Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Moore. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lipca 2018

Saga o Potworze z Bagien - Moore/ Bissette/ Totleben

Saga o Potworze z Bagien swego czasu zaliczyła w Polsce falstart i po dwóch tomach polski edytor wycofał się z jego wydawania. Teraz jednak powrócił do tego pomysłu i jest zdecydowany wydać wszystko. Wszystko, co w kwestii Potwora z Bagien miał do powiedzenia słynny Alan Moore. 

To właśnie brytyjski scenarzysta jest odpowiedzialny za rewolucyjne, jak na lata 80., podejście do historii o naukowcu, który po śmierci stał się florystycznym stworem. No właśnie. Przygody człowieka-rośliny - to nie brzmi zbyt poważnie, nawet jak na standardy komiksu superbohaterskiego. Ale to nie jest komiks superbohaterski. To historia grozy, która przefiltrowana przez umysł Moore’a autentycznie może przestraszyć. 

Ale nie tylko. Autor Strażników przedefiniował tu status Potwora z Bagien, rozkładając go na czynniki pierwsze w słynnym zeszycie Lekcja anatomii. Wrzucił go w piekielne rejony, spełnił jego miłosne potrzeby i dał mu nowe życie. Nad pierwszym tomem sagi unosi się duch powagi i grozy. Scenariusze pisane są  bogatym w ozdobniki, ale nie popadającym w grafomanię, językiem. Rysunki są charakterystyczne, bogate w detal i przywodzące na myśl lata 80. Jest to album, który dla współczesnego czytelnika może być wymagający, zarówno ze względu na treść jak i rysunki, ale powinien dać dużo satysfakcji. 


Co ważne, komiks wzbogacony jest o materiał tekstowy, który wyjaśnia wszystkie konteksty Potwora z Bagien. Jest tu niezwykle interesująca wypowiedź twórcy tej postaci, Lena Weina, znakomita analiza Ramseya Campbella oraz teksty Jamiego Delano i Neila Gaimana. Te dwa ostatnie artykuły pokazują jak bardzo pisarstwo Alana Moore’a w Potworze z Bagien wpłynęło na rynek światowego komiksu i pracujących dla niego twórców. To klasyka, którą warto znać.

"Saga o Potworze z Bagien" (tom 1). Scenariusz: Alan Moore. Rysunek: Stephen Bissette, Shawn McManus, Dan Day, Berni Wrightson, John Totleben, Rick Veitch. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Egmont Polska 2018.

czwartek, 17 maja 2018

Kompletne świry D.R. & Quinch - Moore/ Davis/ Delano

D.R. & Quinch to kompletne świry. A komiks z ich spektakularnymi przygodami to kolejne spojrzenie w brytyjskie początki mistrza pióra Alana Moore’a. Ta międzygwiezdna komedia składa się z szeregu krótkich, efektownych historii o satyrycznym wydźwięku. 
Po pierwszych stronach spodziewałem się raczej taniego kabareciarstwa, ale jednak mistrz zaskoczył mnie już przy puencie pierwszej opowieści, mówiącej o tym jak główni bohaterowie robili sobie bekę na ziemi, sięgając do czasów jej powstania i będąc świadkami jej końca.  
Kim jest ta strasząca z okładki para względnych przystojniaków? To studenci o ograniczonej poczytalności, uwielbiający pakować się w tarapaty i wychodzić z nich w sposób daleki od standardowego. Na swojej drodze spotykają idiotów w ilościach hurtowych. Sami zresztą też nimi są - pomimo faktu, że ilorazem inteligencji przewyższają każdego ziemianina. 
Kompletne świry to album pełen perełek krótkiej formy. Moore rozkłada na czynniki pierwsze mechanizmy wojny, prawa panujące w wielkim świecie filmu i analizuje związki między miłością i poświęceniem. Robi to z finezją i potrafi rozbawić, w czym również zasługa rysującego album Alana Davisa, sprawnie operującego kreską. Poza czarno białymi komiksami stworzonymi w tym znakomitym duecie, Kompletne świry zawierają także kolorowe plansze pisane przez Davisa wspomaganego przez Jamiego Delano. Wszystko to razem składa się na firmowy produkt brytyjski z lat 80. ubiegłego wieku. 
Dla fanów Moore’a - rzecz niezbędna. Dla miłośników tnących satyr i kosmicznych scenerii - również. 
"Kompletne świry D.R. & Quinch". Scenariusz: Alan Moore, Jamie Delano, Alan Davis. Rysunki: Alan Davis. Tłumaczenie: Bartek Kotlewski, Jacek Więckowski. Wydawca: Studio Lain

