Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lewis Trondheim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lewis Trondheim. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ralph Azham 9: Punkt zwrotny - Trondheim/ Findakly

Ralph Azham to seria, o której na Ziniolu piszemy dość często. Bo właściwie pojawienie się każdej kolejnej części tego komiksu warte jest odnotowania, wspomnienia i ogłoszenia wszem i wobec. W związku z tym, bez zbędnej nieśmiałości, przedstawiam Państwu świeży, pachnący jeszcze farbą drukarską dziewiąty tom serii, zatytułowany „Punkt zwrotny”. 
Ralph Azham to komiks ciągły, bez zaplanowanych przez autora dramatycznych puent pod koniec każdego albumu. Lewis Tondheim rysuje ciurkiem i w momencie dotarcia do planszy z odpowiednim numerem po prostu zamyka kolejny tom, zrzuca materiały do wydawcy i kontynuuje rysowanie w przerwanym miejscu. W związku z tym "Punkt zwrotny" to plansze od numeru 377 do 422. Uzbierało się opasłe tomiszcze. 
Do tej pory było wesoło, strasznie i dramatycznie, teraz przyszedł czas na wątpliwości. Trondheim poza standardową dawką akcji i nieco mniejszym niż zwykle ładunkiem humoru, wrzuca swojego bohatera w wir rozważań na temat tego, czy władza korumpuje i upadla nawet najbardziej szlachetne jednostki. Naniebieszczony wybraniec – czyli obdarowany niesamowitymi mocami zbawca prostego ludu – musi podjąć najważniejszą decyzję w swojej karierze: czy zostać i walczyć dalej, czy zwiać do małego białego domku gdzieś na wiejskim odludziu? W rozwikłaniu tego dylematu, jeszcze przez stroną 422 pomoże mu jednak zdarzenie w pewnej fortecy pełnej naniebieszczonych dzieciaków. 
Trondheim ponownie zestawia brutalną treść z uproszczoną i przyjemną kreską. Ponownie również drwi ze schematów obecnych w literaturze fantasy – szkoda tylko, że tym razem bez zabawnych powiedzonek. Miejscami francuski autor wykazuje się ogromną dbałością o szczegół – zwłaszcza w dużych kadrach, stanowiących swego rodzaju wprowadzenie do kolejnej sceny i charakteryzujących się wyrysowaną na nich z wysokim pietyzmem architekturą. 
Trondheim jest twórcą niezwykle płodnym. Francuski autor ma na koncie ponad sto komiksów, których był autorem lub współautorem. Wszystkie trzymają bardzo wysoki poziom. „Punkt zwrotny” – oczywiście - również.  Należy zatem pamiętać, że choć nigdy nic wam nie powie zakopany kamień i nie pochwycicie płynącej rzeki, tą – jedną z najlepszych na rynku – serią wciąż warto się interesować. 
"Ralph Azham, tom 9: Punkt zwrotny". Scenariusz i rysunki: Lewis Trondheim. Kolor: Brigitte Findakly. Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016. Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

