Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Bisley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Bisley. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 czerwca 2018

Hellblazer #266 - Milligan/Bisley

Charakteryzujące młodość sprzeciw i walka z systemem w pewnym momencie przemijają i zostają zamienione na puste frazesy wypowiadane z perspektywy obrotowego krzesła w korpo. Wielcy obrońcy ideałów stają się ich cichymi przeciwnikami. Irokezy idą w przedziałki, wóda przemienia się w herbatkę. Czy zawsze? Kumpel Johna Constantine, pięćdziesięcioletni Faeces McCartney udowadnia, że nie. Wali od niego gorzałą, wciąż wielbi Sida Viciousa i, co najważniejsze, ma te same ideały, co trzydzieści lat temu. 
Tchatcheryzmy, które powodowały że chciało się skakać z mostu i brudne trzy akordy, powrót konserwatystów (w wersji demono-zombie) i konfuzja wśród młodych punków, subkultury i brak kultury. Dwuodcinkowa historia No future ma w sobie to wszystko i jeszcze kilka innych elementów, nierozerwalnie związanych z głównym trzonem opowieści wymyślonej przez Milligana - czyli tym, co dzieje się w "życiu sercowym" bohatera. Akompaniujący Milliganowi Simon Bisley (a może odwrotnie) jest w formie, punk mu bardzo leży, brudne mordy i barowe potyczki także.
Są tacy, dla których John Milligana to w ogóle nie John i coś, czego powinni zakazać lub chociaż nie uwzględniać w kontinuum serii. A ja tę wersję cynicznego dziada w prochowcu lubię coraz bardziej. No future to jeden z najlepszych kawałków ze wszystkich 300 numerów serialu. Duet Milligan/Bisley w najwyższej formie. Z przekazem, który powinien zawstydzić każdego antysystemowca, który po latach, zagnieździwszy się w tym systemie, pierdzi sobie wesoło w stołek. 
"Hellblazer" #266. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Simon Bisley. Kolor: Brian Buccellato. Wydawca: DC Vertigo, czerwiec 2010

niedziela, 21 stycznia 2018

Hellblazer: Hooked - Miligan/ Camuncoli/ Bisley

- Emocje i horror - odpowiedział Peter Milligan, kiedy w 2009 roku zapytałem go o jego receptę na tworzenie kolejnych odcinków serii Hellblazer. - Nie tylko horror truposzy wylewających się z grobów i demonów (choć i tych będzie wiele), ale też horror związany z utratą kogoś, kogo kochasz. Horror obwiniania siebie za czyjąś śmierć i cierpienie. Myślę, że spokojnie można powiedzieć, że jestem zainteresowany dwoma organami Constantine'a: jego sercem i jego fiutem.
Osiem lat później przeczytałem album Hooked i muszę stwierdzić, że Peter bardzo zgrabnie i wyczerpująco odpowiedział na moje pytanie. Constantine w jego wykonaniu to, mimo tego szczerego obwiniania siebie samego, ostatni gnój i menda. Niby to nic nowego, bo w ten sam sposób profilowali tę postać najsłynniejsi scenarzyści serii (Jamie Delano, Garth Ennis), ale jednak. Bo Milligan doprowadza bohatera do pewnych granic, które powinny go zmienić. A jednak nie zmieniają. To wciąż ten sam gnojek, który sprzeda kumpla za butelkę łychy.
Dobrze się to czyta. Niby nie jest to Milligan w najlepszej formie, ale jest to lektura zadziwiająco satysfakcjonująca. Wszystko się tu zgadza. Wątek miłosny, wątek gangsterski, szczypta horroru, kilka zaskoczeń, no i rysunki. Simon Bisley rysujący Constantine'a przypomina mi Richarda Corbena rysującego Hellboya. Obaj nie kojarzą się z tymi postaciami i kiedy je rysują można odnieść wrażenie, jakby do nich kompletnie nie pasowali, a jednak są w tej robocie znakomici. Bywa, że Biz robi anatomiczną groteskę, zdarza się, że nie mieści się w kadrze, ale wygląda to cudownie. Towarzyszący mu Giuseppe Camuncoli, który właściwie jest w runie Milligana grafikiem grającym pierwsze skrzypce, też jest ok.
W momencie, gdy seria ukazywała się na zachodzie udało mi się przeczytać jedynie jej pierwszy tom. Uznałem ją za średnią i nie kontynuowałem przygody. Dzisiaj jest zupełnie inna sytuacja. Kończę album i chcę więcej! 
Dobra robota, Pete!
"Hellblazer: Hooked". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Giuseppe Camuncoli, Stefano Landini, Simon Bisley. Wydawca: DC Vertigo, 2010. 

