Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grant Morrison. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grant Morrison. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 września 2018

Kill Your Boyfriend - Morrison/ Bond

Romans, czarna komedia: „Dziewczyna poznaje chłopaka. Dziewczyna zakochuje się w chłopaku. Chłopak zabiera ją na brutalną, szaleńczą wycieczkę po angielskich przedmieściach. Morderstwo, seks, narkotyki i anarchia” – mówi czwarta strona okładki. Oto jednostrzałowiec od Vertigo według pomysłu duetu Grant Morrison i Philip Bond.

Jeśli nie ruszy Was ani powyższy opis (w podręcznym tłumaczeniu), ani okładka z dziewoją w szkolnym mundurku uzupełnionym glanami, szlugiem w ustach, flaszką wódki w jednej dłoni i spluwą w drugiej (niekoniecznie w tej kolejności), to nieczułe z Was sukinsyny.

Tak, jest tu miłość i bunt przeciw szkole, która zamienia nas w roboty. Morrison w dialogach jest tak sugestywny, że można mu w to uwierzyć, i zapytać samego siebie „dlaczego dałem się w system edukacyjny wtłoczyć i pozwoliłem im zmienić mnie w robota?”. To coś w rodzaju pełnego złości ataku na establishmentowe mind games, którym poddaje się nas w szkolnej ławie, to ta same złość, którą wykrzykiwał Zack w wersach Take the power back („The teacher stands in front of the class/ But the lesson plan he can't recall / The student's eyes don't perceive the lies / Bouncing off every fucking wall / His composure is well kept / I guess he fears playing the fool / The complacent students sit and listen to some of that /Bullshit that he learned in school”). To ta sama, najprawdopodobniej smutna, a co najmniej nostalgiczna konstatacja, którą usłyszycie w piosence Little Boxes Malviny Reynolds („And the people in the houses all went to the university / Where they were put in boxes and they came out all the same, / And there's doctors and there's lawyers, and business executives / And they're all made out of ticky tacky and they all look just the same”). Można i tak, przecież “we don’t need no education”, co nie? Wszystko rozbija się o to, w którym momencie zdacie sobie sprawę z upupiającej Was szkoły i zaczniecie zdobywaną w niej wiedzę wykorzystywać, żeby myśleć za siebie, a nie wkuwać na pamięć.

Dalej mamy tłumienie seksualności i bla bla, że na to jeszcze za wcześnie. Nie ma co w tym temacie pouczać, ale przecież każda energia kumulująca się w naszym wnętrzu ma swoje własne ujście (hehe… ekhem). Nie ma się co powstrzymywać, trzeba rozsądnie próbować. I jeszcze dalej mamy o moralności pokolenia naszych rodziców, i pustych gestach buntu w sztuce… No i nie dziwne, że na koniec człowiek ma ochotę na frytki, napić się albo po prostu coś rozwalić. W życiu uczennicy pojawia się wtedy niegrzeczny przystojniak z butelką wódki i fajkami, wilk w owczej skórze, który twierdzi, że wszystko, czego nienawidzisz bierze się z tego, że się nudzisz. Jaka na to rada? „The only way to stop being bored is to do something interesting. Or criminal”. I wydaje mi się, że nie ma co więcej zachęcać do przeczytania tego jednostrzałowca, więc napiszę tylko: „czytajcie, bo będzie wystrzałowo!”. Z bombowym zakończeniem.
(Kuba Jankowski)
"Kill Your Boyfriend". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Philip Bond. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, czerwiec 1995