wtorek, 8 kwietnia 2014

Ralph Azham: Śmierć na początku drogi - Trondheim

Pierwszy tom serii "Ralph Azham" jako swój target wskazał dzieciaków w wieku 30+ (oczywiście nie tylko). Stało się tak dzięki miksowi humorystycznej konwencji i zabawnie rysowanych antropomorficznych postaci z dość brutalną treścią, absurdalnym humorem i ostrym językiem. "Czy oszukuje się tych, których się kocha?" stanowiło zgrabną i przemyślaną ekspozycję dzieła, umiejętnie korzystającą z retrospekcji, zawierającą wyraźnie nakreślonego głównego bohatera oraz szereg zapadających w pamięć drugoplanowych postaci. Tom drugi serii, noszący tytuł "Śmierć na początku drogi" to z kolei wartkie, zawierające mnóstwo ważnych dla fabuły wydarzeń, rozwinięcie akcji. Równie zabawne i jeszcze bardziej brutalne.
Naniebieszczony wybraniec Ralph Azham, posiadający szereg supermocy, trafia do przedsionka Astolii, zwanego Belistą, gdzie dokonuje się podziału wybrańców na grupy przed dalszą drogą do wyroczni. Trafia tam w towarzystwie galerii podobnych sobie postaci, obdarzonych kuriozalnymi umiejętnościami. Jeden nie potrafi spać, inny jest niespełnionym magikiem, jeszcze inny ma zęby, które odrastają. Szału nie ma, ale wśród nich jest ten, który zniszczy armię złego Vom Syrusa. Namiestnicy króla mają w czym wybierać. problem jednak w tym, że co pewien czas coś złego dzieje się z wybrańcami - dzieciaki zaczynają ginąć. Dlaczego tak się dzieje? Kto to robi? I po co? Odpowiedzi na te pytania stają się trzonem tego tomu serii.
Lewis Trondheim prowadzi swoją drużynę wyrzutków po pięknych krajobrazach, rzuca im kłody pod nogi, pakuje w tarapaty, ale też cudem ratuje i - stawiając na drodze odpowiednie postaci - pcha opowieść do przodu. Przygodowa narzuta ponownie służy mu ukazaniu kilku ciekawych zagadnień, wśród których pewne z nich, jak związek między rodzicem a dzieckiem, zostają powtórzone, a inne, jak choćby tendencja Ralpha do szargania świętości, pogłębione. Fantastyczna jest postać Yassu - dziesięcioletniego magika, który w swej powadze bywa mocno komiczny. Dzięki jego konfrontacji z Ralphem Trondheim otwiera sobie furtkę do bezlitosnego, montypythonowskiego nabijania się ze wszystkich namaszczonych wybrańców, jacy kiedykolwiek kroczyli po ścieżkach światów wykreowanych przez pisarzy. 
Kreska u Trondeima jest prosta i komunikatywna, a kolory Brigitte Findakly idealnie się z nią komponują. Lektura tego komiksu to wciąż duża przyjemność. W porównaniu z pierwszą częścią, miałem lekki problem z wbiciem się w rytm opowieści - kiedy to już się stało, bawiłem się świetnie. 
Humor, absurd, przygoda, szarganie literackich świętości, sympatyczny bohater oraz pierwsze wyjaśnienie gadania do siebie w komiksach, które kupuję. Nie potrzeba do szczęścia nic więcej. No, może poza trzecią, zapowiadaną na koniec czerwca, częścią.   
"Ralph Azham (tom 2): Śmierć na początku drogi".  Autor: Lewis Trondheim. Kolor: Brigitte Findakly. Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2014. 
Komiks można nabyć tutaj: sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl, Incal
Inne recenzje serii:
Tom I: Czy oszukuje się tych, których się kocha?

wtorek, 10 grudnia 2013

Ralph Azham: Czy oszukuje się tych, których się kocha? - Trondheim

Lewis Trondheim powraca na polski rynek. Ten niezwykle płodny i operujący przeróżnymi stylami i gatunkami artysta tym razem stawia na komiksowy pop utrzymany w konwencji przygodowej. Seria o przygodach ciamajdowatego ex-wybrańca, wyglądającego jakby go Jakub Rebelka w "Oskarze" narysował, kipi humorem, cieszy oko wspaniałymi kolorami i przewraca do góry nogami schematy, zalegające w podobnej literaturze.
Gdyby w studiu Disneya Sasha Baron Cohen do spóły z ekipą Monty Pythona wyreżyserował adaptację "Władcy Pierścieni", powstałby "Ralph Azham". Ten serial daleki jest od trondheimowskich eksperymentów pokroju "Lapinota i marchewek Patagonii" i swoją formą wyraźnie schlebia francuskim komiksom dla dzieci i młodzieży. Charakterystycznym formatem A4, podziałem plansz (4 paski na stronie), ostrym kolorem oraz czystym, cartoonowym rysunkiem Trondheim częstuje jednak przede wszystkim starszego odbiorcę. 