środa, 22 listopada 2017

Slaine: Rogaty Bóg - Mills/Bisley

We wrześniu na rynku ukazało się zbiorcze wydanie komiksu Slaine: Rogaty Bóg Pata Millsa i Simona Bisleya. To jeden z pierwszych albumów wydanych w ramach Klubu Świata Komiksu w 2001 roku, kiedy to rynek komiksowy zaczynał być na nowo budowany. Przez niemal dekadę poprzedzającą jego publikację, Slaine rozpalał polskich czytelników komiksów kadrami czy pojedynczymi planszami publikowanymi w magazynach i fanzinach. O przeczytaniu przygód celtyckiego wojownika marzyli w tamtych czasach niemal wszyscy cierpiący na niedobór komiksów polscy fani tego medium. 
Po 16 latach komiks doczekał się zbiorczej reedycji. I muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy od tych 16 lat wziąłem go do ręki i zacząłem przeglądać, okazało się, że rysunki Simona Bisleya tak zapisały się na twardym dysku mojej głowy, że niemal wszystkie pamiętam. Jak widać, wielogodzinne wgapianie się w pomniejszone rysunki na marginesach magazynów zaprocentowało wieczną pamięcią. Ciekaw jestem jak Slaine’a odbierze współczesny czytelnik, dla którego będzie to pierwsza lektura. Rysunki nie zestarzały się tu w ogóle. To wciąż Bisley u szczytu formy, ekspresyjny, malarski i zadziorny. Scenarzysta Pat Mills ma charakterystyczne dla okresu powstania komiksu narracyjne przestoje i czasem zbyt szybko streszcza to, co działo się między kadrami, ale kiedy wpada na odpowiednie tory, trzyma poziom. Przede wszystkim jest to jednak wizualna eksplozja i uczta dla oczu. 
Świetną robotę wykonał tu wydawca (choć i tak nie jest to ponoć efekt idealny), bo barwy są soczyście nasycone. Zdaje się, że zmieniona została drukarnia, z której edytor korzystał do tej pory, w związku z czym nie pojawiają się już błędy pokroju pofalowanego papieru, obecnego w poprzednich albumach wydawcy. Dla fanów wojowniczego Slaine’a i jego pomocnika, karła Ukko, ta reedycja to rzecz niezbędna. Skoro rysunki są wybuchowe, a sposób wydania należyty, to wystarczy, żeby treść była po prostu zdatna do czytania. A ta jest. Dlatego reedycję uznaję za potrzebną i rekomenduję wszystkim koneserom do listy zakupów.
"Slaine: Rogaty bóg - wydanie zbiorcze". Scenariusz: Pat Mills. Rysunki: Simon Bisley. Tłumaczenie: Damian Pietrzak, Jacek Więckowski. Wydawca: Studio Lain, Iława 2017.

