Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 4 listopada 2010

Kibicujemy (53)

Autor: Dominik Szcześniak Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Wspierajcie ich w wymyślaniu fabuł i rysowaniu komiksowych kadrów! Dziś po raz ostatni posłuchajcie co ma do powiedzenia autor "Konstruktu" Jakub Kiyuc.

Czy to, co znajdziecie na blogu seejerychotower.blog.pl jest w jakiś sposób powiązane z "Konstruktem"? Odpowiedź wydaje się oczywista. Śledźcie co tydzień nowe/stare wpisy blogera, którego zaintrygował pewien znaleziony obraz... W założeniu wszystko będzie miało swój finał w komiksie. Nie w pierwszym numerze, ale później.
W przyszłości będą wpisy innych osób, które podczas przechadzki po Lublinie zauważyły różne, dziwne rzeczy... i postanowiły podzielić się swoimi spostrzeżeniami z autorem internetowego pamiętnika.

A co z samym "Konstruktem"? Ostateczny termin to 12 listopada. Z samego rana będzie można pójść do kiosku i powiedzieć: „poproszę komiks Czarna Materia Prezentuje: Konstrukt”. Po drugiej stronie zapewne usłyszymy nieśmiertelne „Co?”.

Wtedy sugeruję pokazać palcem, albo z miejsca udać się do otwartego saloniku i wybrać sobie samemu. Może będzie gdzieś wersja limitowana?

Tuż po premierze pierwszego numeru na bloga, lub na stronę, z którą ciągle są jakieś problemy techniczne, wrzucę pierwszą okładkę i kilka stron drugiego CMP: Konstrukt.

Za te „pół roku” kibicowania! Dzięki Dominik!
Maciek! Dzięki!
Dzięki Karol, dzięki Gonzo!
Dzięki KG i dzięki Anonimowi.
Wszystkim innym, których pominąłem dziękuję za uwagę i za uwagi.

Nie pozostawiając satysfakcji złośliwcom napiszą: tak, oczywiście, że chcę wpłynąć swoim zachowaniem na ocenę końcową komiksu. Każdą rzecz ocenia się inaczej wtedy, kiedy zna się osobę, która to popełniła. Mnie w zasadzie nikt stąd nie zna, przynajmniej osobiście, więc tylko coś takiego mogę zrobić na koniec pierwszego kibicowania. Trzymać fason. Każdy odbierze i zinterpretuje to tak, jak będzie chciał – zazwyczaj w odniesieniu do swojej osobowości.


Teraz nadejdzie czas rozliczeń. Gdy tylko pierwszy numer komiksu wpadnie w moje ręce, możecie spodziewać się recenzji.

Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

środa, 3 listopada 2010

Gniewne popołudnia (12): 2008 po polsku

Autor: Dominik Szcześniak
2008 w wykonaniu kultury gniewu, jak pisałem poprzednim razem, był rokiem ubogim w publikacje polskich autorów. Wszystkie cztery, które się ukazały, były jednak komiksami twórców niezwykle dla środowiska ważnych i istniejących w nim od bardzo dawna. Obyło się bez - wydawanych do tej pory regularnie - dokonań polskich undergroundowców, ale ze to dostaliśmy świeży materiał od Marka Turka, Mateusza Skutnika i Michała Śledzińskiego. Tak o nich pisaliśmy w drukowanym "Ziniolu:
Trzecie wejście. W paskach
Postać Blakiego swoją przygodę rozpoczynała na witrynie internetowej Mateusza Skutnika, następnie przeniosła się na łamy kserowanego "Ziniola", by wreszcie po trzykroć ukazać się w profesjonalnym druku: w 2005 jako "Blaki", w 2007 jako "Pan Blaki" i wreszcie w roku 2008 jako omawiany tutaj "Blaki: paski". Tym razem małego, wiecznie ubranego na czarno gościa, poznajemy w trzech odsłonach – w normalnym życiu, na urlopie oraz w niuansach życia w związku. A wszystko to w formie pasków komiksowych – czterech (czasem trzech) kadrach na jednej stronie. W porównaniu z poprzednimi albumami brak tutaj dłuższych monologów wewnętrznych głównego bohatera. Zawiłe przemyślenia na temat codziennej rutyny Skutnik zastąpił krótkimi, nieraz zupełnie niemymi grepsami, narzuconymi przez formę paska komiksowego. I choć oczywiście nie są one do końca pozbawione filozoficznej natury Blakiego (bo przecież i na czterech kadrach zdarza mu się popaść w zadumę) to jednak ustępuje ona tutaj miejsca ciekawym codziennym spostrzeżeniom, czy zabawnym sytuacjom. Humor zaprezentowany w albumie należy do spokojnego, opartego na ludzkich zachowaniach, złośliwości rzeczy martwych, kaprysach pogody… i tak też jest narysowany: charakterystyczną "blakową" kreską, z małym czarnym ludzikiem w centrum i filozoficzną szarzyzną wokół niego.
Bajabongo 
Zacznę od końca – tylna strona okładki wymienia atrakcje, jakich można się spodziewać w kurorcie pod nazwą "Bajabongo". Ot, zwykła oferta turystyczna, z przelotem samolotem, 5 – gwiazdkowym hotelem z bogatym wyposażeniem, safari i tradycyjnym wieczorem regionalnym. Taka, jakich wiele na ulotkach luksusowych kurortów. Jednakże właścicielem tego kurortu, jak dowiadujemy się również z okładki, jest Marek Turek. 
Tyle o okładce.
Tego, jakim właścicielem kurortu jest Marek Turek i w jaki sposób potrafi przedstawić swoim gościom tak z pozoru zwyczajną ofertę turystyczną, dowiadujemy się z siedemdziesięciu ośmiu stron czarno-białego, niemego komiksu, znajdującego się pomiędzy okładkami. Przewodnikiem po świecie wykreowanym przez Turka jest facet o słonecznej twarzy. Jest on ogniwem łączącym koniec z początkiem opowieści, jak również jest jej głównym bohaterem, mimo że "Bajabongo" bohaterów ma wielu.
Fabuła w komiksie Turka jest linearna – wszystko dzieje się w ciągu przyczynowo – skutkowym i, choć może być czytane partiami (pod postacią kilkustronicowych epizodów), tak naprawdę stanowi zwartą całość. "Bajabongo" jest fenomenalne pod względem narracji komiksowej – Turek jako specjalista w dziedzinie teorii komiksu, wzorowo sprawdza się także i w praktyce. Mnóstwo wątków i zagadnień, związanych z religią, sztuką, rozrywką i (wydającym się być dominującym w utworze) motywem przeobrażenia, zostaje ze sobą precyzyjnie spiętych niesamowitymi sekwencjami graficznymi. Zresztą warstwa graficzna komiksu to skrzynia pełna małych perełek – "oświetleniowa" sekwencja ze strony 10, skok z basenu rozpisany na strony 17 i 18, czy przepoczwarzenie ze strony 36 to rzadko spotykane w polskim komiksie alternatywnym momenty, które zapadają w pamięć na długo.
Charakterystyczna kreska Marka Turka połączona z jego indywidualistycznym i bardzo osobistym podejściem do opowiadanych przez siebie historii po raz kolejny (czyli po "Fastnachtspielu" i krótkich formach z "Międzyczasu") zaowocowała komiksem wysokiego lotu. Niewątpliwie, Marek Turek to obecnie czołówka polskiego komiksu alternatywnego.
Na szybko spisane 1990 – 2000 
Druga część trylogii Michała Śledzińskiego była chyba najbardziej wyczekiwanym polskim komiksem tego roku – czytelnicy i krytycy wiązali z nią wielkie nadzieje, napędzane licznymi laurami (m.in. najlepszy komiks roku 2007 na MFK w Łodzi), jakie spotkały część pierwszą. I choć historia osadzona w latach 1990 – 2000 jest inna od tej, która działa się podczas poprzedniej dekady, nikt nie powinien być nią zawiedziony. Śledziu kontynuuje perypetie „pewnego introwertycznego człowieczka”, wprowadzając go w okres dojrzewania, pierwszych miłości i pierwszych konkretnych działań w stronę swoich zainteresowań. Pierwszoosobowa narracja głównego bohatera przedstawia jego osobiste podejście do pewnych spraw – dowiadujemy się z niej o jego fiksacji na punkcie dziewczęcych piersi, o przemyśleniach na temat masturbacji, oraz – w bardzo szczegółowych opisach – o zainteresowaniu komputerami. Poprzez bohatera, poznajemy również jego otoczenie i sytuację rodzinną. Wszystko to, przypominam, za użyciem jedynie narracji. Bez dialogów. I tutaj właśnie widać mistrzostwo warsztatowe Śledzia – poznając perspektywę widzenia głównej postaci albumu w formie narracyjnej, doświadczamy jednocześnie obiektywnych spostrzeżeń w postaci obrazkowej, np. kiedy bohater, idąc wśród szyldów i neonów, stwierdza, że „zrobiło się bardzo kolorowo”, co traktujemy jako jego osobiste spostrzeżenie, rysownik serwuje nam jak na tacy fakt znamiennego dla początku lat 90-tych wysypu firm o słabej marce, nazywanych przez właścicieli np. „Marianex”, czy „Burex”. Takich smaczków w komiksie jest mnóstwo. I takie smaczki powodują, że część trzecia komiksu ponownie zdaje się być najbardziej wyczekiwanym komiksem roku. Tym razem 2009.