"Ralph Azham" bogaty jest w absurdalne sytuacje, wykwintne dialogi, wartką akcję i ciekawych bohaterów, z tytułowym na czele. Ralph to czarna owca i wioskowa łajza. Niegdyś namaszczony (według trondheimowskiej nomenklatury - "naniebieszczony") na wybrańca lokalnej społeczności, zdolnego pokonać okrutnego Vom Syrusa, obecnie zwykły przegraniec, posiadający jedynie niewiele znaczący dar dzieciowidztwa. Większość czasu spędza w gnoju wśród świń, gdzie regularnie (i karnie) doprowadza go zbyt długi język, zbyt ekscentryczne zachowanie lub zbyt wysublimowane psikusy, serwowane sztywnym mieszkańcom wioski. Jego jedyną bronią w nierównej walce z szarzyzną jest poczucie humoru - czasem wykwintne, czasem pierdzące, ale zawsze szczere w konfrontacji z jego wyglądem i wyrazem twarzy. Czy jednak będzie wystarczającym narzędziem w walce z nadciągającą Hordą? Czy będzie w stanie zapobiec idiotycznym decyzjom wioskowej rady, mającej na względzie jedynie dobro własnego żołądka?
Trondheim zrobił komiks dla dorosłych dzieciaków. Takich, którzy za młodu zaczytywali się w "Kajku i Kokoszu" czy "Asterixie", a dzisiaj szukają czegoś podobnego, co jednak trafiłoby już w ich "dorosłe" zmysły. "Ralph" to właśnie te znane wszystkim grepsy, przygody i zabawne sytuacje, przepisane "na dorosło". Powrót do przeszłości, efektownie łechtający teraźniejszość.
Zdawałoby się, że cel, jaki przyświecał Trondheimowi był jeden: stworzyć radosną, zabawną, nawiązującą do komiksowej tradycji, kolorową, przygodową historię, z której bić będzie radość: radość pisania, rysowania, czytania, przewracania kartek itp, itd. Jednocześnie nie zapomniał o przesłaniu, wyrażającym się w postawionym w tytule odcinka pytaniu. Nie popadając w moralizatorstwo i nie odkrywając Ameryki, udzielił na nie poprawnej odpowiedzi, argumentując swoje stanowisko należycie.
"Ralph Azham" to najbardziej wyluzowany komiks jaki przeczytacie w ciągu najbliższych kilku miesięcy, a przynajmniej do marca 2014 roku, kiedy to na rynku pojawi się tom drugi serialu. Jeśli zapomnieliście po co robi się komiksy - Trondheim "Ralphem" przypomina. 
"Ralph Azham (tom 1): Czy oszukuje się tych, których się kocha?". Autor: Lewis Trondheim. Kolor: Brigitte Findakly. Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2013. 

Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl, Incal, Picture Book.pl

niedziela, 20 grudnia 2009

"Lapinot i marchewki z Patagonii" - Trondheim

Autor: Dominik Szcześniak


Imponujących rozmiarów książka, jaką jest "Lapinot i marchewki z Patagonii" może wprawić Czytelnika w zdumienie już na samym wstępie. W przedmowie autor komiksu wspomina bowiem o eksperymentalnym charakterze historii, będącej czystą improwizacją na pięćset stron. Wspomina też o tym, że gruba kreska, jaką narysowany jest komiks, to próba ukrycia braku umiejętności rysowniczych. 500 stron komiksowego bełkotu stworzonego przez beztalencie? "Byłoby zabawnie" - pisze autor. Ale czy rzeczywiście jest?

Na "Lapinota" spoglądać należy przede wszystkim jako na udostępniony nam przez autora, bardzo swobodny, intuicyjny proces powstawania komiksu. Proces, którego jesteśmy naocznymi świadkami. Ów eksperyment, którego fabułę można streścić jednym zdaniem (mogłoby ono brzmieć na przykład tak: "królik Lapinot podróżuje do ambasady Patagonii, celem zdobycia marchewek z których Patagonia słynie"), posiada tyle wątków i historii odpryskowych, że tak naprawdę jakiekolwiek streszczenia nie mają sensu.

Lewis Trondheim pracował nad albumem od początku lat dziewięćdz
iesiątych, powoli kształtując swój warsztat oraz testując możliwości, jakie daje medium komiksu. Początkowo kreska rzeczywiście wydaje się być bardzo toporna, fabuła (lub raczej jej brak) pachnie kpiną z Czytelnika, a postać głównego bohatera jest irytująca do granic możliwości, jednak w miarę upływu stron wszystko to się zmienia. Nie zmienia się jedynie eksperyment.

Trondheim eksperymentuje, wprowadzając znienacka ogromną ilość nowych postaci. Eksperymentuje, gdy zaczyna bawić się rysunkiem, perspektywą i płynnością narracyjną. Eksperymentuje formą i treścią, żongluje motywami, przeskakuje od opowieści dla dzieci, poprzez mocny kryminał, aż po wątek walki o władzę nad światem. Wprowa
dza fenomenalne terminologie, tworząc swoje własne uniwersum. A pokłosiem jego improwizacji jest genialny pomysł wplątania armagedonu w zwykłą podróż przypadkowego bohatera.

Powtórzę się: niezbywalną wartością tego komiksu jest jego szczerość, powstała z szalonej improwizacji. Docenia się ją dopiero po lekturze całego komiksu, kiedy można cofnąć się o kilkaset stron i przeanalizować te wszystkie momenty, kiedy autorowi klarowała się wizja scenariusza i kiedy siłował się z zagadką, jak tu dodać dwa do dwóch w taki sposób, by wyszło konkretne cztery. Pierwsze plansze wyraźnie zdradzają niemoc twórczą autora i Czytelnikowi może być bardzo ciężko przez nie przejść, jednak nagrodą będzie niesa
mowita jazda bez trzymanki w późniejszych partiach komiksu, na których Trondheim znajduje metodę w zaserwowanym sobie szaleństwie.

