Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na krawędzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na krawędzi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 listopada 2010

Na krawędzi (09): Rok 1993

Autor: Dominik Szcześniak
W ciągu ostatnich tygodni poznaliście  najważniejsze komiksy Vertigo, które zostały opublikowane w roku powstania wydawnictwa. Komiksy, o których zazwyczaj wspomina się przez pryzmat świetnie zarysowanych postaci, znakomitych rysunków i scenariuszy pisarzy o ponadprzeciętnych zdolnościach. Pod tymi fajerwerkami, o czym już tak często się nie wspomina, skryła się grupa ludzi, których konsekwencja i zaradność sprawiła, że uruchomienie linii wydawniczej dla dorosłych czytelników była w ogóle możliwa. The Berger Books - tak o tej grupie mówiono. Nie składała się ona z grupy superbohaterów, lecz redaktorów, nadzorujących działanie wszystkich vertigowskich trybików.
Karen Berger, dobry duch redaktorski, o której zresztą była już mowa w cyklu "Na krawędzi", zgromadziła sobie całkiem mocny skład. Art Young, niegdyś pracujący przy pierwszym "Lobo", po czym wynajęty przez Disneya do stworzenia linii komiksów dla dorosłych czytelników, po upadku tego ostatniego pomysłu, trafił do Vertigo i stał się brytyjskim łącznikiem, trzymającym w garści wszystkich tamtejszych rysowników i scenarzystów. Alisa Kwitney, która pracę redaktorską właściwie od samego początku połączyła z pisaniem scenariuszy ("Phantom Stranger"), po 18 miesiącach pracy opuściła redakcję i zajęła się pisaniem swej drugiej powieści. Stuart Moore - jak donosi Berger w comiesięcznej kolumnie "On The Ledge" - odrzucił możliwość redagowania prawdziwych książek i związał się z Vertigo, redagując takie tytuły, jak "Hellblazer" i "Swamp Thing". Tom Peyer, zostawszy asystentem Berger po napisaniu krótkiej parodii "Swamp Thinga", zajął się m.in. "Animal Manem" i "Doom Patrolem", a najnowszy z nich wszystkich nabytek - Shelly Roeberg - związała się z firmą po odejściu z innej, również zajmującej się komiksami. Niezwykle istotnym uzupełnieniem zespołu był Richard Bruning - autor logo Vertigo, designu okładek i wnętrza komiksów oraz wszelkich obecnych tam elementów graficznych. A prywatnie - mąż Karen Berger.
Priorytetem działań zespołu było rzecz jasna dotarcie do dojrzałego czytelnika, co zresztą udało się w stu procentach. Droga ku temu była jednak kręta i wiodła w trzech różnych kierunkach. Pierwszym z nich było wchłonięcie serii, pierwotnie należących do uniwersum DC. Czysta formalność, po dokonaniu której komiksy dla dorosłych zostały odpowiednio sklasyfikowane i nie pałętały się bez sensu pośród superbohaterskich zeszytówek. Drugim kierunkiem było uderzenie w czytelnika, pragnącego poznania prawdziwej prawdy/tajemnic wszechświata/bolączek ludzkości (niepotrzebne skreślić), co zaowocowało serią komiksów z odautorskimi przemyśleniami, bardzo ciężkich gatunkowo, lecz zazwyczaj wspartych wykwintną i artystowską formą graficzną - najlepiej malowaną. Trzecim było postawienie na szaleństwo, absurd, niesamowite fabuły, łamiące wszelkie bariery i wysadzające mosty.
"Shade the Changing Man", "Hellblazer" i "Sandman" były seriami przodującymi. Choć dwa tygodnie temu określiłem tę pierwszą mianem posiadającej najlepszą (bo tożsamą z tekstem) grafikę, to podobnie precyzyjnie chwytające ducha scenariusza rysunki znalazły się przecież w przygodach Johna Constantine'a. Nieco większy chaos panował w "Sandmanie", którego Vertigo przygarnęło wraz z numerem 47, rysowanym przez Jill Thompson, lecz tu również należy oddać sprawiedliwość tezie, że przecież "takie było założenie". Nieco gorzej radziły sobie pozostałe seriale - "Animal Man", pisany przez Jamiego Delano i "Doom Patrol" autorstwa Rachel Pollack.
Na froncie mini-serii niepodzielnie królował Peter Milligan. Rok 1993 to nie tylko jego świetna forma z "Shade'a", ale również niesamowite kooperacje z Tedem McKeeverem (The Extremist") i Duncanem Fegredo ("Enigma"). Jego komiksy pojawiały się ramię w ramię z zeszytami innego bardzo znanego w Polsce autora - J.M.DeMatteisa. Ukazujący "bardziej złożone, psychologiczne oblicze" Spider-Mana i odpowiedzialny za fenomenalne "Ostatnie łowy Kravena", na łamach Vertigo w większości przypadków jednak zawiódł. Ani "The Last One", ani "Mercy" nie stały się hitami. W pulpowym "Spider-manie" scenarzysta świetnie zrównoważył komercyjność postaci ze swoją ulubioną psychologią. W komiksie dla dorosłego czytelnika stało się to bardziej grafomanią, niż zabawą komiksem.

