Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2011

Świat po Chopinie

Autor: Dominik Szcześniak
Grzegorz Janusz/ Jakub Rebelka
Afera szopenowska miała swoje pięć minut w mediach, kwadrans w internetowych miejscach związanych ze środowiskiem komiksiarzy a w głowach tych, którzy interesują się komiksowym aspektem polskiej rzeczywistości tli się po dziś dzień. Krzysztof Ostrowski męczennikiem polskiego komiksu? Antologia "Chopin New Romantic" punktem zwrotnym w dziejach historii sztuki obrazkowej w Polsce? Obok tych pytań pojawia się jeszcze jedno, nad którym głowili się w swoim czasie bloggerzy: jak to będzie po chopingate?
Ch** im w d**** chodził?
Bębniła o tym cała Polska, więc z kronikarskiego obowiązku pozwolę sobie przedstawić skróconą wersję wydarzeń: Na skutek nierzetelnych działań dziennikarza TVN-u, Cypriana Jopka, zaalarmowanego przez działającego na rzecz warszawskiej Pragi Janusza Owsianego, ukazał się reportaż mocno krytykujący antologię "Chopin New Romantic", stworzoną z okazji roku chopinowskiego i zawierającą kilka komiksów polskich i niemieckich autorów. Skrytykowany został język publikacji (kilkukrotne użycie wulgaryzmów, "cweloholokaust") jako nieodpowiedni w tego rodzaju produkcjach, mających promować Polskę poza granicami kraju. Zadziałał stereotyp, pokazujący komiksowi miejsce w szeregu artystycznym: jak to możliwe, że w czymś dla dzieci pojawiają się bluzgi? - pytano. Wywiązała się wojna o Polskę. Komiksu nikt nie przeczytał, bo został zablokowany przez zleceniodawcę - Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wypowiadali się o nim wszyscy. Autorzy zostali oskarżeni o antysemityzm, oszołomy zaczęły pisać petycje do ministerstwa, wydawcy grożono, a autorów - poza Ostrowskim - kompletnie olano. Media skupiły się na kilku sformułowaniach z komiksu Ostrowskiego. Zleceniodawca odciął się od pomysłu, pozostawiając autorów samym sobie. Gdy pojawiła się informacja, że komiks ma iść na przemiał, komiksiarze zorganizowali się w grupę Ocalić nakład Chopin New Romantic na facebook'u, a przedstawiciele Ministerstwa bardziej niż krytykowaniu publikacji, zaczęli skupiać się na jej obronie. Minister Zdrojewski, słysząc od Anity Werner: "Ale panie ministrze, tam są przecież wulgaryzmy" musiał jednak złożyć broń. Nic nie usprawiedliwia wulgaryzmów. Temat szybko podchwycili aktywni komiksiarze - obok zjadliwych i prostackich komentarzy polegających na zestawieniu ze sobą postaci Chopina z przekleństwami, pojawiły się dwie bardzo celne riposty: Anny Heleny Szymborskiej i Wojciecha Stefańca. Linia obrony objęła również rzetelną i obiektywną recenzję całego komiksu, jakiej dokonaliśmy na stronie "Ziniola".
Kołtuństwo wygrywało w wojnie o Polskę. Wystarczył kołtuństwu cynk o przekleństwach użytych w obecności Chopina.
W jednej ze scen "Dnia świra" bohater grany przez Marka Kondrata, używa niewybrednego słownictwa ("ch** ci w d**** chodzi") w bliskim kontekście szopenowskim. Słowa te krytykują głośne słuchanie koncertu chopinowskiego przez jego sąsiada. Muzyka Chopina jest zresztą jedną z ulubionych ilustracji dźwiękowych filmów Marka Koterskiego, podobnie zresztą jak przekleństwa we wszelkich możliwych odmianach. Nie przeszkadza to jego filmom być uznanym kulturalnym towarem eksportowym Polski. Różnica, między wspomnianymi, a antologią "Chopin New Romantic" polega jednak na tym, że tych filmów nikt nie określi mianem "dla dzieci" (chociaż przecież istnieją filmy dla dzieci, podobnie jak komiksy) oraz na tym, że filmy Koterskiego wszyscy oglądali. Istotne jest również to, że Koterski ma wolność twórczą, a jego produkcje nie są robione na zamówienie i sławią ekipę, która je stworzyła. Promocja Polski i wielkie zasługi kulturalne to efekt uboczny; państwo polskie chętnie pod takie sukcesy się podpina.
Grzegorz Janusz/ Jacek Frąś
Co dalej, polski komiksie?
W przypadku komiksu nie chodzi jednak o wolność artystyczną. Walczących o coś takiego, jak wolność artystyczna w komiksie czeka rozczarowanie, a w perspektywie muru debilizmu społeczeństwa polskiego najciekawszą opcją byłoby porzucenie tej walki. Akcja z Chopinem w tle pokazała, że chodzi tu o coś, o co chodziło od samego początku. O coś, co - jak sądzili niektórzy - mamy już (w mniejszym czy większym stopniu) za sobą. O postrzeganie komiksu w kategoriach dziecięcej igraszki. Krzysztof Ostrowski męczennikiem polskiego komiksu? Media przedstawiły go jako biednego chłopaka, który źle zrobił; etykietka "pana od brzydkich komiksów" powinna do niego przylgnąć na stałe (choć dziennikarze już się mylą i łatkę tę przylepiają Truścińskiemu). Antologia "Chopin New Romantic" punktem zwrotnym w dziejach komiksu w Polsce? Tak, ale tylko dla komiksiarzy.
Sytuacja była polityczną rozpierduchą. Kilkudniową. Była na językach, stała się podkładką pod kilka fajnych i mniej fajnych anegdot, ale szybko rozeszła się po kościach. I tyle. Komiksy nie utrwalą się w świadomości jak "złe" (lub - lepiej - "dla dorosłych"). Pozostaną produktem dla dzieci z adnotacją, że "aa, był taki jeden, z ch*****". Nawet straszna akcja "palenia nakładu" została cofnięta i skandalu międzynarodowego nie będzie. Nawet kompletny nieprofesjonalizm redaktora Jopka przeszedł bez echa - bo poza kilkoma opiniami krytycznymi, rzuconymi w jego stronę przez innych dziennikarzy - nie spotkały go żadne konsekwencje. A powinny.
"Chopin New Romantic" jest za to czymś, co kulturę gniewu, producenta albumu, utrzymało na fali wznoszącej. Styczeń to absolutna dominacja tego edytora ("Pinokio" Winshlussa), luty to owej dominacji kontynuacja. Dopiero w marcu dyskretnie do gry włącza się Egmont.
"Chopin New Romantic" stało się również kością niezgody w środowisku. Choć wydawałoby się, że wszyscy powinni stanąć za kulturą murem, wyłamał się Adam Radoń, krytykujący wydawcę i Krzysztofa Ostrowskiego i przewidujący brak dofinansowań podobnych projektów w przyszłości. Ale to temat na zupełnie inny tekst...

"Chopin New Romantic" to również - przede wszystkim - fajny komiks. Prezentujący niezły rozstrzał autorów, kilka ciekawych historii związanych z tematem i kilka równie interesujących, stojących obok chopinowskich pomników. Świetnie, że nakład nie zostanie przemielony i trafi do instytucji, zajmujących się kulturą. Będzie z niego pożytek.
Krzysztof Ostrowski