piątek, 7 kwietnia 2017

Skizz - Moore/ Baikie

Alan Moore nie od razu uznawany był za geniusza. A nawet gdy już był, zdarzały mu się przegadane potworki. Jego największym dziełem jest historia Kuby Rozpruwacza, zatytułowana „Prosto z piekła”, a najbardziej popularnym - zekranizowani przez Zacka Snydera „Strażnicy”. Zanim jednak Moore stał się jednym z najważniejszych elementów inwazji Brytyjczyków na Stany Zjednoczone, produkował odcinkowe formy komiksowe dla lokalnych, wyspiarskich potentatów. 
Jednym z  takich wynalazków jest „Skizz”, zrealizowany z grafikiem Jimem Baikie, którego zbiorcze wydanie właśnie ukazało się w Polsce. Nie jest to historia naznaczona przekleństwem łatki „geniusza”, której czytelnicy nie potrafią od mistrza odkleić nawet, gdy ten tworzy komiksy słabsze. To prosty, przygodowy komiks science-fiction, w którym  „E.T.” Stevena Spielberga przepisany zostaje na grunt brytyjski wraz z subkulturowym kopniakiem i antysystemowym zrywem. 
Moore kręci tę historię bez intertekstualnych zabiegów i szeregu mglistych nawiązań, jakie obecnie charakteryzują jego prace, dając czytelnikowi czystą, niewymagającą rozrywkę. A w przypadku Moore’a słowo „niezobowiązująca rozrywka” znaczy naprawdę wiele. 
Na pierwszym planie „Skizza” ulokowana została prosta historia o przybyłym na ziemię obcym, który dziwi się ludzkości i przeraża się nią, ale również w pewnym sensie zakochuje się w charakteryzujących ją poświęceniu i oddaniu. Natomiast w tle Moore sięga do polityki, w kilku prostych kadrach omawia zjawisko tolerancji, a w jednej postaci kumuluje cechy nienawistnego dyktatora. Prawdę mówiąc, „Skizz” dość żywo koresponduje z obecną sytuacją polityczną na świecie. Choć osadzony jest głęboko w latach 80. minionego wieku. 
Ukłon należy się tłumaczce tego komiksu, Małgorzacie Matachowskiej, która nie zdecydowała się na modne ostatnio uwspółcześnienie tekstu i pozostawiła wszelkie nazwy własne zespołów, aktorów i ówczesnych gwiazd z rejonów Birmingham i nie tylko. Dzięki temu pewne zabiegi językowe, jak te z zespołami Police i Madness, smakują bardzo dobrze. Minus natomiast w stronę drukarni i składacza. Skizz ma wymuszony format i bezsensowne białe marginesy na górze i dole strony (a że można lepiej, pokazuje zbiór "Bad Company" Milligana, Ewinsa i McCarthy'ego), kiepskie klejenie i falujący papier kredowy. Ponadto, na niektórych planszach gubi się kreska – nawiasem mówiąc bardzo sprawna i utrzymana w stylu realistycznym. Poza tymi technicznymi niuansami, sam komiks jest świetny. To taki Alan Moore dla ludzi. Komiks, który można czytać bez otwartej encyklopedii, wikipedii i dużych ilości słowników. 
"Skizz". Scenariusz: Alan Moore. Rysunki: Jim Baikie. Tłumaczenie: Małgorzata Matachowska. Wydawca: Studio Lain, 2017.

środa, 11 maja 2016

Kompletny szok przyszłości - Moore

„Kompletny szok przyszłości” to zbiorcze wydanie krótkich form komiksowych publikowanych na łamach brytyjskiego magazynu 2000 AD napisanych przez Alana Moore’a, a narysowanych przez takich twórców, jak Steve Dillon, Dave Gibbons, Brendan McCarthy czy John Higgins. 
Alana Moore’a przedstawiać nie trzeba – to jeden z geniuszy komiksu, twórca takich dzieł jak „Prosto z piekła”, „Strażnicy” czy „V jak Vendetta”. W „Kompletnym szoku przyszłości” znalazły się scenariusze z wczesnego okresu twórczości Moore’a. Historie krótsze i dłuższe, w zabawny i dający do myślenia sposób ukazujące futurystyczne wizje dotyczące naszej planety, cywilizacji i wszechświata. Moore jest tu satyrem, bardzo zjadliwym i trafnie diagnozującym problemy ludzkości. W cudowny sposób opisuje kosmiczne nacje owładnięte absurdalną żądzą ciągłej ekspansji, drwi ze stereotypów postrzegania kosmitów przez ziemian, a wegetarianizm przeciwstawia humanitarianizmowi. Poza szokami, w albumie znalazło się miejsce dla innych historii ze scenariuszami Moore’a: Czaso-skrętaczy czy historii Abelarda Snazza. Większość opowiastek dowcipem i elegancką puentą przywodzi na myśl najlepsze skecze Monty Pythona. 
Co do rysunków, to niemal cały album stworzony jest przez wówczas znanych jedynie lokalnie, a obecnie popularnych na całym świecie artystów. Steve Dillon długo po komiksach z Szoku przyszłości” narysował takie hity, jak "Kaznodzieja", czy "Hellblazer", Brendan McCarthy, znany w Polsce z komiksu "Skin",  zasłynął komiksami rysowanymi do scenariuszy Petera Milligana, a Dave Gibbons to współautor moore’owskich "Strażników". Wtedy to była obiecująca drużyna, dziś wręcz dream team. 
Takie nazwiska na okładce to wabik na poławiaczy komiksów. „Kompletny szok przyszłości” to ponadczasowy, fantastyczno-naukowy, okraszony czarnym humorem, świetny komiks. Polecam nie tylko fanom Alana Moore’a. 
"Kompletny szok przyszłości". Scenariusz: Alana Moore. Rysunki: Mike White, John Cooper, Paul Neary, Ian Gibson, Brendan McCarthy, John Higgins, Garry Leach, Ron Tiner, Jose Casanovas, Eric Bradbury, Dave Gibbons, Jesus Redondo, Robin Smith, Allan Langford, Jim Eldridge, Alan Davis, Steve Dillon, Boluda, Bryan Talbot. Tłumaczenie: Damian Pietrzak, Jacek Więckowski, Małgorzata Matachowska. Wydawca: Studio Lain, Iława 2016.
Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia. pl