W ciągu ostatnich tygodni w sposób przekrojowy przedstawiłem najciekawsze momenty z funkcjonowania wydawnictwa Vertigo. Twórców, redaktorów oraz czyste komiksowe mięcho. Póki co, cykl zostaje zawieszony. Jeśli udało się wam dotrzeć do końca tego tekstu i chcielibyście więcej - dajcie znać, a powrócimy do tematu w przyszłości.   

poniedziałek, 25 października 2010

Na krawędzi (08): Children's Crusade

Autor: Dominik Szcześniak
Mówią, że każdy dorosły z powodzeniem doprowadził do śmierci co najmniej jednego dziecka. Po co więc dzieci miałyby żyć w świecie pełnym nieodpowiedzialności, obleśnych żądzy, głupich metod wychowawczych, strachu i bólu? Nie lepiej umieścić je wszystkie w wolnym kraju? Wtłoczyć w ruch rewolucję? Rozpocząć dziecięcą krucjatę?
Neil Gaiman i Chris Bachalo rozpoczęli, a cały sztab twórców ze stajni Vertigo pociągnął dalej pierwsze (i jedyne dotąd) w dziejach wydawnictwa cross-over, zatytułowane "The Children's Crusade". Skupiało ono wszystkich dziecięcych bohaterów występujących w seriach "Black Orchid", "Doom Patrol", "Animal Man", "Swamp Thing", "Arcana". Wątki, rozgrywające się na kartach 5 vertigowskich annuali zostały spięte dwuczęściową historią, która jest tematem dzisiejszego wywodu.
Gaiman nie jest tu Gaimanem, jakiego znamy. Jego twórczość była zazwyczaj ograniczona tylko i wyłącznie jego wyobraźnią, tutaj natomiast daje się odczuć wpływ macek systemu. Autor miał za zadanie napisać początek, tchnąć ducha w opowieść i z impetem ją zakończyć, dając po drodze solidny budulec innym scenarzystom. I choć całość napisał w sposób nudny i pretensjonalny, patenty jakich użył są całkiem niezłe, a kilka akcji przeprowadzonych jest w naprawdę porządny sposób. Autor "Sandmana" zmiksował tutaj wyprawę krzyżową dzieci, których czyste serca miały oswobodzić Ziemię Świętą z rąk Saracenów z podobną próbą podjętą w czasach współczesnych. Dorzucił do tego elementy detektywistyczne i nieco metafizyki.
Jako, że sama wyprawa krzyżowa była mieszanką faktów i mitów, Gaiman podszedł do sprawy w ten sam sposób - grupkę dzieci z owej krucjaty w magiczny sposób oswobodził i wysłał do istnej dziecięcej idylli, nazwanej wolnym krajem. Motyw ten wykorzystał jako nawiązanie do zniknięcia dzieci z osady Flaxdown, jakie miało miejsce w roku 1993. Nawiązania, przenikania, opowieści z czasów wypraw krzyżowych robią wrażenie, natomiast wątek dwóch chłopców-detektywów, wynajętych do rozwiązania zagadki zaginionych dzieci już nie bardzo. "Dead Boy Detectives" wykorzystani są w fabule jako rozładowywacze napięcia, mający zadania rozbawienia czytelnika. Nic z tego. Kiepskie, wyświechtane dowcipy, polegające przeważnie na "łapaniu za słówka" albo na zabawie nimi, po prostu nużą. Sprawy nie ratują tutaj wygrzebywane przez Gaimana z uporem maniaka powiedzonka i wierszyki z czasów dzieciństwa, ani nawet zabiegi Chrisa Bachalo, który będąc wyraźnie bez formy, stara się ukryć zmęczenie realizacją serii "Shade" szeregiem małych, niedopracowanych rysunków.
Z drugiej jednak strony: jeśli Bachalo dostaje nieco więcej miejsca, to nawet na ćwiartce strony  momentami potrafi wyczarować świetną grafikę. Jeśli pozwoli mu się poeksperymentować z kadrowaniem i ujęciami, to nawet owa nieprecyzyjność nie jest aż tak rażąca. Gaiman, jak już wspominałem, również ma swoje momenty.
 