wtorek, 18 stycznia 2011

Epoka żółtego papieru

Autor: Sławomir Zajączkowski
W artykule „Dekada w komiksie - Polska” (Gazeta Wyborcza 2011-01-05) redaktor Wojciech Orliński stawia trafną tezę o solidnym europejskim poziomie polskich komiksów lat 70. i zerwaniu ciągłości rynku oraz karier twórców poprzez wprowadzenie przez generała Wojciecha Jaruzelskiego w 1981 roku stanu wojennego. Chciałbym rozwinąć tę tezę, tym bardziej że ciągle jeszcze zdarzają się w środowisku komiksowym przekonania o tym, że lata 80. były najlepszym okresem dla polskiego komiksu, pojawia się też szydzenie z osób (jak w przypadku redaktora Orlińskiego) i tez, które uważają, że Jaruzelski i jego ekipa przyczyniła się do załamania rynku wydawniczego (a co za tym idzie komiksowego) w Polsce. Złośliwe komentarze, że znów znalazł się ktoś, kto oskarża „bogu ducha winnego generała”, świadczą  o braku znajomości elementarnej historii lat 80. Stąd też trzeba przypominać tamte czasy co poniektórym komiksowym redaktorom forującym powyższy powierzchowny (by nie powiedzieć ostrzej) osąd, co jest smutne - wydawało się przecież, że lekcję z historii pt. „stan wojenny” mamy już za sobą, i nie ma co do niej sporu.
Oczywiście, polski komiks miał w końcu lat 70. zapóźnienia ilościowe w liczbie  wydawanych tytułów, nie mieliśmy dostępu do komiksów francuskich czy amerykańskich. Ominęły nas choćby utrzymane w estetyce pop-artu komiksy Estebana Maroto,  kontrkulturowa „Barbarella” czy undergroundowe prace Roberta Crumba.  Ale przecież trzeba na to spojrzeć jak na normę typową dla bloku państw socjalistycznych.
Kondycja polskiego komiksu końca lat 70. pozwalała przede wszystkim z optymizmem patrzeć w przyszłość.  Funkcjonował wtedy dobry komercyjny magazyn – „Relax”; do dziś w redakcjach gazet wśród dziennikarzy spotykam osoby, którym polski komiks kojarzy się z tylko i wyłącznie z „Relaxem”. Mieliśmy tasiemcowe serie komiksowe „Kapitan Żbik”, „Kapitan Kloss”, „Pilot śmigłowca”.  Szkołę realistycznego rysunku udoskonalał w kolejnych pracach Jerzy Wróblewski. Twarz Kapitana Żbika, jaką najczęściej kojarzymy z komiksów o dzielnym milicjancie rysowana jest właśnie kreską Wróblewskiego.
Z kolei Grzegorz Rosiński po osadzonych we współczesności komiksach o „Żbiku” i „Pilocie śmigłowca” rysuje komiksy o legendarnych początkach państwa polskiego, a w „Relaxie” o pierwszych polskich królach. Czy to nie właśnie te  twórcze doświadczenia z rysowania komiksów w stylistyce  baśniowo - wczesnośredniowiecznej  zdecydują o napisaniu specjalnie dla Rosińskiego przez  francuskiego scenarzystę Jean’a van Hamme’a  serii o „Thorgalu”. Czy jeśli w jednym z „Relaxów” nie byłoby rysowanego przez artystę komiksu „Zemsta wikinga” byłby możliwy taki scenariusz? Raczej nie. Wreszcie - czy jakiś uznany scenarzysta pisze w następnych dwóch dekadach scenariusz specjalnie dla polskiego rysownika?
Jeśli chodzi o komiks artystyczny też jest ciekawie – Tadeusz Kwiatkowski (scenariusz) i Jerzy Skarżyński (rysunki) publikują bardzo dobrego i dostrzeżonego za granicą „Janosika”. To po narysowaniu tego komiksu prof. Skarżyński zostaje nagrodzony na XI Międzynarodowym Salonie Komiksu i Animacji w Lucce we Włoszech, w 1975 roku. I znów - czy którykolwiek z polskich twórców w latach późniejszych za przygotowany na krajowy rynek komiks dostanie zagraniczną nagrodę?
W „Relaxie” publikuje głośny czeski artysta Karel Saudek (brat światowej sławy  fotografa Jana Saudka), którego prace nie odbiegają poziomem od prac wspomnianych na wstępie twórców amerykańskich.
Na ogólnopolskie łamy „Relaxu” trafia wreszcie znany jedynie na Pomorzu  Janusz Christa ze swym „Kajkiem i Kokoszem”. Gdański twórca przedstawi w magazynie także autorski komiks „Bajki dla dorosłych” oraz marynistyczny „Kurs na półwysep York”.  W „Relaksie” debiutuje uznany dziś artysta Marek Szyszko, a Tadeusz Baranowski opublikuje w magazynie parodię komiksu superbohatersiego „Orient-Men”.  W kioskach ukazują się komiksy Bohdana Butenki („Gucio i Cezar”) i Henryka Chmielewskiego („Tytus, Romek i A’Tomek”).
Lista komiksowych dokonań lat 70. nie jest może długa, ale potwierdza tezę o trzymaniu solidnego europejskiego poziomu.
Trzeba jeszcze wspomnieć o dobrej poligrafii ww. komiksów – komiksy były drukowane na dobrym papierze, z dobrymi kolorami, a w większym niż A4 formacie i na ekskluzywnym papierze wydrukowano „Janosika”.
Ciekawym zjawiskiem potwierdzającym taniość ale i wysoką jakość pracy polskich drukarzy lat 70. są tzw. klassikery – to komiksy drukowane przez zachodnich (głównie niemieckich i skandynawskich) wydawców w polskich drukarniach. Polska nazwa „klassiker” wzięła się od niemieckiej serii „Illustrierte Klassiker”, która m.in. była drukowana w polskich drukarniach. W stopce redakcyjnej tych komiksów drukowano notę „printed in Poland”, a część z nich  („Bonga”, „Wilhelm Tell”) „lewymi” kanałami trafiała na polski rynek i stanowiła nie lada gratkę dla czytelników – a raczej oglądaczy. Niewielu z nich znało przecież duński czy finlandzki język.
Załamanie komiksowego rynku przychodzi faktycznie wraz z wprowadzeniem stanu wojennego 13.12.1981 roku.  Przed omówieniem sytuacji w komiksach trzeba zdawać sobie sprawę, że stan wojenny oznaczał praktycznie likwidację całego rynku wydawniczego w Polsce.  Przez pierwsze miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego wydawano niewiele książek, a w kraju działała cenzura.
Czym było wprowadzenie stanu wojennego dla czytelników komiksu najlepiej widać na przykładzie Harcerskiej Gazety Nastolatków „Świat Młodych”, która tradycyjnie ostatnią stronę poświęcała na druk komiksu. Oznaczało ono po prostu zamknięcie gazety na kilka tygodni.  Kolejny numer gazety ukazał się po 2,5-miesięcznej przerwie (25  lutego 1982).  Po wprowadzeniu stanu wojennego zamknięto także sam „Relax” oraz  drugi magazyn komiksowy – „Alfę”.
Normalizacja następowała powoli. Tak bardzo zasłużony dla popularyzacji komiksu magazyn „Fantastyka” z komiksem „Funky Koval” ukazał się w październiku 1982 roku (czyli 10 miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego) . Wydrukowano w nim… zaledwie cztery plansze komiksu.
Pierwsze komiksy, jakie pojawiły się po wprowadzeniu stanu wojennego cechował widoczny spadek jakości poligraficznej. Komiksy były drukowane w czerni i bieli,  na ohydnym żółtym papierze z odzysku, i na małym formacie A5  (choć już w wcześniej – w 1980 roku w ten sposób wydrukowano komiks „Vahanara” J.Wróblewskiego i S. Weinfelda). Mowa tu o komiksach „Wywiadowca XX wieku” (1982) „Dr. Jeckyll & Mr Hyde (1983) „Przygody dobrego wojaka Szwejka” (1983). Papier i format musiał być nie lada dołującym przeżyciem dla czytelników, niektórzy z nich pamiętali przecież dobrze ilustracje Jerzego Wróblewskiego do „Wywiadowcy XX wieku”,  drukowanego wcześniej w kolorze, na dobrym papierze i w odpowiednim formacie w „Relaxie”.  W zasadzie w 1982 roku  tylko antologię „Ogień nad tajgą” wydrukowano w formacie A4 (1982). Kolejne lata przyniosły co prawda większy tradycyjny format A4 komiksów : „Diamentowa rzeka” (1983) „Faraon” (1984)  ale nadal drukowano je na żółtym brzydkim papierze.  Tak wydawali swe komiksy Marek Szyszko, Jerzy Wróblewski i Zbigniew Kasprzak. Ten ostatni rysownik, który wygrał konkurs redakcji „Relaxu”  któremu zaproponowano współpracę, niefortunnie zwycięskim komiksem (praca „Regenerit”) debiutuje właśnie na „żółtych stronach”.  Na ironię zakpiewa fakt, że pierwsza książka teoretyczna poświęcona komiksowi „Sztuka komiksu” (1985) K.T.Toeplitza, też miała żółty papier na okładce. Trudno o lepsze wyczucie – grafika okładki idealnie wpisywała się w komiksowe drukarskie standardy tamtych lat.
Publikacje połowy lat 80., chyba już na zawsze powinny kojarzyć się czytelnikom z żółtym papierem z odzysku. Dopiero około 1985 roku (a więc już po zniesieniu stanu wojennego) pojawiły się komiksy kolorowe: „Bogowie z gwiazdozbioru Aqariusa” Zbigniewa Kasprzaka (1985-1986)  „Herman Cortes i podbój Meksyku” (1986) Stefana Weinfelda (scenariusz) i Jerzego Wróblewskiego (rysunki), „Sąd Parysa” (1986) Jacka Bocheńskiego (scenariusz) i Marka Szyszko (rysunki), „Antresolka profesorka Nerwosolka” (1985r.) Tadeusza Baranowskiego czy spory wybór komiksów węgierskich.
Kolejną sprawą świadcząca o zapaści był fakt, że po stanie wojennym komiksów nie zamawiano – te które były drukowane, były tak naprawdę pokłosiem zamówień redakcji „Relaxu” i materiałów zgromadzonych z myślą o kolejnych numerach magazynu. Dwa największe wydawnictwa komiksowe: Krajowa Agencja Wydawnicza i Sport i Turystyka przez całe lata osiemdziesiąte nie miały pomysłu na stworzenie nowej koncepcji wydawania komiksów. Brakowało też zapewne pieniędzy – pamiętajmy o materialnej nędzy tamtych lat.  Gdy wyczerpały się zasoby redakcji „Relaxu” wznawiano w dużych nakładach „Tytusa” i „Kajka i Kokosza”, zbierano w książeczki komiksy Tadeusza Baranowskiego – znane wcześniej ze „Świata Młodych”.  Nowymi pracami niezwiązanymi już z „Relaxem” musiały być zapewne dopiero komiksy spółki autorskiej Wróblewski-Weinfeld z drugiej połowy lat 80. - „Czarna róża”(1888) i „Figurki z Tilos”(1988) oraz autorskie prace: „Ostatnia przystań” Marka Szyszko (1989) i „Binio Bill i Skarb Pajutów” (1990) Jerzego Wróblewskiego.
