Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Lark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Lark. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 sierpnia 2018

Scene of the Crime #1 - Brubaker/ Lark

Zanim na dobre rozkręcił wspólne robienie komiksów z Seanem Phillipsem, Ed Brubaker robił naprawdę dobre rzeczy na przykład z Michaelem Larkiem. Pierwszy zeszyt ich Scene of the Crime - serii, która zadebiutowała w maju 1999 roku to porządnie zapowiadający się dramat detektywistyczny, który spokojnie mógłby stanąć na półce obok polskich wydań Fatale czy Zaćmienia.
Pierwszy zeszyt to standardowe wprowadzenie w detektywistyczną (nie wiemy jeszcze czy dobrą) robotę. Młody prywatny detektyw ma rozwikłać sprawę zaginionej dziewczyny. Pomagają mu w tym: 68-letni wuj - słynny fotograf miejsc zbrodni, doświadczenie oraz szczypta szczęścia. Tropy prowadzą do sekty, która za zadanie postawiła sobie uwalnianie ducha swoich członków, do obskurnych hoteli i znajdujących się w ich pobliżu knajp. Czarny kryminał w pewnym momencie zamienia się w kiełkujące love story, by w kulminacyjnym momencie odpowiednio zaskoczyć i narobić smaku na ciąg dalszy.
Brubaker w pełnym metrażu radzi sobie znacznie lepiej niż w krótkim. Lark  rysuje podobnie do Phillipsa, choć nieco mniej polega na zdjęciowej dokumentacji i bardziej rygorystycznie trzyma się kompozycji planszy. Pierwsza część A little piece of Goodnight to zeszyt bardzo treściwy. Autorom udało się zmieścić naprawdę sporo wydarzeń oraz wiarygodnie przedstawić bohaterów. Bardzo solidna lektura. Polski wydawco, opublikuj to u nas.
"Scene of the Crime" #1. Scenariusz: Ed Brubaker. Rysunki: Michael Lark. Kolor: James Sinclair. Wydawca: DC Vertigo, maj 1999

sobota, 5 maja 2018

Puls - Bendis/ Bagley/ Lark/ Gaydos/ Anderson/ Coipel

Puls to dodatek do nowojorskiego dziennika Daily Bugle, dowodzonego przez J.J. Jamesona. Wychodzący naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców miasta, w całości poświęcony superbohaterom i - w zamierzeniu - redagowany przez Jessikę Jones. Tak, tę Jessikę Jones. Byłą superbohaterkę, panią detektyw i przyjaciółkę herosów. Puls to również epilog do przygód Jessiki pisanych przez Briana Michaela Bendisa, zebranych w serii Alias.
Ten komiks gra na sentymencie. Zamiast w całości nawiązywać do współczesnego uniwersum Marvela i obecnej w nim hiperrealistycznej (lub "silącej się na hiperrealizm") kreski, przywołuje kolorowe lata 90. - łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością czyniąc rysownika Marka Bagleya. Jego debiutanckie historie ze Spider-Manem polski czytelnik miał okazję podziwiać w komiksach TM-Semic - ci, którzy mieli go wówczas pokochać, pokochali go, a ci, którzy mieli go znienawidzić - znienawidzili. Choć należałem raczej do tej drugiej grupy, lektura narysowanych przez niego odcinków Pulsu była bardzo sympatycznym przeżyciem. To stary, niedobry Bagley, momentami trochę imitujący Johna Romitę Juniora, obleczony w opakowanie z dawnych lat i unikający akcji "kopiuj-wklej". Słowem: coś pięknego!
Już sama (wyjątkowo paskudna) okładka podsumowuje udział w tym komiksie Jessiki Jones, przedstawiając różne wcielenia bohaterki: od zamaskowanej członkini Avengers, poprzez jednorazową depresyjną rajtuziarę, po kochankę i matkę. Ale na planszach Pulsu Jessika nie zawsze gra główną rolę. Podobnie jak w niektórych odcinkach Daredevila Bendis wnika tu w naturę pracy dziennikarskiej - i są to najlepsze fragmenty albumu - jak również wpisuje bohaterów w bieżące wydarzenia uniwersum Marvela, prezentując galerię zamaskowanych postaci.
To, jak dużo dobra zrobił Bendis w tej serii bardzo zgrabnie ukazuje zamieszczony na końcu New Avengers Annual#1 - zeszyt okolicznościowy, wypluty przez taśmę produkcyjną Marvela, beznadziejnie narysowany i ledwie poprawnie napisany. Trafił to tego zbioru, ponieważ przedstawia ważne wydarzenie dla bohaterów opowieści, elegancko wiążące wszystkie wątki. Nie czuć tu Bendisa z Alias, Daredevila czy Pulsu. To już zwykła podpucha zrobiona pod publikę. Choć zła niczym najgorsze wykwity z Marvel Now!, to jednak znakomicie pokazuje, jak drobiazgową i solidną pracę wykonał Bendis na łamach dowodzonych przez siebie "dorosłych" serii.
Znakomite domknięcie świetnego cyklu. Świetny występ Bagleya. Esencja Bendisa. Dla koneserów tematu - rzecz niezbędna.
"Jessica Jones: Puls". Scenariusz: Brian Michael Bendis. Rysunki: Mark Bagley, Michael Lark, Brent Anderson, Michael Gaydos, Olivier Coipel. Tłumaczenie: Marek Starosta, Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Mucha Comics, 2018.