"The Children's Crusade" okazało się być wtopą wydawnictwa i przestrogą, by więcej cross-overów nie robić. Być może było tak, ponieważ poziom wydarzenia był kiepski, a może dlatego, że redaktor Lou Stathis w jednej z kolumn "On The Ledge" wyraźnie zaznaczył, że cross-overów nienawidzi. Niezależnie od powodów wniosek jest jeden: nie wyszło. Choć warto dodać, że były momenty.
"The Children's Crusade". Scenariusz: Neil Gaiman. Rysunek: Chris Bachalo. Tusz: Mike Barreiro. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, grudzień 1993 

poniedziałek, 18 października 2010

Na krawędzi (07): History Lesson

Autor: Dominik Szcześniak
Rok 1993 w wydawnictwie Vertigo zaowocował nie tylko mini-seriami i one - shotami. Renesans formy przeżywały również seriale odcinkowe, wchłonięte przez nowy imprint. Jedną z takich serii był "Shade the Changing Man" tworzony przez zespół składający się ze scenarzysty Petera Milligana i grafików: Chrisa Bachalo i Ricka Bryanta, wspieranych gościnnymi występami innych rysowników (Glyn Dillon, Philip Bond). We wspomnianym roku pod szyldem Vertigo ukazało się dziesięć odcinków serialu, w tym omawiany już u nas odcinek "Pond Life". Najciekawiej u Shade'a było jednak w miesiącach zimowych, kiedy to mieliśmy okazję czytać trzyczęściową opowieść "History Lesson", na kartach której kosmita z planety Meta działał ramię w ramię z Johnem Constantine.
Popowa fabuła, mieszająca ze sobą podróże w czasie, polowanie na czarownice, zabawę w szubienicę i wszelkiego rodzaju absurdalne akcje, tym razem została podszyta dyskursem na temat prawa do życia. Stanowiska ojca (Shade) i matki (Kathy) na temat ich narodzonego dziecka autorzy przedstawili dwojako. Po pierwsze: bardzo dosłownie, z ukazaniem wszelkich łopatologicznych za i przeciw, jak również każdego stereotypowego podejścia do aborcji. Po drugie: metaforycznie, poprzez postaci Johna Constantine'a i Williama Mathiesona. To pierwsze podejście, choć razi dydaktyzmem, ma swoje momenty - zwłaszcza, gdy głos w sprawie zabiera Lenny (w tym wydaniu bardziej cyniczna niż sam Constantine), natomiast drugie, zahaczające przy okazji o ciekawe spostrzeżenia dotyczące historiozofii, jest już bardzo sprawnie podrasowaną robotą.
Kathy staje między młotem a kowadłem - własnymi poglądami a  podejściem Mathiesona, łowcy czarownic i zwolennika ponownego nadejścia Chrystusa. Między liberalną Lenny a równie liberalnym, choć mającym w przeszłości bardzo osobisty kontakt z omawianym zagadnieniem Johnem Constantine. Wreszcie: między ogólnym problemem zabijania w imię czegokolwiek. Boga, komunizmu, czy klubu FC Liverpool. Pogrywając sobie z bohaterami, ustawiając pionki w odpowiednich miejscach i nie będąc już tak dosłownym, Milligan sprawdza się znakomicie. Nie rażąc dydaktyzmem sprzedaje życiowe treści. A czytelnikowi, który na takowe jest odporny, proponuje szybką akcję i niesamowite jej zwroty, podrasowane motywami niekiedy tak absurdalnymi, jak miejsce, z  którego pochodzi główny bohater komiksu. 

William Mathieson to łowca czarownic, urzędujący w wieku XVII, John Constantine to z kolei mag, wzięty prosto z roku 1979. Kathy, Lenny i Shade pochodzą z czasów współczesnych, czyli z 1993. To zamieszanie czasowe oraz fakt, że wszystkie powyższe postaci spotykają się w jednym miejscu ma swoje wyjaśnienie w komiksie i jest pretekstem do przedstawienia wydarzeń, które zaważą na losach znanego z kart Shade'a trójkąta miłosnego, jak i Johna Constantine'a. "History Lesson" zdaje się być rozgrzewką Milligana przed pisaniem "Hellblazera". Mimo tego, że scenarzysta objął tę funkcję dopiero po 17 latach, już pierwszy album pod jego wodzą - "Scab" - w pewnym sensie nawiązuje do wydarzeń opisanych przez niego w "Shade". Niedawno w Stanach miały premierę odcinki, w których Constantine ponownie brata się z Shade'm. Są to już dwie odmienne postaci. Warto poznać początki ich znajomości.
Bachalo i Bryant to duet, który prawdopodobnie przebił graficznie wszystko, co Vertigo miało do zaoferowania w roku 1993. Panowie idealnie dostosowali warsztat do opowiadanej historii, efektem czego była bardzo spójna jakość. Do tego stopnia, że gościnne występy Steve'a Yeowella i Philipa Bonda - świetnych przecież rysowników - odczuć można jako irytujące przeszkadzacze. Nie ma ich jednak zbyt wiele, poza tym nawet mimo tych niedogodności lektura "History Lesson" jest przeżyciem dość intensywnym. A Milligan, biorąc pod uwagę wszystkie jego komiksy z początków działalności Vertigo, przeżywa najlepszy rok w swojej karierze. Ale o tym - za tydzień.
 "Shade, the Changing Man" #42-44. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunek: Chris Bachalo, Philip Bond, Steve Yeowell, Rick Bryant. Kolor: David Hornung. Wydawca: DC Vertigo 1993/1994