niedziela, 7 lutego 2016

Nemo: Rzeka duchów - Moore/ O'Neill

„Nemo: Rzeka duchów” to kolejna odsłona odpryskowej serii z uniwersum Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, czyli ekipy składającej się z postaci zaczerpniętych z literatury, filmów, komiksów i całego dorobku popkultury. Jednocześnie jest to ostatnia część trylogii (poprzednie to "Serce z lodu" i "Berlińskie róże") traktującej o dzielnej i nieustępliwej córce Kapitana Nemo – Janni. 
Na łamach „Rzeki duchów” Alan Moore i Kevin O’Neill opowiadają o ostatniej misji 80-letniej już bohaterki, która wyrusza w niebezpieczną wyprawę celem ostatecznego rozprawienia się z całkiem materialnymi duchami przeszłości. Jako, że jest to dzieło Alana Moore’a, nie mogło zabraknąć w nim licznych nawiązań i szalonych pomysłów, delikatnie przyprawionych szczyptą humoru. Najlepiej wychodzi angielskiemu scenarzyście połączenie „Dyktatora” Charliego Chaplina z III Rzeszą, wyrażające się we wspólnym nazistowsko-tomańskim przedsięwzięciu, które polega na dość cwanym zaatakowaniu Stanów Zjednoczonych. Moore umiejętnie wprowadza nowe postaci, a to korzystając z dorobku mitologii, a to znów sięgając do stworzeń chodzących po ziemi w czasach prehistorycznych. 
Ten komiks jest niezmiennie świetnie napisany, choć są momenty, w których można się nieco zagubić lub skonsternować – spotkać to może wszystkich, których oczytanie nie jest równe oczytaniu Moore’a. Ale do tego, że ciężko za nim nadążyć, brytyjski twórca zdążył już chyba wszystkich przyzwyczaić. Z drugiej strony, elokwencja i tropy pozostawiane przez mistrza mogą sprowokować łaknącego wiedzy czytelnika do poszukiwań informacji na temat znajdujących się w komiksie postaci i miejsc na własną rękę.
W „Rzece duchów” ponownie współpraca między Moorem a Kevinem O’Neillem układa się wzorowo. O'Neill nie wychodzi poza ramy, które ustalił w początkach serii. Trzyma się tego samego sposobu kadrowania i konsekwentnie komponuje plansze, które wciąż zadziwiają precyzją. Jak zwykle świetnie prezentują się kolory.
Fajerwerków w tym komiksie zbyt wielu nie ma, i niestety nie jest to pozycja na miarę oryginalnej „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, w której Allan Quattermain działał wspólnie z Miną Harker, Niewidzialnym Człowiekiem i duetem dr Jekyll/ Mr. Hyde. Niemniej jednak, jako zwieńczenie trylogii prezentującej losy postaci, związanej z oryginalnym składem, prezentuje się całkiem ciekawie.
"Nemo - rzeka duchów". Scenariusz: Alan Moore. Rysunki: Kevin O'Neill. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