Trondheim oparł konstrukcję planszy na niezmiennym kadrowaniu "trzy na cztery", co zmusiło go do operowania na bardzo małej powierzchni kadru. Pierwsze plansze sprawiają wrażenie ciosanych przez amatora, z czasem jednak wychodzi na jaw, że autor okłamał Czytelników w przedmowie i radzi sobie świetnie jako rysownik. Być może jest to kwestia rezygnacji z grubej kreski, która miała za cel maskowanie braku talentu, a tak naprawdę powodowała wręcz odwrotne wrażenie.

Warto zwrócić również uwagę na wplatanie w epopeję o Lapinocie krótkich grepsów, które spokojnie mogłyby funkcjonować jako humorystyczne jednoplanszówki. Trondheim nie stworzył dzieła do końca niezaplanowanego - eksplozja wątków i postaci, których losy zbiegają się na chwilę przez zakończeniem historii musiała mu się wyklarować w głowie znacznie wcześniej. Natomiast samo zakończenie, maksymalnie pure - nonsensowe, sprawia wrażenie jakby nadawało się raczej do kilkuplanszowej krótkiej formy, a nie do opasłego albumu.

"Lapinot i marchewki z Patagonii" to komiks, który po odłożeniu na półkę dudni w głowie i zachęca do kolejnej lektury. To przede wszystkim eksperyment, ale też mnóstwo absurdalnego humoru, szczypta grozy, świetnie nakreślone postaci głównych czarnych cha
rakterów i - przede wszystkim - przygoda, bogata w nieoczekiwane zwroty akcji. Ten komiks, jako jedna z pierwszych prób autora, miał zwiastować nadejście geniuszu Lewisa Trondheima w przyszłości. I rzeczywiście, zwiastuny pojawiają się mniej więcej w połowie albumu. A nadejście geniuszu następuje pod jego koniec.

"Lapinot i marchewki z Patagonii" to absolutny musiszmieć dla ludzi, którzy interesują się komiksem, a przy okazji album, który wciągnie i zaciekawi każdego "przypadkowego przechodnia". Genialna sprawa.

"Lapinot i marchewki z Patagonii". Autor: Lewis Trondheim. Tłumaczenie: Magdalena Kurzyna. Wydawca: Mroja Press 2009

niedziela, 9 sierpnia 2009

"Dworzec Centralny" - Trondheim, Duffour

Autor: Dominik Szcześniak

Lewis Trondheim i Jean - Pierre Duffour, Francuzi, niemal rówieśnicy (pierwszy urodził się w roku 1964, drugi w 1963) poświęcili czterdzieści cztery strony komiksu, by opowiedzieć o dworcu centralnym. I choć obaj są Francuzami, ich utwór nie skupia się na historycznej przeszłości dworca paryskiego. Nie jest to również wnikliwa analiza dworca w Trondheim, choć akurat to miasto wybrał sobie Laurent Chabosy jako drugi człon swojego pseudonimu artystycznego. Panowie pod przykrywką dworca opowiadają o zagubieniu. I to o zagubieniu najbardziej absurdalnym - zagubieniu w miejscu, które przecież dobrze znamy.

Dworzec jest to zatem anonimowy, podobnie zresztą jak główny Bohater, który z imienia nigdy nie zostanie nam przedstawiony. Bohater, zaskoczony brakiem rozkładu jazdy oraz jakiejkolwiek informacji, zostaje wrzucony w wir przedziwnych scen. Wdaje się w rozmowę ze zwykłymi przechodniami, złapanym zupełnie przypadkiem urzędnikiem oraz szeregiem postaci, które same zagajają z nim pogawędkę. I są to persony niekonwencjonalne, ziejące absurdem na odległość. Nerwowej przechadzce Bohatera po dworcu w poszukiwania s
ensu, towarzyszą porozwieszane na ścianach komunały, charakteryzujące dworzec w kategoriach: skuteczności, punktualności, szybkości, niezawodności, prostoty i bezpieczeństwa. Te gołosłowne hasła nijak mają się do rzeczywistości.