sobota, 6 sierpnia 2016

Heavy Metal Dredd/ Człowiek z Ciguri

„Heavy Metal Dredd” to – zgodnie z sugestywnym tytułem – ciężkie brzmienia i ostra jazda bez trzymanki. Za album o futurystycznych przygodach stróża prawa z Mega City One odpowiada sztab twórców na czele z Johnem Wagnerem, Alanem Grantem i Simonem Bisleyem. 
Ten tercet w końcowych latach minionego wieku wydał na świat wiele wspaniałych komiksów, takich jak „Lobo” czy „Sąd nad Gotham”, w  którym losy sędziego Dredda zostały splecione z perypetiami Batmana. Historie zawarte w „Heavy Metal Dredd” powstały właśnie w tamtych czasach, w związku z czym dla fanów Bisleya ten zbiór będzie możliwością podziwiania mistrza u absolutnego szczytu formy. Jego rysunki wgniatają w fotel. Każda strona namalowana bądź narysowana przez Biza to mistrzostwo. Gorzej z resztą. Brendan McCarthy jest co prawda jak zwykle znakomity, a Dean Ormston zaskakująco dobry, ale drugi z rysowników, mających najwięcej do powiedzenia przy tym tytule – John Hicklenton – prezentuje poziom o kilka klas niższy od kolegów. Co do scenariuszy – w przypadku antologii krótkich form, jaką jest „Heavy Metal Dreed”, zwykło się mówić, że znajdują się w niej historie lepsze i gorsze. W tym zbiorze przeważają niestety te gorsze, bardzo pretekstowe i niezbyt pomysłowe. 

Ten album zdaje się ciągnąć na swoich barkach Simon Bisley. I robi to z taką klasą, że mimo kilku minusów warto się tą pozycją zainteresować. 

Natomiast sporo radości koneserom sprawić powinien „Człowiek z Ciguri” – album autorstwa Jeana Girauda, czyli Moebiusa wydany w ramach kolekcji ”Mistrzowie komiksu”. Złośliwi mówią o tym albumie, że stanowi portfolio Moebiusa i że jego lekturę można skończyć na obejrzeniu obrazków – wszystko przez wzgląd na improwizowany charakter fabuły, będącej kontynuacją innego szalonego komiksu autora – „Garażu hermetycznego”. 

Ten wesoły zestaw kwasowych scen i wizji rzeczywiście nie jest dla każdego, ale dla świadomych czasu, w którym powstał i kontekstu historycznego może stanowić niezłą frajdę. Jakkolwiek nie ocenilibyśmy osobliwego scenariusza, Człowiek z Ciguri pozostaje niedoścignionym wzorem jeśli chodzi o rysunek komiksowy. Mistrzowska kreska Moebiusa, podkreślona przez duży format publikacji, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się branży komiksowej w całej jej historii. 

Nadmienię jeszcze, że omawiane wydanie to wersja kolorowa – wcześniej, zarówno w pierwszym polskim wydaniu, jak i w amerykańskiej antologii „Cheval Noir” – komiks ukazał się w czerni i bieli. W obie wersje można wpatrywać się w nieskończoność, a publikacja w cyklu „Mistrzowie komiksu” – całkowicie zasłużona.

"Heavy Metal Dredd". Autorzy: Alan Grant, John Wagner, Simon Bisley, Dean Ormston, Brendan McCarthy, John Hicklenton. Wydawca: Studio Lain, Warszawa 2016. 

"Człowiek z Ciguri". Autor: Moebius. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.

niedziela, 10 stycznia 2016

Batman, Bękart i Azyl. 3 x Deluxe

Dziś na tapetę biorę trzy albumy z egmontowskiej kolekcji DC Deluxe, która do tej pory prezentowała dzieła warte publikacji. Nie inaczej jest w przypadku „Roku pierwszego”, „Portretu bękarta” i „Azylu Arkham” – komiksów klasycznych, wybitnych, niezbędnych na każdej półce szanującego się fana komiksu.
 