Działania wydawnictw były oceniane przez publiczność jako stanowczo poniżej jej oczekiwań. Panujące w latach 80. nastroje niedosytu doskonale odzwierciedla artykuł Jerzego Szyłaka „O polskim komiksie dużo i mało” opublikowany przez miesięcznik „Fantastyka” w maju 1988 roku. „Aby określić to, co się obecnie dzieje na polskim rynku komiksowym, wystarczą trzy słowa: przypadkowość, sporadyczność,  różnorodność” – pisał autor artykułu.
Dopiero pod koniec 1887 roku ukazuje się pierwszy zeszyt „Funky'ego Kovala” – pod szyldem magazynu „Komiks Fantastyka”. Znów jednak nie był to komiks premierowy, ale zebrana w album historia drukowana wcześniej w odcinkach. Jeszcze w 1988 roku we wstępie do 2 numeru magazynu (z komiksem „Yans” – też częściowo powtórki komiksu ze „Świata Młodych”) redaktor Fantastyki Adam Hollanek pisał:  „Kultura obrazkowa ma swoje obyczaje i prawa.  U nas te obyczaje i te prawa dopiero się kształtują, dopiero je sobie przyswajamy. Komiks ciągle pozostaje czymś nowym w naszej cywilizacji i kulturze (…)”. Czytając te słowa trudno oprzeć się wrażeniu, że staliśmy przez całą dekadę lat 80. w miejscu, a być może nawet się cofnęliśmy.
Kolejna sprawa to brak poszanowania praw autorskich. Tak chwalony za popularyzację komiksów „Świat Młodych” umieszcza w latach 80. utwory z pochodzące z rynku francuskojęzycznego, bez zgody pierwotnych wydawców (w ten sposób ukazują się fragmenty „Yansa” z rysunkami Grzegorza Rosińskiego). Nie szanuje się też własności autorów. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach drukarnie drukują komiksy techniką offsetową przy nakładaniu kolorów na tzw. blaudrukach (niebieskawych tekturkach). Do potrzeb składu konieczny jest oryginalna plansza i pomniejszony kolorowy blaudruk. Charakterystyczne czasem przesunięcia kolorów w wydawnictwach lat 80., dowodzą niechlujności w stosowaniu przez drukarzy tej technologii. Do  drukarni przekazywane są zawsze oryginalne komiksowe plansze (a nie, jak dziś, elektroniczne pliki), zdarza się że wracają do autorów dopiero po ich interwencji, czasem podniszczone. Czasem też nie wracają wcale – jak u rysownika Andrzeja Chyżego.
Jedynymi elegancko drukowanymi, na kredowym papierze, komiksami połowy lat 80. jest seria „Doman” (różni scenarzyści, rysunki Andrzej O. Nowakowski). Powód jest znów prozaiczny – komiks drukowany jest na drukarskich spadach (ścinkach) odzyskanych z produkcji przeznaczonej na eksport. Stąd też jego nieporęczny, nietypowy kwadratowy (!) format.
Mówiąc o stanie wojennym, koniecznie też trzeba wspomnieć o złamaniu życia osobistego i zawodowego wielu twórcom, a czasem też i zdrowia  – za co trzeba winić generała Jaruzelskiego i jego ekipę.  Niektórzy ilustratorzy z przyczyn politycznych, tj. zaangażowanie w ruch „Solidarności”, tracą w 1981 roku pracę, otrzymują „opiekę” służby bezpieczeństwa i mają zakaz publikacji rysunków w prasie lokalnej – aż do 1989 roku.
Komiksowy rysownik Tadeusz Raczkiewicz, zmuszony ciężkimi warunkami materialnymi wyjeżdża do Republiki Federalnej Niemiec, by pracować na budowie przy kryciu dachów. Jerzy Wróblewski podejmuje nieudane próby zainteresowania wydawców amerykańskich narysowanym westernem. Grzegorz Rosiński, stojący na progu światowej kariery i drukujący już „Thorgala” na rynek francuskojęzyczny, decyduje się emigrować, bo nie działa poczta i nie może wysłać do belgijskiego wydawcy zamówionych przez niego plansz. Jest to niewątpliwie dla twórcy traumatyczna decyzja, będzie o niej potem wielokrotnie wspominał w wywiadach - niemal przy każdej okazji.
Tak to wyglądało – zakaz pracy, emigracja za chlebem lub z konieczności (Tadeusz Raczkiewicz, Grzegorz Rosiński, Tadeusz Baranowski), brak możliwości druku w kraju, brak komiksowych wydawniczych inicjatyw, słaba jakość poligrafii, powtórki materiałów znanych już wcześniej z czasopism. Materialna nędza wydawców, czytelników i rysowników. Sądzę, że byli też twórcy, którzy wybierali wewnętrzną emigrację.
Moje skromne autorskie doświadczenia z komiksem też mieszczą się w normie tamtych czasów. W 1987 roku, gdy miałem 16 lat w moim LO zjawiają się dziennikarze lokalnej gazety „Wiadomości Skierniewickich”, proponując uczniom zabawę w dziennikarstwo i oddając do dyspozycji stronę gazety. Narysowałem dla nich komiks w odcinkach (10 pasków).  Pracę złożyłem w redakcji, pojechała ona następnie do Łodzi – do cenzora i do drukarni. Niestety w bałaganie zaginęła, a mnie poproszono o narysowanie pasków jeszcze raz.
Ciekawe w tym wszystkim jest też coś innego - wydaje mi się, że wtedy w latach 87-89 w wielu lokalnych gazetach było sporo pomysłów „oddolnych”, duża otwartość na współpracę, jestem pewien że w wielu redakcjach zastanawiano się też nad drukiem komiksów, sam rozmawiałem na ten temat z dziennikarzami mojej lokalnej gazety wielokrotnie mówiąc, że warto to robić. Chyba ich przekonałem, bo któregoś dnia jeden z redaktorów powiedział, że gazeta będzie drukowała komiksy dwóch zawodowych rysowników z Łodzi. W ten sposób „Wiadomości Skierniewickie” wydrukowały komiksy Wojtka Birka i Piotra Zdrzynickiego. Wydaje mi się, że zjawisko lokalnych, gazetowych komiksowych inicjatyw końca lat 80. nadal czeka na rzetelne opisanie i swego „odkrywcę”. To wtedy rodziła się inicjatywa brania rzeczy w swoje ręce, bez oglądania się na państwowe przedsiębiorstwa. Był to znak zbliżającego się przełomu.
Dopiero właśnie przełom mentalny, polityczny i gospodarczy roku 89/90 nadrabia zaległości schyłkowego okresu PRL-u, zapoczątkowane stanem wojennym. Pojawiają się wydawnictwo „Orbita” i  magazyn „Fantastyka-Komiks”.  Popularyzującą komiks publicystykę (głównie ale nie tylko) w „Fantastyce” uprawiają Maciej Parowski, Jerzy Szyłak i Wojciech Birek. W jednym z numerów „Komiksu-Fantastyki” debiutuje niezwykle dojrzałą pracą („Księga miecza”) Jerzy Ozga. Z kolei planszą z „Erna” tegoż autora – nie mającego jeszcze wówczas 20 lat (!) zilustruje swój artykuł o komiksach w „Polityce” Jerzy Szyłak.  „Ern” jest też wtedy w planach  wydawnictwa „Orbita” . Wydaje się po raz pierwszy, że w skali kraju nadciąga nowe pokolenie rysowników.
Szacunku dla pracy autorów komiksów nie udaje się jednak stworzyć. Umówmy się, że i w latach 70. nie wyglądało to najlepiej. W 1988 roku czytelnicy komiksów ze zdziwieniem czytają wywiad Macieja Parowskiego z Grzegorzem Rosińskim („Malowałem tyłem do obrazu”  - Komiks Fantastyka” nr 4/88) , w którym ten opowiada m.in. o swoim starcie w życiu na emigracji - „Konsul, u którego załatwiłem wizę, gdy usłyszał, czym się zajmuję, nie robił mi żadnych kłopotów, przeciwnie, pochwalił się zaraz obszerną kolekcją zeszytów Tintina pięknie oprawioną w skórę”, wspomina, że dzieciom nadaje się imiona jego komiksowych bohaterów, i że w prasie ukazują się komiksowe recenzje.  Twórca powtarza jeszcze te i inne „rewelacje” w późniejszym wywiadzie w „Rzeczpospolitej” (1994?) przeprowadzonym przez Barbarę Hollender oraz obszernym wywiadzie dla magazynu komiksowego „AQQ” (październik 1996) przeprowadzonym przez Witolda Tkaczyka i Łukasza Zandeckiego). Po roku 1989 w kraju ciągle pokutuje jednak przeświadczenie, że komiksy rysownicy rysują hobbystycznie, dla przyjemności - a skoro tak, nie mogą żądać poważniejszych wynagrodzeń.  Podobnie jest na wyższych uczelniach, gdzie komiks nie traktowany jest poważnie. Rysownik Krzysztof Wyrzykowski wspominał mi, że nawet gdy on studiował na gdańskiej ASP, co miało miejsce przecież już w latach 90., przyznawanie się do rysowania komiksów nie było mile widziane przez wykładowców. Walka twórców o uznanie dla ich pracy zajmie im następne dwie dekady. Podobnie jak odbudowa komiksowego rynku – będzie ona rodzić się stopniowo, minie kolejne 10 lat nim uznanie na rynku zdobędą nowe komercyjne magazyny („Świat Komiksu” zacznie ukazywać się w  1998,  a „Produkt” w 1999 roku)  a wydawnictwa zaproponują szerszy wybór komiksów zachodnich i polskich autorów.
Gdyby nie ogłoszenie stanu wojennego i zapaść kulturalno-gospodarcza, jaka temu wydarzeniu towarzyszyła, po świetnie zapowiadającym się okresie lat 70., komiksowy rynek rozwijałby się w bardziej zrównoważony sposób, a w kolejnych trzech dekadach twórcy i wydawcy nie zderzaliby się z tak wielką liczbą problemów.
Sławomir Zajączkowski - scenarzysta komiksów „Łupaszka.1939”, „Korfanty”, „Wyzwolenie?1945”.

