Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagranica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagranica. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 października 2010

Na krawędzi (07): History Lesson

Autor: Dominik Szcześniak
Rok 1993 w wydawnictwie Vertigo zaowocował nie tylko mini-seriami i one - shotami. Renesans formy przeżywały również seriale odcinkowe, wchłonięte przez nowy imprint. Jedną z takich serii był "Shade the Changing Man" tworzony przez zespół składający się ze scenarzysty Petera Milligana i grafików: Chrisa Bachalo i Ricka Bryanta, wspieranych gościnnymi występami innych rysowników (Glyn Dillon, Philip Bond). We wspomnianym roku pod szyldem Vertigo ukazało się dziesięć odcinków serialu, w tym omawiany już u nas odcinek "Pond Life". Najciekawiej u Shade'a było jednak w miesiącach zimowych, kiedy to mieliśmy okazję czytać trzyczęściową opowieść "History Lesson", na kartach której kosmita z planety Meta działał ramię w ramię z Johnem Constantine.
Popowa fabuła, mieszająca ze sobą podróże w czasie, polowanie na czarownice, zabawę w szubienicę i wszelkiego rodzaju absurdalne akcje, tym razem została podszyta dyskursem na temat prawa do życia. Stanowiska ojca (Shade) i matki (Kathy) na temat ich narodzonego dziecka autorzy przedstawili dwojako. Po pierwsze: bardzo dosłownie, z ukazaniem wszelkich łopatologicznych za i przeciw, jak również każdego stereotypowego podejścia do aborcji. Po drugie: metaforycznie, poprzez postaci Johna Constantine'a i Williama Mathiesona. To pierwsze podejście, choć razi dydaktyzmem, ma swoje momenty - zwłaszcza, gdy głos w sprawie zabiera Lenny (w tym wydaniu bardziej cyniczna niż sam Constantine), natomiast drugie, zahaczające przy okazji o ciekawe spostrzeżenia dotyczące historiozofii, jest już bardzo sprawnie podrasowaną robotą.
Kathy staje między młotem a kowadłem - własnymi poglądami a  podejściem Mathiesona, łowcy czarownic i zwolennika ponownego nadejścia Chrystusa. Między liberalną Lenny a równie liberalnym, choć mającym w przeszłości bardzo osobisty kontakt z omawianym zagadnieniem Johnem Constantine. Wreszcie: między ogólnym problemem zabijania w imię czegokolwiek. Boga, komunizmu, czy klubu FC Liverpool. Pogrywając sobie z bohaterami, ustawiając pionki w odpowiednich miejscach i nie będąc już tak dosłownym, Milligan sprawdza się znakomicie. Nie rażąc dydaktyzmem sprzedaje życiowe treści. A czytelnikowi, który na takowe jest odporny, proponuje szybką akcję i niesamowite jej zwroty, podrasowane motywami niekiedy tak absurdalnymi, jak miejsce, z  którego pochodzi główny bohater komiksu. 

William Mathieson to łowca czarownic, urzędujący w wieku XVII, John Constantine to z kolei mag, wzięty prosto z roku 1979. Kathy, Lenny i Shade pochodzą z czasów współczesnych, czyli z 1993. To zamieszanie czasowe oraz fakt, że wszystkie powyższe postaci spotykają się w jednym miejscu ma swoje wyjaśnienie w komiksie i jest pretekstem do przedstawienia wydarzeń, które zaważą na losach znanego z kart Shade'a trójkąta miłosnego, jak i Johna Constantine'a. "History Lesson" zdaje się być rozgrzewką Milligana przed pisaniem "Hellblazera". Mimo tego, że scenarzysta objął tę funkcję dopiero po 17 latach, już pierwszy album pod jego wodzą - "Scab" - w pewnym sensie nawiązuje do wydarzeń opisanych przez niego w "Shade". Niedawno w Stanach miały premierę odcinki, w których Constantine ponownie brata się z Shade'm. Są to już dwie odmienne postaci. Warto poznać początki ich znajomości.
Bachalo i Bryant to duet, który prawdopodobnie przebił graficznie wszystko, co Vertigo miało do zaoferowania w roku 1993. Panowie idealnie dostosowali warsztat do opowiadanej historii, efektem czego była bardzo spójna jakość. Do tego stopnia, że gościnne występy Steve'a Yeowella i Philipa Bonda - świetnych przecież rysowników - odczuć można jako irytujące przeszkadzacze. Nie ma ich jednak zbyt wiele, poza tym nawet mimo tych niedogodności lektura "History Lesson" jest przeżyciem dość intensywnym. A Milligan, biorąc pod uwagę wszystkie jego komiksy z początków działalności Vertigo, przeżywa najlepszy rok w swojej karierze. Ale o tym - za tydzień.
 "Shade, the Changing Man" #42-44. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunek: Chris Bachalo, Philip Bond, Steve Yeowell, Rick Bryant. Kolor: David Hornung. Wydawca: DC Vertigo 1993/1994

poniedziałek, 4 października 2010

Na krawędzi (05): Phantom Stranger

Autor: Dominik Szcześniak
Phantom Stranger jest wędrownikiem - przechadzając się po uniwersum DC odwiedza przeróżnych superbohaterów i wkracza na łamy wielu serii (w Polsce był już np. wtedy, gdy John Constantine kończył czterdziestkę oraz na łamach "Books of Magic"). Zazwyczaj pojawia się na moment, pomaga i odchodzi. Postrzegany jest jako postać o wielkim potencjale, będąca przy tym najbardziej tajemniczą personą w świecie amerykańskiego komiksu.
W wydaniu Alisy Kwitney i Guya Davisa, Phantom Stranger również zyskuje wymiar herosa z doskoku. Bo choć jego rola w omawianym komiksie jest bardzo ważna, jego obecność zostaje ledwo zaznaczona. Pierwsze skrzypce gra tu Naomi Walker. Poznajemy ją w momencie, gdy puka do drzwi domu opieki, gdzie ma sprawować nocną straż. Drzwi otwiera jej ekscentryczny odźwierny, w samym ośrodku znajduje się pełna paleta podobnych jegomości. Kierownik abdykował. A mieszkańcy domu okazują się być kompletnie zapuszczeni. Niezbędna inspekcja z wydziału polityki społecznej? Nie całkiem. Bo w końcu o Vertigo tu chodzi.
I jak na Vertigo przystało, zaznaczony powyżej wątek zostaje przeobrażony w istny horror. Słowo horror warto podkreślić (horror), ponieważ rysunki Guya Davisa wspaniale ujmują taką właśnie atmosferę. Dom opieki okazuje się być miejscem, o którym nowe władze po reformie w piekle, zdały się zapomnieć. Miejscem, przepełnionym demonami, którym w głowie tylko jedno. Na szczęście wśród demonów, szalonych kucharek, zdemoralizowanych odźwiernych i pensjonariuszy, w których włosach niejedną glizdę znajdziesz, uchował się również Phantom Stranger, pod postacią starego dziadka.
Alisa Kwitney odrobiłą pracę domową i bardzo sprawnie nawiązała do wielu vertigowskich i pre-vertigowskich motywów, lecz jeszcze ciekawiej udało jej się nawiązać do literatury i kinematografii. Tutaj szczególne brawa za ukłon w stronę "Harry'ego Angela". Drugi plus za wspomnianego już Davisa, który szarpaną kreską idealnie wbija się w tendencje artystyczne, jakie w Vertigo panowały na początku jego powstania.
Cały "Phantom Stranger" jest zresztą sztandarowym przykładem tego, co w wydawnictwie działo się w pierwszych latach jego działalności - klimat rodem z horroru; rysunki, starające się ten klimat chwytać oraz wszędobylskie demony i gadki o magii. Dziś pierwsza produkcja spod szyldu "Vertigo Visions" być może już nieco trąci myszką, jednak zaryzykuję stwierdzenie, że sandmanowski serial odpryskowy utrzymany w tej manierze, miałby znacznie lepsze przyjęcie niż kiepski "Lucyfer".
Nie jest to mistrzostwo świata (no, chyba że chodzi o same rysunki), ale niezłe czytadło, podczas lektury którego może się kilka razy wymsknąć czytającemu jakieś "och!" lub "ach!". W komiksografii Alisy Kwitney jest to chyba najlepsza pozycja, zwłaszcza przez wzgląd na to, że konkurentów ma niewielu (wśród nich "Destiny: A Chronicles of Death Foretold"). Gdyby nie kiepska okładka i fatalne logo, można by nawet mówić o "Phantom Stranger" w kontekście komiksów, które Vertigo zbudowały.
"Vertigo Visions: Phantom Stranger 1". Scenariusz: Alisa Kwitney. Rysunek: Guy Davis. Kolory: Robbie Busch. Wydawca: Vertigo, październik 1993   