„Batman: Rok pierwszy” Franka Millera i Davida Mazzucchelliego na pewno obudzi u Was skojarzenia z chociażby filmowym Batmanem Christophera Nolana. Komiks jednak był pierwszy. Ukazał się w 1986 roku i od razu stał się jedną z najlepszych historii o Nietoperzu. Inspirował nie tylko Nolana, ale również rzesze rysowników i scenarzystów, stając się niejako tytułem bazowym, traktującym o przygodach zamaskowanego mściciela w sposób nieszablonowy i realistyczny. Zgodnie z tytułem, komiks prezentuje historię pierwszych dwunastu miesięcy istnienia Batmana w Gotham City. Autorzy ukazują porażki bohatera, kiepsko zaplanowane akcje; obnażają jego błędy i pokazują drogę nie tyle do perfekcji, co do jako-takiego przystosowania do superbohaterskiej profesji. To nie jest heros latający, strzelający promieniami z oczu, a zwykły człowiek w masce, charakteryzujący się czysto ludzkim bohaterstwem. W równolegle prowadzonej narracji dostajemy historię porucznika Jamesa Gordona, który jest w Gotham City przyjezdnym żółtodziobem i jako pierwszy wychodzi przed szereg, rozpoczynając osobistą walkę z korupcją wśród gliniarzy. „Rok pierwszy” opowiada o początkach niszczenia systemu, o genezie rewolucji, wywołanej przez nietoperza w pelerynie i jego sprzymierzeńców. Mimo wielu lat, album nie zestarzał się wcale i długo jeszcze będzie wzorcowym przykładem opowiadania historii w komiksie. Absolutnie fantastyczne są dodatki do tego komiksu – nie dość, że znalazło się miejsce na standardowe szkice, czy słowa wstępu, to kilka stron przeznaczono na plansze z oryginalną, bardzo ograniczoną ale perfekcyjnie wykorzystaną przez kolorystkę paletą barw, która w tamtych czasach funkcjonowała na lichej jakości papierze gazetowym. Świetna historia i idealny materiał startowy do rozpoczęcia przygody z komiksami o Batmanie.

„Lobo: Portret bękarta” to trzy przygody kosmicznego łowcy głów pochodzącego z planety Czarnia. Lobo znany jest z tego, że jest człowiekiem, a właściwie kosmitą honoru, jego ulubionym kolorem jest żałobna czerń, a radość czerpie z szeroko pojętej eksterminacji. W związku z tym, omawiany album to ostra jazda bez trzymanki tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Kiedy po raz pierwszy wchodził na polski rynek – a był to rok 1994 – Lobo wzbudzał ogromne emocje i był tytułem mocno kontrowersyjnym. Broniąc brutalności albumu, mówiło się wtedy, że przeznaczony jest dla ludzi z odrobiną samoświadomości, że to komiks ambitny i że płynącą litrami krew należy traktować z przymrużeniem oka. Dzisiaj prawdopodobnie więcej przemocy jest na dowolnym kanale telewizyjnym przeznaczonym dla starszych dzieci. Chociaż sam nie wiem, niektóre momenty wciąż są mocne. Niezależnie od tego aspektu, Lobo to kawał porządnego komiksu. Materiał, który się nie starzeje, podobnie jak nie starzeje się dobry rock’n’roll. Rysuje prawdziwy mistrz – Simon Bisley, człowiek legenda, którego – tu ciekawostka - związki z Polską są niezwykle silne – od kilku lat regularnie przyjeżdża na polskie festiwale, a jego babcia jest z pochodzenia Polką. Koniec ciekawostki. Co do samego rysunku – są dwie odmiany Bisleya – Bisley malarski i Bisley rysunkowy. Lobo to ta druga wersja. Kreska rysownika jest równie szalona, co główny bohater. Porusza się po całym komiksie jak wariatka, ale zawsze, podkreślam ZAWSZE znajduje się na swoim miejscu. Wtóruje jej fabuła. W pierwszej historyjce Lobo eskortuje swoją znienawidzoną nauczycielkę od anglika, w drugiej – sieje popłoch w niebie i piekle, a w trzeciej dostaje zlecenie na świętego Mikołaja – oczywiście od króliczka wielkanocnego. Scenarzysta Alan Grant stawia na akcję, przemoc i humor nie zawsze wysokich lotów, całość jednak wchłania się idealnie. To taki komiksowy Grindhouse. Portret bękarta – pozycja absolutnie klasyczna.