Trondheim w "Dworcu Centralnym" przewrócił do góry nogami dosłownie wszystko. Kanar, miast kontrolować bilety, w panice ucieka przed Bohaterem. Urzędnik, ukradkiem pojawiający się w okienku kasowym, wykręca się od udzielenia informacji potrzebą założenia karnisza, który właśnie spadł, po czym wchodzi w absurdalną wymianę zdań ze swoim kolegą z pracy, tym samym Bohatera olewając. Niepojęta biurokratyzacja to jeszcze nic - metodą absurdalnego odwrócenia scenarzysta przekształcił również postawy potencjalnych podróżników, współtowarzyszy (ws
półwięźniów?) Bohatera. Stoją w kolejkach donikąd, siedzą w wagonach bez torów, mylą bagaże lub - jak pewien golibroda - po prostu plotą głupoty. Jedynym normalnym w tym gronie jest pan, którego Bohater spotyka na samym początku opowieści. Zdegustowany brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony obsługi dworca, postanawia wracać do domu, przez co zostaje przez Bohatera wprost uznany za szaleńca.

Tymczasem szaleństwem przesiąknięte jest całe miejsce, które jeden z bohaterów drugoplanowych określa mianem "katedry wzniesionej ku czci bogini - technologii". Ciężko powiedzieć, czy jest to klucz interpretacyjny dla całego komiksu, bo c
hoć wiele na to wskazuje, pure nonsensowy charakter opowieści nie pozwala kategorycznie tego stwierdzić. Bezwolne owieczki stojące w długiej kolejce, nie znające jej celu ani sensu, wpadają w popłoch słysząc komunikaty z głośników. Są to jednak komunikaty niewyraźne i nie mające żadnej wartości informacyjnej. Sytuacja podobna do tej, kiedy w Kościele z kiepskim nagłośnieniem, z ambony dobiega tylko bełkotliwe buczenie, które słuchane jest przez tłum wiernych w najwyższym skupieniu.

Swobodne przeskakiwanie od sceny do sceny, od jednej napotkanej postaci do drugiej jest dla Trondheima pretekstem do absurdalnej zabawy z Czytelnikiem. W miejscu bez sensu jesteśmy na tej samej pozycji startowej, co Bohater - nie wiemy tak naprawdę
, czy to aby przypadkiem autorzy nie robią nas w konia. Ten komiks jest dla odbiorcy tym, czym sam dworzec dla bohatera. Jest taka scena w komiksie, kiedy to z kufra wyskakuje wilk. Zaczyna prowokować Bohatera, zadawać mu dziwne pytania, wyraźnie wykorzystując jego rozdrażnienie wcześniejszymi przygodami na dworcu. I całkiem możliwe, że w tym samym momencie autorzy komiksu nawiązują również kontakt z Czytelnikiem i badają jego reakcje na to, co właśnie czyta. Jeśli tak, to Bohater "Dworca Centralnego" jest jednym z najbardziej wyrazistych bohaterów, z jakimi Czytelnik mógłby się identyfikować.

Wspomniany w poprzednim akapicie wilk wymaga wyjaśnienia. Otóż, w momencie jego wyskoku z kufra nie zmienia się przynależność gatunkowa komiksu. Nie staje się on nagle horrorem. Po prostu technika, jaką Jean - Pierre Duffour zastosował w "Dworcu centralnym" opiera się na antropomorfizacji postaci. Stąd wilk, kot (Bohater), kruki, sowy i żaby. Co ciekawe, obok nich istnieją również tacy, których rysownik obdarzył ludzkimi rysami. Duffour do realizacji komiksu użył szarości, co skutecznie potęguje nastrój zagubienia.

"Dworzec centralny" jest lekturą, którą poleciłbym Czytelnikom, lubiącym enigmatyczne fabuły. Niedopowiedziane, posiadające wiele interpretacji. Jest to komiks, w którym nie zakończenie, a umiejętne prowadzenie fabuły jest najważniejsze. Lewis Trondh
eim i Jean - Pierre Duffour umiejętności te posiadają, a posiłkując się znanymi motywami (jak na przykład motyw spadania, obecny w komiksowej twórczości wielu rysowników) i absurdalnym ciągiem przyczynowo - skutkowym, potrafią nie tylko wciągnąć, lecz również zmusić Czytelnika do myślenia i próby odnalezienia w tej lekturze innych, niż najbardziej oczywiste, inspiracji z kręgu literatury.
"Dworzec Centralny". Scenariusz: Lewis Trondheim. Rysunek: Jean - Pierre Duffour. Tłumaczenie: Magdalena Kurzyna. Wydawca: Mroja Press 2009.