piątek, 22 czerwca 2018

The Invisibles #12 - Morrison/ Parkhouse

Ten zeszyt to jednostrzałowiec. Odskocznia od głównych wydarzeń serii. Opowiada pozornie banalną historię kompletnie nieistotnej postaci, która pojawiła się w pierwszym odcinku serialu, ale na bank nikt o niej nie pamięta. Poza scenarzystą. 
Znakomicie narysowana przez Steve'a Parkhouse'a opowieść Best Man Fall to przekrój życia tej nieistotnej postaci. Przekrój, pokazujący, że ten bohater również miał swoją historię. Koncept dopisania życia jednemu z elementów drugiego planu Morrison ubrał w odpowiedni zabieg formalny: cała opowieść ma charakter retrospekcyjnej szatkownicy. Wraz z bohaterem niechronologicznie przechadzamy się po scenach z jego życia, zwracając uwagę na pewne elementy, odgrywające w nim istotną rolę. Aż do finałowej sceny, w której te elementy eksplodują, a my - czytelnicy - krzyczymy: "O!" lub "Gyaaa!"
Po lekturze wszystkich odcinków The Invisibles lata temu okazało się, że dziś w pamięci pozostał mi właśnie ten zeszyt. Kilka innych również, bo akurat Morrison i spółka mieli szczęście do fenomenalnych wejść. Ale ten najbardziej. 22 strony życia nieistotnej postaci i komunikat scenarzysty reżysera: Wszystko jest ważne. Każda papierowa postać ma swoje życie. Możesz zrobić coś z niczego.
Kiedy Kuba Jankowski recenzując jeden z zeszytów Skalpu, prezentujący samodzielną opowieść, nieco go skrytykował, stałem po drugiej stronie. Od razu w głowie pojawił mi się Best Man Fall. Ten komiks ma niewiele wspólnego z The Invisibles i można powiedzieć, że nie sprawdza się jako część większej całości. Ale jednocześnie, ta całość byłaby bez niego uboższa o najlepszy zeszyt serii. Czasem warto stanąć z boku, odpuścić serialowy rytm i wyjść poza kadr, by doświadczyć naprawdę fenomenalnej historii.
(Dominik Szcześniak)
"The Invisibles" vol. 1 #12. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Parkhouse. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1995.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

The Invisibles #1 - Morrison/ Yeowell

Zanim Grant Morrison zaczął pisać Invisibles, zdążył już wyraźnie zaznaczyć swoją obecność w Vertigo. Doom Patrol, Kid Eternity, dwa numery Hellblazera, Sebastian O, Misterium - to wszystko było wcześniej. We wrześniu 1994 roku ukazał się pierwszy rozdział najważniejszej serii szkockiego autora, zatytułowany Dead Beatle$. Rysunkami w tym zeszycie zajął się stary znajomy Morrisona - Steve Yeowell. Panowie robili wcześniej razem Zenitha, The New Adventures of Hitler i wspomnianego wcześniej Sebastiana O.

Invisibles, okultystyczno-psychodeliczna seria o ezoterrorystach walczących z międzywymiarowymi bytami kontrolującymi naszą rzeczywistość to opus magnum tego twórcy. Nie tylko dlatego, że nic co później napisał nie zbliżyło się do tego poziomu. To komiks najbardziej przemyślany konstrukcyjnie (choć zawierający też dużą dozę szaleństwa oraz swobody narracyjnej) i niezwykle osobisty.

Okultystyczna tematyka jest Morrisonowi bardzo bliska – autor praktykuje magię od 18 roku życia i wszystkich do tego gorąco zachęca. Samo tworzenie serii z założenia było hypersigilem – działaniem magicznym, dzięki któremu miał na trwale zmienić rzeczywistość oraz odcisnąć piętno na popkulturze. W zasadzie mu się to udało - jego seria stała się (delikatnie mówiąc) inspiracją do powstania Matrixa. Magia została też wykorzystana w momencie, kiedy sprzedaż serii spadała. Autor namówił fanów do przeprowadzenia "wankathonu" - rytuału polegającego na symultanicznej masturbacji dużej liczby osób. Energia uzyskana w ten sposób miała uratować cykl przed kasacją. Invisibles dociągnęli do szczęśliwego finału, więc najwyraźniej się udało.