wtorek, 4 listopada 2014

Przybij piątkę komiksowi

Aleja Komiksu jakiś czas temu wystartowała z akcją "Przybij piątkę komiksowi", w której należy "wskazać pięć komiksów, które poleciłoby się osobom nieczytających ich na co dzień i nominować pięć osób, by zrobiły to samo". Ziniol (w postaci redaktora prowadzącego) został nominowany. Nie ma sprawy. Oto jednoosobowe, redakcyjne pięć typów:
1. "Autostrada Słońca" (Baru).
"Autostrada słońca" to komiks drogi, komiks o inicjacji, o wchodzeniu w dorosłość, o gangsterskich porachunkach, sfiksowanych narodowcach, zdradzie, przyjaźni, ucieczce, miłości, narkotykach, samochodach, hippisach, dużych cyckach, złamanych sercach, barierkach i rękach. Aranżacja albumu, jego punkt wyjścia i przeplatanka wydarzeń, rozgrywających się na ponad 400 stronach to szalona jazda, której nie powstydziłby się Quentin Tarantino, ale też piękne plenery, wypożyczone od Bernardo Bertolucciego. To grafika, łącząca w jedno Regisa Loisela, Hugo Pratta i Johna Romitę Juniora. To kompozycja i kadrowanie klepnięte przez Franka Millera. To... Dobra, wystarczy, to Baru. Po prostu Baru. Czyli Herve Barulea - francuski komiksiarz, który za tę profesję wziął się dość późno, lecz kiedy już zaczął, nie przestawano go nagradzać. "Autostrada słońca" w roku 1996 zgarnęła nagrodę Alph-Art i nagrodę księgarni komiksowych - to możemy wyczytać w biografii autora zamieszonej w polskiej edycji komiksu. Dwie nagrody. Ile czytelniczych serc podbiła? Sądzę, że mnóstwo." Pełna recenzja tutaj.
2. "Pięć tysięcy kilometrów na sekundę" (Fiore)  
"Banały, czy nie banały - komiks włoskiego artysty pokazuje epizody z życia zakochanych ludzi (oraz ludzi, którym wydaje się, że są zakochani). Narysowane przez Fiora sytuacje mogły wydarzyć, wydarzają i będą się wydarzały zawsze i wszędzie, a czytając je, każdy będzie mógł odnieść je w jakiś sposób do własnego życia. Ta uniwersalność niewątpliwie pomaga w lekturze, czyniąc ją jeszcze bardziej przyjemną, niż można by wnosić po samych rysunkach i komiksowych możliwościach autora." Pełna recenzja tutaj.
3. "Prosto z piekła" (Alan Moore i Eddie Campbell) - najlepszy komiks Alana Moore'a, o którym w papierowym Ziniolu 3/2008 pisaliśmy tak: 
Historia Kuby Rozpruwacza, rzeźnika z White Chapel, obrosła już wieloma mitami i hipotezami. Jedną z nich wyłuskał Alan Moore i poświęcił się trudowi przerobienia owej hipotezy na scenariusz komiksowy, angażując się w tę pracę w sposób zaiste kompletny i godny podziwu. Pieczołowicie przygotowana historia, opracowana na historycznych źródłach w najmniejszych niemal detalach, poza swoim epicentrum - czyli samym komiksem - doczekała się również szczegółowych przypisów scenarzysty, zamieszczonych na końcu zbioru oraz dodatkowego komiksu, skupiającego się na dotychczasowych badaniach nad Kubą Rozpruwaczem, dokonanych przez tzw. "ripperologów".
Obecność przypisów, będących zarazem analizą i objaśnieniem pewnych scen komiksu, pozwala na czytanie "Prosto z piekła" na kilka różnych sposobów, spośród których osobiście poleciłbym metodę "rozdział-przypisy", która wydaje się być najbardziej kompletną metodą poznania dzieła. Przypisy te wiele mówią o ich autorze i o tym, jak daleko posunął się w researchu do tego komiksu. Z posłowia tłumaczy dowiadujemy się, że Moore nie ustrzegł się jednak błędów, które mimo wszystko zostały przetłumaczone w duchu oryginału, jako integralna część autorskiej wizji scenarzysty.
Alan Moore do faktów, które przedstawia czytelnikom na łamach "prosto z piekła" podszedł metodycznie. Kubę Rozpruwacza ukazał z czterech różnych stron: jako człowieka, sługę, szaleńca i mit. Stereotypowe potraktowanie historii morderstw na East Endzie go nie interesowało - celem powstania "From hell" było jak najbardziej wiarygodne urealnienie hipotezy. I to też Moore'owi udało się znakomicie - mimo tego, że prawdziwy Kuba Rozpruwacz nigdy nie został zdemaskowany, a badacze wskazują na kilkadziesiąt możliwych opcji co do jego tożsamości, po lekturze "Prosto z piekła" jesteśmy w stanie uwierzyć, że to właśnie osoba ukazana na kartach komiksu jest mordercą prostytutek. Błędem byłoby jednak przypisywanie intencjom Moore'a tylko takiego zabarwienia. Co ważne w tej powieści graficznej, to ukazanie degeneracji jednostki, małości człowieka w sidłach systemu, jak również skrupulatny wgląd w wiktoriańskie ulice Londynu. Dokumentacja, jaką Moore i Campbell skompletowali przed rozpoczęciem prac nad komiksem została wykorzystana w pełni i z kompletną dbałością o szczegóły historyczne i obyczajowe. Nawet język, slangowo potraktowany w oryginale umiejętnie oddany jest również w polskim przekładzie (który - nawiasem mówiąc - został przygotowany ze starannością równą tej, z jaką Moore opracował ten album).
Rysunek Eddiego Campbell'a nie robi wielkiego wrażenia, gdy ten album jedynie się kartkuje. Dopiero podczas lektury widać, że każda kreska ma tutaj swoje miejsce na planszy. A propos kresek - zauważalna jest tendencja zniżkowa co do ich ilości na kolejnych kadrach wraz z następującymi po sobie stronicami. Początkowo Campbell rysuje szybko, ekspresyjnie. Pod koniec albumu jego kreska jest bardziej prezycyjna. Ulubionym zabiegiem rysownika jest tutaj rozciąganie jednej akcji na kilka stron i skupianie się na centralnym punkcie danego kadru (proszę spojrzeć np. na miejsce pierwszego morderstwa). Kilka pomysłów Campbella zostało zresztą żywcem przeniesionych do adaptacji filmowej, od której zresztą Moore się odciął (co zauważyć można np. w przypisach, kiedy wspomina o wyglądzie prostytutek, zwracając uwagę na ich przeciętny wygląd - co jest zapewne aluzją do urodziwych aktorek, występujących w filmie).
"Prosto z piekła" to komiks tak potężny, że nie uchodzi mówić o nim inaczej, jak o arcydziele gatunku. I jak na arcydzieło przystało, został odpowiednio przygotowany przez polskiego edytora. Zdecydowany "misiszmieć" na półce każdego fana dobrej historii, dobrej literatury i dobrego komiksu.
4. "Fotograf" (Guibert/ Lefevre/ Lemercier)
"Fotograf" jest dziełem imponującym. Nie tylko dzięki idealnemu wręcz połączeniu rysunku ze zdjęciami, ale przede wszystkim poprzez nakreślony obraz Afganistanu - okrutny, piękny, powodujący, że mimo wszelkich niedogodności, różnic kulturowych i religijnych bohaterowie chcą tam wracać. To dzieło oddziałujące na zmysły, wzruszające i zadziwiające. Dające dreszcz emocji, szczere salwy śmiechu i wielokrotny ścisk w gardle. I pozostawiające w głowie wiele świetnych zdjęć. Kilka z nich zostanie wam tam na zawsze. " Pełna recenzja tutaj.
5. "Pinki" Szawła Płóciennika - komiks o "ostatnim polskim hippisie i pierwszym polskim hipsterze" zrealizowany przez człowieka-orkiestrę, czyli Szawła Płóciennika.  Zdecydowanie najlepsza polska produkcja mijającego roku, jak również najciekawszy komiks biograficzny , historyczny i eksplorujący polską scenę muzyczną zrealizowany w ostatnich latach. Dla fanów muzyki, prawdziwych historii oraz pozytywnych ludzi. Pełna recenzja - wkrótce.
Jako, że prawdopodobnie wszyscy zostali już do tej zabawy nominowani, lecz pewnie o nie nie wiedzą (sam dowiedziałem się przy okazji trzeciej nominacji), do podania swoich typów wyznaczam Mickeya Rourke, Diane Lane, Roba Liefelda, Davida Lyncha i Lewisa Trondheima, sugerując jednocześnie organizatorom zabawy ogarnięcie jej w aspekcie informacyjnym.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Liga Niezwykłych Dżentelmenów - Moore/ O'Neill