poniedziałek, 11 października 2010

Na krawędzi (06): Junk Culture

Autor: Dominik Szcześniak

W lipcu 1997 roku ukazała się pierwsza (z dwóch) część komiksu "Junk Culture" Teda McKeevera. Dwójka jest tu dość konkretnym tropem interpretacyjnym - McKeever bowiem tej cyfry nie znosi. Komiks dwuczęściowy o dwóch dziewczynach (bliźniaczkach), wiodących podwójne życie potraktował więc jak wizytę na kozetce u psychoanalityka. Rozprawiając się ze swoimi demonami, stworzył opowieść o "nastoletniej histerii", racząc przy tym swoich fanów ostrą rozpierduchą.

Eve i Lola to typowe nastolatki, wiodące zwyczajne życie, mające do bólu zwyczajnych rodziców, a wyróżniające się jedynie ekscentrycznym wyglądem (łyse głowy z charakterystycznym tintinowskim kosmykiem), będącym obiektem drwin ze strony kolegów ze szkoły. Typowe, zwyczajne, stereotypowe - ale tylko przez pierwsze 3 strony. Na kolejnych McKeever małomiasteczkową amerykańską fasadę obnaża w sposób - dosłownie - wybuchowy.
Eve i Lola to siostry o skrajnie różnych charakterach - jedna spokojna, chcąca siać miłość; druga za dewizę życiową obierająca destrukcję. Gdy świat, który je otacza, ujawni swe prawdziwe oblicze i wszystko okaże się jedynie mistyfikacją opartą o eksperyment wojskowy, psychologia postaci się wyrówna.

McKeever bawi się w przerysowanie. W usta swoich bohaterek wkłada śmieszne, oparte na prostocie powiedzonka, ich umysły wypełnia sloganami z reklam, a ich idolami czyni podupadłe gwiazdeczki pokroju Ala Romy, który - tak się akurat składa - przybywa do miasteczka w momencie, gdy rozgrywają się opisane przez McKeevera wydarzenia.
 

Co się rzuca w oczy to, że autor zapragnął poszaleć graficznie i wykrzyczeć się na kartach "Junk Culture". W drugiej części eksplozje dominują, a krew leje się litrami. McKeever zachwyca przy tym swoimi umiejętnościami - industrialne budynki w jego wykonaniu, ciemne uliczki i wybuchające na nich samochody narysowane są perfekcyjnie - zresztą w stylu znanym polskiemu czytelnikowi chociażby z "Machin". McKeever - scenarzysta podporządkował się McKeeverowi - rysownikowi i bardzo lekkimi dialogami dopełnił interesującą całość.
 

"Junk Culture" to komiks popowy, jeden z najbardziej rozrywkowych w bibliografii autora, co nie oznacza, że nie wymagający. Dla koneserów wykwintnych rysunków i - akurat w tym przypadku - nieco spontanicznej treści, mającej służyć autorowi jako środek oczyszczający. Mimo kiepskiej recepcji na zachodzie, pozycja znalazła sobie przytulny zakątek w polskim komiksie - kadry z "Junk Culture" w jednym ze swoich komiksów skopiował Krzysztof Ostrowski."Junk Culture 1 i 2". Autor: Ted McKeever. Wydawca: DC Vertigo, lipiec - sierpień 1997.