wtorek, 11 stycznia 2011

Zanik kultury komiksowej II

Autor: Dominik Szcześniak
Ostatni numer "Ziniola" pojawił się w sprzedaży. Jakie są powody zamknięcia magazynu - o tym pisałem we wstępniaku do rzeczonego numeru. Dla tych, którzy nie kupili, wspomniany tekst publikujemy. Poza uzasadnieniem zamknięcia numeru, znajdziecie w nim również nieco informacji na temat jego zawartości. Miłej lektury:
Drogi czytelniku!
Numer, który trzymasz właśnie w rękach za sprawką szybkiego pomysłu miał być pierwszą w dziejach „Ziniola” antologią tematyczną. I w pewnym sensie oraz w dość dużym stopniu nią jest. Zamieszczone na łamach numeru komiksy „Spotkanie z kapitanem”, „Wszyscy jesteście gwiazdorami”, „Fotostory”, „Generał”, „Nietoperzowy tunel”, jak również kącik Otoczaka i okładka mają jeden wspólny mianownik, który zapewne wychwycicie podczas lektury. A właściwie nie mianownik, lecz wołacz. O!
Komiksy, skupiające się na jakimś temacie oraz antologie tego rodzaju komiksy publikujące od zawsze uważałem za dziwolągi, gromadzące prace wymuszone, przez co kompletnie nieciekawe. Dziesiąty „Ziniol” rozprawia się z tą tematycznością w sposób absolutnie niestandardowy. Sposób, który sprawił mi niesamowitą frajdę jako scenarzyście. Z tego, co wiem, równie dobrze bawili się rysownicy. Teraz wasza kolej, drodzy czytelnicy.
Dwa miesiące. Tyle czasu zajęło wymyślenie, napisanie i narysowanie tych komiksów przez kilku ludzi dobrej woli. Moim nieobiektywnym zdaniem, materiał powstał wyśmienity. Spójrzcie na kreskę Piotra Nowackiego, na jej cartoonową ewolucję. Na superbohaterów w wykonaniu coraz sprawniej śmigającego w komiksie Tomka Kleszcza. Na kolejną twarz Macieja Pałki. Na bardziej ascetycznego niż zazwyczaj Rafała Trejnisa. Na Grzegorza Pawlaka, za którego już się wzięli zagraniczni wydawcy. Dostajecie antologię prac zdolnych ludzi. Cholernie zdolnych ludzi. Na papierze, drodzy czytelnicy.
Te historie, w takiej formie mogłyby powstawać dalej. Mogłyby być publikowane na łamach magazynu regularnie. Mogłyby później zostać zebrane w albumy i mógłbyś je, drogi czytelniku postawić sobie na półce.
Mógłbyś, gdybyś, drogi czytelniku, nie nawalił.
A jako, żeś nawalił, możesz sobie teraz śmiało zadać pytanie: To koniec?
A ja na takie pytanie odpowiem: Na razie tak.
Bardzo dziękuję tym, którzy byli z „Ziniolem” przez te dziesięć numerów w oficjalnej dystrybucji; jeszcze bardziej tym, którzy wspierają nas od numerów pięćdziesięciu, wliczając te z czasów xero. Jeśli zatęsknicie, zawsze możecie zapukać do drzwi cybersferycznej wersji „Ziniola”. Prezentujemy tam dużo fajnych rzeczy.
Wspomniałem na początku, że nie do końca wyszło nam to tematyczne zaangażowanie w antologię. A to dlatego, że w numerze znajdziecie komiksy i teksty, które z hasłem przewodnim owej tematyczności nie mają nic wspólnego. Ale za to jakie to są komiksy i jakie teksty! Przede wszystkim zwracam uwagę na felieton Kuby Jankowskiego. Gdybym nie był naczelnym i nie musiał akceptować wszystkich artykułów, zapewne napisałbym to samo, co Kuba. Ubiegł mnie. Wyrolował. Kazał lać wodę we wstępie i odebrał setki słów, które cisnęły mi się na język. Brawa dla niego.
Dajemy wam również fantastyczne komiksy portugalskie, które towarzyszyły nam od samego początku. Koledzy z Portugalii – dzięki! Dajemy wam TOP 5 najlepszych komiksów wydanych w Polsce. I ostatni odcinek cyklu „Grzebiąc pod ziemią”.
Tym, którzy sądzą że zawieszenie działalności „Ziniola” ma związek tylko i wyłącznie z kiepską sprzedażą tytułu, przypomnę sytuację sprzed równo dwóch lat: Łukasz Chmielewski, redaktor Alei Komiksu, zupełnie serio odczytał podtytuł magazynu na okładce narysowanej przez Norma Breyfogle’a jako „Zanik kultury komiksowej”. I wówczas tę tezę, jakoby kultura komiksowa zanikała, stanowczo odrzuciłem. Dzisiaj, równo po dwóch latach stwierdzam, że była jak najbardziej trafna w kontekście przyszłościowym. Zanik kultury właśnie następuje. Pokazała to internetowa akcja związana z „Konstruktem”.
A skoro kultura komiksowa zanika, to niech i „Ziniol” spocznie sobie w grobie.

niedziela, 9 stycznia 2011

To generał Jaruzelski zabił polski komiks!

Autor: Maciej Pałka
ach ten jaruzel
Pamiętacie zapewne mem, który w komiksowie robił furorę na początku roku 2009. Przez pewien czas cały komiksowy półświatek huczał hasłem "kto zabił polski komiks?". W końcu, po prawie dwóch latach doczekaliśmy się reakcji w Gazecie Wyborczej. Wojciech Orliński w swoim podsumowaniu dekady orzekł, że wszystkiemu jest winien generał. Otóż, okazuje się, że po pierwsze „w latach 70. nasz komiks trzymał solidny europejski poziom”. Już w tym momencie zapala się czerwona lampka, ale rozumiem skrót myślowy. Nie byliśmy jeszcze AŻ TAK bardzo opóźnieni w stosunku do świata. Jedynie około 30 lat w plecy, małpa w mundurze i propagandowe zeszytówki. Ponadto biorę pod uwagę filtr gloryfikowania czasów dzieciństwa zastosowany przez Orlińskiego.
Czytam dalej i dowiaduję się, że "lata 80. to czas emigracji czołowych rysowników (m.in. Grzegorza Rosińskiego)". I tutaj wyświetla się już pulsujący alert z napisem WTF! Nie można nie polemizować z takimi bzdurami, tym bardziej że na przykład seria daenikenowska, rysowana przez Polcha na eksport, powstała w latach 1978-82, a Funky Koval ukazywał się w latach '80. W Polsce. Tadeusz Baranowski co prawda próbował swoich sił jako sidekick Rosińskiego, ale to w Polsce ponurych lat '80 opublikował 6 albumów wydawanych w setkach tysięcy nakładu przez MAW. Podobnie Christa, mimo propozycji zasuwania za dolary na franczyzie PIFa wydał w Polsce kilkanaście albumów, czy to o przygodach dzielnych wojów, czy też dzielnych marynarzy (Gucek i Roch - bo przypominam, że ciągle mówię o latach '80). Jerzy Wróblewski to samo - kilkanaście albumów. Zbigniew Kasprzak emigrował dopiero w 1992 roku! Wszystko można sobie sprawdzić choćby w wikipedii, oczywiście jeśli ktoś nie pamięta.
Czytamy dalej, kolejną bzdurę: "...gdy zlikwidowano czasopismo "Relax", na komercyjnym rynku nic go nie zastąpiło aż do końca stulecia"! Z kontekstu artykułu wynika, że chodzi o budowanie i wspieranie polskiego komiksu. Taką funkcję do początku lat '90 spełniały „Świat Młodych”, „Komiks Fantastyka” i molochy KAW, MAW oraz Sport i Turystyka, które wydawały albumy polskich autorów. Tak więc, dekada lat '80 patrząc na całą historię polskiego komiksu nie jest taka tragiczna, jak maluje ją Orliński. Wręcz przeciwnie, w porównaniu zarówno z latami '70 (małpa w mundurze) i '90 (wielka smuta) wypada zdecydowanie na plus. Dla wielu czytelników jest wręcz złotą erą polskiego komiksu. Zgadzam się, że wraz z upadkiem polskiego komiksu nastąpiło zerwanie ciągłości, zwłaszcza tej najważniejszej dla twórców, czyli relacji mistrz-uczeń. Jednak obwinianie (w tym przypadku) bogu ducha winnego generała jest kreowaniem rzeczywistości porównywalnym z kontrowersyjną konstruktową inżynierią. To nie przez stan wojenny zerwana została ciągłość a w całkowicie innych realiach - na początku lat '90. Dla mnie jako twórcy właśnie najbardziej tragiczne jest, że wspomniana (bezdyskusyjna) utrata ciągłości nastąpiła nie pod przymusem emigracji, ale poprzez wycofanie się twórców aktywnych w latach ’80, którzy zahibernowali się na kolejnych 20 lat i wracają dopiero teraz, głównie za sprawą wydawnictwa Ongrys. Przypomnę tylko, że Tadeusz Raczkiewicz w latach ’90 pracował jako budowlaniec w Niemczech, o Jacku Skrzydlewskim słuch zaginął a Krzysztof Kopeć do dziś z łezką w oku wspomina nakłady i dochody z czasów uprawiania komiksu za zdychającej komuny. To nie upadek „Relaxu” stanowi więc cezurę, a upadek studia Polcha pracującego nad komiksową adaptacją „Wiedźmina”. Różnica czasu - bagatela, kilkanaście lat. Wojciech Orliński swoimi artykułami przyczynił się do popularyzacji i nobilitacji komiksu pewnie na równi z wszystkimi edycjami sympozjum komiksologicznego. Tym bardziej szokuje mnie niefrasobliwe naginanie faktów.
Wchodzimy właśnie w nową dekadę. Zgodnie z niepisana zasadą, poprzednia dekada przestaje być obciachowa. Znajduje to również odbicie w postrzeganiu polskiego komiksu.
Nagle lata '90 z epoki wielkiej smuty i mentalnej koniobijki mistrzów pierwszej planszy stają się "najbardziej kreatywnym i różnorodnym okresem w historii polskiego komiksu". Dekada '80 zostaje zdegradowana jako czas upadku, a znów lata '70 awansują do miana wspominanych z nostalgią legendarnych czasów. Na szczęście już w 2021 sinusoida znowu dygnie i moja wizja świata ponownie stanie się aktualna.