Po zakończeniu publikacji rozłożonego na trzy części tomu trzeciego i przed wydaniem "Czarnych akt" polski edytor rozpoczął przypominanie starszych przygód Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Omawiany tom to reedycja wydanej w 2003 roku pierwszej części serii, wzbogacona o twardą oprawę i grubszy kredowy papier.
Osadzona w 1898 roku historia to zapis pierwszego spotkania i debiutanckiej przygody tzw. "składu Murray", czyli ekipy nieprzeciętnych osobowości pozbieranych przez Alana Moore'a z kart różnych powieści. Do organizowanej przez Campiona Bonda, a firmowanej przez tajemniczego M. grupy trafiają między innymi: Wilhelmina Murray (wprost z kart powieści Brama Stokera), pan Edward Hyde i dr Henry Jekyll (ostatnio widziani u Roberta Louisa Stevensona), Allan Quatermain (ulubieniec Henry'ego Ridera Haggarda), Kapitan Nemo (obecny dzięki uprzejmości Juliusza Verne'a) oraz Hawley Griffin (bohater powieści H.G. Wells'a). Precyzyjnie zmiksowane towarzystwo otrzymuje godnych sobie i również zapożyczonych wrogów, a intryga zostaje spleciona wedle prawidła wspomnianego już Bonda: "Imperium brytyjskie zawsze miało kłopot z odróżnianiem swych bohaterów od swych potworów".
Rozróżnienie kto jest kim może nastręczać kłopot nie tylko Imperium, lecz również czytelnikom. Uzależniony od opium starzec, zamieniający się w potwora doktor, największy wróg Brytanii i niewidzialny psychopata mają ratować świat od zagłady? W dodatku pod dowództwem kobiety? Wbrew pozorom, Moore i O'Neill nie żartują, twierdząc, że owszem, będą ratować. A kwestia tego kto jest czyim agentem, kto za bardzo wrósł w rolę, kto ma szanse na rehabilitację czy wreszcie kto jest dobry a kto zły (oraz - bonusowo - czy w ogóle ktokolwiek jest dobry?) zostaje rozwiązana w sposób wielce zadowalający, w towarzystwie akcji i sensacji i wręcz wybuchowo.
Intryga jest prosta: Wróg Brytanii kradnie bryłkę kaworytu, czyli klucza do panowania nad siłami grawitacji. Wrogiem tym jest Doktor, mający kryjówkę w londyńskim Limehouse. Aby zapobiec spiskowi, tytułowi agenci będą musieli popracować głowami, mięśniami oraz zapobiegać emocjom, targającym zespół od wewnątrz. Tak prosta intryga (na wyższy poziom komplikacji Alan Moore wejdzie dopiero w następnych tomach) umożliwia rysownikowi zaszaleć. Z opcji tej Kevin O"Neill korzysta - jego charakterystyczna kreska (w momencie publikacji pierwszego wydania komiksu znana polskiemu czytelnikowi jedynie z historyjki o Bat-Mite zamieszczonej w semicowym "Batmanie"), fantastycznie sprawdza się w hipnotyzujących splash-page'ach czy scenach walk. Równie sprawnie rysownik ukazuje mroczne zakamarki Londynu i chińskiej dzielnicy, czemu wydatnie pomaga paleta barw zastosowana przez Bena Dimagmaliwa.
Pierwszy tom "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów" to komiks czysto przygodowy, ale z aspiracjami. Ci, którzy przeczytali kolejne tomy serii wiedzą już, że te aspiracje zostały spełnione i omawiany tom to słodkie preludium do pięknej komiksowej uczty. Dodam, że szalony wyjściowy pomysł zebrania w jednej opowieści mnóstwa postaci z literatury końca wieku mógł urodzić się tylko w głowie światowej sławy Słowika z Southampton.
I tylko przez niego mógł zostać tak finezyjnie zrealizowany.
"Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Tom pierwszy". Scenariusz: Alan Moore. Rysunek: Kevin O'Neill. Kolor: Ben Dimagmaliw. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydanie II. Egmont Polska, Warszawa 2013 

Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, Incal, Elemental, BUM Projekt