Podobnie z „Azylem Arkham” – komiksem Granta Morrisona i Dave’a McKeana. Jest to mroczny, psychologiczny dramat o Batmanie. To jeden z tych albumów, o których można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że wszystko w nim gra – wnikliwy, dopracowany scenariusz idzie w parze z niepokojącymi, klimatycznymi rysunkami. Tytułowy Azyl Arkham to ośrodek dla obłąkanych przestępców, który pewnego dnia zostaje przez owych łotrów przejęty. Na czele szajki staje Joker, a jedynym ich żądaniem jest sprowadzenie do Arkham Batmana. Zamaskowany mściciel w więzieniu pełnym złoczyńców – ten motyw tylko pozornie zapowiada bezsensowne mordobicie, jakich w komiksach pełno. Tak naprawdę jest zaproszeniem do szalonych umysłów. A może Batman jest tak samo opętany, jak ci wszyscy goście, których wsadził za kratki? Grant Morrison rozkłada tożsamości bohaterów na czynniki pierwsze, wchodzi do ich głów i dociera do jądra ciemności. Równolegle prowadzi drugą fabułę, opowiadającą o losach założyciela ośrodka – Amadeusza Arkhama i jego relacjach z matką. Oba wątki perfekcyjnie rysuje Dave McKean, znany z bliskiej współpracy z Neilem Gaimanem brytyjski rysownik. Jego ilustracje są tak naładowane emocjami, że do inspiracji pracami z „Azylu Arkham” przyznają się rzesze rysowników, w tym również z Polski. Ten album naprawdę może przestraszyć. Dodatkowym plusem tej publikacji, wydanej zresztą z okazji 25-lecia powstania albumu, są dodatki, zajmujące więcej miejsca niż sam komiks. Znajdziecie tu na przykład cały scenariusz Morrisona i będziecie mogli sprawdzić na czym tak naprawdę polega rola scenarzysty w tworzeniu komiksu. Są również szkice plansz, także wykonane przez scenarzystę. Nie mogło zabraknąć miejsca dla galerii Dave’a McKeana, zbierającej jego szkice oraz okoliczne publikacje związane z Azylem. Są tacy eksperci, którzy twierdzą, że lepszej od "Azylu Arkham" historii Batman się jeszcze nie doczekał. Coś w tym jest. 
"Batman: Rok pierwszy". Scenariusz Frank Miller. Rysunki: David Mazzucchelli. Kolory: Richmond Lewis. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl
"Lobo: Portret bękarta". Scenariusz: Keith Giffen i Alan Grant. Rysunki: Simon Bisley, Christian Alamy. Kolor: Lovern Kindzierski. Tłumaczenie: Michał Zdrojewski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia. pl 
"Batman: Azyl Arkham". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Dave McKean. Tłumaczenie: Jarosław Grzędowicz, Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia. pl 