Wartości rodzinne

Kiedy po lekturze odłożyłem na półkę nowy komiks Michała Śledzińskiego, zacząłem się zastanawiać nad jednym zagadnieniem: Kim w ogóle jest Michał Śledziński? Wyliczanka okazała się prosta: po pierwsze jest twórcą najlepszego polskiego zina („Azbest”), redaktorem najlepszego polskiego magazynu („Produkt”), autorem jednej z najciekawszych polskich serii komiksowych („Osiedle Swoboda”) oraz jednego z bardziej innowacyjnych komiksów produkcji polskiej ostatnich lat („Na szybko spisane”). Po uświadomieniu sobie tych czterech elementów, wziąłem z półki „Wartości rodzinne”, by uzmysłowić sobie wyjątkowość tej właśnie produkcji. Wyjątkowość, której nie dane mi było poznać po pierwszej lekturze. Okazało się, że „Wartości rodzinne” nie są najlepszym komiksem roku, ani nie wprowadzają rewolucji w narracji komiksowej. Są natomiast komiksem, którym Michał Śledziński może przyczynić się walnie do dehermetyzacji komiksu polskiego. Do zaprzestania utożsamiania go z artystowskimi próbkami grafomańskich, samozwańczych twórców komiksu.

Odcinek zatytułowany „Nie wszyscy są zadowoleni” wprowadza nas w codzienność pewnej przeciętnej polskiej rodziny oraz towarzyszących im na każdym kroku postaci drugoplanowych (w pełnej krasie widocznych na okładce zeszytu). Śledziu na 30 stronach znajduje miejsce na przedstawienie każdego z głównych bohaterów sagi – pana domu, pani domu, ich dwójki dzieci (skojarzenie z „Simpsonami” bardzo na miejscu) oraz mieszkającego u nich pokątnie Pana J. (pokątnie w sensie takim, w jakim pomieszkiwał Alf w domu państwa Tannerów). Dostajemy również informacje o szelmach, którzy na pewno nie raz zatrują życie rodziny – Generale Grocie oraz jego słudze, Sekreciku. Aby ubarwić przedstawiane wydarzenia i zbudować sugestywny profil psychologiczny postaci, autor nie waha się używać retrospekcji, a sprawy codzienne ubarwia „telewizyjnymi” wstawkami z showmanem Bingo Benkiem. Wszystko to upstrzone solidną dawką akcji – jest więc sytuacja gaszenia pożaru w stylu, jakiego nie powstydziłby się Homer Simpson, czy też polowanie w supermarkecie, które zapisujemy na konto Tucholskiego Patrolu. Są rzecz jasna również momenty wyciszenia, głównie przy telewizorze.