niedziela, 17 czerwca 2012

Zagubione dziewczęta - Moore/ Gebbie

Autor: Dominik Szcześniak
Zagubione dziewczęta to dzieło autorstwa duetu Alan Moore i Melinda Gebbie. Para świetnie rozumiejących się twórców (zwieńczeniem tej "jedności umysłów" był ich ślub w 2007 roku), bazując na założeniach, z jakich brytyjski scenarzysta dzisiaj słynie (erudycja, zabawa z czytelnikiem, wtrącanie rozlicznych akcentów z historii sztuki i kultury) stworzyła komiks pornograficzny. Fani różnorodnie ukazywanych aktów kopulacji nie będą jednak usatysfakcjonowani - próżno doszukać się tu standardowych, pretekstowych elementów obecnych w pornolach. Hydraulik nie puka do drzwi, a lekko nieubrana pani domu nie pakuje mu się od razu pod zlew. Samo posądzenie Moore'a o tak tandetne podejście do tematu spowodowałoby zapewne atak furii u tych, dla których autor ma status geniusza. Zamiast tego mamy tu i świetną literaturę i wysmakowane obrazki. Mówiąc krótko: sztukę. 
"To nie jest dzieło sztuki, to pornografia" - aby uniknąć takich reakcji, Moore sam określił swój komiks mianem pornola. Efekt był spodziewany: skonsternowani, odpowiednio zaprogramowani odbiorcy mieli stwierdzić że "nie, panie Moore, to nie jest pornografia. Stworzył Pan dzieło sztuki". Ta zabawna anegdota bardzo zgrabnie pokazuje jak popularny i wielbiony autor może sterować opinią publiczną. Niemal na każdej stronie jego komiksu obserwujemy mniej lub bardziej wyuzdane sceny, szczegóły anatomiczne, seks w każdej niemal postaci. Ale przecież to Moore. To nie może być pornol. Moore zwykłego pornola by nie popełnił. To musi być sztuka. 
Osobiście nie czuję się w jakimkolwiek stopniu zmanipulowany opiniami o tym komiksie, choć lektura niektórych rozdziałów rzeczywiście stanowiła dla mnie wyzwanie. Przygody znanych z literatury dziewcząt - Alicji z Krainy Czarów, Dorotki z Czarnoksiężnika z Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana - zrealizowane są jednak tak podstępnie, że efektem lektury może być tylko i wyłącznie stwierdzenie: geniusz.
Moore umiejscowił akcję komiksu w roku 1913 w austriackim hotelu Himmelgarten, prowadzonym przez monsieur Rougeura. To właśnie w tym miejscu rozwiązła Dorotka, doświadczona Alicja i wstrzemięźliwa, wycofana Wendy będą "grzmociły się na wszystkie możliwe sposoby" przez trzydzieści ośmiostronicowych rozdziałów. Nie bez powodu punktem kulminacyjnym ich seksualnych ekscesów stanie się moment zamachu na austriackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. 
Każdej z zagubionych dziewcząt Alan Moore proponuje oczyszczenie i rozliczenie z przeszłością.  Zanim jednak to osiągną czeka ich mnóstwo seksu, który przez Melindę Gebbie ukazany jest co prawda niezwykle dosadnie, ale jednak z zachowaniem szyku i elegancji. Koncepcja graficzna albumu jest imponująca - każda z bohaterek ma swój własny "wystrój odcinka" - historie opowiadane przez Alicję ujęte są w kadry imitujące lustro, Wendy dostaje szereg pionowych kadrów z poziomym, czarno-białym wyróżnikiem u góry strony, a Dorotka seksualne perypetie opisuje na trzech panelach na planszy. W pewnych momentach historii dziewczyn pojawiają się całostronicowe ujęcia, przedstawiające je w bliskich stosunkach z bohaterami książek Lewisa Carrola, J.M. Barriego i L. Franka Bauma. Również rozdziały nie będące retrospekcjami z życia Dorotki, Alicji i Wendy skomponowane są znakomicie - są sceny, rozgrywające się w jednym ujęciu, są również takie, które ukazują daną sytuację z dwóch różnych perspektyw. Kompozycyjna wirtuozeria.
W jednym z rozdziałów Wendy zdradza, że seks jest obecny wokół niej cały czas - do ukrytych za oparciem kanapy osób dopisuje sobie bezeceństwa, jakim na pewno się oddają. Do tego, czego nie widzi, dopowiada same sprośności. Seks jest wszędzie, jest zdrowy i jest dobry - mówi jej ustami Moore. Oswaja czytelnika z tą myślą tylko po to, żeby uderzyć z grubej rury. W pewnym momencie w komiksie pojawiają się orgie kazirodcze, pedofilskie, są też elementy zoofilii. To pójście na całość poprzedzone jest komunikatem autora: "To tylko fikcje. Nie są skażone regułą skutków i konsekwencji. Powiem więcej, są niemalże niewinne". Te słowa, wypowiadane przez monsieur Rougeura, skierowane są do poszukiwaczy sensacji i obrońców moralności. "Fakty i fikcje: jednych od drugich odróżniają wyłącznie szaleńcy i sędziowie pokoju". Kazirodztwo staje się ideą kazirodztwa. Sądzę, że nie wszyscy przyjmą to usprawiedliwienie scenarzysty za oczywistość. Moore jednak wizualizuje to, o czym niektórzy zapewne myślą. Wyzwala strefę seksualną z wszelkich ograniczeń. Na kartach komiksu.
Zagubione dziewczęta mają przede wszystkim wymowę antywojenną. Wspomniany wcześniej zamach na arcyksięcia rozpoczynający I wojnę światową, spleciony jest ze scenami rozwiązłego seksu. Jako manifest wojenny ten komiks nie ma sobie równych (wystarczy wspomnieć Yslaire'a, który poległ na tym polu z kretesem). Seks łączy, wojna dzieli. Energię, którą młodzi chłopcy wykorzystują na zabijanie się w imię fikcyjnych wartości lepiej byłoby przeznaczyć na intensywne igraszki. To, jak wojenka potrafi zburzyć sielankę idealnie ukazane jest na przykładzie związku męża Wendy, Harolda oraz kochanka Dorotki, Rolfa. Oraz - jeszcze bardziej idealnie - w klarownym zakończeniu.
Momentami Zagubione dziewczęta są ukomiksowanymi dyrektywami markiza de Sade, często nawiązują do literatury pornograficznej, poczytywanej w ukryciu, kiedy nikt nie widzi. To dzieło, z tego ukrycia wychodzące. I to na wielu płaszczyznach. Jest to komiks w komiksie, literatura w komiksie, idea pornografii w umyśle autora. Pożywka dla tych, którzy szukają kontrowersji? Zapewne również. Ale przede wszystkim jest to idealnie przygotowane kompozycyjnie dzieło antywojenne, które pornografię wykorzystało do stworzenia dzieła sztuki.    
Zagubione dziewczęta. Scenariusz: Alan Moore. Rysunki: Melinda Gebbie. Tłumaczenie: Marek Cieślik. Wydawca: Mroja Press 2012. 
Komiks można nabyć tutaj: Sklep.Gildia.pl lub u wydawcy

niedziela, 15 stycznia 2012

Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Stulecie: 1910 - Moore/O'Neill