wtorek, 5 października 2010

Odeszła pani z "Samego życia"

Autor: Dominik Szcześniak
Wczoraj jedna pani odeszła z redakcji "Samego życia". Blondyna w ciąży, imienia nie znam. Swoją decyzję uargumentowała dwukrotnie. Przy pierwszym podejściu stwierdziła (wybaczcie, cytuję z pamięci), że nowy profil gazety kierowanej przez (prawdopodobnie) nową panią redaktor jest bardzo komiksowy. Przy drugim, zastosowała swą metaforę w sposób bardziej "penetrujący" i rzuciła w stronę swoich kolegów tekst, by się nie sprzedawali, wszakże tak długo pracowali na nazwisko, a teraz będą brać udział w takim komiksowym chłamie, jak z jakiegoś głupiego komiksu.
Byłem z dala od własnych czterech ścian. Oglądanie "Samego życia" spadło na mnie dość przypadkowo - zwykle nie planuję sobie tego rodzaju przyjemności. Towarzyszące mi osoby, widząc lekkie zażenowanie postawą ciężarnej blondyny i dość ostre reakcje na jej durnowate porównania z mojej strony, uspokajały mnie mówiąc:
- Nie ma co się denerwować. Zostaw. Zostaw blondynę.
Na co konsekwentnie odpowiadałem:
 - Jak nie ma? Takie "Samo życie" miliony ludzi ogląda. Zdanie ciężarnej blondyny - z którą jeszcze być może sympatyzują - będzie dla nich kluczowe w wyrabianiu poglądów na komiks.
Podobna wymiana zdań trwała jeszcze chwilę. Skończyła się zgodnie, bo ostatecznie wszystkich ucieszyła wiadomość, że blondyna z redakcji odchodzi. Operując nieznaną sobie terminologią, nie dała by rady w tak renomowanej gazecie, jak "Samo życie". Niech spada. Krzyżyk na drogę.
Problem znany jest ani nie od dziś, ani nie od ostatniego przeboju Natalii Kukulskiej, ani od krótkich polecanek Konrada J. Zarębskiego w "Gazecie Wyborczej". Przeglądając archiwum kseroprasy natrafiłem na artykuł "Dwie różne sprawy", którego autorem był ukrywający się pod pseudonimem Stefan Rzemiosło ja. Artykuł dzięki uprzejmości redaktora Skutnika opublikowany został w magazynie "Vormkfasa" nr 16 (jesień 2000, str.27), a jego treść - zahaczającą o powyższy temat - pozwalam sobie przytoczyć poniżej:
Ale komiksowy film widziałem...
Dwie różne sprawy
Coraz częściej panowie z różnych branż publicystycznych używają w swoich wypocinach przymiotnika "komiksowy". Jest to najwyraźniej jakiś nowy przymiotnik, zwłaszcza, że wchodzi w związki z takimi rzeczownikami, jak np. film. Nie wiem jak reszta społeczeństwa, ale ja sądzę, że komiksowy może być tylko komiks, w dodatku komiks zrobiony na poziomie. W załączniku telewizyjnym do "Gazety Wyborczej" czytamy: "Człowiek ze złotym pistoletem to jeden z najbardziej komiksowych Bondów: z bajeczną wysepką u brzegu Chin, z ekspresjonistycznymi dekoracjami i wesołomiasteczkowym labiryntem". Tak... bajeczna wysepka to idealny charakteryzator komiksu. Każdy komiks jest bajeczny... no tak, niezła bzdura, choć - patrząc na brak jakichkolwiek ludzkich odruchów (pierdzenie, spluwanie, drapanie, swędzenie) w wycyckanym komiksie amerykańskim pt "Superman" - niby nie ma się czemu dziwić. Inaczej rzecz ma się z ekspresjonistycznymi dekoracjami, w końcu komiks czerpie praktycznie ze wszystkiego. Po co go tak szufladkować, stwarzając pozory kolejnego stałego i zawsze na miejscu charakteryzatora? A wesołomiasteczkowy labirynt? Miejska sielanka, uśmiechnięte twarze między biurowcami? Czy tak jest zawsze? Dajcie spokój... Można powiedzieć, że Batman to był komiksowy film, choć i tak będzie to stwierdzenie wynikające tylko i wyłącznie z faktu, że jedno zaadaptowało drugie, a nie oznaczające komiksowość tego filmu. Film Burtona (przykładowo, ale z innymi jest tak samo) nie miał w sobie nic z komiksu - nie da się zrobić komiksowego kadrowania, komiksowego montażu, komiksowego dźwięku (!) Zekranizowany Batman odintegrował się od komiksu kompletnie. Dwie różne sprawy.
Jeszcze jeden przykład, z tej samej gazety, lecz tym razem nie o filmie komiksowym, a o takiej reklamie (komiksowa reklama - za takie zestawienie każdy komiksiarz powinien się obrazić i jeszcze w ryja dać). Tym razem autor porównania upatrzył sobie reklamę napoju 7up (tę z idiotycznym kolesiem, który zamiast kobietę całować, wlewa jej do gardła ciecz z zielonej puchy) i stwierdził, że "poszczególne sceny przypominają klatki komiksu". Kto widział tę reklamę sam już wie, jak przypominały... Może na storyboardzie tak było, ale za takie przed-filmowe rozplanowanie ujęć w stylu komiksowym nie należy "dołować" powstałego potem filmu. Bo to dwie różne sprawy. Na usprawiedliwienie można dodać, że autor zastosował w tym przypadku przymiotnik komiksowy w sensie jak najbardziej pozytywnym, reklamę pochwalił, a sposób jej wykonania wyniósł na piedestał. Cóż... gust to gust, ale komiks i film/reklama to jednak dwie różne sprawy.

czwartek, 2 września 2010

Moja mała grecka wycieczka

Autor: Bartłomiej Kuczyński

Mój wyjazd na festiwal Comicdom w Atenach, mimo iż na długo przed terminem ustalany, przez długi czas pozostawał w sferze zupełnej
abstrakcji, czyli tam, gdzie się sam pomysł zrodził. Zaproszenie rzucone przez ludzi poznanych na MFK nagle nabrało realnych kształtów i uformowało się w trzy bilety lotnicze, nocleg i kilka nowych kontaktów. Początkowo planowany krótki, weekendowy pobyt przedłużył się dzięki uprzejmości Eyjafjallajokull, który zablokował przestrzeń powietrzną Europy i sprawił, że komiksowe Ateny, jak również ludzi stojących za tym wszystkim poznałem bliżej, niż się spodziewałem. Przez ten krótki pobyt nie stałem się wcale ekspertem od komiksu greckiego i jego historii, ale otworzył się przede mną zupełnie nowy świat; taki, o którym nie miałem najmniejszego pojęcia.


Comicdom Con to największy i zdaje się jedyny taki festiwal komiksu w Grecji, choć wiem iż z zazdrości Tesalończycy pilnie rozmyślają nad
drugim festiwalem u siebie. Mimo, iż odbywał się dopiero po raz piąty (zastąpił inny, dużo większy, ale i dużo bardziej kosztowny), był bardzo dobrze zorganizowany i przygotowany, a jedyny minus to brak klimatyzacji w sali spotkań z gośćmi. Patrząc na rynek komiksowy w Grecji, można odnieść wrażenie, że nie jest bardzo rozwinięty i znajduje się w tym samym miejscu w którym my byliśmy w złotym okresie TM-Semic i "Produktu" - niby coś się dzieje, ale jednak tego nie widać. Obserwując festiwal miałem jednak bardzo rozbieżne przemyślenia.

Z jednej strony jest tych kilka komiksów wydawanych po grecku (od święta) i jeden festiwal. Wśród 11 milionów mieszkańców jest również kilku zapaleńców którzy uwielbiają czytać komiksy. W kraju, w którym w dwóch aglomeracjach żyje połowa ludności kraju, a reszta jest rozsiana po
pustkowiach trudno się dziwić kiepskiemu rynkowi niezbyt popularnego medium. Niemożliwym jest organizowanie innych festiwali, a dystrybucja komiksów jest po prostu nieopłacalna dla wydawców. Całe życie komiksowe kręci się więc wokół Aten i Salonik, a i tak jest to dla współczesnych Greków stosunkowo nowa gałąź sztuki i komiksu na ulicach nie widać.

Z drugiej strony jednak jest festiwal - od początku międzynarodowy - na którym pojawiają się pierwszoligowi gracze: Peter Milligan, John Romita
Jr, Jean Schulz, David Lloyd, Mark Buckingham i wielu innych, czyli impreza startuje z wysokiego pułapu! Komiksy wydawane są w bardzo dobrej jakości; nie ma półśrodków, takich jak kiepski papier. Wydawane są pozycje topowe, świeże. Uzupełnieniem całości jest mnogość figurek i statuetek możliwych do nabycia i na festiwalu i w sklepach komiksowych. Tak, figurki ze "Zmierzchu" tez były...


To, co jednak tworzy dobry festiwal to ludzie, a poznałem ich wielu. Miałem wielkie szczęście poznać najlepszych z nich i spędzić z nimi trochę czasu, nie tylko festiwalowego. Bardzo zdolni młodzi i nieco starsi artyści, którzy nie bardzo mają jak i po co się zaprezentować, a jednak próbują. Z powodzeniem. Nie tylko w wydawanych własnym sumptem zinach czy nawet albumach, ale i na świecie, jak choćby w antologii "Flight" czy dla wydawnictwa IDW.