piątek, 19 lipca 2013

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - Mendheim/ Bisley

Mucha Comics, po rezygnacji z wydawanych przez siebie serii Marvela (w związku z wkroczeniem na rynek Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela), przerzuciła się na inne wydawnictwa. Wśród zapowiedzianych przez nie wspaniałości ("Batman: The Long Halloween", Batman: The Dark Victory", "Kickass"), znalazł się również - i poszedł na pierwszy ogień - komiks Michaela Mendheima i Simona Bisleya, zatytułowany "Czterej Jeźdźcy Apokalipsy". Elementem kuszącym w przypadku tej pozycji określić można zdecydowanie rysownika, który niejeden komiks w Polsce już opublikował, niejeden podziw u niejednego czytelnika wywołał, jak również zresztą niejeden raz do Polski zawitał. Gruby tom rysunków tego Pana to gwarant sukcesu, ale czy zarazem dobry komiks?
Momentami - zwłaszcza w pierwszym rozdziale - historia sprawia wrażenie napisanej idealnie pod Bisleya. Dość poważna treść zostaje zbijana przez kompletnie nie pasujące do niej rysunki, biorące tę powagę w ogromny nawias. Jednocześnie jest to treść bardzo przewidywalna, co pozwala przypuszczać, iż autorzy będą "się odwoływać", "działać w  ramach konwencji", "puszczać oczko", a może nawet "powodować salwy śmiechu". Sam główny bohater - Adam Cahill - jest bohaterem kumulującym skrajności: nauczyciel w szkole hebrajskiej, bisleyowsko napompowany kulturysta, kochający mąż i ojciec, piekłonurek i najwyższy archont Zakonu Salomona. Nie za bardzo mieszcząc się przy stole zje sympatyczną kolację z rodziną, po czym wyrwie flaki wrogom, chcącym przejąć świat we władanie. Wrogami tymi są Nikolaici i uwięziony w ciele człowieka demon Belisarius, na usługach Szatana jedynego. Rozgrywka zaś tyczy się Armagedonu, co zresztą zdradza tytuł komiksu. Armagedon nadejdzie. A czterem jeźdźcom apokalipsy przeciwstawić ma się czwórka wybrańców. Poza Cahillem, są to: narkomanka, szaleniec i kłamca. Napięcie serwowane ma być przez wątek rodzinny oraz osobiste rozterki każdego z wybranej czwórki, jak również zachodzące między nimi relacje.
Autoironiczny klimat potęguje sam rysownik, który co chwila zdaje się cytować sam siebie: większość albumu utrzymana jest w stylistyce znanej z "Bodycount", ale są też nawiązania do "Sądu nad Gotham", czy "Lobo: Ostatni Czarnian". Cytuje również innych, np. Franka Millera. Raz jest Bisleyem z czasów bezbłędności, innym razem odpuszcza sobie planszę, wykorzystując jakieś niespotykane wcześniej u siebie techniki (fotografia, prosty, niemal cartoonowy obrys) czy też - po prostu - za dominantę planszy stawiając gołą babę. Przegląd możliwości? Owszem. Trochę fuszerka? Niestety również.

Bo jednak poza pierwszym rozdziałem i kilkoma momentami w kolejnych, ta ironia i puszczanie oczka do czytelnika zostaje przygaszona pompatycznymi kwestiami, do bólu stereotypowymi dialogami i papierowym potraktowaniem bohaterów. Autorzy z przedstawienia ogranych schematów typowej sensacji w krzywym zwierciadle, przesiadają się na traktowanie sprawy zupełnie serio. Nie wychodzi to komiksowi na dobre.

Wydaje mi się, że autorom zabrakło konsekwencji. Gdyby formę z pierwszego rozdziału przerzucili nie tylko na kilka momentów w środku i odpowiednio zaaranżowaną końcówkę, stworzyliby dzieło godne polecenia i znakomity pastisz. Jako komiks "Czterej Jeźdźcy Apokalipsy" robią niespecjalne wrażenie. Natomiast, jako przegląd obrazków Simona Bisleya, mimo tej bardzo nierównej formy, jest to jednak wciąż uczta dla oczu. Wystarczy rzucić okiem na zamieszczone w albumie gościnne pin-upy, by wiedzieć że mistrz, nawet mimo braku formy, ma umiejętności znacznie przewyższające większość obecnie tworzących na rynku twórców.
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy". Autor: Michael Mendheim. Rysunki: Simon Bisley. Scenariusz: Michael Mendheim, Mike Kennedy, Sean Jaffee. Kolory: Chad Fidler. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Mucha Comics 2013.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, BUM Projekt