poniedziałek, 4 października 2010

Na krawędzi (05): Phantom Stranger

Autor: Dominik Szcześniak
Phantom Stranger jest wędrownikiem - przechadzając się po uniwersum DC odwiedza przeróżnych superbohaterów i wkracza na łamy wielu serii (w Polsce był już np. wtedy, gdy John Constantine kończył czterdziestkę oraz na łamach "Books of Magic"). Zazwyczaj pojawia się na moment, pomaga i odchodzi. Postrzegany jest jako postać o wielkim potencjale, będąca przy tym najbardziej tajemniczą personą w świecie amerykańskiego komiksu.
W wydaniu Alisy Kwitney i Guya Davisa, Phantom Stranger również zyskuje wymiar herosa z doskoku. Bo choć jego rola w omawianym komiksie jest bardzo ważna, jego obecność zostaje ledwo zaznaczona. Pierwsze skrzypce gra tu Naomi Walker. Poznajemy ją w momencie, gdy puka do drzwi domu opieki, gdzie ma sprawować nocną straż. Drzwi otwiera jej ekscentryczny odźwierny, w samym ośrodku znajduje się pełna paleta podobnych jegomości. Kierownik abdykował. A mieszkańcy domu okazują się być kompletnie zapuszczeni. Niezbędna inspekcja z wydziału polityki społecznej? Nie całkiem. Bo w końcu o Vertigo tu chodzi.
I jak na Vertigo przystało, zaznaczony powyżej wątek zostaje przeobrażony w istny horror. Słowo horror warto podkreślić (horror), ponieważ rysunki Guya Davisa wspaniale ujmują taką właśnie atmosferę. Dom opieki okazuje się być miejscem, o którym nowe władze po reformie w piekle, zdały się zapomnieć. Miejscem, przepełnionym demonami, którym w głowie tylko jedno. Na szczęście wśród demonów, szalonych kucharek, zdemoralizowanych odźwiernych i pensjonariuszy, w których włosach niejedną glizdę znajdziesz, uchował się również Phantom Stranger, pod postacią starego dziadka.
Alisa Kwitney odrobiłą pracę domową i bardzo sprawnie nawiązała do wielu vertigowskich i pre-vertigowskich motywów, lecz jeszcze ciekawiej udało jej się nawiązać do literatury i kinematografii. Tutaj szczególne brawa za ukłon w stronę "Harry'ego Angela". Drugi plus za wspomnianego już Davisa, który szarpaną kreską idealnie wbija się w tendencje artystyczne, jakie w Vertigo panowały na początku jego powstania.
Cały "Phantom Stranger" jest zresztą sztandarowym przykładem tego, co w wydawnictwie działo się w pierwszych latach jego działalności - klimat rodem z horroru; rysunki, starające się ten klimat chwytać oraz wszędobylskie demony i gadki o magii. Dziś pierwsza produkcja spod szyldu "Vertigo Visions" być może już nieco trąci myszką, jednak zaryzykuję stwierdzenie, że sandmanowski serial odpryskowy utrzymany w tej manierze, miałby znacznie lepsze przyjęcie niż kiepski "Lucyfer".
Nie jest to mistrzostwo świata (no, chyba że chodzi o same rysunki), ale niezłe czytadło, podczas lektury którego może się kilka razy wymsknąć czytającemu jakieś "och!" lub "ach!". W komiksografii Alisy Kwitney jest to chyba najlepsza pozycja, zwłaszcza przez wzgląd na to, że konkurentów ma niewielu (wśród nich "Destiny: A Chronicles of Death Foretold"). Gdyby nie kiepska okładka i fatalne logo, można by nawet mówić o "Phantom Stranger" w kontekście komiksów, które Vertigo zbudowały.
"Vertigo Visions: Phantom Stranger 1". Scenariusz: Alisa Kwitney. Rysunek: Guy Davis. Kolory: Robbie Busch. Wydawca: Vertigo, październik 1993   

poniedziałek, 27 września 2010

Na krawędzi (04): The Last One

Autor: Dominik Szcześniak 

Pop przesiąknięty jest motywem istot nieśmiertelnych. Takich, które stąpają po ziemi od wieków, których doświadczenie przerasta możliwości zwykłego człowieka i których obecność na kolejnych etapach cywilizacyjnego rozwoju powoduje, iż są skrytymi komentatorami historii. Jest taki motyw w tym wszechobecnym kulcie nieśmiertelności, który mnie zastanawia. Motyw, ukazujący postać nieśmiertelnego jako istoty, która mimo swej mądrości w pewnym momencie staje się niedostępna i strzela focha w postaci zlepku zdań skierowanych w stronę śmiertelników. Zdań, w rodzaju: "Ty nic nie rozumiesz. Nie wiesz, jak to jest być mną i doświadczać tego, co ja przez te wszystkie wieki". Ta obowiązkowa w ustach istoty wiecznie żywej kwestia w kontekście owej nieskończoności brzmi co najmniej śmiesznie i bywa tanim chwytem, mającym wzbogacić fabułę. A przy okazji obnaża pozornie wszechstronną wiedzę ludzi, którzy te chwyty w swojej pisaninie stosują.
Myrwann, stworzenie postury Marlona Brando z końca jego kariery filmowej, to postać, której życiorys streszczalibyśmy w wiekach, nie latach. Kim jest? Upadłym aniołem, wampirem,  szatanem, bogiem czy po prostu majaczącym Człowiekiem - Słoniem? Odpowiedzi na to pytanie udzielają zarówno bohaterowie drugoplanowi, jak i - może nawet zbyt łopatologicznie - autorzy komiksu "The Last One". Postrzegany raz jako kobieta, innym razem jako mężczyzna filantrop zajmuje się przede wszystkim przyjmowaniem pod dach swojej rezydencji zbłąkanych dusz. Leczeniem ich, pomaganiem, wrzucaniem na odpowiednie tory ich parszywego życia. Komiks jest właśnie o nich, ale i o Myrwann. O wzajemnym oddziaływaniu śmiertelników i istoty boskiej i wiedzy, jaką każde z nich z tego związku wynosi.