poniedziałek, 27 września 2010

Na krawędzi (04): The Last One

Autor: Dominik Szcześniak 

Pop przesiąknięty jest motywem istot nieśmiertelnych. Takich, które stąpają po ziemi od wieków, których doświadczenie przerasta możliwości zwykłego człowieka i których obecność na kolejnych etapach cywilizacyjnego rozwoju powoduje, iż są skrytymi komentatorami historii. Jest taki motyw w tym wszechobecnym kulcie nieśmiertelności, który mnie zastanawia. Motyw, ukazujący postać nieśmiertelnego jako istoty, która mimo swej mądrości w pewnym momencie staje się niedostępna i strzela focha w postaci zlepku zdań skierowanych w stronę śmiertelników. Zdań, w rodzaju: "Ty nic nie rozumiesz. Nie wiesz, jak to jest być mną i doświadczać tego, co ja przez te wszystkie wieki". Ta obowiązkowa w ustach istoty wiecznie żywej kwestia w kontekście owej nieskończoności brzmi co najmniej śmiesznie i bywa tanim chwytem, mającym wzbogacić fabułę. A przy okazji obnaża pozornie wszechstronną wiedzę ludzi, którzy te chwyty w swojej pisaninie stosują.
Myrwann, stworzenie postury Marlona Brando z końca jego kariery filmowej, to postać, której życiorys streszczalibyśmy w wiekach, nie latach. Kim jest? Upadłym aniołem, wampirem,  szatanem, bogiem czy po prostu majaczącym Człowiekiem - Słoniem? Odpowiedzi na to pytanie udzielają zarówno bohaterowie drugoplanowi, jak i - może nawet zbyt łopatologicznie - autorzy komiksu "The Last One". Postrzegany raz jako kobieta, innym razem jako mężczyzna filantrop zajmuje się przede wszystkim przyjmowaniem pod dach swojej rezydencji zbłąkanych dusz. Leczeniem ich, pomaganiem, wrzucaniem na odpowiednie tory ich parszywego życia. Komiks jest właśnie o nich, ale i o Myrwann. O wzajemnym oddziaływaniu śmiertelników i istoty boskiej i wiedzy, jaką każde z nich z tego związku wynosi.

Sześcioodcinkowa mini-seria, pisana charakterystycznym dla DeMatteisa bardzo wylewnym stylem, zahacza o ulubioną tematykę tego scenarzysty. Oscylując wokół wiary, nadziei, miłosierdzia, autor nie unika niestety banału, momentami popadającego w bełkot. Sposób, w jaki opowiada swoją historię oparty jest o nużące powtórzenia i przydługie narracje. Najciekawsze momenty to te, w których Myrwann wspomina przeszłość - znajdzie się tu miejsce i dla błyskotliwej historii o wielkim kinie z Hollywood w 1925 roku, i dla indyjskiej przypowieści. Akcja wrzuci nas w czasy średniowiecza, po czym przeniesie w realia XVII-wiecznej Francji. Wisienką na torcie dla tych, którzy lubią skakać po epokach będą ekscentryczne cliffhangery w postaci cytatów z wielkich pisarzy. Takie cytaty - co w komiksach DeMatteisa powszechne - kończą każdy z epizodów komiksu.

Nie tyle grafiki, co same rozwiązania koncepcyjne przywołują na myśl prace Wojtka Stefańca. Już mając ten trop na uwadze, można sobie w pewnym stopniu wyobrazić rysunkową stronę komiksu. Dan Sweetman operuje w "The Last One" wieloma stylami, z każdym z nich radząc sobie tak, jakby poradził sobie porządny rzemieślnik.

"The Last One", choć ma swoje momenty, które niewątpliwie potrafią sprawić radość czytającemu, nie jest wielkim osiągnięciem vertigowskiego komiksu. Nie przeszkodziło to jednak w wyprzedaniu całego nakładu komiksu, który dopiero niedawno został zebrany w jeden album przez inne wydawnictwo (Boom Studios, 2008). Podobnie jak "Mercy" jest to pozycja jedynie dla ciekawskich. 
"The Last One". Scenariusz: J.M.DeMatteis. Rysunek: Dan Sweetman. Wydawca: DC Vertigo, lipiec - grudzień 1993 r.

poniedziałek, 20 września 2010

Na krawędzi (03): Sebastian O

Autor: Dominik Szcześniak

Połączcie ze sobą Jamesa Bonda z jego szpiegowską determinacją, Bruce'a Wayne'a z gadżetami i detektywistyczną przenikliwością oraz Markiza de Sade z jego perwersjami, dorzućcie do tego wyolbrzymiony gentelmański urok dwóch pierwszych panów i otrzymacie Sebastiana O. Postać, wykreowaną przez bardzo zdolny tandem Grant Morrison/Steve Yeowell, która błyszczała na kartach trzyczęściowej mini-serii Vertigo wydanej na początku istnienia firmy, a w 2004 roku zebranej w jedno wydanie.

To wydanie zbiorcze robi różnicę w postaci niekonwencjonalnego wstępu autorstwa Morrisona, w którym scenarzysta przedstawia kalendarium losów Sebastiana O. Nie jest to notka biograficzna (choć i takie elementy się w niej znajdują), lecz raczej próba przedstawienia wydarzeń poprzedzających zarówno treść komiksu, jak i narodziny głównego bohatera. Rzuca dużo światła na fabułę i preparuje znakomity kontekst opowieści. Omówienie tego tytułu oprę jednak - jak przykazało Vertigo - o serię zeszytową.