Podczas samego festiwalu niesamowite dla mnie było zainteresowanie i zaangażowanie w trakcie spotkań z gośćmi. Pomimo stosunkowo niewielkiej
liczby uczestników Comicdomu, sale spotkań były zapełnione po brzegi i nawet miejsce stojące trudno było znaleźć, a żadne spotkanie nie kończyło się zapadnięciem takiej krępującej ciszy... Pytania od gospodarzy i od publiczności padały w ogromnej ilości, a pytający wykazywali się olbrzymią wiedzą o tym, co się dzieje w komiksowym świecie i czego konkretnie chcą się dowiedzieć. Zastanawiałem się, czy ten entuzjazm wynika z głodu komiksu jako takiego i zafascynowania świeżym skądinąd medium? A może to takie umiłowanie do otwartego rozmawiania o swoim hobby i naturalne zainteresowanie? Jakby nie było, trochę odmiennie to wyglądało od rodzimych spotkań z twórcami. Poważnie, widziałem ich trochę.


Część nieoficjalna każdego dnia Comicdomu pozwalała mi na bliższe poznanie greckich rysowników, a rysunki i serdeczne przyjaźnie, które z tych właśnie wieczorów przywiozłem do Polski już wtedy zrodziły myśl, że chciałbym w jakiś sposób pokazać w Polsce co potrafią. Zaskoczeniem wielkim było dla mnie spotkanie rodaka, Tomka, który po wyjeździe z kraju osiedlił się w Atenach i związał swoje komiksowe życie z tamtym rynkiem. Jak zauważyłem, całkiem dobrze sobie radzi i zgarnął kilka nagród zarówno na festiwalu jak i przed nim. Po powrocie do kraju bardzo chętnie dzieliłem się wrażeniami i linkami do greckich artystów. Zaowocowało to pytaniem Pawła Timofiejuka: a może pogadasz z nimi, to zrobimy grecki numer "Ziniola"?

No i pogadałem. Poznałem przy okazji kilku nowych rysowników, a każdy z nich z entuzjazmem odpowiadał na moją propozycję i, co mnie bardzo
cieszy, nikt nie odmówił, a materiału dostałem więcej niż oczekiwałem. Brakuje tylko jednego rysownika, który nie zdążył przetłumaczyć komiksu na angielski, ale liczę że i tak to zrobi i ukaże się w kolejnym "Ziniolu". Wielkie natomiast podziękowania powinienem złożyć nestorowi greckiego komiksu i mentorowi wielu młodszych twórców, Eliasowi Tabakeasowi, który mimo słabego zdrowia, bez mrugnięcia okiem stworzył i przesłał mi artykuł o kilkadziesiąt tysięcy znaków obszerniejszy, niż się spodziewałem. Niezwykła życzliwość, a jednak bardzo charakterystyczna i dokładnie taka, jaką poznałem podczas pobytu w Atenach. Mam szczerą nadzieję, że polskim czytelnikom spodoba się nowy "Ziniol", a ja będę mógł zaprezentować więcej świetnego, greckiego materiału.

Na fotografiach:
1.
Alexia Othonaiou i Spiros Derveniotis,
2. Po prawej: John Romita Junior,

3. D'Israeli i Kyle Hotz,

4. Box niezależnego wydawnictwa Giganto Books wydającego ziny i albumy greckich rysowników.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Piguła - komiksowa prasówka (12)

Autor: Dominik Szcześniak


To głównie w blogosferze tętnią ostatnio wydarzenia komiksowe. Zanim zredagowany nius zawiśnie w serwisie, zainteresowani poznają ważne dla komiksowego świata fakty właśnie poprzez mniej lub bardziej spontaniczne wpisy autorów/wydawców/redaktorów na blogach, twitterach, czy facebooku. A poza wydarzeniami, pełno tam ciekawostek, komiksów, notek, czy też wreszcie zwykłej gadaniny. I tak na przykład świetne projekty postaci i komiks z szuflady wyciąga Jaszczu, o zajęciu drugiego miejsca w konkursie na komiks podkarpackiego RPO informuje Kolec, a zupełnie nowy blog, poświęcony Osiedlu Swoboda stawia Śledziu.

Blogowy rodowód ma również informacja o przełożeniu Festiwalu Komiksowa Warszawa na najbliższy weekend. Ekipa "Ziniola" będzie na tej imprezie dostępna, podobnie zresztą jak na LeSzKu, którego wstępny program lada dzień powinien pojawić się na odświeżonej stronie imprezy.

Z aktualności ziniolowych - jutro powracają "Przygody Leszka", tak więc zapraszam przed monitory o bliżej niesprecyzowanej godzinie. Od przyszłego tygodnia natomiast zmieni się formuła "Piguły", która przepoczwarzała się co chwila, będąc a to subiektywną prasówką, a to felietonem, a to wreszcie krótkim zbiorem niusów. Bywają takie tygodnie, kiedy po prostu nie ma czego komentować, nic się nie dzieje i jedyną opcją jest mamienie czytelnika jakąś zapchajdziurą, w związku z czym poważnie zastanawiam się nad tym, aby "Pigułę" uczynić nieregularnikiem. Wciąż publikowanym w poniedziałek, ale już nie każdy. Zobaczymy co z tego wyniknie. A tymczasem... nie ma co gadać, w najbliższy weekend widzimy się w Warszawie.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Piguła - komiksowa prasówka (10)

Autor: Dominik Szcześniak

Polskie święta to okres, w którym łatwo można się pomylić, jednak obiektywnie na sprawę patrząc, to z czym mamy do czynienia dzisiaj: a) to nie jest poniedziałek; b) nie jest to z całą pewnością godzina siódma rano. A w związku z tym doszło do gwałtu na pigule.

A skoro gwałt, to pozwolę sobie konkretnie odejść od tematu i nie pisać o tym, że "w minionym tygodniu nic ciekawego się nie działo", nie besztać serwisów i nie wspominać o nadchodzących premierach czy imprezach. Wrócę natomiast do tematu komiksu polskiego. Pomęczę kwestię, pewnie już ostatni raz.


Otóż, jestem w trakcie lektury "Osiedla swoboda" (recenzja niebawem - choć sama recenzja to bardzo niewiele, jak na komiks takiego kalibru), na stronicach którego Śledziu - produktowym zwyczajem - wściubia miliony swoich przemyśleń w formie paska u dołu strony; przemyśleń, które idealnie przygrywają narysowanym przez niego planszom i wbijają się w ten sam anegdotyczny rytm. Soczyste, barwne to wszystko bardzo. I Śledziu pisze również o komiksie polskim i jego śmierci. Z czyich rąk? No właśnie. Śledziu bezpośredniej odpowiedzi nie daje (a może da? połowa komiksu przede mną), ale daje nam soundtrack do swojego komiksu. Tymczasem ja mam soundtrack nieco inny i być może kompletnie odmienny od zamierzeń autora. Soundtrack bardziej sytuacyjny, bo i komiks i płyta, o której za chwilę, padły moją zdobyczą mniej więcej w tym samym czasie.


Mój szacunek do twórczości Grabaża poszedł sobie chyba o krok za daleko, bo w przypadku "Dodekafonii" nie tylko nie oddawałem się pirackim pląsom, co zignorowałem zupełnie oficjalne teledyski. Przed zakupem płyty nie wiedziałem o niej nic, poza tym, że jest.


Teraz wiem, że jest świetna. I że - abstrahując już od tego, jak fajnie słucha się idealnie skrojonych słów w idealnie spreparowanych dźwiękach oraz jak fajnie wiedzieć, że ktoś myśli podobnie - mówiąc o relacji twórca/odbiorca celnie strzela komiksowi polskiemu w głowę.


Kto zabił polski komiks?

Strachy na Lachy "Żyję w kraju" - posłuchajcie. Druga zwrotka. Fonia i wizja.

poniedziałek, 29 marca 2010

Piguła - komiksowa prasówka (09)

Autor: Dominik Szcześniak


Serwisy internetowe stapiają się w jeden. Wczoraj przemeblowana została Gildia i nie mogę oprzeć się wrażeniu deja vu, przechodząc z rzeczonego serwisu na Komiksomanię czy Polter. Efekt potęguje ta sama ilość tych samych niusów, skłaniających do postawienia pytania czy nie lepiej byłoby, żeby te wszystkie podmioty rzeczywiście scaliły się w jeden, prężny i potężny? W minionym tygodniu Gildia podchwyciła temat gościa Komiksowej Warszawy - Jeffa Lemire'a, informując m.in. o udostępnionym w sieci bezpłatnie pierwszym zeszycie serii "Sweet Tooth" jego autorstwa, Aleja Komiksu wygrzebała ciekawostkę o kujawskich komiksach, a Komiksomania zamieściła świetny wywiad z Neilem Gaimanem. Wszystko to fajne, ale ginie w powodzi wałkowanych w kółko tych samych niusów, tych samych ogłoszeń i informacji. Serwisy! Czy nie ma opcji zbratania się i dorzucenia do wspólnego worka tego, co najlepsze?

Powyższe pytanie zadaję spontanicznie i na luzie. Do głowy przychodzi mi jeszcze w tym momencie bardzo istotna kwestia, różniąca ww. serwisy - każdy z nich posiada swoje własne grono odbiorców, niekoniecznie pojawiające się na terenach przeciwnika. Swoich zagorzałych fanów, zainteresowanych mainstreamem i zeszytówkami, a gardzących komiksem polskim posiada Aleja Komiksu; swoje grono forumowiczów wychowała sobie Gildia; a i Komiksomania ma własnych, utrzymanych w konwencji onetowych trollów, komentatorów. Widać więc jest jakaś różnica między serwisami komiksowymi, której być może nie dostrzegam...