King Mob, jedna z ważniejszych postaci w komiksie, to alter-ego Morrisona, wyobrażające jego cool personę, człowieka, jakim twórca chciałby być. W czasie tworzenia kolejnych rozdziałów związek między autorem a bohaterem jeszcze się pogłębił - jak sam wspomina, ciężko zachorował w czasie, gdy King Mob był torturowany. Wyzdrowiał dopiero, gdy postać została oswobodzona. 

W pierwszym zeszycie King Mob nie jest jednak głównym bohaterem. Tę funkcję pełni póki co Dane McGowan - zbuntowany nastolatek z Liverpoolu: agresywny, wyszczekany, ale jednocześnie cholernie inteligentny. Po próbie podpalenia szkoły, dzieciak trafia do ośrodka wychowawczego, gdzie ma przejść reedukację. Ośrodek nie jest jednak zwykłą placówką - żeby z niego uciec, Dane będzie potrzebował pomocy Niewidzialnych.

Morrison od samego początku uderza na bogato - atakuje czytelnika okultystyczną symboliką, dużą ilością wątków oraz dziwnych postaci, tropami pop- i kontrkulturowymi, motywami religijnymi, teoriami spiskowymi, itd., itp. Jest gęsto. Odbiorca od początku wie, że wkroczył do rzeczywistości kompletnej, pełnej dziwów oraz niespodzianek. Sacrum zderza się z profanum i razem tworzą narkotyczną miksturę z laboratorium szalonego alchemika. Blokowiska Liverpoolu koegzystują z rytuałami magicznymi, duchy Beatlesów objawiają się w środku nocy, karty tarota wskazują ścieżkę bohaterom, a istoty pozaziemskie rozkazują rządowym oficjelom. Jest tu dużo wszystkiego: dużo słów w dymkach, dużo wydarzeń. A także mnóstwo postaci i wątków, które znajdą swoje rozwinięcie w późniejszych rozdziałach - na razie tworzą barwną mozaikę tajemnic, podkreślającą złożoność niewidzialnego świata.

W pierwszym zeszycie Dane staje na początku drogi ku oświeceniu i stania się nowym Buddą - jeszcze niczego nie wie, dopiero dowiaduje się o istnieniu magicznego świata. Na tym samym poziomie znajduje się się czytelnik. Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co Morrison próbuje mu sprzedać, jest oszołomiony nadmiarem bodźców, ale wie, że chce dowiedzieć się więcej, wniknąć w ten bogaty świat. To popularny zabieg fabularny - bardzo wygody dla scenarzysty. Morrison bardzo umiejętnie go wykorzystuje. Odbiorca przechodzi inicjację wraz z bohaterem i razem z nim przechodzi kolejne stopnie wtajemniczenia. Warto podążyć z nim do samego końca - Invisibles to seria, która daje naprawdę dużo satysfakcji z lektury. Przez wszystkie 57 zeszytów, do których będziecie niejednokrotnie wracać.
(Jerzy Łanuszewski)
"The Invisibles" #1. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Steve Yeowell. Kolor: Daniel Vozzo. Wydawca: DC Vertigo, wrzesień 1994.