Morrison akcję swojego komiksu osadził na przełomie wieków XIX i XX w Anglii. Sebastiana O. poznajemy w więzieniu, do którego trafił na skutek machinacji Lorda Lavendera oraz własnej artystycznej słabości do tworzenia rzeczy kontrowersyjnych, jaką niewątpliwie był zbiór wierszy "Śniadanie z Belzebubem". Lavender wraz z Sebastianem i kilkoma innymi chłopakami pod koniec wieku XIX założyli Club de Paradis Artificiel, który schlebiał ich artystowskim fascynacjom - po ucieczce z więzienia główny bohater odwiedza swoich współtowarzyszy, próbując dociec co się stało i co też takiego Lord Lavender, fan tworzenia alternatywnych rzeczywistości, planuje. Sebastianem kieruje jeszcze jedno - żądza zemsty.

Można powiedzieć, że pojedynek dobra ze złem Morrison rozegrał wedle utartego schematu - jest akcja, są pościgi, krew się leje, spluwy strzelają, a skryci mordercy wyskakują zza krzaka - tyle, że tak naprawdę wszystko to jest inne - może nie innowacyjne, lecz świeże. Bo nie wiadomo kto jest dobry a kto zły. Lub inaczej: wszyscy są źli. Lord Lavender, bo jego knowania nadwątlają siły Imperium Brytyjskiego, Sebastian - przez wzgląd na przeszłość i drastyczne metody podejmowane w teraźniejszości. Ich koledzy z klubu - bo są albo pederastami, albo sodomitami, a co najgorsze - prawdziwymi artystami. Do fiksacji psychicznej doprowadza bohaterów albo ich megalomania albo wmawiana usilnie ponadprzeciętna wrażliwość.

Mimo braku pozytywnych bohaterów, czytelnik kibicuje Sebastianowi O, który potrafi należycie zażartować, w efektowny sposób czmychnąć przed gliniarzami czy też dostosować odpowiednią formułkę do sytuacji. Ten pozorny laluś, którego dewizą jest "dobrze wyglądać w każdej sytuacji" oraz "rozmawiać ze sobą, jeśli pragnie się konwersacji z kimś inteligentnym" nawet w finałowej potyczce w niebezpiecznej scenerii potrafi rozmawiać z wrogiem jak prawdziwy gentelman, a jednocześnie rozsiewać na lewo i prawo typowy angielski humor.

Fajna postać, niezłe pomysły, ale właściwie po co jest ten komiks? W odróżnieniu od współczesnych mu pozycji Vertigo nie ma on aspiracji do zdradzania jakichś niepoznanych tajemnic wszechświata, ani wgłębiania się w psychikę ludzką. Nie opiera się tylko i wyłącznie na narracji, nie przesadza z długaśnymi opisami stanów emocjonalnych poszczególnych bohaterów. idealnie natomiast wpisuje się w ten bergerowski "dziwny" nurt komiksu, którego głównym atrybutem jest fantastyczne operowanie słowem i mnożenie absurdalnych sytuacji.

"Sebastian O." jest świetną przystawką przed serią "Invisibles", w której duet Morrison/Yeowell osiągnął znakomitą formę. Przystawką, która wprowadzi was w pewne podstawowe zagadnienia, jakie interesują scenarzystę i przedstawi spektrum możliwości rysownika, siłującego się z realistycznym przedstawianiem świata na swoich grafikach. Kawał szalonego, vertigowskiego komiksu w starym, dobrym stylu.
"Sebastian O". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunek: Steve Yeowell. Kolory: Tatjana Wood. Wydawca: DC Vertigo, marzec - maj 1993

poniedziałek, 13 września 2010

Na krawędzi (02): Mercy

Autor: Dominik Szcześniak

"Mercy" to pierwszy z mini-albumów zrealizowanych w linii wydawniczej Vertigo. Napisany przez J.M.DeMatteisa, którego polscy czytelnicy znają z "ambitniejszych" zeszytów "Spidermana", a namalowany przez Paula Johnsona jest raczej ilustrowanym opowiadaniem scenarzysty. DeMatteis znany jest ze swych upodobań do emo-narracji, dominującej w komiksie kosztem chociażby dialogów. W "Mercy" narracja nie miała nad czym dominować. Bo poza nią, nie ma nic.

DeMatteis spersonifikował miłosierdzie - postać o imieniu Mercy materializuje się na oczach będącego w śpiączce głównego bohatera i przeprowadza go przez różne formy swego działania w różnych miejscach na świecie. Bezsilny Joshua obserwuje więc losy pewnej rodziny w Londynie, mającego odbyć obrzęd inicjacyjny chłopca oraz samotnej kobiety z Brooklynu.
Obserwuje je stopniowo, krok po kroku, z odpowiednio serwowanym napięciem. A obserwując - komentuje, złorzeczy na Boga i poddaje w wątpliwość intencje Mercy.

DeMatteis stworzył bardzo osobisty traktat o życiu i roli, jaką pełni w nim miłosierdzie. Koncepcyjnie album zrealizowany jest wzorowo - narracja służy w nim do ukazania stopniowej przemiany głównego bohatera i upstrzona jest - jak już wspomniałem - dużą ilością przemyśleń i zgrabnie sformułowanych fraz. Scenarzysta jednak nie pyta i nie daje odpowiedzi, lecz po prostu mówi, co ma do powiedzenia. Aby jednak nie był to gołosłowny bełkot, personifikuje również złe demony i walkę miłosierdzia z nimi rozgrywa na płaszczyźnie metaforycznej. Owe "walki" są przy okazji najciekawszymi fragmentami graficznymi albumu, który w tamtych czasach, będąc komiksem w pełni malowanym, stanowił swoiste novum, przez co jak najbardziej mógł się podobać. Dzisiaj, mając w głowie bagaż doświadczeń komiksów malowanych z ostatnich dekad, obrazy Paula Johnsona nie robią już takiego wrażenia.

Nie jestem zwolennikiem komiksów, opartych jedynie na narracji. Jestem natomiast zwolennikiem historii, które coś sobą reprezentują lub chociażby napisane są ze świadomością możliwości języka. Taki jest właśnie album "Mercy". Potrafi wciągnąć tak samo, jak na przykład publikowane w Polsce "Ostatnie łowy Kravena", w których DeMatteis, choć również beztrosko oddawał się narracyjnemu szaleństwu, umiał jednak znaleźć złoty, wyważony środek i formalnie stworzył komiks znakomity.

"Mercy" nie zapisało się w świadomości odbiorców Vertigo - w czasie, gdy komiks został opublikowany, zaczęło pojawiać się wiele ciekawszych od niego pozycji. Prawdopodobnie padł również ofiarą syndromu nowego wydawnictwa i zaginął gdzieś pod stertą odświeżonych serii pokroju "Hellblazera" czy "Sandmana". Pozostał jedynie ciekawostką dla fanów DeMatteisa, który w swym dorobku ma bardzo dużo lepszych od "Mercy" pozycji.
"Mercy". Scenariusz: J.M.DeMatteis. Rysunek: Paul Johnson. Wydawca: DC Vertigo, styczeń 1993.

środa, 10 marca 2010

"It's a Bird" - Seagle, Kristiansen

Autor: Mateusz Wiśniewski

Istnieją pytania, na które nie odpowiada się przeczeniem – pewnym osobom zwyczajnie nie sposób odmówić, a z niektórych propozycji po prostu zrezygnować. „Czy mógłbyś zrobić to na jutro?” rzucone przez twojego szefa jest uniwersalnym, choć tylko jednym z wielu takich pytań. „Czy chciałbyś napisać komiks o Supermanie?” z kolei dla scenarzysty komiksowego znaczy mniej więcej tyle, co „Czyż nie chciałbyś wygrać w totolotka?” dla przeciętnego Kowalskiego (sytuacja komplikuje się dopiero wtedy, gdy ten robi komiksy). Ale każdą regułę potwierdza szereg wyjątków – jeden z nich na imię ma Steve i jest bohaterem quasi-autobiograficznej noweli graficznej „It's a Bird”.

Historia stworzona przez Stevena T. Seagle rozgrywa się na kilku płaszczyznach. To opowieść o Supermanie, w której ten nie pojawia się jednak „bezpośrednio”, choć obecny jest od pierwszych plansz komiksu aż do jego ostatniego kadru. Autor dotyka tu problemu twórczej niemocy, ukazując jednocześnie, jak różne może być podłoże tej przypadłości. „It'
s a Bird” to również historia choroby.

Narracja komiksu poprzetykana jest krótkimi epizodami – pomysłami na scenariusze z udziałem Supermana – które w rzeczywistości prowadzą do dekonstrukcji ikony amerykańskiej popkultury. W poszczególnych etapach tego procesu Seagle „rozbiera” Człowieka ze Stali kawałek po kawałku, co prowadzi go do szerszej refleksji na temat mocy, sprawiedliwości, wyobcowania czy alternatywnej rzeczywistości. Pojawia się tutaj parę kapitalnych pomysłów, choćby przy okazji rozważań nad istotą litery „s” czy o symbolice kolorów zastosowanych w kostiumie.
Spisując kolejne pomysły na fabuły z udziałem Supermana, Steve, częściowe alter ego autora komiksu, walczy z własną niemocą twórczą i stara się przezwyciężyć niechęć do narzuconej mu tematyki. Dekonstrukcja superbohatera doprowadza do zrekonstruowania jego postaci. W efekcie powstaje bohater, z którym Steve potrafi się utożsamić.

W jednym z wywiadów Seagle przyznał, że praca nad „It's a Bird” była dla niego rodzajem egzorcyzmu i pozwoliła mu ona oswoić się z problemem „wstydliwej” choroby, za jaką uchodzi pląsawica Huntingtona. Rzadkie schorzenie, na które cierpiała ciotka autora, wyłania się w historii na jej pierwszy plan, stanowiąc niejaką kanwę dla całej opowieści. Obawa przed tą genetyczną chorobą staje się dla Steve'a idée fixe wpływającą na zachowanie postaci i podejmowane przez nią decyzje. W nowym kontekście Superman traci przymioty „prawdziwego” superbohatera, a jego zalety przeobrażają się w ułomności. Człowiek ze Stali to metafo
ryczna ofiara choroby Huntingtona.

Ilustrowanie tak osobistego scenariusza, nawet, jeżeli jest to historia jedynie quasi-autobiograficzna, wymaga „szerokiego” porozumienia pomiędzy rysownikiem a scenarzystą. Odpowiadający za warstwę graficzną „It's a Bird” Teddy Kristiansen posługuje się tutaj różnymi technikami, łączy style i eksperymentuje z formą – jego „eksperymenty” uwidaczniają się zwłaszcza w krótkich historiach wspominanych powyżej. Różnorodna, synkretyczna kreska podkreśla specyfikę narracji prowadzonej przez Seagle'a, czytelnik zaś nie może dzięki niej narzekać na monotonię. Kunszt Kristiansena wykazany w pracy nad „It's a
Bird” uhonorowano w 2005 roku Nagrodą Eisnera (w kategorii Best Painter/Multimedia Artist).

„It's a Bird” polecić należy w pierwszej kolejności miłośnikom historii obyczajowych. Lektura komiksu nie wymaga od czytelnika znajomości szczegółowych faktów dotyczących postaci Supermana, sam Seagle zresztą do takich informacji się nie odwołuje. Wielbiciele Człowieka ze Stali odnajdą zaś w „It's a Bird” odmienne spojrzenie na ulubionego bohatera i zagadnienie superbohaterstwa w ogóle. To jedna z wielu prób zmierzenia się z podobną materią, ta jednak z pewnością przynosi powiew świeżości.


"It's a Bird". Scenariusz: Steven T. Seagle. Rysunki: Teddy Kristiansen. Liternictwo: Todd Klein. Wydawca: DC Vertigo 2004.

niedziela, 7 marca 2010

"Goddess" - Ennis, Winslade

Autor: Mateusz Wiśniewski

Pierwsze ze
szyty „Kaznodziei” i „Goddess” Gartha Ennisa zaczęły ukazywać się na amerykańskim rynku mniej więcej w tym samym czasie. Oba tytuły wystartowały w 1995 roku, ale ten drugi, jak na serię limited przystało, zamknął się w ośmiu częściach, które wydano potem w jednym albumie. Plansze zalane krwią i obryzgane flakami, powyrywane kręgosłupy i eksplodujące głowy, wielgachne spluwy i obsesja mocy. To nic nowego dla kogoś, kto zna już pomysły Irlandczyka z „True Faith”, „Kaznodziei” czy „Pielgrzyma”. To stary dobry Garth.

Fabuła „Goddess” jest prosta, miejscami nawet naiwna. Nieświadoma swojej potęgi pracowniczka ZOO, Rosie Nolan, wywołuje trzęsienie ziemi, a potencjalne zagrożenie, jakim staje się ona dla całego świata, przykuwa uwagę C.I.A. Dziewczyna ląduje na celowni
ku spluwy agenta Hooksa, jednego z kilku drani przewijających się przez plansze komiksu. Szpicel trafia z kolei na czarną listę konstabla Dixona, kiedy ten odkrywa, że to C.I.A. odpowiedzialne jest za śmierć jego policyjnego partnera (z którym łączyły go stosunki również zawodowe). Mniej więcej w tym samym momencie, gdy Rosie dosłownie „naumyślnie” pozbawia grupkę agentów wywiadu ich głów, dołącza do niej nieudacznik Jeff oraz dwójka starych przyjaciół – Mudhawk i Samantha. Zaczyna się zabawa w chowanego: jedni uciekają przed drugim, drugi przed trzecim, trzeci zaklepuje. Czasami role myszki i kotka odwracają się, cała opowieść to jednak gra w berka o międzykontynentalnym zasięgu. I z dużą ilością fajerwerków.

Czytelnik, który przemielił już „Kaznodzieję” i poznał choć kilka innych tytułów autora teksańskiego serialu, w tym także potworki w rodzaju „Fury'ego”, powinien dobrze wiedzieć, co czeka go w trakcie lektury „Goddess”. Ennis, nazywany nieraz komiksowym Tarantino, lubi się powtarzać, coraz trudniej mu zaskoczyć czytelnika i porządnie przywalić. Choć nie ma tu mowy o świeżym powiewie, zatęchłe dmuchnięcie okazuje się jednak wcale przyjemne. Dzięki „Goddess” Irlandczyk odreagowywał być może po pracy nad kolejnymi rozdziałami „Kaz
nodziei” i wrzucał tu wszystko, czego tam nie udało mu się zmieścić. Na przykład biurowiec teleportowany na Antarktydę.

„Goddess” to niemal nieustanne jechanie po bandzie, pełno tu przegiętych akcji, a przesada objawia się już w nazwiskach postaci drugoplanowych (vide Dick Limpcock). Bohaterowie komiksu wpisują się w znane szablony wykorzystywane przez Ennisa – mamy więc wysoko postawionych zwyrodnialców, niedorozwiniętych bliźniaków-wielkoludów, twarde kobitki, gości w skórzanych kurtkach i inne wynaturzenia. Nie można na szczęście napisać, że Rosie Nolan to żeńska zrzynka z Jessiego Custera. Choć – jako „posłannicy Mocy” – oboje siedzą na beczce prochu, Rosie zbiera papierki, które wyrzuca Jesse.


Wypada też wspomnieć o zakończeniu, bo widać, że autor miał tutaj pomysł, którego zabrakło mu trochę później. Końcówka „Goddess” zaskakuje, finału „Kaznodziei” nie powstydziliby się pewnie ci tajemniczy goście od mydlanych oper. Trzeba jednak pamiętać, że istnieje drobna różnica między pisaniem scenariusza na osiem i na sześćdziesiąt sześć zeszytów. W drugim przypadku oczekiwania czytelnika potrafią znacznie przerosnąć pomysłow
ość Ennisa. Zresztą, on sam jest sobie winny.

Za graficzną stroną „Goddess” stoi Phil Winslade, który dostał tę fuchę zaraz po podrzuceniu Ennisowi swojego portfolio na komiksowym konwencie w Coventry. To jego drugi większy projekt, później grzebał przy różnych tytułach (nawet „Howard The Duck” dla imprintu MAX), współpracował też przez chwilę ze Steve’em Dillonem. Choć w „Goddess” dominuje brudna kreska i nakićkane kadry, poszczególne plansze (czy nawet konkretne ujęcia) utrzymano tu w bardziej „bajkowej” stylistyce znanej z okładek. Nie jest to jednak kaprys rysownika, efektowny zabieg jest bowiem uwarunkowany fabularnie. A dla wszystkich, którym „baśniowy” klimat podejdzie, dołączone na końcu artworki mogą okazać się smakowitym kąskiem.


W
1996 roku autorów „Goddess” nominowano do Nagrody Eisnera – Garth Ennis startował w kategorii Best Writer, Phil Winslade z kolei jako Best Cover Artist. Historia ma ręce, nogi, niezły finał i dobrze się ją czyta. Są też wybuchające głowy. Opisywany tytuł powinni sobie mimo wszystko darować czytelnicy zmęczeni wałkowanymi przez Ennisa motywami i charakterystycznym stylem scenarzysty, ten bowiem nawet na chwilę nie porzuca swoich przyzwyczajeń. „Goddess” polecić należy każdemu miłośnikowi „Kaznodziei”, chcącym sprawdzić, w którą stronę poszedł Ennis po „True Faith” i reszcie, nie znającej jeszcze twórczości Irlandczyka. Po tym tytule mogą go pokochać... albo kompletnie znienawidzić.

„Goddess". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Phil Winslade. Wydawca: Vertigo 2002.

niedziela, 24 stycznia 2010

Rok 2009: rynek amerykański

Autor: Paweł Timofiejuk

Rok 2009 by
ł rokiem kryzysu na rynku amerykańskim. Kryzysu, który było widać również w komiksie. Zaczęło się wraz z początkiem roku i ogłoszeniem przez DCD (Diamond Comics Distrubutions) zmian w zamówieniach na direct market. Zmian, które sprawiły, że ceny zeszytów poszły w górę, a wielu mniejszych wydawców zmuszonych zostało do zweryfikowania planów. Małe wydawnictwa ograniczyły liczbę zeszytów dostępnych na rynku (co widać choćby po ofercie Amaze Ink/SLG), a duże zaczęły rozważać wyczyszczenie swoich katalogów z przerostu oferty, która pęczniała jeszcze w czasach prosperity. Pojawiła się potrzeba powrotu do korzeni i przy pomocy crossoverów wyczyszczenia rozbuchanego galimatiasu. Czy też, jak w przypadku Image, w połowie roku zdecydowano się na powrót do komiksów, które dały początek ich sukcesom na rynku. Znany z częstych bankructw Marvel, w końcu znalazł jelenia (w tej roli Disney), który za możliwość przejęcia filmowej części firmy zabulił krocie (patrz: ilustracja po lewej, pochodząca z Superpunch). Czy ujrzymy jelonka Bambi zalecającego się do Mary Jane? To się okaże, bo związek nie został jeszcze w pełni skonsumowany. Cóż , Warner Bros. też nie oszczędził swojego dziecka i oficjalnie ogłosił, że DC Comics staje się tylko częścią DC Entertainment – no a jakże, spółki zajmującej się przede wszystkim filmami, na których przecież się zarabia. Tym tropem podążył również Top Shelf, którego 33% udziałów trafiło w ręce filmowców Johna S. Johnsona i Anthony’ego Bregmana. Czy to właściwy kierunek dla bytu komiksowego rynku? - zobaczymy w najbliższych latach, ale jeśli trend będzie utrzymywał się stale, to może dojść do sytuacji, w której rynek komiksowy będzie tylko przemysłem wspierającym produkcję filmową. Wystarczy spojrzeć na to, co ostatnimi czasy dzieje się w IDW, które skupia się przede wszystkim na mocnych i doskonale znanych produktach powiązanych z telewizją.

Przemiany ostatnich miesięcy doprowadziły do sytuacji, w której katalog Diamonda zmalał o połowę, i stał się tylko grubszą broszurą. Zniknęło z niego dużo niewielkich inicjatyw, a komiksy wydawane własnym sumptem przez autorów nie pojawiały się już w katalogu w ostatnich miesiącach roku. Po części było to wymuszone nową polityką firmy, która nie dość, że podniosła wydawcom limity sprzedaży, aby utrzymywać ich towar w katalogu, to również zaczęła rościć prawa do arbitralnej oceny, czy wpuścić na direct market nowe produkty i nowych wydawców. Dlatego też wielu z wydawców skupiło się na pogłębianiu penetracji rynku książkowego, a na serwisach zaczęto dyskutować o sensowności topów sprzedaży DCD, gdy sam Diamond nie ujmował w nich całej swojej sprzedaży – nie obejmuje ona sekcji DBD (Diamond Books Distributions). A już zestawienie obu list powoduje zmiany w postrzeganiu rynku komiksowego. Okazuje się, że zaczyna rosnąć rola rynku książkowego (popularnie zwanego graphic novel) kosztem masowego przemysłu zeszytów komiksowych. Ta rola jest już na tyle znacząca, że duzi wydawcy książkowi coraz śmielej wchodzą w ten interes, ale mając znacznie bardziej rozbudowaną sieć dystrybucji mogą sobie pozwolić na traktowanie direct market po macoszemu i skupianie się na sprzedaży komiksów (graphic novel) przez księgarnie, a nie sklepy komiksowe.

Wróćmy do kryzysu. Zaowocował on zmniejszeniem się rynku, ale nie sprawił, że dynamika jego zmian ustała. Ba, spowodował raczej jej wzmocnienie. Bo czymże innym jest coraz częstsze sięganie przez producentów komiksów superbohaterskich po twórców, którzy jeszcze kilka lat temu nie przeszliby selekcji redaktorów skupionych na naiwnym realizmie, nie chcących (tak „nie chcących!”, a nie „nie mogących!”) pozwolić sobie na eksperymenty graficzne nawet na obrzeżach DC, czy też Marvela. To się zmienia, ale zmienia się też optyka rynku. Tak jak na rynku książkowym zaczyna dominować tematyka autobiograficzna, a coraz większą uwagę przyciągają twórcy komiksu autorskiego. W takich warunkach przychodzi wybrać 10 najlepszych, moim zdaniem, komiksów wydanych w 2009 roku za oceanem.

Zacznijmy jednak od tych tytułów, które się tam nie znajdą, a mogłyby się znaleźć. Nie będzie więc tam Asteriosa Polypa, bo po prostu nie trafiła do mnie zupełnie ta akademicka pseudobiografia, która podbiła listy przebojów wielu krytyków, autorów i znawców w samych Stanach. Nie trafią tam edycje Tardiego ("You are there" i "West coast blues") wydane przez Fantagraphic, bo co z tego, że fajne, jak o 30 lat spóźnione, ale kto wie, może w 2010 roku pojawią się jego lepsze i nowsze rzeczy. Nie znajdzie się też "Scalped", choć jest jedną z niewielu wartych uwagi serii z wielkich wydawnictw. Zabraknie też nowego Mouse Guarda: "Winter 1152", bo dobre to ciągnięcie świetnego pomysłu, ale bez tego specjalnego błysku, który towarzyszył pierwszej serii. Nie będzie też "Sweet Tootha", bo pomimo całego zaufania jaki dałem tej serii, to za wcześnie by wychwalać ją pod niebiosa.

A co będzie? Będzie dziesięć świetnych komiksów, a właściwie 11, bo jednego oba tomy wydane w 2009 roku.

10. "Leagu
e of Extraordinary Gentlemen (Vol III): Century #1" – Alan Moore, Kevin O’Neill – bo zmiana wcale nie wyszła na gorsze, a wręcz na lepsze. Mamy więc ostrą historię, która pokazuje, że tym razem nie czuwał nad Moorem żaden cenzor. Na dodatek wracamy do wielu wątków, które przewijają się przez twórczość Moore'a, a O’Neill jest w doskonałej formie

9. "Dark Entries" – Ian Rankin, Werther Dell’edera – co by było jakby za Constantine’a zabrał się prawdziwy pisarz kryminałów? Teraz już wiemy. Wszystko to w nowej linii DC – Vertigo Crime. Wszystko to w czerni i bieli. Wszystko to na ponad 200 stronach w kieszonkowym formacie, czyli prawie jak prawdziwy tani kryminał. Gdyby rysunki jeszcze były lepsze, choć… wróć! Przecież to idealny styl dla takiego nawiązania do tradycji pulpy.


8. "The Photographer" – Didier Lefevre, Emmanuel Guibert, Fr
ederic Lemercier – doskonały przykład na świetne możliwości połączenia fotografii i rysunku, i w ten sposób stworzenia świetnego reportażu z Afganistanu – miejsca, które obecnie wydaje się nam całkowicie odmiennym od tego, jakim było 25 lat temu, a zarazem tak podobnym, gdy brniemy przez karty książki i wgłębiamy się w dostępne w sieci informacje o trwającej tam wojnie.


7. "DMZ vol.
6 Blood in the Game" i vol. 7 "War Powers" – Brian Wood, Riccardo Burchielli, Kristian Donaldson I Nikki Cook – wielu mogło się wydawać po poprzednim roku, że to już koniec, nic ciekawego się w serii nie wydarzy, autor zafiksował się na paru pomysłach, które właśnie dogorywają. A jednak, wszyscy wątpiący dostali soczystego kopa w jaja, a seria dostała niezłego powera i z nową siłą kręci się dalej. A robi się coraz ciekawiej, co mogą poświadczyć czytelnicy tej serii w wydaniu zeszytowym, gdzie właśnie w nr 49 nastąpiła kulminacja opowieści zaczętej w tych dwu zbiorczych wydaniach.

6. "Stitches" –
David Small – jedna z mocniejszych pozycji tego roku, której - uwaga - nie kupiłem od razu. Nabyłem ją dopiero śledząc listy i pomimo tego, że nie trafia ona do mnie do końca graficznie, jednak jest to wartościowy komiks, który słusznie znalazł się na wielu listach przebojów. Autobiograficzna historia rysownika książek dla dzieci cofa nas do traumatycznych przeżyć jego dzieciństwa i efektów jakie one wywarły na jego życie. Dla mnie Small mógłby już przestać robić książki dla dzieci i zająć się tworzeniem kolejnych graphic novel, bo przekonał mnie, że potrafi.

5. "Footnotes In Gaza" – Joe Sacco
– długo czekaliśmy na now
y komiksowy reportaż Joe, aż już wielu zwątpiło. Choć wielu wiernych ucieszyło się z preludium o Czeczeni w "I live here", ale wciąż czekaliśmy na nowy komiks Joe. I w końcu kilka dni temu przyszedł, ukazał się na sam koniec roku. Jeszcze nie przeczytałem go, ale już te strony na których właśnie jestem są wyśmienite i przypominają dlaczego tak lubię jego komiksowe reportaże.


4. "The Complete Essex County"
– Jeff Lemire – ten komiks pokochałem już w wersji 3 odrębnych albumów bez dodatków. Pokochałem aż do tego stopnia, że jego zbiorcze wydanie w polskiej wersji
ukazało się zaledwie tydzień po amerykańskiej premierze.

3. "The Red Monkey Double happiness book" – Joe Daly – komiks ten kupowałem bez żadnego przekonania do jego zawartości, bardziej żeby sprawdzić co ciekawego dzieje się w komiksie południowoafrykańskim. Dostałem przyjemny rozrywkowy komiks i do tego świetnie wykonany, dzięki czemu warty uwagi każdego miłośnika dobrych komiksów.

2. "Scott Pilgrim vs the Universe" – Brian Lee O’Maley – to już piąty tom przygód Scotta Pilgrima, a bawi równie dobrze jak poprzednie, chociaż trzeba było na niego czekać. Warto było! Teraz wypada mieć tylko nadzieję, że ostatniego tomu doczekamy się przed filmową premierą, abyśmy mogli skonsumować całą serię jeszcze raz. http://www.scottpilgrimthemovie.com/about-the-film/ – Coś mi się widzi, że 2010 rok, będzie rokiem Scotta Pilgrima!

1. "A Drifting Life" - Yoshihiro Tatsumi – ponad 8 i pół setki stron autobiograficznej opowieści o początkach japońskiego szaleństwa na punkcie mangi. Cofamy się więc do połowy lat 40. i zmierzamy do końca 50. XX wieku, oglądając wraz z autorem kształtujący się rynek mangi. Obserwujemy życiowe wybory, biznesowe i twórcze decyzje, które wywierają wpływ na losy naszego twórcy, a są podejmowane w atmosferze uczestnictwa w czymś wielkim, czymś co zmienia rynek czytelniczy. Czyta się niezwykle szybko, pomimo tej ogromnej objętości, a rysunek doskonale wpisuje się w klimat wspomnień z powojennej Japonii.