czwartek, 3 listopada 2016

Gotham Central: Klauni i szaleńcy - Brubaker/ Rucka/ Lark

Drugi tom „Gotham Central” trzyma poziom pierwszego, a może nawet go przebija. Ed Brubaker i Greg Rucka piszą serial policyjny, wciągający bardziej niż wszystko to, co przewija się przez ekrany naszych telewizorów. 
Niech nikogo nie zwiedzie Joker na okładce i Batman na jej odwrocie. Ten komiks jest o gliniarzach, mieszkańcach miasta i samym mieście. Człowiek-Nietoperz występuje tu raczej w roli dobrego ducha. Dla jednych jest legendą, inni ze strachem dopuszczają myśl o jego istnieniu, a dla kolejnych staje się fantazją. Na przykład dla Stacy – recepcjonistki w Wydziale Poważnych Przestępstw, zatrudnionej w policji głównie po to, by włączać sygnał wzywający Batmana. Z jej perspektywy scenarzyści zrealizowali otwierający zbiór odcinek „Marzenia i wiara”, bardzo sprawnie sytuując rudowłosą sekretarkę w świecie przedstawionym. Odcinek z jej udziałem jest najlżejszy w zbiorze „Klauni i szaleńcy”. W pozostałych panuje mrok, detektywistyczna robota, skryci mordercy i nierozwikłane od lat sprawy.
Autorzy w brudny, policyjny serial, w którym więcej rozmów o budżecie wydziału niż pościgów, a szybkie dedukcje zastąpiło długie i trudne dochodzenie do sedna sprawy, bardzo profesjonalnie wkomponowali najbardziej znanych przeciwników Batmana. I na przykład taki Joker, zamiast wymieniać żarty ze swoim zamaskowanym przeciwnikiem, atakuje z ukrycia, stając się zwykłym seryjnym mordercą. Szalony Kapelusznik rozgrywa śmiertelną partię z więziennej celi, bardziej przypominając psychola, niż geniusza zbrodni. Brubaker i Rucka odzierają łotrzyków z etykiety, która przylgnęła do nich przez lata pojawiania się w kolorowych komiksach. 
Komiksy z Gotham Central kolorowe nie są. Nie ma tu miejsca na tandetne rozgrywki między facetami w rajtuzach, skupionymi na własnym ego. Nie ma miejsca na parodię i na kompromisy. Jest za to prawdopodobieństwo, że czytając Gotham Central uznamy, że Batman jest nikomu niepotrzebny. Bo może to tylko produkt popkultury, niekoniecznie podwyższjący wartość danego dzieła? Może zamaskowany bohater, częstokroć będący na bakier z prawami fizyki, nie musi być już przyczynkiem do opowiadania poważnych, dobrych historii? Czy można sobie spokojnie poradzić bez niego, z wielką korzyścią dla zmysłów artystycznych autorów i odbiorców? Całkiem możliwe. 
„Gotham Central” to komiks idealny na przejście z nie zawsze mądrych fabuł superbohaterskich w rejony opowieści większej rangi. Z tym serialem można dorosnąć.
"Gotham Central, tom 2: Klauni i szaleńcy". Scenariusz: Ed Brubaker i Greg Rucka. Rysunki: Michael Lark, Greg Scott, Brian Hurtt, Stefano Gaudiano. Kolory: Lee Loughridge. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2016. Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

