach postaci drugoplanowych (vide Dick Limpcock). Bohaterowie komiksu wpisują się w znane szablony wykorzystywane przez Ennisa – mamy więc wysoko postawionych zwyrodnialców, niedorozwiniętych bliźniaków-wielkoludów, twarde kobitki, gości w skórzanych kurtkach i inne wynaturzenia. Nie można na szczęście napisać, że Rosie Nolan to żeńska zrzynka z Jessiego Custera. Choć – jako „posłannicy Mocy” – oboje siedzą na beczce prochu, Rosie zbiera papierki, które wyrzuca Jesse.


Wypada też wspomnieć o zakończeniu, bo widać, że autor miał tutaj pomysł, którego zabrakło mu trochę później. Końcówka „Goddess” zaskakuje, finału „Kaznodziei” nie powstydziliby się pewnie ci tajemniczy goście od mydlanych oper. Trzeba jednak pamiętać, że istnieje drobna różnica między pisaniem scenariusza na osiem i na sześćdziesiąt sześć zeszytów. W drugim przypadku oczekiwania czytelnika potrafią znacznie przerosnąć pomysłow
ość Ennisa. Zresztą, on sam jest sobie winny.

Za graficzną stroną „Goddess” stoi Phil Winslade, który dostał tę fuchę zaraz po podrzuceniu Ennisowi swojego portfolio na komiksowym konwencie w Coventry. To jego drugi większy projekt, później grzebał przy różnych tytułach (nawet „Howard The Duck” dla imprintu MAX), współpracował też przez chwilę ze Steve’em Dillonem. Choć w „Goddess” dominuje brudna kreska i nakićkane kadry, poszczególne plansze (czy nawet konkretne ujęcia) utrzymano tu w bardziej „bajkowej” stylistyce znanej z okładek. Nie jest to jednak kaprys rysownika, efektowny zabieg jest bowiem uwarunkowany fabularnie. A dla wszystkich, którym „baśniowy” klimat podejdzie, dołączone na końcu artworki mogą okazać się smakowitym kąskiem.


W
1996 roku autorów „Goddess” nominowano do Nagrody Eisnera – Garth Ennis startował w kategorii Best Writer, Phil Winslade z kolei jako Best Cover Artist. Historia ma ręce, nogi, niezły finał i dobrze się ją czyta. Są też wybuchające głowy. Opisywany tytuł powinni sobie mimo wszystko darować czytelnicy zmęczeni wałkowanymi przez Ennisa motywami i charakterystycznym stylem scenarzysty, ten bowiem nawet na chwilę nie porzuca swoich przyzwyczajeń. „Goddess” polecić należy każdemu miłośnikowi „Kaznodziei”, chcącym sprawdzić, w którą stronę poszedł Ennis po „True Faith” i reszcie, nie znającej jeszcze twórczości Irlandczyka. Po tym tytule mogą go pokochać... albo kompletnie znienawidzić.

„Goddess". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Phil Winslade. Wydawca: Vertigo 2002.

Brak komentarzy: