Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

"Wykiwani" - Alex Robinson

Autor: Dominik Szcześniak

Na odwrocie "Wykiwanych" Matt Singer z "The Village Voice" rekomendując komiks porównuje go do sztuki filmowej Roberta Altmana. Dla tych, którzy potrafią odczytać tę zależność, będzie to jasny sygnał dotyczący tego, czego komiks dotyczy. Dla niezorientowanych bądź nieprzepadających za tego typu porównaniami, pomocna powinna być opinia Bartosza Sztybora (zamieszczona w tym samym miejscu), twierdząca, iż dzieło Robinsona jest świetnie skonstruowane i mówi o "postaciach z krwi i kości".

Twarze postaci, o których mowa, przedstawia Robinson już na okładce swojego komiksu. Nie jest ona może cudnej urody, ale prezentuje kilka zależności, jakie między bohaterami zac
hodzą na wewnętrznych stronicach tego pokaźnych rozmiarów tomu. Widząc spojrzenia sąsiadujących ze sobą twarzy, Czytelnik ma zasygnalizowane, że dojdzie do pewnych interakcji między nimi. Dodatkowo, w opisie komiksu wydawca zdradza, iż losy wszystkich tych ludzi splotą się ze sobą w jednym momencie. I rzeczywiście, tak się dzieje, lecz wydaje mi się, iż choć z dramaturgicznego punktu widzenia patrząc, zabieg jest to rzeczywiście świetny, dla całego komiksu nie jest jednak najistotniejszy.

Najistotniejsze jest te sześć historii, po jednej na każdą z postaci, które napisane są przez Robinsona z pietyzmem i niesamowitą dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Spójrzcie chociażby na Raya - piosenkarza, lidera zespołu "The Tricks", przechodzącego właśnie kryzys twórczy - Robinson nakreślił tę postać w sposób tak wiarygodny, iż po lekturze "Wykiwanych" całkiem możliwe, że wyruszycie na poszukiwania płyt tego zespołu, mimo iż w głębi duszy będziecie zdawali sobie sprawę, iż jest to zespół fikcyjny. Uprawdopodabniaj
ą go również dwie inne postaci - Lily, muza Raya, która powoli przywraca jego karierze dawny kurs oraz Steve - fanatyczny wielbiciel The Tricks. Steve zresztą jest bohaterem, którego geekowski portret psychologiczny został przez autora najdoskonalej oddany. Poza powyższymi, mamy okazję poznać perypetie Caprice, kelnerki z ciągłymi rozterkami sercowymi, Phoebe, starającej się odbudować relacje z ojcem oraz Nicka, fałszerza autografów zawodników baseballowych.

Robinson w formie przeplatanki prezentuje nam po fragmencie z życia każdego z bohaterów, przy czym traktuje ich wybiórczo jeśli chodzi o sposób opowiadania historii. Jedni przedstawiają czytelnikowi swoje wnętrze poprzez długie monologi, będące wędrówkami w głąb ich myśli, inni natomiast mają do dyspozycji same dialogi, w związku z czym to, co
siedzi w ich głowach poznać możemy głównie poprzez ich zachowanie. Przykładem tej pierwszej opcji jest Steve, w przypadku którego wniknięcie w jego mózg było jedyną szansą dla Robinsona, by ukazać charakter tej postaci. Wszystko bowiem u Steve'a dzieje się w jego głowie - począwszy od teorii, że należy on do 5 procent najinteligentniejszych ludzi na ziemi, skończywszy na zabawie w "przelecieć albo wywalić" z wszystkimi zauważonymi na ulicy kobietami. Język owej narracji jest na tyle dobrze skonstruowany, że czyta się ją świetnie, chłonąc nawet strony przeładowane tekstem. Nie bez powodu z takimi scenami sąsiadują wspomniane już wcześniej fragmenty, wykorzystujące sam obraz lub posiłkujące się dialogami. Jedne i drugie wyznaczają rytm tego komiksu.

Przekrój społeczny, z jakim mamy do czynienia w "Wykiwanych" oraz podkreślenie ważności jednostki w społeczeństwie to główny temat komiksu. Kulminacyjny moment opowieści to spotkanie wszystkich sześciu bohaterów w barze. Jest to punkt, od którego równie dobrze można rozpocząć komiks i pokazując kilka anonimowych postaci, zagłębić się w retrospekcjach. Robinson wskazuje jednak inną drogę: Jest bar. Są w tym barze ludzie. I każdy z nich ma swoje historie, swoje lęki, marzenia. Czytelnik wchodzi do tego baru, znając te lęki i marzenia. I rzeczywiście te postaci wydają się mu być z krwi i kości.

Początkowy tytuł "Wykiwanych" miał brzmieć "Cave City", ale po dwudziestu stronach Robinson zrezygnował z tego pomysłu. Drugie podejście również okazało się być falstartem - 10 stron komiksu zatytułowanego "Sophomore Slump", choć przez autora nie ukończone, wraz z pewnymi patentami z "Cave City" złożyło się na "Wykiwanych". Praca nad komiksem zajęła autorowi około czterech lat. Ten czas pozwolił mu na skonstruowanie świetnej, przemy
ślanej historii, obok której nie można przejść obojętnie. Polecam miłośnikom dobrego komiksu. Bez kategoryzowania gatunkowego - bo w "Wykiwanych" znajdzie się wszystkiego po trochu i w odpowiednich proporcjach.
"Wykiwani". Autor: Alex Robinson. Tłumaczenie: Robert Lipski. Wydawca: timof comics 2009

niedziela, 9 sierpnia 2009

"Dworzec Centralny" - Trondheim, Duffour

Autor: Dominik Szcześniak

Lewis Trondheim i Jean - Pierre Duffour, Francuzi, niemal rówieśnicy (pierwszy urodził się w roku 1964, drugi w 1963) poświęcili czterdzieści cztery strony komiksu, by opowiedzieć o dworcu centralnym. I choć obaj są Francuzami, ich utwór nie skupia się na historycznej przeszłości dworca paryskiego. Nie jest to również wnikliwa analiza dworca w Trondheim, choć akurat to miasto wybrał sobie Laurent Chabosy jako drugi człon swojego pseudonimu artystycznego. Panowie pod przykrywką dworca opowiadają o zagubieniu. I to o zagubieniu najbardziej absurdalnym - zagubieniu w miejscu, które przecież dobrze znamy.

Dworzec jest to zatem anonimowy, podobnie zresztą jak główny Bohater, który z imienia nigdy nie zostanie nam przedstawiony. Bohater, zaskoczony brakiem rozkładu jazdy oraz jakiejkolwiek informacji, zostaje wrzucony w wir przedziwnych scen. Wdaje się w rozmowę ze zwykłymi przechodniami, złapanym zupełnie przypadkiem urzędnikiem oraz szeregiem postaci, które same zagajają z nim pogawędkę. I są to persony niekonwencjonalne, ziejące absurdem na odległość. Nerwowej przechadzce Bohatera po dworcu w poszukiwania s
ensu, towarzyszą porozwieszane na ścianach komunały, charakteryzujące dworzec w kategoriach: skuteczności, punktualności, szybkości, niezawodności, prostoty i bezpieczeństwa. Te gołosłowne hasła nijak mają się do rzeczywistości.

Trondheim w "Dworcu Centralnym" przewrócił do góry nogami dosłownie wszystko. Kanar, miast kontrolować bilety, w panice ucieka przed Bohaterem. Urzędnik, ukradkiem pojawiający się w okienku kasowym, wykręca się od udzielenia informacji potrzebą założenia karnisza, który właśnie spadł, po czym wchodzi w absurdalną wymianę zdań ze swoim kolegą z pracy, tym samym Bohatera olewając. Niepojęta biurokratyzacja to jeszcze nic - metodą absurdalnego odwrócenia scenarzysta przekształcił również postawy potencjalnych podróżników, współtowarzyszy (ws
półwięźniów?) Bohatera. Stoją w kolejkach donikąd, siedzą w wagonach bez torów, mylą bagaże lub - jak pewien golibroda - po prostu plotą głupoty. Jedynym normalnym w tym gronie jest pan, którego Bohater spotyka na samym początku opowieści. Zdegustowany brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony obsługi dworca, postanawia wracać do domu, przez co zostaje przez Bohatera wprost uznany za szaleńca.

Tymczasem szaleństwem przesiąknięte jest całe miejsce, które jeden z bohaterów drugoplanowych określa mianem "katedry wzniesionej ku czci bogini - technologii". Ciężko powiedzieć, czy jest to klucz interpretacyjny dla całego komiksu, bo c
hoć wiele na to wskazuje, pure nonsensowy charakter opowieści nie pozwala kategorycznie tego stwierdzić. Bezwolne owieczki stojące w długiej kolejce, nie znające jej celu ani sensu, wpadają w popłoch słysząc komunikaty z głośników. Są to jednak komunikaty niewyraźne i nie mające żadnej wartości informacyjnej. Sytuacja podobna do tej, kiedy w Kościele z kiepskim nagłośnieniem, z ambony dobiega tylko bełkotliwe buczenie, które słuchane jest przez tłum wiernych w najwyższym skupieniu.

Swobodne przeskakiwanie od sceny do sceny, od jednej napotkanej postaci do drugiej jest dla Trondheima pretekstem do absurdalnej zabawy z Czytelnikiem. W miejscu bez sensu jesteśmy na tej samej pozycji startowej, co Bohater - nie wiemy tak naprawdę
, czy to aby przypadkiem autorzy nie robią nas w konia. Ten komiks jest dla odbiorcy tym, czym sam dworzec dla bohatera. Jest taka scena w komiksie, kiedy to z kufra wyskakuje wilk. Zaczyna prowokować Bohatera, zadawać mu dziwne pytania, wyraźnie wykorzystując jego rozdrażnienie wcześniejszymi przygodami na dworcu. I całkiem możliwe, że w tym samym momencie autorzy komiksu nawiązują również kontakt z Czytelnikiem i badają jego reakcje na to, co właśnie czyta. Jeśli tak, to Bohater "Dworca Centralnego" jest jednym z najbardziej wyrazistych bohaterów, z jakimi Czytelnik mógłby się identyfikować.

Wspomniany w poprzednim akapicie wilk wymaga wyjaśnienia. Otóż, w momencie jego wyskoku z kufra nie zmienia się przynależność gatunkowa komiksu. Nie staje się on nagle horrorem. Po prostu technika, jaką Jean - Pierre Duffour zastosował w "Dworcu centralnym" opiera się na antropomorfizacji postaci. Stąd wilk, kot (Bohater), kruki, sowy i żaby. Co ciekawe, obok nich istnieją również tacy, których rysownik obdarzył ludzkimi rysami. Duffour do realizacji komiksu użył szarości, co skutecznie potęguje nastrój zagubienia.

"Dworzec centralny" jest lekturą, którą poleciłbym Czytelnikom, lubiącym enigmatyczne fabuły. Niedopowiedziane, posiadające wiele interpretacji. Jest to komiks, w którym nie zakończenie, a umiejętne prowadzenie fabuły jest najważniejsze. Lewis Trondh
eim i Jean - Pierre Duffour umiejętności te posiadają, a posiłkując się znanymi motywami (jak na przykład motyw spadania, obecny w komiksowej twórczości wielu rysowników) i absurdalnym ciągiem przyczynowo - skutkowym, potrafią nie tylko wciągnąć, lecz również zmusić Czytelnika do myślenia i próby odnalezienia w tej lekturze innych, niż najbardziej oczywiste, inspiracji z kręgu literatury.
"Dworzec Centralny". Scenariusz: Lewis Trondheim. Rysunek: Jean - Pierre Duffour. Tłumaczenie: Magdalena Kurzyna. Wydawca: Mroja Press 2009.

sobota, 8 sierpnia 2009

"Opowieść rybaka 2" - Konior, Brzeziński

Autor: Dominik Szcześniak

Jest takie powiedzenie, odzwierciedlające generalny stosunek polskich czytelników do komiksów, ale też pasujące jak ulał do albumu Ireneusza Koniora i Jacka Brzezińskiego: "Cudze chwalicie, swego nie znacie." Autorzy co prawda cudzy nie są, ale już sam komiks powstał dla potrzeb rynków zachodnich i pierwotnie ukazał się w Belgii i Francji. Tak więc w przypadku "Demona z lodówki" mamy do czynienia ze swoim, powstałym na cudzym. Chwalić, czy nie chwalić?

Konior znany jest już polskiej publice. Jego pierwszy album, wydany przez Taurus Media, przyjęty został ciepło, choć bez większych ekscesów. Widać łatka twórcy publikującego za granicą nijak ma się do popularności w Polsce. Poza komiksami, autor udzielał się przy grach komputerowych oraz projektował okładki. Jacek Brzeziński to już z kolei konkretny debiutant komiksowy. Jego inne dokonania skupiają się na rynku gier (pracował m.in. nad "Wiedźminem") oraz RPG (tworzona wespół z Tomaszem Kołodziejczakiem "Strefa śmierci", czy "Oko Yrrhedesa" z Andrzejami: Sapkowskim i Miszkurką).

I niestety ów debiut nie wypada zbyt okazale - czytają
c "Opowieść rybaka 2" odniosłem wrażenie, że to swobodne i odprężające prowadzenie akcji, obecne w tomie pierwszym, gdzieś uleciało. Scenariusz jest rwany, sceny momentami są niejasne w interpretacji, a momentami silące się na humor. Promyczkiem nadziei są fragmenty, w których główni bohaterowie opowieści (przypomnijmy - dwójka rybaków i słoń, goniący po morzu za gigantyczną rybą, w której wnętrznościach spokojnie żyją sobie ludzie, którzy tam wpadli, a wśród nich ów Hemingway, na którego w pierwszej części czekaliśmy) trafiają na oazę Eskimosów w Afryce i tytułowego demona z lodówki. Kilka grepsów jest tutaj śmiesznych, ale kilka sytuacji aż prosi się o rozwinięcie na parę kolejnych stron lub choćby kadrów. Całość niestety nuży. A pozwolę sobie przypomnieć: jest to komiks przygodowy, akcyjniak, z marynistycznym motywem w tle (bo przecież większość akcji rozgrywa się w wodzie), czyli taki, który nużyć nie powinien. Tymczasem przygody i akcji jest tu jak na lekarstwo. Jest co prawda woda, ale - skoro już z przysłowiowym przytupem zacząłem - "nie samą wodą człowiek żyje".
Jacek Brzeziński, jak już wspominałem, współpracował niegdyś z Tomaszem Kołodziejczakiem. I widać była to współpraca owocna dla obu Panów w tym samym stopniu. "Demon z lodówki" ma ten sam posmak, co "Darlan i Horwazy" i jest podobnie źle zrobionym komiksem. Po jego lekturze nie zostaje w głowie kompletnie nic i po odłożeniu na półkę można odnieść wrażenie, że to był tylko zły sen lub też fatamorgana. O to, aby owe wrażenie szybko uleciało zadbał jednak rysownik. I oto moja rada: "Demona z lodówki" nie czytać! "Demona z lodówki" oglądać! Konior potrafi wyczarować naprawdę świetne kadry. Są, rzecz jasna, strony nieco niedopracowane, jednak jest to wymóg konsekwencji stylistycznej. Puszczając wodze fantazji, można by stwierdzić, że grafiki Koniora są jak połączenie starych i znakomitych komiksów Jacka Skrzydlewskiego z zaśmieconymi dużą ilością kresek zeszytami Todda McFarlane'a.
Strzałem w kolano okazuje się być promocja komiksu: opis na ostatniej stronie okładki informuje nas o "tajemnicach dżu-dżu", kryjących się w głębi afrykańskiego lądu, o "czarownikach, hordach pająków i demonicznych femmes fatales", na których niechybnie natrafimy na którejś ze stron "Demona z lodówki". Tymczasem niczego takiego w komiksie nie ma. Jeśli zamysłem autorów było zachęcenie w ten sposób czytelnika (który a nuż jest wielbicielem dżu-dżu i femmes fatales) do lektury komiksu innego, niż ten się spodziewał, to jest to znaczne pójście na łatwiznę i zwyczajne robienie tegoż Czytelnika w balona.

"Opowieść rybaka 2: Demon z lodówki" to album, który na skutek porażki scenarzysty, jest bardzo fajnym i przyjemnym portfolio rysownika. Fanom Koniora polecam.
Fanom komiksu - nie.
"Opowieść rybaka 2: Demon z lodówki". Scenariusz: Jacek Brzeziński. Rysunek: Irek Konior. Wydawca: timof comics 2009

piątek, 7 sierpnia 2009

"Big Guy i Rusty Robochłopiec" - Miller, Darrow

Autor: Dominik Szcześniak

Są komiksy robione po to, by o czymś ważnym (w zamyśle autora, rzecz jasna) opowiedzieć. Pisze się je z pompą, rysuje w niekonwencjonalny sposób i daje się Czytelnikowi do zrozumienia, że traktują one o sprawach bardzo ważnych, jeśli nie najważniejszych. Są też komiksy, które tworzy się po to, by spełnić oczekiwania większości Czytelników, dzięki czemu jednocześnie wydawca osiągnie najszybszy i najbardziej efektywny przyrost pieniędzy w swoim portfelu. Są wreszcie komiksy, które mają za zadanie uzmysłowić Czytelnikom, jak cholernie dobrze autorzy bawili się podczas procesu ich tworzenia. I pewnie można by wymienić mnóstwo innych rodzajów komiksów, lecz na tym ostatnim się zatrzymam. Bo kolejne akapity traktowały będą o komiksie "Big Guy i Rusty Robochłopiec", którego autorzy - Frank Miller i Geof Darrow - mieli ubaw po pachy w trakcie jego realizacji.

"Big Guy i Rusty Robochłopiec" po raz pierwszy pojawili się w dwu albumowym wydaniu nowo powstałego imprintu wydawnictwa Dark Horse - Legend. Był to zakątek, w którym garstka twórców (Frank Miller, Mike Mignola, Paul Chadwick, Geof Darrow, John Byrne, Art Adams i Mike Allred) mogła zająć się autorskimi projektami. Legend wydało na świat m.in. "Hellboya" (Migola był również autorem logo imprintu), "Sin City", "Concrete", czy
"Madmana". Na dwa lata przed końcem swej egzystencji, w 1996 roku, spod jego skrzydeł wyszedł również "Big Guy i Rusty". Sympatyczne postaci doczekały się także serialu animowanego, wyświetlanego w latach 1999 - 2001 oraz kilku gościnnych występów w innych komiksach Millera ("Marta Washington Stranded in Space" i "Sin City: Hell and Back").

Tematyka, wokół której obraca się fabuła komiksu sama w sobie jest katalizatorem dobrej zabawy - zarówno dla twórcy, jak i zdystansowanego czytelnika z tzw. "przeszłością", przesiąkniętą filmami z Godzillą i pełnymi patosu komiksami. Oto bowiem japońscy naukowcy, kierowani wyższym dobrem, w trakcie ściśle tajnego eksperymentu, budzą do życia "pradawne zło". Przybiera ono postać godzillopodobną i rzucając niewybredne epitety w stro
nę Japończyków, robi przemarsz ulicami Tokio niszcząc wszystko, co można zniszczyć i zmieniając na swoje podobieństwo każdą żywą istotę. Ostatnią deską ratunku staje się tajna broń Japońska - Rusty Robochłopiec. Gdy ten zawodzi, pojawia się kolejna ostatnia deska ratunku - Big Guy, również będący bronią tajną, tyle, że amerykańską. Japoński Robot nosi ksywkę "Niewielki", Big Guy to z kolei, jak sama nazwa wskazuje, "Duży Gość". Obaj co prawda na raty mierzą się z potworem, ale w momencie zwycięstwa, już ramię w ramię, niemalże przybijają sobie piątkę.

Pastiszowa forma komiksu pozwoliła Millerowi na wręcz bezwstydne i wyzbyte konsekwencji (w postaci zlania głowy scenarzysty przez znawców-krytyków) korzystanie z pompatycznej narracji, popularnej w komiksach z dawnych lat. Efektem jest t
o, że każda strona czytana na głos staje się kolejnym odcinkiem "Strefy Zmroku", w której lektor niskim, przejętym głosem wygłaszał komunały, typu "Powietrze wypełnia jazgot wielkokalibrowej broni maszynowej. Odgłos serii klekocze jak uderzające o siebie zęby. Uszy rani wizg kolejnych rakiet..." (jeden z lepszych tekstów w komiksie). Kopalnia cytatów, z jakich czerpał Miller nie ominęła również przemówień patriotycznych - w momencie zagrożenia Japoński rząd i żołnierze składają zdania nie mniej pompatycznie wzruszające niż te, które prezydent Bill Pullman płaczliwym głosem konstruował w "Dniu Niepodległości". U Millera i Darrowa jest to czysta gra z konwencją. Wiemy to nie tylko z zapewnienia wydawcy o pastiszowym charakterze opowieści, jakie znajdziemy na tylnej stronie okładki, lecz przede wszystkim z samej konstrukcji komiksu.
Pierwszą jego część wypełnia misja Pradawnego Zła, niszczącego budynki, zgniatającego ludzi - rząd japoński pozwala bestii bawić się spokojnie aż do strony 29, kiedy to do zadania pierwszego ciosu szykuje się Rusty. Razem z bestią bawi się Geof Darrow. Podobnie jak w poprzedniej kolaboracji autorów ("Hard Boiled", wydany przez Egmont w ubiegłym roku), tak i tym razem rysownik szarżuje ze swoim zamiłowaniem do hiper szczegółowości. Ogrom pracy, jaki włożył w ten album, zadziwia. Bardzo pomocny był Miller, który znając upodobania rysownika, stworzył mu odpowiednią przestrzeń miejską oraz zapewnił archetypowe akcje obecne w komiksach katastroficzno - przygodowo - sensacyjnych. Jest więc ratowanie niewinnych obywateli, wyrywanie budynków i rzucanie nimi w hordy potworów, czy też wykorzystanie przez Big Guya pociągu jako protezy ręki.

"Big Guy i Rusty Robochłopiec" jest świetnym pastiszem popkulturowych wytworów lat siedemdziesiątych minionego wieku i najlepiej zostanie odebrany pośród ludzi, którzy na tychże zjawiskach ("Godzilla", "made in Japan" i przeraźliwa narracja") się wychowali. Nie zawiodą się również fani wycyzelowanych kadrów Geofa Darrowa. Problem może być jedynie z tymi wielbicielami Franka Millera, którzy znają go jedynie od tej poważnej strony. Choć i oni mogą uśmiechnąć się pod nosem i stwierdzić, że mistrz parodiuje s
amego siebie. Bo czy "Sin City" lub "300" nie były przypadkiem pełne tego patosu, jaki autor w "Big Guyu" wyśmiewa, wyśmienicie się przy tym bawiąc?
"Big Guy i Rusty Robochłopiec". Scenariusz: Frank Miller. Rysunek: Geof Darrow. Kolor: Claude Legris. Wydawca: Egmont Polska 2009. Komiks wydany w kolekcji "Mistrzowie komiksu".

czwartek, 6 sierpnia 2009

"Deogratias" - Stassen

Autor: Dominik Szcześniak

Tytułem wstępu, dwie lekcje historii. Po pierwsze: pomiędzy kwietniem a lipcem 1994 roku w Rwandzie doszło do masakry mieszkańców z ludu Tutsi przez ekstremistów Hutu. Katalizatorem wypadków było zestrzelenie samolotu, na którego pokładzie przebywał m.in. prezydent Rwandy. To wystarczyło, by "dumni i uczciwi rolnicy" zaczęli mordować swoich sąsiadów Tutsi, którzy - według dziesięciu przykazań ustalonych przez Hutu - nie mieli właściwie w Rwandzie żadnych praw. Zresztą, jedno ze wspomnianych przykazań głosiło: "Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi". Przykazania opublikowała gazeta "Kangura", propagująca ideologię Hutu Power. Efektem tego, że Hutu "przestali litować się nad Tutsi" było zamordowanie około miliona ludzi w 100 dni.

Po drugie: w marcu 2009 roku Egmont opublikował pierwszy tom nowej serii opisującej historię przełomu wieków, zatytułowanej "XX wiek XXI". Było to "Niebo nad Brukselą" - pretensjonalny bełkot Bernarda Yslaire'a, nad którym nie warto się pochylać. Trzy miesiące później, w drugiej odsłonie cyklu, dostaliśmy "Deogratiasa" - rzecz o rzezi w Rwandzie. Są to komiksy nieporównywalne zarówno tematycznie, jak i formalnie. Chciałbym je
dnak je przywołać jako totalne przeciwieństwa: podczas gdy "Niebo nad Brukselą" jest gniotem, "Deogratiasa" bez dłuższego zastanawiania się można nazwać arcydziełem komiksu.

Tytułowy "chłopiec o udręczonej duszy", którego imię znaczy "Bogu dzięki" to postać w której mieści się wszystko, co Stassen chciał przekazać o Rwandzie. Udało mu się to za pomocą prostego zabiegu: przeplatanki fabularnej pomiędzy wydarzeniami po rzezi a retrospekcjami z życia bohaterów. Bieżąca akcja prezentuje nam Deogratiasa w obdartych łachmanach, z szaleństwem w oczach, który wierzy, że jest psem i uzależniony jest od bananowego piwa, Urwagwy. Retrospekcje, wyzbyte tego szaleństwa, dają czytelnikowi nieco więcej konkretów na temat zarówno postaci Deogratiasa, jak i ludzi obok niego p
rzebywających. Jest prostytutka Venetia, jej córki Apolinaria i Benina, francuski sierżant, misjonarz Filip plus kilka innych postaci, zarówno Tutsi, jak i Hutu, które nieuchronnie zmierzają do feralnego 6 kwietnia.

Formalnie komiks podzielony jest na cztery rozdziały. Każdy z nich stanowi jeden dzień z życia Deogratiasa. Dwa z nich kończą się albo przemianą Deogratiasa w psa albo brakiem przemiany, pozostałe zakończenia są bardziej zdystansowane i prezentują
perspektywę ojca Filipa. Stassen bezlitośnie igra z czytelnikiem, sprawiając, że jest to komiks bardzo trudny w odbiorze. Zostawia znaczące tropy, by za chwilę uciec w zupełnie inne rejony interpretacyjne. Dosadna i brutalna narracja, opierająca się na samych dialogach, spełnia swoje zadanie znakomicie.

Zadaniem tym nie jest ani analiza, ani chęć odtworzenia historii. Nie jest nim również sztuczne nadmuchanie chodliwego tematu. Stassen ukazuje rozpad moralny jednostki/jednostek. W "Deogratiasie" taki rozpad pod wpływem zaistniałych zdarzeń spotyka niemal wszystkich, lecz najdosadniej ukazany jest na przykładzie Deogratiasa. Z żywego młodzieńca zamienia się w psa. Gówniarską fascynację dziewczęcymi spódnicami zamienia na niepohamowany popęd. Urwagwę, swój ulubiony napój, traktuje zarówno jako narzędzie zemsty,
jak i odtrutkę na przyczynę, z jakiej sam dla siebie stał się psem.

Najważniejszym plusem komiksu Stassena jest to, że jego brutalna wymowa nie opiera się na ukazywaniu masowych mordów, krwi i flaków. Takich scen w "Deogratiasie" nie ma. Równocześnie jest to komiks, który porusza bardziej, niż tysiąc krwawych obrazów i jest w stanie zainteresować tematem ów "świat, który w tamtym czasie obserwował wszystko spokojnie z boku", przed telewizorem.


"Deogratias". Autor: Jean - Philippe Stassen. Przekład: Krzysztof Uliszewski. Wydawnictwo: Egmont 2009. Wydane w kolekcji "XX wiek XXI"

środa, 5 sierpnia 2009

"Toxin" - Milligan, Robertson

Autor: Dominik Szcześniak

Kiedy Muzeum Sztuki staje się obiektem ataku super złoczyńców, nie trudno o przypadkową kulkę w łeb. A nawet nie kulkę. Sierżant Falk, archetypowy bohater jednej akcji (ba! jednej strony!) ginie od "starego malowidła", wtłaczając w życie pojęcie "death by art". Owym malowidłem są "Panny z Awinionu" Picassa, a nad ciałem sierżanta Falka rozgrywa się dysputa pomiędzy przedstawicielem muzeum ("Jedno z kluczowych dzieł współczesnych przepadło! To tragedia!") a detektywem Meadows ("Ja ci dam tragedię! Zabił go jakiś obraz, którego nawet nie będę udawał, że rozumiem!"). Dodawszy do powyższego fakt, iż powodem wysadzenia Muzeum była chęć odzyskania skrytego w fundamentach budynku łomu jednego z super złoczyńców, zapytam: czy mało Milligana w "Toxinie"? Czy mainstream przycisnął scenarzystę lubującego się w bardziej wysublimowanych formach i kazał mu robić powszechnie dostępne kakao? Czy może to Milligan przejął pałeczkę i rozegrał "dramat Toxina" na swoich warunkach?

Ale zacznę od początku. Kim w ogóle jest Toxin?

Venoma nie trzeba chyba przedstawiać nikomu, kto choć ciut interesował się zeszytami TM-Semic lub interesuje się amerykańskimi zeszytami Marvela lub interesuje się historiami ze Spidermanem. Podobnie z postacią Carnage'a - syna Venoma, który był bardziej wyuzdaną mutacją swojego tatusia i nie raz sprawił, że "w życiu Pajęczaka nic już nigdy nie było takie samo". Pająk - Symbiont - Venom - Carnage. Marvelowska maszyna produkująca pieniądze postanowiła zainwestować w kolejną postać w tym łańcuszku szczęścia. Panie i Panowie, oto Toxin - syn Carnage'a. Wnuk Venoma. Kolejny kosmita okupujący ciało ludzkiej istoty. Czy jego twórcy poszli na łatwiznę i wypluli z siebie potworka podobnego do "Maximum Carnage"?

Milligan oparł się na klasyce, czyli "Doktorze Jekyllu i
Panu Hyde", a konflikt osobowościowy człowieka i symbionta wplótł w bieżące wydarzenia uniwersum Marvela. "Toxin" jest bowiem "tie-inem" "The New Avengers". Powiązania z serią o Mścicielach nie są jednak zbyt widoczne, w związku z czym spokojnie "Toxina" można konsumować nie znając wydarzeń z tryliarda zeszytów Marvela. Warto wiedzieć jednak dwie rzeczy:

1. Spider man przyłączył się do Avengersów,
2. po Nowym Jorku grasują hordy dziwacznych superłotrów, zbiegów z Wyspy Rykera.


Oczywiście za łotrami latają wszystkie lateksowe dziwolągi s
tojące po stronie prawa, jak również zwykli policjanci. Plus jeden eks policjant, który ze służb został wydalony. Bynajmniej nie dlatego, że był złym gliną, ani też dlatego że był złym mężem i ojcem, a jedynie dlatego, że miał problem ze sobą. Problemem Pata Mulligana był jego mroczny koleżka, Toxin.

Mulligan nie musi starać się okiełznywać Toxina - w odróżnieniu od swoich przodków jest to symbiont spokojny i przy odpowiednim wychowaniu gotowy siać dobro na świecie. Wychowanie to jednak dość spory problem - zadaniem Mulligana jest wskazanie Toxinowi co jest dobre a co złe. Tłumacząc te pojęcia, Milligan odwołuje się m.in. do religii katolickiej. Z racji tego, że Toxin w tym ojcowsko - synowskim związku jest dzieckiem, to również, jak na dziecko przystało, jest ciekaw świata i lubi zastrzelić tatę trudnymi pytaniami. Powoduje to dość humorystyczny wydźwięk niektórych sytuacji i w połączeniu z ksywkami super łotrów oraz ich bezsensownymi, krótkimi występami, składa się na tą jasną, mainstreamową odsłonę serii. Jest też i ta mroczniejsza. Mimo, iż Milligan porusza się w świecie lateksowych pup, swobodnie penetruje mroczne jaźnie bohaterów. Za pomocą sugestywnej narracji potrafi momentami przestraszyć, a już na pewno utrzymać suspens na zakończenie każdego z odcinków.

Lecz wyraźnie widać, że nie to było celem powstani
a "Toxina". Te drobne smaczki to ukłon w stronę koneserów. Sedno sześcioczęściowej mini - serii to rozpierducha w przeróżnej postaci. Aby ją przyrządzić Milligan sięgnął po następujące składniki:

1. Złoczyńcy. Są silni, rozrabiający i głupi. Począwszy od King - Cobry, poprzez Wreckera (Robotnik, który zajmuje się demolką budynków; wspomniany wcześniej właściciel super-łomu) i Piledrivera (Kafara), wchodzących w skład Wrecking Crew, aż po gościa nazywającego się The Answer. Ten ostatni nawiązuje do postaci wymyślanych przez Milligana w "Enigmie", pozostali natomiast stanowią żywe świadectwo tego, jak wiele głupot potrafią ludzie wymyślić.


2. Biedny bohater, któremu współczujemy. Mulligan, by móc odpowiedzialnie zająć się Toxinem, postanowił odejść od żony i małego syna. I jeszcze odejść z policji. W związku z tym wszystkim strasznie cierpi i jest rozdarty wewnętrznie. Ten nieco spawnowy rodowód postaci wbrew pozorom rozegrany jest całkiem fajnie.

3. Jeszcze jeden złoczyńca - główny, najniebezpieczniejszy, któremu poświęcony jest cały sześćcioczęściowy cykl. Razor - fist. Gość szczyci się tym,
że posiada brzytwy zamiast dłoni. Inną jego supermocą jest to, że potrafi tak sprytnie dotrzeć do tysięcy dzieci, iż te z przyjemnością podetną gardła swoim rodzinom, gdy tylko zapadnie zmrok. Marzeniem Razor-fista jest zamiana "Saturday" na "Slaughterday" (czyli "soboty" na "rzeźniotę").

Istotne jest również to, że komiks został narysowany przez Daricka Robertsona, który współpracował m.in. z Warrenem Ellisem przy "Transmetropolitanie" oraz z Garthem Ennisem przy "Punisherze". Dobierając twórców okładek, Milligan prawdopodobnie usmiechnął się do swoich starych znajomych: Duncana Fegredo i Simona Bisleya. Z pierwszym z nich stworzył masę komiksów, z drugim aktualnie pracuje przy "Hellblazerze".

"Toxin" w bibliografii Petera Milligana nie zajmuje miejsca na szczycie, jednak jest bardzo przyzwoitą lekturą. Wartą polecenia również poprzez fakt, że scenarzysta miał możliwość poprowadzenia historii po swojemu. Nie jest to co prawda kanonada genialnych zagrywek, jaką zaprezentował w równie lateksowym "X-Force" (o czym napiszę niebawem), lecz na takiej przestrzeni, jaka została mu dana, poradził sobie wyśmienicie. Zdecydowanie polecam "Toxina" każdemu fanowi Milligana, ale też wyznawcom Spider mana czy komiksu superbohaterskiego w ogóle. Jest to tak wyśrodkow
ana rzecz, że spodobać powinna się wszystkim.

"Toxin" 1-6. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Darick Robertson. Tusz: Rodney Ramos. Kolor: Matt Milla. Wydawca: Marvel Comics, czerwiec - listopad 2005.

niedziela, 19 lipca 2009

Konkurs okolicznościowy

Autor: Dominik Szcześniak

Apel z piątego wstępniaka zaowocował wpisem na blogu repka, którego ten fragment:


"Wywiad z Horschemeierem. To jeden z tych przypadków wywiadów, kiedy wywiadujący przytłacza wywiadywanego nadmierną wywiadowczością wywiadu. W tej rozmowie wygląda to momentami nieco kuriozalnie, gdy strasznie poważne pytania, nasycone w 110% intelektualizmem i analizą dzieł nieznanych 99% czytelników, sąsiadują z pytaniami o to, czy cywilizacja jest
"do dupy". Które pytania padły z klawiatury Adama Gawędy, a które wyszły od Pawła Timofiejuka, pozostanie tematem na konkurs esemesowy."

zainspirował mnie do oficjalnego ogłoszenia konkursu. Pytanie konkursowe brzmi dokładnie tak, jak je ujął repek. Kto o co pytał? Nagrody będą komiksowe, interesujące i cenne. Odpowiedzi proszę serwować w komentarzach do niniejszego wpisu. Nie będzie to niestety konkurs esemesowy.


Zaznacza się, iż:
1. uczestnikami konkursu mogą być tylko i wyłącznie czytelnicy wywiadu z Paulem Hornschemeierem, zamieszczonym w piątym numerze "Ziniola",
2. konkurs otwarty jest dla wszystkich ww. czytelników, a nie jedynie tych, którzy znają Adama Gawędę i Pawła Timofiejuka. Zarówno dla jednych, jak i dla drugich będzie to taki sam strzał, tak więc walka powinna być wyrównana.