środa, 4 maja 2016

Wieczny Batman, Amerykański wampir i Gotham Central

„Wieczny Batman” to pokaźnych rozmiarów komiks autorstwa całego sztabu rysowników, scenarzystów i inkerów. Początek jest intrygujący. Komisarz Gordon trafia za kratki w związku ze spowodowaniem katastrofy w ruchu lądowym. Jednocześnie rozpętuje się wojna gangów, na którą oko przymyka skorumpowana policja. I choć działający w Gotham herosi mają już i tak dużo roboty, to są to zaledwie zwiastuny nadchodzącego wielkiego zła, które docelowo ma zrównać miasto z ziemią. Im dalej w las, tym trochę gorzej. Do dość ciekawie zaplanowanej fabuły dołączają kuriozalne wątki implikowane a to działaniami młodej blogerki, która przypadkiem odkrywa że jej ojciec jest łotrem w fikuśnych rajstopach, a to pojawiającej się znikąd córki Alfreda, lokaja Batmana, a to wreszcie wprowadzającymi zamęt wyprawami wszystkich bat-kompanów do różnych egzotycznych krajów. Autorzy podporządkowani są tutaj korporacyjnemu mechanizmowi, polegającemu na wspieraniu się nawzajem w wymyślaniu kolejnych odcinków i ujednolicaniu scenariuszy, aby wyglądały jakby zeszły z tej samej taśmy produkcyjnej. „Wieczny Batman” to taki komiks od linijki. Starych wyjadaczy nie zaskoczy, ale u młodych adeptów komiksu superbohaterskiego powinien spowodować wielokrotny wytrzeszcz oczu i aprobujące kiwanie głową. Bo są tu i stworzone z matematyczną precyzją zawieszenia akcji, i zaskakujące powroty i pojedynki w ilościach hurtowych. Rzecz dla koneserów Batmana. Dla tych, którzy nie są fanami Nietoperzastego, też jest jeden plus: Ian Bertram, fenomenalny rysownik, który narysował jeden z odcinków tej długiej historii. I zrobił to świetnie. 
A skoro mowa o sztabie twórców, to na tę dolegliwość cierpi również kolejny, szósty już tom "Amerykańskiego wampira". A to dlatego, że obok regularnych przygód bohaterów, znalazło się tu miejsce dla antologii prac zaproszonych autorów. Nie ma tu jednak takiego rozmycia, jak w „Wiecznym Batmanie”. Ten pisze, tamten rysuje. Każdy ma swoją funkcję. Taśmy produkcyjnej raczej brak, choć wśród tych krótkich historyjek zdarzają się graficzne koszmarki. Najciekawsza w tomie jest historia z głównej serii, skupiająca się na parze złodziejaszków, których umiejętności pragnie wykorzystać grupka wampirów. Krwiopijcy spotykają się jednak z oporem krewkiego duetu. Ten komiks to tak właściwie dość piękna opowieść o miłości, przywiązaniu do wartości i walce ze swoim zwierzęcym „ja”. Scenarzysta Scott Snyder odchodzi tu od stereotypowego wizerunku wampira. A jednocześnie pokazuje, że ta seria jest jego i tylko jego. Bo pokazane w antologii prace sławnych kolegów – Jasona Aarona, Jeffa Lemire’a, Becky Cloonan czy Grega Rucki – nie umywają się do wyczynów Snydera. On jeden wie, jak zabrać czytelnika w długą podróż do wampirycznego piekła.

A na deser coś pysznego, czyli Gotham Central – sensacyjny komiks o policyjnej robocie z Batmanem w tle. Ten wielokrotnie nagradzany za oceanem serial opowiada o gliniarzach z Wydziału Poważnych Przestępstw, których siedziba znajduje się w głównym posterunku miasta Gotham. Śladowe ilości Batmana i jego najbardziej znanych przeciwników są największym atutem tego komiksu. Dzięki temu autorom udało się skupić na wciągających zagadkach detektywistycznych i wzajemnych relacjach między funkcjonariuszami. Surowa, realistyczna kreska i niezłe dialogi sytuują Gotham Central w gronie tych serii komiksowych, które są idealnym materiałem na adaptację telewizyjną lub kinową. Komiks stworzył bardzo sprawnie funkcjonujący tercet: scenarzyści Ed Brubaker i Greg Rucka oraz rysownik Michael Lark. Pierwszy tom gładko wprowadza w akcję, przedstawiając pierwszoplanowe postaci i kreśląc związki między nimi. Mamy tu zarówno relacje w pracy, jak i wgląd w życie prywatne bohaterów. Większa część akcji rozgrywa się w budynku komisariatu i pokoju przesłuchań, niż na ulicach, co pozwala czytelnikowi wniknąć w specyfikę pracy gliniarzy z Gotham. Pierwszy tom serii, zatytułowany „Na służbie” to bardzo solidna lektura. W bliskiej perspektywie czasu wydawca zapowiedział dwie kolejne części. To dobrze. Bo pierwsza wciąga na tyle, że kolejne dawki stają się niezbędne.