Dwoma obiektywnymi słowami mógłbym ten komiks określić następująco: komedia obyczajowa. Przez wzgląd na to, co napisałem w pierwszym akapicie niniejszej recenzji, pozwolę sobie dodać jeszcze słowo trzecie, subiektywne: świetna komedia obyczajowa. Taka, która autentycznie bawi i która ma szanse powodzenia w komiksowym wszechświecie. Z przemyślanym scenariuszem, znakomitymi dialogami, dynamicznym rysunkiem i bonusami, dostępnymi w sieci. Jedyne, na co można ponarzekać to, że adres bloga, na którym tzw. e-pizody są dostępne, jest za długi, a sam komiks jest za krótki. Poza tym podtytuł może sprowokować wielu do złośliwości, choć nie byłbym tego pewien na sto procent… 
Jutro przyjrzymy się publikacjom zagranicznym.

Kibicujemy (52)

Autor: Dominik Szcześniak Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Wspierajcie ich w wymyślaniu fabuł i rysowaniu komiksowych kadrów!

Ostatnią "Przygodę Leszka" narysował Marcin Rustecki. Można potraktować ją jako leszkowy elseworld, w którym działy się rzeczy spoza continuum przygód leszkowych, można włączyć ją również w zombiastyczno-wampiryczny majak głównego bohatera. Obie opcje są prawdopodobne, jednak wszystko wyjaśni się jeśli album z przygodami Leszka zostanie opublikowany. Póki co te fantastyczne motywy odstawiamy na dolną półkę, a z górnej zdejmujemy to, w czym Leszek jest najlepszy. Bardzo przyziemne, kąśliwe i dołujące odcinki przygotowaliśmy wspólnie z Tomaszem Kleszczem (który zrealizował już odcinek "Amerykański masyl"). A piszę o tym w tym miejscu z kilku powodów.

Po pierwsze, materiału nazbierało nam się sporo. Na album. Albo chociaż zeszytówkę formatu amerykańskiego. Podzieliliśmy go na mniejsze epizody i w takiej też postaci będziecie mogli je czytać co tydzień, począwszy od wtorku, 9 listopada. Jeśli inni twórcy wyrobią się z realizacją swoich odcinków, zrobimy przeplatankę.

Po drugie, Tomasz Kleszcz nie ukrywa, że jego konikiem jest akcja. Samochody, spluwy, bieganiny, imponujące splash-page. Specyfika Leszka z kolei polega raczej na gadających głowach, statycznych ujęciach, powtórzeniach kadrów... no za cholerę, wydawałoby się, nie w klimacie rysownika to wszystko.

Wydawałoby się.

Tomek każdą stroną Leszka podwyższał sobie poprzeczkę i muszę przyznać, że - jako scenarzysta - cholernie jestem z tej współpracy zadowolony. Progres ogromny. Będziecie mogli przekonać się naocznie już za niecały tydzień. Temat, jaki zaproponował Tomek to "Frustracja". Z racji rozbuchanej objętości, pozwoliłem sobie podzielić go na mini-epizody. Pierwszy z nich nosi tytuł "Białe skarpety". Bądźcie tu 9 listopada, by sobie poczytać.
Jako bonus: nowy wizerunek Leszka:
Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

wtorek, 2 listopada 2010

Gniewne popołudnia (11): Trzech gniewnych kulturalnych

Autor: Dominik Szcześniak

Jednoosobowa instytucja, jaką przez pierwsze lata działalności był Jarosław Składanek rozrosła się w 2005 roku do trzyosobowej, sprawnie zarządzanej firmy. Najlepszy fachowiec od składu w Polsce dostał wsparcie w postaci kolegi ze szkoły, Pawła Tarasiewicza oraz poznanego na konwentach komiksowych Szymona Holcmana. Wcześniej obrany przez Składanka koncept wydawnictwa został rozbudowany o produkcje zagraniczne oraz wsparty solidną promocją w internecie.
Trzech gniewnych ludzi
Kultura gniewu radziła sobie coraz lepiej, a jej działania nabrały rozpędu. Jako pierwsi wpadli na pomysł drukowania komiksów niemych, co do tej pory wychodzi im znakomicie. Poza "Damskimi dramatami" Anny Sommer i "Deszczem" Ville Ranty, wydanym na spółkę z Atroposem, koniec roku 2005 zaowocował jednym z najlepszych wydanych przez oficynę komiksów - "Pixy" Maxa Anderssona. Szwecja, Finlandia, Szwajcaria jako kraje produkujące dobre komiksy, były do tej pory znane polskiemu czytelnikowi jedynie z nielicznych (ale świetnych!) publikacji w zinach. Kultura gniewu, mimo tej ekspansji, pozostała wierna swoim ideom krzewienia pozycji niebanalnych, undergroundowych, alternatywnych do głównego nurtu. Zamiast sięgać na półkę z hitami amerykańskimi i francuskimi, skupiła się na mniejszych rynkach , wyławiając z nich same perełki. Orientalne rytmy wzbogacone były polską śmietanką - publikacji doczekała się wreszcie tułająca się po "Talizmanie" i "Arenie Komiks" "Misja" Adriana Madeja (która mimo znakomitej kreski okazała się być pozycją średnią i niedopracowaną przez autora), kontynuacji zaznał "Doktor Bryan" w "Archipelagu Dusz" (potraktowany w sposób bardziej "epicki" niż świetny, acz anegdotyczny pierwowzór), a zbiorczego wydania doczekał się wampirzy duet Tadeusza Baranowskiego w komiksie "O zmroku".
"Pixy" był dla kultury gniewu w 2005 roku tym, czym było dla niej "Glinno" w 2004 i pierwsza odsłona "Ciernia w koronie" w 2003 roku - murowanym hitem. Komiksem, który powinien się znaleźć na półce każdego konsumenta dóbr kultury wszelakiej. Rok 2006, choć dzieła tak dużego kalibru spod skrzydeł kg nam nie zaproponował, sprowadził do Polski nazwisko, które trzeba znać: Daniela Clowesa. Jego "Ghost World", choć znakomity, nie jest w połowie tak dobry, jak inne jego pozycje, ale z marketingowego punktu widzenia był to strzał w dziesiątkę - idealnym wsparciem dla komiksu stał się film, który był jego adaptacją. Nie sposób również przejść obojętnie wobec prac Thomasa Otta. Jednymi z ważniejszych wydarzeń autorstwa kg w 2006 roku była również publikacja (nierównej) antologii piłkarskiej, debiut Mawila ("Bend") oraz uruchomienie bloga wydawnictwa.
Kontakt z czytelnikami stał się dla edytora niezwykle ważnym punktem rozkładu jazdy - obok wspomnianego bloga, kultura gniewu stale obecna jest na wszelkiego rodzaju forach, facebooku, a jej przedstawiciele spieszą z odpowiedzią na bieżące pytania o każdej godzinie. Jak każdy kij, i ten ma jednak dwa końce - przeglądając wspomniane fora natrafić można na czytelników, narzekających na to, iż w wypowiedziach wydawnictwa jest zbyt dużo gniewu, a niewiele kultury. Przedstawiciele firmy bronią swych komiksów jak mogą: żartując, tłumacząc, ironizując, przekręcając tytuły komiksów konkurencji (Kaffliki Życii - pamiętamy!). Będąc hobbystami, mają w końcu do tego prawo, oczywiście w ramach zdrowej konkurencji.
Co również istotne w kwestii obecności kg w internecie, to fakt, że jako pierwsi zdecydowali się na dość ekscentryczne i szalone promo, publikując pierwszy rozdział jednego ze swoich komiksów w całości na stronie www. Zamiast odstraszyć, przyciągnęło to czytelników do "Łaumy", która zdobyła chyba wszelkie możliwe w kraju nagrody, zyskała poklask krytyki, sympatię publiki i wizję ekranizacji.
Kosmicznym rokiem dla wydawnictwa okazał się 2007. Kosmicznym, bo było w nim wszystko, co najlepsze. Patrząc z perspektywy, można spróbować rozpracować klucz według którego kg dobrała swój materiał. Po pierwsze: ukłon w stronę korzeni wydawnictwa i publikacja podziemia, ale nie tylko w wydaniu polskim (zbiorcza "Ósma czara" Prosiaka), ale również zagranicznym ("Kot Fritz" Crumba"). Po drugie: postawienie na sprawdzonego konia ("Pan Śmierć i dziewczyna" Anderssona, "Ester i Klemens" Rebelki). Po trzecie: wybuchowe debiuty: "Black Hole" znanego już z "El Borbah" Charlesa Burnsa oraz "ALIEEN" Lewisa Trondheima. Talent i komiksiarska wirtuozeria tego ostatniego miała co prawda rozbłysnąć dopiero za kilka lat w innym wydawnictwie, ale okazały debiut należy zapisać na konto kultury gniewu. Zresztą ich chęć bycia prekursorem wielkiego komiksu to cecha jak najbardziej pozytywna.
"Black Hole" był niekwestionowanym hitem roku 2007 w Polsce, z bardzo pozytywnym przyjęciem spotkał się również pierwszy odcinek trylogii Michała Śledzińskiego "Na szybko spisane", którego drugi tom ukazał się w 2008 - roku ubogim jeśli chodzi o publikacje polskich komiksiarzy. Kultura gniewu uderzyła w pozycje zagraniczne. Jutro zaczniemy ostatni rozdział celebracji X-lecia wydawnictwa od kilku recenzji, które zamieściliśmy w drukowanym "Ziniolu".
Ciąg dalszy nastąpi

Kibicujemy (51)

Autor: Dominik Szcześniak Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboty, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Wspierajcie ich w wymyślaniu fabuł i rysowaniu komiksowych kadrów!

Dziś stopujemy z kibicowaniem komiksowi "Benedykt Dampc i Nawiedzony Zamachowiec" do scenariusza Jerzego Szyłaka. Jak zapowiada Paweł Wojciechowicz, praca nad albumem potrwa jeszcze kilka miesięcy, więc w razie czego będziemy mogli do tematu powrócić. Tymczasem dzisiaj, Paweł prezentuje kolejną planszę komiksu, wyprodukowanego specjalnie dla "Ziniola", a wkrótce pojawi się na naszych łamach w nieco innej niż dotychczas roli. A teraz - bonus:
Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Na krawędzi (09): Rok 1993

Autor: Dominik Szcześniak
W ciągu ostatnich tygodni poznaliście  najważniejsze komiksy Vertigo, które zostały opublikowane w roku powstania wydawnictwa. Komiksy, o których zazwyczaj wspomina się przez pryzmat świetnie zarysowanych postaci, znakomitych rysunków i scenariuszy pisarzy o ponadprzeciętnych zdolnościach. Pod tymi fajerwerkami, o czym już tak często się nie wspomina, skryła się grupa ludzi, których konsekwencja i zaradność sprawiła, że uruchomienie linii wydawniczej dla dorosłych czytelników była w ogóle możliwa. The Berger Books - tak o tej grupie mówiono. Nie składała się ona z grupy superbohaterów, lecz redaktorów, nadzorujących działanie wszystkich vertigowskich trybików.
Karen Berger, dobry duch redaktorski, o której zresztą była już mowa w cyklu "Na krawędzi", zgromadziła sobie całkiem mocny skład. Art Young, niegdyś pracujący przy pierwszym "Lobo", po czym wynajęty przez Disneya do stworzenia linii komiksów dla dorosłych czytelników, po upadku tego ostatniego pomysłu, trafił do Vertigo i stał się brytyjskim łącznikiem, trzymającym w garści wszystkich tamtejszych rysowników i scenarzystów. Alisa Kwitney, która pracę redaktorską właściwie od samego początku połączyła z pisaniem scenariuszy ("Phantom Stranger"), po 18 miesiącach pracy opuściła redakcję i zajęła się pisaniem swej drugiej powieści. Stuart Moore - jak donosi Berger w comiesięcznej kolumnie "On The Ledge" - odrzucił możliwość redagowania prawdziwych książek i związał się z Vertigo, redagując takie tytuły, jak "Hellblazer" i "Swamp Thing". Tom Peyer, zostawszy asystentem Berger po napisaniu krótkiej parodii "Swamp Thinga", zajął się m.in. "Animal Manem" i "Doom Patrolem", a najnowszy z nich wszystkich nabytek - Shelly Roeberg - związała się z firmą po odejściu z innej, również zajmującej się komiksami. Niezwykle istotnym uzupełnieniem zespołu był Richard Bruning - autor logo Vertigo, designu okładek i wnętrza komiksów oraz wszelkich obecnych tam elementów graficznych. A prywatnie - mąż Karen Berger.