Dostrzegalna była natomiast stagnacja w kwestiach publicystycznych i informacyjnych w minionym tygodniu. Ale co nieco ruszyło się w związku z samymi komiksami - do projektu Dennisa, który póki co rozwija się pomyślnie dzień po dniu, kadr po kadrze, dołączył (na razie w zapowiedziach) komiks, którego jestem współautorem, a którego rysowaniem zajmuje się duet twórczy Maciej Pałka i Paweł Wojciechowicz. Rzecz nazywa się "Degrengoland". Jej fragment, rysowany jeszcze przez Macieja (ta wersja służy obecnie rysownikom jako storyboard) opublikowany został z "Zinie sTRACH!u". Na dobry koniec dzisiejszej Piguły i z boku i u dołu - kadry z drugiego odcinka "Degrengolandu" zatytułowanego "Co wydarzyło się w Nesztele - Sztele".


poniedziałek, 22 marca 2010

Piguła - komiksowa prasówka (08)

Autor: Dominik Szcześniak

Na wstępie chciałbym wspomnieć o czymś, co mnie w minionym tygodniu zaskoczyło. Mowa o prawdziwym, komiksowym publicystycznym mięchu, którego w sieci od bardzo dawna nie było. Łukasz Babiel 15 marca na Motywie Drogi opublikował artykuł "Znaj swoje memy", będący zdystansowaną analizą naukową najciekawszych pojęć polskiego komiksu ostatnich lat. Pojęć, które powstawały na linii starć jednych rysowników z innymi, czy też w forumowych przepychankach. Pojęć, takich jak "plecy konia", czy "promienie z dupy", które w sumie weszły już do języka potocznego, tak jak kiedyś wchodziły powiedzonka z komiksów Tadeusza Baranowskiego. Artykuł rzeczowy, wyczerpujący, sprawnie kreślący rys historyczny memów czyta się znakomicie. Wszystkich, którzy jeszcze się z nim nie zapoznali - zachęcam. A redakcji Motywu życzę więcej tego typu ożywczych akcji.

Pozostając w temacie artykułów - 12 i 14 marca The AAUGH blog zanotował dwa wejścia poświęcone polskim "Fistaszkom", wersji z 1984 roku. The AAUGH blog bada wszystko, co z serią Schultza związane, więc jego autor - po nabyciu "Trzeciego spotkania" dzieli się z czytelnikami wrażeniami z lektury. Zwracając uwagę na fakt przerysowania oryginalnych pasków, stwierdza również, że sam design, czy liternictwo jest fajne. Sprawdźcie te teksty. Sprawdźcie co wspólnego mają "Fistaszki" z "Avatarem". "Trzecie spotkanie", jako że przerysowane, jest zasadniczo komiksem polskim. Tak więc można powiedzieć, że komiks polski miał swoje 5 minut na świecie.


Ani jednej zdaje się nie mieć natomiast w Polsce. Kondycjomierz komiksu polskiego niezmiennie wskazuje zero. Miniony tydzień w tym temacie zaserwował nam dwie ciekawe akcje: forumową wymianę zdań na Alei Komiksu oraz powstanie bloga - happeningu zatytułowanego "Polski komiks ssie". Obie inicjatywy to podjazdówki w walce wielbicieli komiksu polskiego z jego zagorzałymi przeciwnikami. Choć być może precyzyjniej byłoby określić wielbicieli jako tolerancyjnych gości, mających świadomość istnienia różnych komiksowych gatunków, a przeciwników jako tępych konserwatywnych krzykaczy, nie potrafiących swoich zarzutów uzasadnić i wykazujących się brakiem szacunku do autorów. Generalnie całą sytuację należy przemilczeć, nie zabierać głosu, spasować. I tak też uczynię po wyłożeniu pewnego spostrzeżenia: twórca komiksowy w Polsce nie jest szanowany przez czytelników. Przynajmniej tych internetowych. I przynajmniej tych internetowych, którzy nie należą do (bzdurnych zresztą) "kolesi z kawangardy". I cóż ma taki twórca komiksowy począć? Jaszczu założył wspomnianego wyżej bloga, w którym wyśmiewa czytelników, z którymi wojuje. KRL również wystąpił w obronie swojego imienia. Tymczasem jest tak, że chyba pewnych spraw nie da się przeskoczyć - krzykacze zawsze będą. Podobnie zawsze będzie komiks polski. Wdawanie się w dyskusje nie jest dobrym pomysłem. Lepszym jest rzucenie tej niewdzięcznej roboty w cholerę. Albo po prostu rysowanie i pisanie w oderwaniu od sieciowego bajzlu.

poniedziałek, 15 marca 2010

Piguła - komiksowa prasówka (07)

Autor: Dominik Szcześniak


Dwa kadry poszły w eter. Dennis Wojda w sobotę, 13 marca postanowił zabawić się w komiks na zasadzie publikacji jednego kadru dziennie przez 366 dni. Projekt nazywa się - a jakże - "366 kadrów" i jest eksperymentem. Strumieniem świadomości. A przede wszystkim ciekawie zapowiadającą się akcją. Podobnych, nawet na polskiej ziemi, było już wiele, ale zwykle podobieństwo kończyło się na tym, że twórca robił pierwszy kadr, a kolejni strugali następne. Powstały w ten sposób strumień wielu świadomości był znacznie mniej atrakcyjny, niż może to być w przypadku akcji Dennisa. Nie będzie to jedyna akcja publikacji komiksu w internecie w tym roku. O szczegółach - już niebawem.

Wszyscy, którzy zasmakowali w porannym czytaniu "Piguły" o 7:00, przy kawie, podczas śniadania, dziś zapewne się zawiedli. Kilkugodzinne opóźnienie spowodowane zostało zupełnie nieciekawymi sprawami, o których nie ma sensu pisać. Podobnie nie ma sensu pisać o tym, co działo się w sieci w minionym tygodniu - ciekawe zjawiska można ograniczyć do kilku. Po pierwsze, "blamaż KaZetu", o którym napisano już chyba wszystko, sprowokował innych redaktorów do bardziej wytężonej pracy nad tematem "podsumowanie roku w kategorii komiks polski", co zaowocowało na przykład "Rzutem oka" na Alei Komiksu; tekstem, który dla obsmarowanych redaktorów może być drogowskazem, zanim przystąpią do opracowania kolejnego podsumowania. Po drugie, "reperkusje postKaZetowskie", skutkujące zwolnieniami z pracy redaktora/ dziennikarza, przynajmniej w jednej redakcji. I po trzecie, podnosząca ciśnienie wielu osobom inicjatywa "Tęsknię za Tobą zeszytówko", która choć nie opiera się na solidnych badaniach rynku pod kątem wydawania zeszytówek, jest całkiem sympatyczna. A tekst o niej na Komiksomanii wręcz nawet pod pewnymi względami prekursorski, ponieważ zbiera wypowiedzi wydawców, które ukazały się na forach, komentarzach pod notkami na blogach, czy twitterze. Jak widać, nikt nigdzie nie może już czuć się bezpieczny.

Skoro o powyższych pisał nie będę, to pozwolę sobie wspomnieć o kilku istotnych sprawach związanych z magazynem. Najistotniejszym faktem jest ten, który po kilku tygodniach marzeń, ponownie wysyła nas w rejony undegroundowego getta. Tylko cud może sprawić, że drukowany "Ziniol" nie będzie 96-stronicowym kwartalnikiem o niewielkim nakładzie. A my w cuda nie wierzymy.


Druga wiadomość jest już nieco bardziej pozytywna. "Przygody Leszka" spotkały się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem rysowników i czytelników. Wciąż nadchodzą nowe propozycje tematów do scenariuszy, tak więc akcję wypada już uznać za udaną. Docierają do mnie pytania o czas jej trwania, więc pozwolę sobie odpowiedzieć w tym miejscu: "Przygody Leszka" dobiegną końca, gdy skończą się rysownicy, chcący je tworzyć. Wszystkich, którzy jeszcze myślą, lub w ogóle nie zastanawiali się nad tym tematem - zapraszam do współdziałania.
Jutro Leszek zaatakuje po raz kolejny.

poniedziałek, 8 marca 2010

Piguła - komiksowa prasówka (06)

Autor: Dominik Szcześniak


Miniony tydzień nie należał do najaktywniejszych w historii blogowego "Ziniola", ale za to kilka spraw, które poruszyłem w ostatniej "Pigule" znalazło swój ciąg dalszy. I o nich dzisiaj przede wszystkim słów kilka padnie. Ostrych. Niedelikatnych. Takich nawet może i do obrażenia.

Zacznę od tego, że moje życzenie aktywizowania wywiadowców w jakimś stopniu się spełniło, choć nie wiem czy aby przypadkiem satysfakcjonuje kogokolwiek poza mną. Jarosław Kopeć przeprowadził wywiad ze Śledziem, a Kinga Kuczyńska z Olgą Wróbel. I choć w pierwszym rozmówcy używają niezrozumiałego dla mnie (w tym kontekście) sformułowania "samozwańczy komiksolodzy", a w drugim padają pytania do bólu podstawowe i banalne, to jednak rozmowa ze Śledziem jest ciekawa i przeprowadzona na luzie, a z Olgą wyczerpująca i satysfakcjonująca, co jest przede wszystkim zasługą Olgi i jej wylewności. Obie rozmowy polecam. Można z nich wyciągnąć kilka ciekawych tez, składających się na ten nasz "polski komiks", który... no właśnie: który nijak sobie nie poradzi na tym srogim świecie, jeśli będą się o nim wypowiadały tak tęgie głowy, jak te, które podsumowały rok 2009 w internetowym magazynie KZ.