wtorek, 17 stycznia 2017

Batman: Gotyk - Morrison/ Janson

Grant Morrison to jeden z najlepszych brytyjskich scenarzystów. Pisarz, filozof, surrealista, okultysta, wariat. Klaus Janson z kolei to człowiek, od dekad żyjący w cieniu głównie Franka Millera, ale też wielu innych rysowników, którym na ołówkowy szkic zwykł kłaść tusz. 
Janson znany jest z bycia tak zwanym inkerem. Lub tuszerem. Tuszystą. Tuszownikiem. W każdym razie - pomocnikiem rysownika, nadającym ostateczny kształt warstwie graficznej komiksu. Czasem rysownik tuszuje sam siebie, a czasem - przez wzgląd na dość napięty cykl wydawniczy - oddaje tę fuchę w dłonie równie sprawnego kolegi. W opowieści z Batmanem w roli głównej, zatytułowanej „Gotyk” Klaus Janson szkicuje i tuszuje. W całości bierze na siebie warstwę graficzną komiksu. I  pokazuje wielką klasę. Podobnie jak Morrison. Razem robią jeden z najlepszych komiksów z Batmanem w roli głównej. Bo - umówmy się - wszystkie najlepsze albumy z tą postacią już powstały, głównie w latach 80. i 90. Nie wszystkie jednak znane są w Polsce. 
"Gotyk" właśnie się u nas ukazał. I zdecydowanie wart jest uwagi. Bo nie dość, że jest efektem współpracy dwóch świetnych autorów, w bardzo pomysłowy sposób obchodzących się ze sztuką komiksu, to w dodatku był jednym z pierwszych komiksów opublikowanych na łamach serii „Legendy Mrocznego Rycerza”. Ta przeznaczona dla dojrzałego odbiorcy kolekcja zeszytów miała za zadanie ukazać odmienne spojrzenie na postać Batmana – dalekie od stereotypowego trykociarstwa i tworzone przez najbardziej uznanych, igrających z formą i treścią, twórców komiksu. Było to podejście na tyle oryginalne i odmienne, że wydany w Polsce w 1996 roku komiks „Machiny” Teda McKeevera, pochodzący właśnie z „Legend”  zyskał miano najgorzej sprzedającego się superbohaterskiego komiksu w Polsce. Bo nie było w nim czarno-białego podziału dobro – zło, sensacji, pojedynków i prostackich dialogów. Było za to coś więcej. 
„Gotyk”, choć tak wielkim artystycznym eksperymentem nie jest, cechuje się sporą oryginalnością na tle sztampowych historii z Gackiem. Morrison cytuje tu Szekspira, Orwella i Edgara Allana Poe. Nie oczytanie i erudycja są jednak jego największą siłą, lecz znajomość fachu. Podobnie w przypadku Jansona - o mocy jego rysunków świadczy nie efektowność, a idealne rozumienie komiksowych prawideł. 
„Gotyk” to esencja amerykańskiego komiksu lat 90., tworzonego przez ludzi, nie roboty. To świetnie skrojony komiks grozy, w którym zło nie rzuca cienia, a fabuła sięga trzech wieków wstecz, zahaczając o zarazę pogrążającą austriackie miasteczko, pakt z diabłem, dzieciństwo Batmana i gangsterski półświatek Gotham City. Dla fanów amerykańskiej klasyki - rzecz niezbędna!
"Batman: Gotyk". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Klaus Janson. Kolory: Steve Buccellato. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2016. Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep Gildia.pl