Sześcioodcinkowa mini-seria, pisana charakterystycznym dla DeMatteisa bardzo wylewnym stylem, zahacza o ulubioną tematykę tego scenarzysty. Oscylując wokół wiary, nadziei, miłosierdzia, autor nie unika niestety banału, momentami popadającego w bełkot. Sposób, w jaki opowiada swoją historię oparty jest o nużące powtórzenia i przydługie narracje. Najciekawsze momenty to te, w których Myrwann wspomina przeszłość - znajdzie się tu miejsce i dla błyskotliwej historii o wielkim kinie z Hollywood w 1925 roku, i dla indyjskiej przypowieści. Akcja wrzuci nas w czasy średniowiecza, po czym przeniesie w realia XVII-wiecznej Francji. Wisienką na torcie dla tych, którzy lubią skakać po epokach będą ekscentryczne cliffhangery w postaci cytatów z wielkich pisarzy. Takie cytaty - co w komiksach DeMatteisa powszechne - kończą każdy z epizodów komiksu.

Nie tyle grafiki, co same rozwiązania koncepcyjne przywołują na myśl prace Wojtka Stefańca. Już mając ten trop na uwadze, można sobie w pewnym stopniu wyobrazić rysunkową stronę komiksu. Dan Sweetman operuje w "The Last One" wieloma stylami, z każdym z nich radząc sobie tak, jakby poradził sobie porządny rzemieślnik.

"The Last One", choć ma swoje momenty, które niewątpliwie potrafią sprawić radość czytającemu, nie jest wielkim osiągnięciem vertigowskiego komiksu. Nie przeszkodziło to jednak w wyprzedaniu całego nakładu komiksu, który dopiero niedawno został zebrany w jeden album przez inne wydawnictwo (Boom Studios, 2008). Podobnie jak "Mercy" jest to pozycja jedynie dla ciekawskich. 
"The Last One". Scenariusz: J.M.DeMatteis. Rysunek: Dan Sweetman. Wydawca: DC Vertigo, lipiec - grudzień 1993 r.

poniedziałek, 20 września 2010

Na krawędzi (03): Sebastian O

Autor: Dominik Szcześniak

Połączcie ze sobą Jamesa Bonda z jego szpiegowską determinacją, Bruce'a Wayne'a z gadżetami i detektywistyczną przenikliwością oraz Markiza de Sade z jego perwersjami, dorzućcie do tego wyolbrzymiony gentelmański urok dwóch pierwszych panów i otrzymacie Sebastiana O. Postać, wykreowaną przez bardzo zdolny tandem Grant Morrison/Steve Yeowell, która błyszczała na kartach trzyczęściowej mini-serii Vertigo wydanej na początku istnienia firmy, a w 2004 roku zebranej w jedno wydanie.

To wydanie zbiorcze robi różnicę w postaci niekonwencjonalnego wstępu autorstwa Morrisona, w którym scenarzysta przedstawia kalendarium losów Sebastiana O. Nie jest to notka biograficzna (choć i takie elementy się w niej znajdują), lecz raczej próba przedstawienia wydarzeń poprzedzających zarówno treść komiksu, jak i narodziny głównego bohatera. Rzuca dużo światła na fabułę i preparuje znakomity kontekst opowieści. Omówienie tego tytułu oprę jednak - jak przykazało Vertigo - o serię zeszytową.

Morrison akcję swojego komiksu osadził na przełomie wieków XIX i XX w Anglii. Sebastiana O. poznajemy w więzieniu, do którego trafił na skutek machinacji Lorda Lavendera oraz własnej artystycznej słabości do tworzenia rzeczy kontrowersyjnych, jaką niewątpliwie był zbiór wierszy "Śniadanie z Belzebubem". Lavender wraz z Sebastianem i kilkoma innymi chłopakami pod koniec wieku XIX założyli Club de Paradis Artificiel, który schlebiał ich artystowskim fascynacjom - po ucieczce z więzienia główny bohater odwiedza swoich współtowarzyszy, próbując dociec co się stało i co też takiego Lord Lavender, fan tworzenia alternatywnych rzeczywistości, planuje. Sebastianem kieruje jeszcze jedno - żądza zemsty.

Można powiedzieć, że pojedynek dobra ze złem Morrison rozegrał wedle utartego schematu - jest akcja, są pościgi, krew się leje, spluwy strzelają, a skryci mordercy wyskakują zza krzaka - tyle, że tak naprawdę wszystko to jest inne - może nie innowacyjne, lecz świeże. Bo nie wiadomo kto jest dobry a kto zły. Lub inaczej: wszyscy są źli. Lord Lavender, bo jego knowania nadwątlają siły Imperium Brytyjskiego, Sebastian - przez wzgląd na przeszłość i drastyczne metody podejmowane w teraźniejszości. Ich koledzy z klubu - bo są albo pederastami, albo sodomitami, a co najgorsze - prawdziwymi artystami. Do fiksacji psychicznej doprowadza bohaterów albo ich megalomania albo wmawiana usilnie ponadprzeciętna wrażliwość.