Autor: Dominik Szcześniak
Londyn z roku 1910 wzywa. Londyn AD 1910 potrzebuje pomocy. A kto niesie pomoc lepiej niż Liga Niezwykłych Dżentelmenów, składająca się z przeróżnych, znanych literaturze postaci? Alan Moore, słynący z chorobliwej skrupulatności, i tym razem nie szczędzi czytelnikowi cytatów i nawiązań, z których jedne zidentyfikować można od razu, a innym należy poświęcić kilka chwil. Na przekór filmowej adaptacji rzeczonego komiksu - płytkiej, zrobionej bez polotu i z nastawieniem na tanie zagrywki - Moore realizuje swój projekt ponad poziomami banału i tandety.
Zapewniają mu to nie tylko wspomniane cytaty, a raczej przede wszystkim znakomita kompozycja albumu oraz zachowanie przygodowego charakteru przy tej dość sporej ilości nawiązań. Wiodącą inspiracją jest Opera za trzy grosze Brechta i Weila, nadająca albumowi rytm właściwie od początku do końca, od sceny prezentującej Janni Dakkar przy łożu umierającego Kapitana Nemo, aż po tragiczny finał. Obok owej wiodącej inspiracji istnieje główny wątek komiksu, jakim jest próba zapobieżenia zagładzie Londynu przez członków Ligi. Istotnym problemem, jaki swoim bohaterom zafundował Moore jest brak jakichkolwiek informacji na temat tego, co ową zagładę spowoduje. Opcje, jakie z zaciekawieniem powinien rozpatrywać również czytelnik, to: kometa Halleya? Złowrogi kult? Plany stworzenia Księżycowego Dziecka snute przez Olivera Haddo? Zbliżająca się koronacja? A może powrót mordercy prostytutek z White Chapel?
Ripperologia to konik Alana Moore'a; zagadnieniu morderstw dokonanych przez Kubę Rozpruwacza poświęcił album Prosto z piekła z rysunkami Eddiego Campbella. W Stuleciu jest on obecny oczywiście nie na tak dużą skalę, natomiast stanowi bardzo istotny aspekt fabularny. Jest ich zresztą znacznie więcej: wyróżniłbym tutaj fenomenalnie rozegrany wątek więźnia Londynu, Andrew Nortona. Wśród tego nagromadzenia zagadnień, właściwie tylko jedno dotyczy samej grupy i absolutnie nie jest dla niej niczym przyjemnym: otóż, ekipa ma kryzys i nie daje sobie rady.
Komiks czyta się wyśmienicie, co w gruncie rzeczy jest zasługą idealnej współpracy Moore'a z Kevinem O'Neillem. Każdy rysunek współpracuje z dymkiem, który się na nim znajduje. Nie ma w kadrze nic niepotrzebnego. Co więcej - to, w jaki sposób Moore opracowuje zagadnienia o jakich pisze i jak dużo smaczków do nich wprowadza, pozwala ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że mnóstwo owych specjałów znajduje się właśnie w wyrysowanych przez O'Neilla kadrach. Jego współpraca z kolorystą, Benem Dimigmaliwem, przynosi m.in. niesamowitą wizję Nautilusa i wspaniały Londyn tamtych czasów.
Dwa główne wątki łączą się w spektakularnym finale, który jest fantastycznym przykładem dotyku geniuszu Alana Moore'a. Podczas lektury serce zaczyna bić mocniej - kameralny początek z czasem przeradza się w rozbudowaną, trzymającą w napięciu fabułę, zakończoną istną bombą.
Pierwszy tom trylogii Stulecie to absolutne mistrzostwo. Moore i O'Neill w najwyższej formie. Przeznaczony głównie do czytelników obeznanych w literaturze, ale również dla tych kojarzących jedynie Excalibur, Sherlocka Holmesa i Verlaine'a powinien być świetną zabawą.
Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie: 1910. Scenariusz: Alan Moore. Rysunek: Kevin O'Neill. Kolor: Ben Dimagmaliw. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawca: Egmont 2010
Komiks możesz zakupić tutaj: Incal

piątek, 5 czerwca 2009

"Saga o Potworze z Bagien: Miłość i śmierć"

Autor: Dominik Szcześniak

"Miłość i śmierć" jest kontynuacją wydanej w Polsce dwa lata temu "Sagi o Potworze z Bagien" i prezentuje historie, które w wersji oryginalnej ukazały się na przełomie lat 1984/85. Nikt wówczas nie myślał jeszcze o ambitnym imprincie wydawniczym, mającym za kilka lat przyjąć nazwę Vertigo, lecz komiksy w rodzaju tych, tworzonych dla "Swamp Thinga" przez Alana Moore'a były niejako fundamentem, na którym redaktorzy DC zaczęli budować serie dla dorosłych czytelników. Kilka lat temu tak archaiczne pozycje jak właśnie "Potwór z Bagien" czy "Hellblazer" nie znajdowały się na liście życzeń żadnego z polskich wydawców, z powodu zbyt małej atrakcyjności dla współczesnego czytelnika. Zaryzykował Egmont.