sobota, 6 lutego 2016

JLA - Morrison/ Porter/ Dell

Zanim Peter Milligan rozpoczął pisanie wstępu do pierwszego zbiorczego wydania serii "The Invisibles", zadzwonił do jej scenarzysty, a jednocześnie swojego kumpla - Granta Morrisona - by poinformować o tym fakcie. Po chwili oczekiwania usłyszał sygnał faxu. Zamiast się rozłączyć, zaczął się w niego wsłuchiwać, wychwytując odgłosy i efekty nieprzystające do monotonnego pipczenia. Szepty, szumy, śmiechy... część z tych efektów rzekomo słyszał, inne wytworzyła jego wyobraźnia. Zapewne nieco wyolbrzymił, chcąc stworzyć tezę sprawnie budującą ramy pisanego przezeń wstępniaka. Ale przy okazji powiedział coś o Grancie Morrisonie i jego twórczości: dzięki cierpliwości, zaangażowaniu szarych komórek i wyobraźni, czytelnik jego komiksów może wychwycić coś więcej, niż prosty dźwięk słyszalny na samym początku. Dzieła Granta wołają o ich zgłębienie, a zgłębione dają odbiorcy ogromną satysfakcję. 
Choć powyższe przemyślenia Milligana spisane zostały w kontekście "The Invisibles", swobodnie można je przyłożyć do innych komiksów "szalonego Szkota", w których dane mu było swobodnie korzystać z bogatego zasobu ekscentrycznych pomysłów. Pozycje pokroju "Animal Mana" czy "Doom Patrol" to nieskrępowane redaktorską ingerencją popisy erudycji nietuzinkowego scenarzysty. Kiedy jednak pod koniec lat 90. ubiegłego wieku Morrison był kandydatem do przejęcia sterów nad warstwą tekstową flagowej serii uniwersum DC o przygodach najpopularniejszych bohaterów amerykańskiego komiksu zrzeszonych w Amerykańskiej Lidze Sprawiedliwości, wśród włodarzy wydawnictwa pojawiło się pytanie: Czy rzeczywiście ten ekscentryk jest odpowiednią osobą do tego zadania? Czy jego nietypowe pomysły będą pasowały do zeszytowego mainstreamu superbohaterskiego? Ostatecznie doszli do wniosku, że kandydat to zacny i odpowiedni. Dziś raczej nie żałują swojej decyzji.
"Amerykańska Liga Sprawiedliwości" w ujęciu Morrisona to naładowana akcją i niewymuszonym humorem, udana próba reanimowania serii o wspólnych przygodach Supermana, Batmana, Wonder Woman, Green Lanterna, Flasha, Marsjańskiego Łowcy Ludzi i Aquamana. Szkot niezwykle umiejętnie połączył swoje zamiłowanie do oryginalnych historii z hołdowaniem tradycjom, wypracowanym przez lata istnienia serii na rynku. W efekcie powstała historia, w której superbohaterskie nawalanki mają sens, dialogi między bohaterami trzymają się kupy i kipią humorem, a czarne charaktery pochodzą z najdalszych czeluści piekła, nieba i wszechświata.
Nieważne, czy wrogiem jest przybywający z kosmosu tajemniczy Hiperklan, czy upadli goście z niebios - Liga radzi sobie ze wszystkimi, efektowne walki podlewając lekkim dowcipem, a grupowe zwycięstwa okupując jednostkowymi tragediami. Morrison, mając świadomość rodowodu bohaterów wie, że nieodzowny patos należy równoważyć dystansem, w czym wydatnie pomagają rysunki. Howard Porter tworzy plansze na zasadzie kompozycyjnej eksplozji, zapełnia je efektownymi kadrami i żurnalowymi pozami. A wszystko to zalane pstrokatymi kolorami. Kiczowate grafiki i nietypowy scenariusz - to działa!   
Perełką w tym albumie jest odcinek, w którym rekrutacja nowego członka JLA zostaje zakłócona iście elseworldowskim zwrotem akcji. Dla takich zakończeń, jak ostatnia scena "Innych światów" warto ufać Grantowi Morrisonowi i dawać mu do odświeżenia kolejnych zakurzonych bohaterów.
Wertowanie pierwszego tomu "JLA" jest trochę jak milliganowskie wsłuchiwanie się w sygnał faxu. Wszystko wydaje się być tu proste, znajome i wtórne. Ale nie odkładajcie słuchawki. Wsłuchajcie się w to bzyczenie, a dostaniecie mnóstwo frajdy. Znacznie więcej, niż podczas lektury równolegle wydawanej w Polsce serii o Lidze pisanej przez Geoffa Johnsa, która do komiksu Morrisona nie ma porównania. 
"JLA: Amerykańska Liga Sprawiedliwości (tom 1)". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Howard Porter. Tusz: John Dell. Współpraca przy scenariuszu "Gwiezdnego ziarna": Mark Millar. Rysunki "Historie wyobrażone" i "Inne światy": Oscar Jimenez. Współpraca przy tuszu: Chip Wallace, Ken Branch, Anibal Rodriguez. Kolory: Pat Garrahy, John Kalisz, Tom J. McGraw. Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2016.
Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

niedziela, 10 stycznia 2016

Batman, Bękart i Azyl. 3 x Deluxe

Dziś na tapetę biorę trzy albumy z egmontowskiej kolekcji DC Deluxe, która do tej pory prezentowała dzieła warte publikacji. Nie inaczej jest w przypadku „Roku pierwszego”, „Portretu bękarta” i „Azylu Arkham” – komiksów klasycznych, wybitnych, niezbędnych na każdej półce szanującego się fana komiksu.
 
„Batman: Rok pierwszy” Franka Millera i Davida Mazzucchelliego na pewno obudzi u Was skojarzenia z chociażby filmowym Batmanem Christophera Nolana. Komiks jednak był pierwszy. Ukazał się w 1986 roku i od razu stał się jedną z najlepszych historii o Nietoperzu. Inspirował nie tylko Nolana, ale również rzesze rysowników i scenarzystów, stając się niejako tytułem bazowym, traktującym o przygodach zamaskowanego mściciela w sposób nieszablonowy i realistyczny. Zgodnie z tytułem, komiks prezentuje historię pierwszych dwunastu miesięcy istnienia Batmana w Gotham City. Autorzy ukazują porażki bohatera, kiepsko zaplanowane akcje; obnażają jego błędy i pokazują drogę nie tyle do perfekcji, co do jako-takiego przystosowania do superbohaterskiej profesji. To nie jest heros latający, strzelający promieniami z oczu, a zwykły człowiek w masce, charakteryzujący się czysto ludzkim bohaterstwem. W równolegle prowadzonej narracji dostajemy historię porucznika Jamesa Gordona, który jest w Gotham City przyjezdnym żółtodziobem i jako pierwszy wychodzi przed szereg, rozpoczynając osobistą walkę z korupcją wśród gliniarzy. „Rok pierwszy” opowiada o początkach niszczenia systemu, o genezie rewolucji, wywołanej przez nietoperza w pelerynie i jego sprzymierzeńców. Mimo wielu lat, album nie zestarzał się wcale i długo jeszcze będzie wzorcowym przykładem opowiadania historii w komiksie. Absolutnie fantastyczne są dodatki do tego komiksu – nie dość, że znalazło się miejsce na standardowe szkice, czy słowa wstępu, to kilka stron przeznaczono na plansze z oryginalną, bardzo ograniczoną ale perfekcyjnie wykorzystaną przez kolorystkę paletą barw, która w tamtych czasach funkcjonowała na lichej jakości papierze gazetowym. Świetna historia i idealny materiał startowy do rozpoczęcia przygody z komiksami o Batmanie.

„Lobo: Portret bękarta” to trzy przygody kosmicznego łowcy głów pochodzącego z planety Czarnia. Lobo znany jest z tego, że jest człowiekiem, a właściwie kosmitą honoru, jego ulubionym kolorem jest żałobna czerń, a radość czerpie z szeroko pojętej eksterminacji. W związku z tym, omawiany album to ostra jazda bez trzymanki tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Kiedy po raz pierwszy wchodził na polski rynek – a był to rok 1994 – Lobo wzbudzał ogromne emocje i był tytułem mocno kontrowersyjnym. Broniąc brutalności albumu, mówiło się wtedy, że przeznaczony jest dla ludzi z odrobiną samoświadomości, że to komiks ambitny i że płynącą litrami krew należy traktować z przymrużeniem oka. Dzisiaj prawdopodobnie więcej przemocy jest na dowolnym kanale telewizyjnym przeznaczonym dla starszych dzieci. Chociaż sam nie wiem, niektóre momenty wciąż są mocne. Niezależnie od tego aspektu, Lobo to kawał porządnego komiksu. Materiał, który się nie starzeje, podobnie jak nie starzeje się dobry rock’n’roll. Rysuje prawdziwy mistrz – Simon Bisley, człowiek legenda, którego – tu ciekawostka - związki z Polską są niezwykle silne – od kilku lat regularnie przyjeżdża na polskie festiwale, a jego babcia jest z pochodzenia Polką. Koniec ciekawostki. Co do samego rysunku – są dwie odmiany Bisleya – Bisley malarski i Bisley rysunkowy. Lobo to ta druga wersja. Kreska rysownika jest równie szalona, co główny bohater. Porusza się po całym komiksie jak wariatka, ale zawsze, podkreślam ZAWSZE znajduje się na swoim miejscu. Wtóruje jej fabuła. W pierwszej historyjce Lobo eskortuje swoją znienawidzoną nauczycielkę od anglika, w drugiej – sieje popłoch w niebie i piekle, a w trzeciej dostaje zlecenie na świętego Mikołaja – oczywiście od króliczka wielkanocnego. Scenarzysta Alan Grant stawia na akcję, przemoc i humor nie zawsze wysokich lotów, całość jednak wchłania się idealnie. To taki komiksowy Grindhouse. Portret bękarta – pozycja absolutnie klasyczna.