Być może rok 2009 nie był rokiem obfitym w nowości, ale był niewątpliwie obfity w dobre nowe tytuły, które pokazują, że komiks dawno wyrósł z getta, do jakiego nieustannie szufladkują go miłośnicy wąskiego pojmowania tej dziedziny sztuki, jako prostej rozrywki dla białych nastoletnich chłopców z przedmieść. I miejmy nadzieję, że rok 2010 będzie świetną kontynuacją tego trendu wydawniczego.

wtorek, 8 grudnia 2009

"Shade, the Changing Man: The Edge of Vision" - Milligan, Bachalo, Pennington

Autor: Dominik Szcześniak

Kiedy pisałem o ładunku szaleństwa, istniejącym w albumie "American Scream" nie wspomniałem, że w późniejszych odcinkach serii wariactwo sięga zenitu. "The Edge of Vision", zbierający odcinki 7-13 regularnej serii jest najlepszym przykładem na to, że scenarzyście w świrowaniu wtórować zaczęli twórcy rysunków. Szalone kadrowanie, poucinane panele, kadry ciągnące się falowo przez sąsiadujące ze sobą strony oraz okładki, będące pokłosiem McCarthyismu. Witajcie w świecie Shade'a.

Ten album to w połowie ciąg dalszy przejażdżki po Stanach, a w połowie nawiązanie
do pierwszych odcinków serii. Milligan, idąc tropem Amerykańskiego Wrzasku, wsiąka tym razem w środowisko ludzi bez tożsamości (w historii "Nameless"). Nie robi tego jednak w sposób podobny do metod Christiana Slatera i spółki, lecz trafia w sam rdzeń tematu, wyciągając z ludzi zamieszkujących Nowy Jork śmieci, które w nich siedzą. Następnie przenosi się do Komuny Różowych Niebios, na Haigh Ashbury, wysyłając Shade'a na spotkanie z samozwańczym hippisowskim guru, Arnoldem Majorem. W tych okolicznościach Shade'owi zostaje zaprezentowany konkretny sposób zwalczenia Amerykańskiego Wrzasku: pozytywnymi vajbsami. Miłością. Hippisowskim wielokrotnym orgazmem. Ponownie powraca temat rozliczenia amerykańskiego społeczeństwa - tak, jak w pierwszym tomie Milligan dosadnie przekazywał, iż to wszyscy obywatele zabili JFK, tak tutaj daje do zrozumienia, że "American Dream" jest pojęciem dotyczącym tylko i wyłącznie jednostek, którzy zostawiają w tle wiele anonimowych istnień. Sugeruje również, że Ameryka wraz z ego jej obywateli w tej postaci powinna zginąć po to, by mogła się odrodzić duchowo. Większość z tych teorii, będąca efektem działania Szaleństwa jakie ogarnęło Amerykę, jest przez Milligana reinterpretowana w finalnych momentach poszczególnych historii. Okazuje się wówczas, że teoria miłosnego odkupienia jest teorią szaleńca, który ma się za boga, a atak śmieci na Nowy Jork to sprawka wieśniaka, który skuszony amerykańskim snem wyruszył do miasta i poległ, bojąc się do porażki przyznać przed rodziną. Te dwie omówione historie, składające się na "Edge of Vision" to zlepek motywów, pojęć i absurdalnych akcji, pozwalających zastanawiać się co też takiego autor tych opowieści zażywał podczas ich tworzenia...
O wiele spokojniejszym odcinkiem, będącym jednocześnie znakomitą satyrą na normalność jest "Inwazja porywaczy normalności". Na przykładzie kilku dni życia jednego policjanta z Crystal Falls w stanie Wisconsin, Milligan ukazał absurdy, jakie istnieją w zamkniętych społecznościach w USA. "Co to znaczy być normalnym?" - strumień szaleństwa, jaki opanował Amerykę, zadał to pytanie zastępcy szeryfa Chuckowi Kleinowi, który od razu zaczął uskuteczniać swoje pojęcie normalności za pomocą ukrytej w piwnicy Maszyny Korekcyjnej. Do owej maszyny trafiają wszyscy mieszkańcy Crystal Falls. Początkowo normalizowane są jedynie kobiety, które nie noszą staników, przez co są zbyt podniecające, dzieciaki oglądające MTV, czy też pary bez ślubu, a z czasem maszyna obejmuje swoim działaniem wszystkich, którzy nie zachowują się na podobieństwo Chucka Kleina. Milligan źródło szaleństwa odnajduje zawsze w jednostce. A następnie transponuje to na ogół.
Opowieścią wieńczącą album jest tytułowy "Skraj wizji". Zamiast absurdalnych zagrywek i wykładni na temat kondycji amerykańskiego społeczeństwa, Milligan bierze się w niej za rasowy thriller, wprost nawiązujący do "Twin Peaks" Lyncha (różnica czasowa między premierą serialu a pojawieniem się na rynku pierwszego numeru komiksu jest niewielka) oraz do pierwszych odcinków serii, w których Shade dzielił jedno ciało z wielokrotnym mordercą, Troyem Grenzerem. W tejże historii Shade zostaje wplątany w rozwikłanie serii chicagowskich morderstw, przypisywanych Grenzerowi. Czy Grenzer żyje? czy zabójcą jest Shade? Ani mi w głowie spalać tego tematu.
"Edge of Vision" przynosi ze sobą jedno bardzo istotne zdarzenie: na łamach tego albumu po raz pierwszy pojawia się jeszcze jedna barwna postać autorstwa Milligana: Lenny - wyluzowana, uwikłana zarówno w świat sztuki, jak i drobnych przestępstw kobieta, mająca w przyszłości odegrać bardzo dużą rolę w życiu Shade'a i Kathy. Co istotne, Milligan nawiązuje (po raz pierwszy chyba) do twórczości swojego ulubionego reżysera, Romana Polańskiego.
Jak wspomniałem na początku, rysunki Bachalo i Penningtona to istne szaleństwo, wymykające się z ram zwykłego kadrowania. Jedynie "Inwazja porywaczy normalności" (#10) posiada bardzo czyste i eleganckie grafiki w wykonaniu gościnnego twórcy Billa Jaaska, które paradoksalnie pasują do niej jak ulał.

Omówione wyżej historie znalazły się w albumie po raz pierwszy. Są to opowieści bardzo żywe, pozbawione elementu zapoznawania się z bohaterami, przez co mam nadzieję, że spotkają się z dobrym przyjęciem Czytelników. W przyszłym roku minie 20 lat od momentu, w którym serial "Shade, the Changing Man" został odpalony. A jako, że i pisarstwo Milligana jest na fali, trzeba spodziewać się kolejnych zbiorczych wydań komiksu.


"Shade, the Changing Man: The Edge of Vision". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunek: Chris Bachalo. Tusz: Mark Pennington. Kolor: Danny Vozzo. Wydawca: Vertigo 2009

niedziela, 6 grudnia 2009

"Shade, the Changing Man: The American Scream" - Milligan, Bachalo, Pennington

Autor: Dominik Szcześniak

Jakiś czas temu omówiłem jeden z zeszytów najbardziej znanej serii autorstwa Petera Milligana, a przy okazji jednej z tych, które stworzyły imprint Vertigo. Teraz nadszedł czas, by zająć się historią związku Shade'a z Milliganem od samego początku. "The American Scream" to album, który po raz pierwszy ukazał się w 2003 roku, jego reedycja w 2009, natomiast w zeszytowej wersji można było go przeczytać w roku 1990. Czy, mając niemal 20 lat na karku, "Shade, the Changing Man" nie jest przypadkiem oldschoolową lekturą dla komiksowych starców?