Tytułowy bohater tego komiksu jest typowo pulpową postacią - żywiołakiem mającym za cel bronić interesów matki ziemi, naukowcem zespolonym z naturą na luizjańskich bagnach. Dla złośliwych "człowiekiem - rośliną" albo bagnem, posiadającym duszę. Chyba trudno o większy absurd? A jednak mimo takiego rodowodu, opisując "Miłość i śmierć" nie można rozpocząć od stereotypów w rodzaju "kolejna przygoda Potwora z Bagien", czy "czytając najnowsze perypetie Potwora z Bagien". Bo choć pojawiają się tutaj postaci znane z uniwersum DC (Joker, Spectre, Phantom Stranger czy Demon) to ani one, ani interakcje w jakie wchodzą ze Swamp Thingiem, ani nawet cała otoczka superbohaterska nie są ważne. Ważny jest Alan Moore i j
ego pokręcona wyobraźnia. Alan Moore i arsenał możliwości pisarskich, jaki ten facet posiada. Alan Moore i jego zdolność do tworzenia opowieści ponadczasowych. I przy okazji do totalnego uwiarygodnienia tak absurdalnej postaci i jej losów.

Zanim jednak czytelnik zagłębi się w wizje brytyjskiego scenarzysty, wysłucha przemów dwóch jego ziomków: Jamiego Delano i Neila Gaimana. Pierwsza z nich zgrabnie, choć momentami nieco bełkotliwie, podsumowuje cały komiks, druga natomiast dość szczegółowo go opisuje. Obie najlepiej zostawić sobie na deser.
Głównie dlatego, by więcej z nich wynieść. Bez znajomości komiksu mogą sprawiać wrażenie marnego teoretyzowania, po jego lekturze zaś okazuje się, iż mogą kryć w sobie esencję pisarstwa Moore'a.

Największym plusem tego pisarstwa jest różnorodność stylów, jakimi Moore swobodnie operuje. Świetnie radzi sobie w metaforycznej, subtelnej historii traktującej o pogrzebie Aleca Hollanda, potrafi autentycznie przestraszyć w trylogii "Miłość i śmierć" i zupełnie zaskoczyć żywiołowym przedstawieniem "seksu roślinnego". Dla każdej z tych opowieści stosuje odpowiednie środki wyrazu. W trylogii Arcane'a jest to podkreślające strach, powtarzane po wielokroć zdanie rozpoczynające się od słów "Człowiek, który wrócił...". W "Pogu" są to fantastyczne zabiegi językowe, mające na celu przedstawienie optyki kosmitów, którzy spotykają Swamp Thinga. W "Wiosennym rytuale" jest wreszcie szczegółowy, bogaty w roślinne metafory, opis stosunku seksualnego. Różnorodność dopełniają rymy, będące domeną jednego z drugoplanowych bohaterów opowieści - Demona. Tak fantastycznie brzmiących kwestii nikt mu jeszcze nie napisał. Ani też nie przetłumaczył - w związku z tym brawa należą się również Jackowi Drewnowskiemu.

Dla fanów historii i znakomitego pisarstwa "Saga o Potworze z Bagien" jest zdecydowanym "musiszmieciem". Czy jednak zwolennicy wspomnianego na wstępie pulpowego charakteru opowieści, poczują się zawiedzeni? Ani trochę. Forma, jaką Moore wytworzył, zdecydowanie upiększa treść "Miłości i śmierci". Owa treść zasadza się na lo
sach głównych postaci - historia Swamp Thinga zostaje przez Moore'a rozłożona w czasie - poznajemy aspekty jego przeszłości, towarzyszymy mu w teraźniejszych wędrówkach oraz dostajemy wgląd w przyszłość i przeznaczenie tej postaci. Karty komiksu pełne są trzymających w napięciu cliffhangerów, przerażających demonów i ludzkich koszmarów. Moore wysyła Potwora z Bagien na podróż do piekła i z powrotem, a Abigail - również główną bohaterkę serii - wrzuca w wir Krainy Snów, gdzie spotyka postaci, znane z wydawanej kilka lat później serii "Sandman" - Kaina i Abla.

Archaiczność rysunków jest w przypadku "Sagi" kwestią dysk
usyjną - owszem, brak w nich jakiejkolwiek ingerencji komputera, kolory są płaskie, lecz z drugiej strony kadrowanie, jakie szereg rysowników stosuje w tym komiksie można uznać za nowoczesne, a rysujący dwie opowieści w zbiorze Shawn McManus przeżywa tu swój najlepszy okres.

Publikując takie pozycje jak "Saga o Potworze z Bagien" Egmont nie tylko kłania się nisko wspaniałemu okresowi amerykańskiego komiksu, lecz również daje czytelnikom możliwość obcowania z mistrzowsko napisanymi opowieściami, które nie są tępą sieczką pokroju wielu współczesnych produkcji. "Miłość i śmierć" to świetny horror z przyrodą w tle, który - że zacytuję Jamiego Delano "rozszerzył możliwość komiksowego medium". Jedna z pozycji, które trzeba mieć na półce. Jak również jedna z tych, na której kolejną odsłonę nie można czekać dwa lata...
"Saga o Potworze z Bagien 2: Miłość i śmierć". Scenariusz: Alan Moore, Len Wein. Rysunki: Shawn McManus, Stephen Bissette, John Totleben, Alfredo Alcala, Rick Veitch, Berni Wrightson. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Egmont Polska 2009. Komiks wydany w cyklu "Obrazy Grozy"