Podobnie z „Azylem Arkham” – komiksem Granta Morrisona i Dave’a McKeana. Jest to mroczny, psychologiczny dramat o Batmanie. To jeden z tych albumów, o których można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że wszystko w nim gra – wnikliwy, dopracowany scenariusz idzie w parze z niepokojącymi, klimatycznymi rysunkami. Tytułowy Azyl Arkham to ośrodek dla obłąkanych przestępców, który pewnego dnia zostaje przez owych łotrów przejęty. Na czele szajki staje Joker, a jedynym ich żądaniem jest sprowadzenie do Arkham Batmana. Zamaskowany mściciel w więzieniu pełnym złoczyńców – ten motyw tylko pozornie zapowiada bezsensowne mordobicie, jakich w komiksach pełno. Tak naprawdę jest zaproszeniem do szalonych umysłów. A może Batman jest tak samo opętany, jak ci wszyscy goście, których wsadził za kratki? Grant Morrison rozkłada tożsamości bohaterów na czynniki pierwsze, wchodzi do ich głów i dociera do jądra ciemności. Równolegle prowadzi drugą fabułę, opowiadającą o losach założyciela ośrodka – Amadeusza Arkhama i jego relacjach z matką. Oba wątki perfekcyjnie rysuje Dave McKean, znany z bliskiej współpracy z Neilem Gaimanem brytyjski rysownik. Jego ilustracje są tak naładowane emocjami, że do inspiracji pracami z „Azylu Arkham” przyznają się rzesze rysowników, w tym również z Polski. Ten album naprawdę może przestraszyć. Dodatkowym plusem tej publikacji, wydanej zresztą z okazji 25-lecia powstania albumu, są dodatki, zajmujące więcej miejsca niż sam komiks. Znajdziecie tu na przykład cały scenariusz Morrisona i będziecie mogli sprawdzić na czym tak naprawdę polega rola scenarzysty w tworzeniu komiksu. Są również szkice plansz, także wykonane przez scenarzystę. Nie mogło zabraknąć miejsca dla galerii Dave’a McKeana, zbierającej jego szkice oraz okoliczne publikacje związane z Azylem. Są tacy eksperci, którzy twierdzą, że lepszej od "Azylu Arkham" historii Batman się jeszcze nie doczekał. Coś w tym jest. 
"Batman: Rok pierwszy". Scenariusz Frank Miller. Rysunki: David Mazzucchelli. Kolory: Richmond Lewis. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl
"Lobo: Portret bękarta". Scenariusz: Keith Giffen i Alan Grant. Rysunki: Simon Bisley, Christian Alamy. Kolor: Lovern Kindzierski. Tłumaczenie: Michał Zdrojewski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia. pl 
"Batman: Azyl Arkham". Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Dave McKean. Tłumaczenie: Jarosław Grzędowicz, Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia. pl