Mimo braku pozytywnych bohaterów, czytelnik kibicuje Sebastianowi O, który potrafi należycie zażartować, w efektowny sposób czmychnąć przed gliniarzami czy też dostosować odpowiednią formułkę do sytuacji. Ten pozorny laluś, którego dewizą jest "dobrze wyglądać w każdej sytuacji" oraz "rozmawiać ze sobą, jeśli pragnie się konwersacji z kimś inteligentnym" nawet w finałowej potyczce w niebezpiecznej scenerii potrafi rozmawiać z wrogiem jak prawdziwy gentelman, a jednocześnie rozsiewać na lewo i prawo typowy angielski humor.

Fajna postać, niezłe pomysły, ale właściwie po co jest ten komiks? W odróżnieniu od współczesnych mu pozycji Vertigo nie ma on aspiracji do zdradzania jakichś niepoznanych tajemnic wszechświata, ani wgłębiania się w psychikę ludzką. Nie opiera się tylko i wyłącznie na narracji, nie przesadza z długaśnymi opisami stanów emocjonalnych poszczególnych bohaterów. idealnie natomiast wpisuje się w ten bergerowski "dziwny" nurt komiksu, którego głównym atrybutem jest fantastyczne operowanie słowem i mnożenie absurdalnych sytuacji.

"Sebastian O." jest świetną przystawką przed serią "Invisibles", w której duet Morrison/Yeowell osiągnął znakomitą formę. Przystawką, która wprowadzi was w pewne podstawowe zagadnienia, jakie interesują scenarzystę i przedstawi spektrum możliwości rysownika, siłującego się z realistycznym przedstawianiem świata na swoich grafikach. Kawał szalonego, vertigowskiego komiksu w starym, dobrym stylu.
"Sebastian O". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunek: Steve Yeowell. Kolory: Tatjana Wood. Wydawca: DC Vertigo, marzec - maj 1993

poniedziałek, 13 września 2010

Na krawędzi (02): Mercy

Autor: Dominik Szcześniak

"Mercy" to pierwszy z mini-albumów zrealizowanych w linii wydawniczej Vertigo. Napisany przez J.M.DeMatteisa, którego polscy czytelnicy znają z "ambitniejszych" zeszytów "Spidermana", a namalowany przez Paula Johnsona jest raczej ilustrowanym opowiadaniem scenarzysty. DeMatteis znany jest ze swych upodobań do emo-narracji, dominującej w komiksie kosztem chociażby dialogów. W "Mercy" narracja nie miała nad czym dominować. Bo poza nią, nie ma nic.

DeMatteis spersonifikował miłosierdzie - postać o imieniu Mercy materializuje się na oczach będącego w śpiączce głównego bohatera i przeprowadza go przez różne formy swego działania w różnych miejscach na świecie. Bezsilny Joshua obserwuje więc losy pewnej rodziny w Londynie, mającego odbyć obrzęd inicjacyjny chłopca oraz samotnej kobiety z Brooklynu.
Obserwuje je stopniowo, krok po kroku, z odpowiednio serwowanym napięciem. A obserwując - komentuje, złorzeczy na Boga i poddaje w wątpliwość intencje Mercy.

DeMatteis stworzył bardzo osobisty traktat o życiu i roli, jaką pełni w nim miłosierdzie. Koncepcyjnie album zrealizowany jest wzorowo - narracja służy w nim do ukazania stopniowej przemiany głównego bohatera i upstrzona jest - jak już wspomniałem - dużą ilością przemyśleń i zgrabnie sformułowanych fraz. Scenarzysta jednak nie pyta i nie daje odpowiedzi, lecz po prostu mówi, co ma do powiedzenia. Aby jednak nie był to gołosłowny bełkot, personifikuje również złe demony i walkę miłosierdzia z nimi rozgrywa na płaszczyźnie metaforycznej. Owe "walki" są przy okazji najciekawszymi fragmentami graficznymi albumu, który w tamtych czasach, będąc komiksem w pełni malowanym, stanowił swoiste novum, przez co jak najbardziej mógł się podobać. Dzisiaj, mając w głowie bagaż doświadczeń komiksów malowanych z ostatnich dekad, obrazy Paula Johnsona nie robią już takiego wrażenia.

Nie jestem zwolennikiem komiksów, opartych jedynie na narracji. Jestem natomiast zwolennikiem historii, które coś sobą reprezentują lub chociażby napisane są ze świadomością możliwości języka. Taki jest właśnie album "Mercy". Potrafi wciągnąć tak samo, jak na przykład publikowane w Polsce "Ostatnie łowy Kravena", w których DeMatteis, choć również beztrosko oddawał się narracyjnemu szaleństwu, umiał jednak znaleźć złoty, wyważony środek i formalnie stworzył komiks znakomity.