Wszyscy, którzy pamiętają takie historie jak "Wygłodniała trawa", czy "Golem z Gotham" (publikowane w polskim wydaniu "Batmana"), powinni być przygodami "Shade'a" usatysfakcjonowani. Jest to komiks absolutnie uniwersalny, świetnie skonstruowany i przede wszystkim - szalony do bólu. Opowieść zasadza się na przybyszu z
planety Meta, który w celach nie do końca sobie znanych trafia na Ziemię. Shade jest zmieniającym rzeczywistość kosmitą, tzw. "agentem umysłu". Na swojej planecie był spokojnym chłopcem, parającym się rozwojem duchowym i wielbiącym poezję. Na ziemi natomiast, wskutek niezidentyfikowanego błędu, trafia wprost do ciała wielokrotnego zabójcy, Troya Grenzera.

Towarzyszką Shade'a jest Kathy George. I właściwie w tej postaci Milligan kumuluje cały emocjonalny arsenał, jaki miał do dyspozycji w tym albumie. Poznajemy ją w momencie psychicznej degrengolady, wywołanej śmiercią rodziców i chłopaka. Shade pojawia się przed nią w postaci Grenzera. Ostatnimi ofiarami Grenzera byli rodzice Kathy. Jej
dochodzenie do siebie stanowi jeden z głównych wątków albumu, zgrabnie zresztą wpisujący się w tytułowy Amerykański Wrzask.

American Scream to bardzo jasne odwołanie do American Dream, podparte osobistymi doświadczeniami Milligana, który przed napisaniem tego albumu odbył wędrówkę po Stanach. W związku z tym, pod jego krytyczne pióro wpadły takie zjawiska, jak rasizm w południowych stanach, czy biznes filmowy. Milligan podał również swoją odpowiedź na pytanie "Kto zastrzelił JFK?". Wszystko to oczywiście w sposób bardzo niekonwencjonalny. Należy bowiem zaznaczyć, że wraz z przybyciem Shade'a nastąpiły zmiany w rzec
zywistości, a całe Stany ogarnęło Szaleństwo, pochodzące z Obszaru Szaleństwa. Dzięki temu Shade i Kathy stawiają czoła personifikacji Amerykańskiego Wrzasku oraz wielkiej głowie JFK, będącej współczesną wersją Sfinksa...

Komiks atakuje wielością przedziwnych zdarzeń, wymykających
się z ram standardowej narracji komiksowej. Milligan wrzucił do jednego kotła całe amerykańskie społeczeństwo, piętnując ich najbardziej wyraziste wady. Zrobił to w sposób bardzo rozrywkowy, lecz jednocześnie niedopowiedziany - po lekturze "Amerykańskiego Wrzasku" Czytelnik zostaje z mnóstwem pytań i kilkoma zaledwie odpowiedziami.

Warto wspomnieć o rysowniku tego komiksu. Chris Bachalo, znany ze swojego charakterystycznego stylu, tutaj jeszcze raczkuje, choć spod tuszu Marka Penningtona momentami przebijają już zwiastuny przyszłej kariery tego rysownika. Efektu dopełnia nieco archaiczna kolorystyka w wykonaniu Danny'ego Vozzo.

"Shade: The American Scream" to fantastyczne wejście w serię, która w późniejszych odsłonach będzie miała swoje wzloty i upadki. Przy okazji niniejszej recenzji, warto odnotować, że Milligan planuje wrócić do jednego ze swoich ulubionych bohaterów. Tak, jak kiedyś na łamach "Shade'a" wystąpił John Constantine, tak niebawem, na kartach "Hellblazera" zagości Shade. Jak stwierdził scenarzysta (w wywiadzie, który polecam), "John będzie w takich kłopotach, że właściwie jedynie Shade będzie mógł mu pomóc". Pozostało tylko czekać.
"Shade, the Changing Man: The American Scream". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Chris Bachalo. Inker: Mark Pennington. Kolor: Danny Vozzo. Wydawca: DC Vertigo 2003

środa, 25 listopada 2009

Cykl milliganowski - reaktywacja

Autor: Dominik Szcześniak

Sporo czasu upłynęło od wizyty Petera Milligana w Polsce. Od momentu zakończenia MFKiG tu i ówdzie pojawiły się wywiady z twórcą, bądź recenzje jego komiksów. Chwilowy medialny renesans tego scenarzysty niech będzie okazją do podlinkowania tych (momentami arcyciekawych) materiałów oraz rozpoczęcia kolejnych odcinków "milliganowskiego cyklu" na łamach "Ziniola".

Na wstępie warto odnotować relacje ze spotkania z Milliganem - na pierwszej z nich można zobaczyć jak Milligan się porusza i przemawia, usłyszeć jak Łukasz Szostak tłumaczy jego słowa oraz ujrzeć, jak redaktor naczelny "Ziniola" macha znerwicowaną lewą stopą. Drugą z kolei można sobie przeczytać. W całości. Jest ona pełnym zapisem tamtego spotkania, przyozdobionym kilkoma osobistymi wtrętami autora tej kronikarskiej roboty. Bardzo ciekawy wywiad, skupiający się głównie na "Skinie" znaleźć można na Komiksomanii, z kolei o milliganowskim mainstreamie, "Batmanie" i "Hellblazerze" poczytać możecie na DC Multiverse. Na Avalonie natomiast zawisła bardzo konkretna rozmowa z Peterem, uwzględniająca przy okazji warunki, w jakich przeprowadzany był wywiad. Do rozlicznych recenzji "Skina", zamieszczanych w sieci, warto dorzucić szereg recenzji w podobnym do ziniolowego "bloku" poświęconym komiksom Milligana, jaki od jakiego czasu publikowany jest na blogu Komiksofilia.

Tymczasem na zachodzie pojawiło lub pojawi się kilka nowych komiksów Petera Milligana. Po zremasterowanej reedycji pierwszego tomu "Shade'a" (powyżej zestawienie: stara i nowa okładka), wreszcie doczekaliśmy się drugiego zbiorczego wydania tego komiksu - "Edge of Vision" to kolekcja odcinków 7 - 13 z regularnej serii. Poza tym, Vertigo proponuje kolejne odcinki "Greek Street", których regularną miesięczną publikację wspomoże pierwszy trade ("Blood Calls For Blood"), zaplanowany na marzec. Wraz z nim, do sprzedaży trafi niemal dwustustronicowy czarno-biały one - shot "The Bronx Kill", stworzony z myślą o linii wydawniczej "Vertigo Crime". W styczniu pojawi się na rynku kolejny zbiór: "Human Target: Chance Meetings", w którym znajdzie się omawiania już na blogu "Ziniola" pierwsza mini seria oraz jednostrzałowiec "Final Cut" - wszystko to z powodów stricte marketingowych, bowiem już niedługo zadebiutuje telewizyjny serial na podstawie komiksu. Jakby tego było mało, bardzo dobrze trzymają się regularne serie współtworzone przez Brytyjczyka - świeże jeszcze okładki "Hellblazera" #264 i "Greek Street" #8 prezentuję poniżej.

"Batman Confidental" to kolejny projekt Milligana - powracając do postaci, z którą zaczynał przygodę w DC, napisał historię "The Bat and the Beast" opublikowaną w numerach 31 - 35 (wrzesień - grudzień '09). Miał swój udział również w serii "Punisher: Frank Castle", w której na potrzeby 75 numeru zamieścił opowiastkę "Father", narysowaną przez Gorana Parlova.

Wszystko to, w swoim czasie, zostanie tutaj omówione.