Wspominałem już o tym w minionym tygodniu w komentarzach do "Piguły" w kontekście "kondycji komiksu polskiego". Temat został podchwycony i zaowocował reakcjami na twitterze i forum gildii. Ale o co właściwie chodzi, zapytają ci, którzy KaZetu nie czytują? Ano o to, że na pytanie o najlepszy polski komiks minionego roku padły odpowiedzi następujące: "W 2009 niestety nie przeczytałem absolutnie nic z rodzimego rynku" (Tomasz Brzozowski), "Trudno wybrać, ale to tylko umacnia w przekonaniu, iż był to średni rok dla polskiego komiksu. Niby dostaliśmy "Łaumę", niby Popman się pałętał bez celu po Łodzi, ale jeżeli ktoś powie, że zostawił szczękę na ziemi, czytając jakiś polski komiks z 2009, to nie uwierzę" (Jakub Koisz), "Szczerze mówiąc, żaden polski komiks nie odcisnął na mnie piętna w zeszłym roku" (Michał Chudoliński), "W roku 2009 nie ukazało się nic o na tyle wysokim poziomie, aby uwzględnić w tym rankingu" (Sylwia Kaźmierczak). Te cytaty nie są wpisami chłopaków z forum, ani krótkimi wypowiedziami czytelników na twitterze. Gdyby nimi były, nikt nie robił by o nie hałasu. LECZ! wchodząc na stronę magazynu komiksowego i klikając w tytuł "podsumowanie 2009", potencjalny czytelnik spodziewa się profesjonalnych, podpartych wiedzą opinii redaktorów, publicystów, współpracowników. Ludzi, którzy mają nie tylko elementarną wiedzę na temat komiksu. Profesjonalistów. A co dostaje? Forumowy (z całym szacunkiem dla forum) bełkot. Zabawę w piaskownicy. Wyścig o to, kto temu biednemu polskiemu komiksowi dowali bardziej, mocniej i szybciej.

Z rozmowy z naczelnym KaZetu dowiedziałem się, że wypowiadali się miłośnicy komiksu; osoby, które w minionym roku umieszczali swoje teksty w magazynie i wreszcie ci, którzy w minionym roku nie przeczytali dobrego polskiego komiksu i o tym po prostu napisali. Pytanie o wiarygodność tych ludzi pozostaje dla mnie zagadką. Pal sześć jeśli piszą z pozycji fana - wtedy wszystko można im odpuścić. Jednakże ta pierwsza reakcja, o której pisałem - ta, dająca czytelnikowi pewność, że obcuje z tekstem profesjonalisty - nakazuje mi sądzić, że: po pierwsze, rzeczone osoby przeczytały absolutnie wszystkie polskie komiksy, skoro bez skrępowania sadzą teorie o braku jakichkolwiek dobrych; po drugie: są ignorantami, czytającymi komiksy powierzchownie, bo choć rzeczywiście urodzaju komiksu rodzimego w minionym roku nie było, to kilka komiksów, po poddaniu ich wnikliwej analizie, można uznać za bardzo ciekawe. Tymczasem dostajemy akcji wkręcania szpili w polski komiks ciąg dalszy.

Na deser coś sympatycznego i w dodatku na temat - czyli kolejna akcja Piotra Szreniawskiego. Kiedy czarne chmury zbierają się nad polskim komiksem, a w KaZecie pojawiają się podsumowania roku, warto poczytać co też nowego wyczynia ten zdystansowany do wszystkiego człowiek. "Kanaliada", komiks powiązany z rolnictwem ekologicznym, będący zapewne kolejnym widmowym kuriozum autora to taki dzisiejszy, stuprocentowy underground, wymierzony przeciwko tym wszystkim poważnym komiksowym dysputom. Zresztą - sami poczytajcie.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Piguła - komiksowa prasówka (03)

Autor: Dominik Szcześniak


"Komiks forum" powraca. Znowu. Tym razem w wersji cyfrowej, co może się wydawać dziwne, zwłaszcza, jeśli zauważymy, że zawiaduje tym projektem człowiek bez stałego łącza. "Komiks forum" swego czasu miało formę antologii prezentującej prace polskich komiksiarzy w różnorakich pozycjach - a to publikując długie historie ("Naznaczony mrokiem" Wojciecha Birka), a to zbiory krótkich form, czy też wreszcie katalogi wystaw ("Warszawa w Łodzi") i katalogi łódzkiego konwentu. Gdybym miał sięgnąć pamięcią do połowy lat dziewięćdziesiątych i wskazać wydarzenia, które potrafią skroić łezkę w moim oku, powstanie "Komiks forum" raczej nie byłoby jednym z nich. O włos przegrałoby z Prosiackiem, AQQ, Super Boomem, czy wylewem ksero zinów, co jednak nie zmienia faktu, że było, walczyło i prezentowało polskich komiksiarzy w tych dawnych, ciężkich, trudnych i żmudnych czasach. I już za to "Komiks forum" i jego redaktor - Witold Idczak - mają mój szacunek. Niestety, nie obędzie się bez "ale". Ponieważ "Komiks forum" powraca w wersji cyfrowej, a powrotowi towarzyszy notka Witolda Idczaka na stronie magazynu. I jest to notka, która ilością karkołomnych tez idealnie komponuje się z poruszanym ostatnio tematem dyskusji o kondycji polskiego komiksu, lub też ewentualnie Wielkiej Debaty Komiksowej. Bo jak tu dyskutować, kiedy same dyskusje na temat ewentualnej formy dyskutowania potrafią ciągnąć się w nieskończoność i nie przejawiać jakichkolwiek oznak dojścia do konsensusu? Jak rozmawiać, kiedy każdy z rozmawiających ma swoje osobiste zdanie na dany temat. Zdanie - dodajmy - znacznie odbiegające od zdań pozostałych współrozmówców i częstokroć oderwane od rzeczywistości.

Podlinkowany tekst Witolda Idczaka jest jak znalazł idealnym tematem do zamkniętego dawno temu tvn-owskiego cyklu "Urzekła mnie Twoja historia". Napisany w tonie wspomnieniowym, ale sięgający również teraźniejszości i wybiegający w przyszłość Wylewający żale, wzruszający, kontemplujący, ale przede wszystkim właśnie oderwany od rzeczywistości. Lub umieszczony w jakiejś alternatywnej. Najciekawszy wydaje się być fragment, który pozwolę sobie zacytować: Żywot niezależnego wydawcy nie jest łatwy. Jest on zawsze na końcu „łańcucha pokarmowego” i bardzo często nie starcza dla niego „strawy”. Autor publikowanego komiksu zyskuje pierwszy. Nawet jeśli zrezygnuje z honorarium, ma możliwość promocji własnej twórczości. Zawsze na komiksach zarabiają pośrednicy. Najpierw drukarze, później dystrybutorzy, a następnie księgarze. Wydawca, aby opublikować komiks, musi od razu wyłożyć duże środki, i czekać bardzo długo, w nadziei, że kiedyś się zwrócą.

Promocja twórczości jako realny zysk z opublikowanego za friko komiksu to jest temat bardzo drażliwy; jeden z tych, za które dany komiksiarz jest już nawet w stanie zareagować w sposób wysoce niekulturalny. Żale dotyczące żywota niezależnego wydawcy to płacz połączony z potrzebą dowartościowania. A idea publikowania najlepszych spośród stworzonych w danym roku komiksów to idea, o której można powiedzieć co najwyżej, że jest sympatyczna. A tak naprawdę sprowadza się do odgrzewania starych kotletów, których zresztą przecież nie ukazuje się już w Polsce za dużo.

Witold Idczak, strzelając sobie w stopę i kolano, pisze o jeszcze jednej rzeczy. Ponownie zacytuję: (...) zasmuca mnie brak zainteresowania antologią u publicystów, i szerszego odzewu ze strony czytelników. Wiem od znajomych z branży, że doceniają moje działania, ale nie tylko dla nich wydaję komiksy. I tutaj z kolei trafia w sedno. W to samo sedno, które zostało poruszone w niedawnych wpisach Śledzia i Mariusza Zawadzkiego, a więc twórców, obecnych na rynku od wielu lat. I pośrednio w to samo sedno, które równie niedawno poruszył repek. Czyli w czytelnictwo komiksów w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem czytelnictwa komiksów polskich. Pod tym względem miniony tydzień obfitował w bardzo istotne tezy: Mariusza Myślę więc, że dziś dla rysownika komiksów są dwie drogi. Pierwsza - olać robienie komiksów i zająć się czymś innym. (...) Druga: upominać się o konkretne stawki za komercyjne zlecenia o charakterze stricte komiksowym i Śledzia Kończę, co muszę w "komiksowie" skończyć (...) A potem to już full time szpilen machen. Jak słusznie zauważył Mariusz, wielu rysowników najzwyczajniej zrezygnowało z tworzenia "komiksów polskich", inni zaczęli robić "komiksy amerykańskie", a ci, którzy pozostali niestety nie mogą liczyć na wiele. Pod cytowanymi słowami podpisać by się mogło zapewne 90% ludzi, rysujących w Polsce komiksy. Bo wszyscy robią to dla frajdy, a frajda rodziny nie wyżywi.

Tak więc faktycznie, rynek komiksu polskiego w Polsce jest rynkiem elitarnym, kolekcjonerskim, niszowym i amatorskim, a to, co w nim najlepsze albo już odeszło, albo się do odejścia przymierza. Najlepsze jest to, że deklaracje autorów o odejściu z biznesu mogłyby zostać przez nich cofnięte pod wpływem czytelników. A najgorsze - to, że tych czytelników nie ma.