Priorytetem działań zespołu było rzecz jasna dotarcie do dojrzałego czytelnika, co zresztą udało się w stu procentach. Droga ku temu była jednak kręta i wiodła w trzech różnych kierunkach. Pierwszym z nich było wchłonięcie serii, pierwotnie należących do uniwersum DC. Czysta formalność, po dokonaniu której komiksy dla dorosłych zostały odpowiednio sklasyfikowane i nie pałętały się bez sensu pośród superbohaterskich zeszytówek. Drugim kierunkiem było uderzenie w czytelnika, pragnącego poznania prawdziwej prawdy/tajemnic wszechświata/bolączek ludzkości (niepotrzebne skreślić), co zaowocowało serią komiksów z odautorskimi przemyśleniami, bardzo ciężkich gatunkowo, lecz zazwyczaj wspartych wykwintną i artystowską formą graficzną - najlepiej malowaną. Trzecim było postawienie na szaleństwo, absurd, niesamowite fabuły, łamiące wszelkie bariery i wysadzające mosty.
"Shade the Changing Man", "Hellblazer" i "Sandman" były seriami przodującymi. Choć dwa tygodnie temu określiłem tę pierwszą mianem posiadającej najlepszą (bo tożsamą z tekstem) grafikę, to podobnie precyzyjnie chwytające ducha scenariusza rysunki znalazły się przecież w przygodach Johna Constantine'a. Nieco większy chaos panował w "Sandmanie", którego Vertigo przygarnęło wraz z numerem 47, rysowanym przez Jill Thompson, lecz tu również należy oddać sprawiedliwość tezie, że przecież "takie było założenie". Nieco gorzej radziły sobie pozostałe seriale - "Animal Man", pisany przez Jamiego Delano i "Doom Patrol" autorstwa Rachel Pollack.
Na froncie mini-serii niepodzielnie królował Peter Milligan. Rok 1993 to nie tylko jego świetna forma z "Shade'a", ale również niesamowite kooperacje z Tedem McKeeverem (The Extremist") i Duncanem Fegredo ("Enigma"). Jego komiksy pojawiały się ramię w ramię z zeszytami innego bardzo znanego w Polsce autora - J.M.DeMatteisa. Ukazujący "bardziej złożone, psychologiczne oblicze" Spider-Mana i odpowiedzialny za fenomenalne "Ostatnie łowy Kravena", na łamach Vertigo w większości przypadków jednak zawiódł. Ani "The Last One", ani "Mercy" nie stały się hitami. W pulpowym "Spider-manie" scenarzysta świetnie zrównoważył komercyjność postaci ze swoją ulubioną psychologią. W komiksie dla dorosłego czytelnika stało się to bardziej grafomanią, niż zabawą komiksem.

W ciągu ostatnich tygodni w sposób przekrojowy przedstawiłem najciekawsze momenty z funkcjonowania wydawnictwa Vertigo. Twórców, redaktorów oraz czyste komiksowe mięcho. Póki co, cykl zostaje zawieszony. Jeśli udało się wam dotrzeć do końca tego tekstu i chcielibyście więcej - dajcie znać, a powrócimy do tematu w przyszłości.   

"Zdobądź Mroczną wieżę II" - rozwiązanie konkursu

W niedzielę o północy dobiegł końca konkurs zorganizowany wspólnie z wydawnictwem Albatros, w którym można było zdobyć drugi tom "Mrocznej wieży" według Stephena Kinga. Dziękujemy za gigantyczny odzew i wszystkie nadesłane na konkurs odpowiedzi. 
Poprawną odpowiedzią na pytanie Ile tomów liczy sobie cykl powieści fantasy "Mroczna wieża" Stephena Kinga? jest: Siedem
Komiksy zgarniają następujące osoby:
Jan Sławiński
Joanna Mączka
Michał Marchwiak
Justyna Kopcińska
Paweł Patrycki 
Tych, którzy jeszcze tego nie zrobili proszę o podesłanie adresu, na jaki ma zostać wysłana nagroda.
Gratulujemy!