"Mercy" nie zapisało się w świadomości odbiorców Vertigo - w czasie, gdy komiks został opublikowany, zaczęło pojawiać się wiele ciekawszych od niego pozycji. Prawdopodobnie padł również ofiarą syndromu nowego wydawnictwa i zaginął gdzieś pod stertą odświeżonych serii pokroju "Hellblazera" czy "Sandmana". Pozostał jedynie ciekawostką dla fanów DeMatteisa, który w swym dorobku ma bardzo dużo lepszych od "Mercy" pozycji.
"Mercy". Scenariusz: J.M.DeMatteis. Rysunek: Paul Johnson. Wydawca: DC Vertigo, styczeń 1993.

poniedziałek, 6 września 2010

Na krawędzi (01)

Autor: Dominik SzcześniakVertigo - sekcja wydawnicza DC - od momentu swego powstania stało się synonimem mainstreamowego komiksu dla dorosłych, a jednocześnie wyznaczyło pewien poziom w opowiadaniu historii obrazkowych; poziom, przejęty następnie przez szereg naśladowców; poziom, podwyższający poprzeczkę w standardowych, usłanych stereotypami opowieściach o superbohaterach. Startowali z zapleczem kilku regularnych tytułów oraz mini-serii promujących nową linię wydawniczą, po drodze zaliczyli mnóstwo spektakularnych sukcesów, znacznie mniej porażek, setki porządnych jakościowo tytułów. Obecnie Vertigo jest uznaną marką, działającą tak w realu, jak i internecie.

Styczeń 1
993 roku - dla fanów Vertigo data obowiązkowa do wykucia na pamięć. W świat zapraszający do przekroczenia krawędzi i doświadczenia zawrotu głowy wprowadziły czytelników następujące tytuły: "Death: The High Cost of Living" (#1), "Enigma" (#1), "Shade The Changing Man" (#33), "The Sandman" (#47), "Hellblazer" (#63), "Animal Man" (#57), "Swamp Thing" (#129), "Doom Patrol" (#64), "The Books of Magic Trade Paperback", "Sandman Mystery Theatre" (#1) oraz one - shot "Mercy". Jak więc widać, nie wszystkie serie zostały utworzone specjalnie przez wzgląd na nową oficynę - niektóre ze starszych, ale przeznaczonych dla dojrzałego czytelnika, zostały naturalnie wchłonięte.
 
Jak wspomina Karen Berger, sam pomysł utworzenia Vertigo pojawił się rok wcześniej, choć na upartego można tę datę cofnąć jeszcze o 12 lat, kiedy to jedna z najsłynniejszych redaktorek świata komiksu rozpoczęła pracę w DC. Nie zaczynała w superherosszczyźnie, bo tym tematem kompletnie się nie interesowała. Większy potencjał widziała w historiach bardziej skomplikowanych, wysublimowanych czy to treściowo czy graficznie. Już podczas pracy redaktorskiej nad "House of Mystery" obcowała z materiałem określanym przez wielu jako "dziwaczny". To słowo przylgnęło idealnie do komiksów markowanych przez Vertigo. Artyści mieli tu wolność tworzenia, jakiej zawsze pragnęli, a czytelnicy dostali materiał satysfakcjonujący na wielu płaszczyznach.

Choć Vertigo odpalone zostało w styczniu, tytuły, które tę linię wydawniczą rozpoczęły, datowane są na marzec. Są wśród nich rzeczy już znane w Polsce - chociażby "Sandman", "Śmierć", czy odcinek "Hellblazera", w którym John Constantine obchodził czterdzieste urodziny. Redaktorzy uderzyli materiałem autorów pierwszej próby - poza odnoszącymi sukcesy Gaimanem i Ennisem, do ekipy dołączył Peter Milligan, Jamie Delano, Matt Wagner czy Nancy A. Collins, wówczas scenarzystka "Swamp Thinga". A w perspektywie Vertigo miało obrosnąć w inne mniej lub bardziej sławne nazwiska. W erze komiksu amerykańskiego rozpoczęła się zupełnie nowa jakość.


Komiksy spod skrzydeł Vertigo otrzymały odpowiednią szatę graficzną - charakterystyczne logo i pionowy pasek po lewej stronie okładki z informacjami na temat wydania komiksu, kolumnę "On The Ledge", w której zarówno redaktorzy, jak i twórcy opowiadali o najważniejszych wydarzeniach okołovertigowskich, bądź pisali o nadchodzących projektach, zachęcając do ich lektury. Pojawiła się również specjalna sekcja z informacjami na temat komiksów wydawnictwa, która wyznaczyła granicę między bardziej mainstreamowymi komiksami DC. Istotnym faktem jest również to, że niektóre z serii - np. "Shade" - dostały w promocji nowe logo.

Zaczęli z pompą
. Komiksy Vertigo z początku lat 90. to przede wszystkim niesamowity klimat. Konsekwentna, precyzyjna kreska i poruszające zwoje mózgowe fabuły. I o tych właśnie prekursorskich tytułach (bardziej lub mniej znanych), w miarę chronologicznie, pogadamy sobie w nowym ziniolowym cyklu. Wszystkich fanów Vertigo zapraszam.