Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

wtorek, 16 listopada 2010

Przygody Leszka (19): Widok z okna

Autorzy: Tomasz Kleszcz i Dominik Szcześniak
Zapraszamy do lektury odcinka "Widok z okna", kolejnego z cyklu "Frustracja":
Za tydzień: "Zabij tiwi".

Kibicujemy (58)

Autor: Maciej Pałka Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Dziś gościmy na łamach Daniela Gizickiego. Autor ten, niegdyś dość aktywny w komiksowie zarówno jako redaktor, publicysta, scenarzysta i wydawca od pewnego czasu nie dawał zbyt wielu znaków życia. Taka cisza, może również zwiastować prawdziwą BOMBĘ. Zapytałem u źródła:
Od momentu wydania (a właściwie napisania "Kwazia") głównie zacząłem się skupiać na dłuższych fabułach. Powstał "Gilles McCabe" (tytuł roboczy) - kryminał rozgrywający się w wiktoriańskiej Anglii (aktualnie napisana pierwsza dylogia - dwa "francuskie" albumy po 46 stron - niby jest rysownik ale nie daje znaków życia), powstało "Low story" (mocno autobiograficzny obyczaj, który wymaga nieco przeróbek w linii fabularnej), potem powstał minialbumik "Zaraza" mocno undergroundowy, który pewnie sam wydam przy okazji reaktywacji wydawnictwa Gil i spółka/celuloza, no i odcinkowy "Sarkis Karchazjan", który ze zmienną częstotliwością ukazuje się w "Kolektywie". Generalnie to ja już nie chcę robić szorciaków. To znaczy chcę, bo to fajne w ogóle robić komiksy ale chciałbym jednak zajmować się pełnymi metrażami. Zdaję sobie jednak sprawę jak wyglądają realia robienia komiksów w tym kraju i że zrobienie albumu to nie jest takie hop siup, już nie mówiąc o tym, że jako marginalna postać w "środowisku" mam nikłe szanse by przekonać rysownika aby poświęcił na "mój" projekt kupę swego wolnego czasu. Więc się specjalnie nie spinam.
Ale miało być o "Postapo" (tytuł roboczy). To taki projekt, który jest wynikiem mojej ogromnej fascynacji tematyką postapokaliptyczną jako taką, pokazywaniem zwykłego ludzkiego życia w ekstremalnych warunkach, gdy człowiek jako pieszczoch cywilizacji musi sobie nagle radzić pozbawiony wygód i udogodnień, bez których pewnie żadne z nas nie wyobraża sobie codziennego życia. Inspiracje? Cormac McCarthy i "Droga", bracia Strugaccy i "Piknik przy skraju drogi", Jacek Dukaj i "Córka Łupieżcy" i tak dalej i tak dalej. I Bartosz Sztybor z Andrijem Tkalenką. Ten komiks mnie się bardzo podoba i ja się chciałem tak bawić, że zacznę następną historię od ich ostatniego kadru, potem oni od mojego ostatniego i tak to się pociągnie w ładną antologię, powstał nawet jeden szorciak z Grzegorzem Nitą... ale w międzyczasie zacząłem główkować nad innymi rozwiązaniami i mi się zaczęła zarysowywać fabuła, wątki się mnożyły, narodzili się bohaterowie...
Aktualnie mam napisane dwa zeszyty (każdy rozpisany na 22 strony), pomysłów mam na następnych kilkadziesiąt, już wszystko poukładane w głowie i w sumie tylko siedzieć i pisać. Akcja dzieje się w Polsce, trochę na Mazowszu ale wkrótce (tak po kilkunastu zeszytach) wszystko przenosi się na Śląsk i tam pozostanie. Będzie trochę obyczaju, trochę akcji, nieco o tym i tamtym...
Chciałbym zrobić z tego projekt, który można by wysłać amerykańskim wydawnictwom, ale pomyślałem, żeby najpierw skończyć cztery zeszyty i wydać je u nas, w Polsce, w formie jednego tomu. Żeby mieć konkretny kawałek materiału do pokazania za wielką wodą.
Seria nie ma rysownika. Więc jeśli czytasz te słowa, zainteresował Cię mój projekt i chciałbyś spróbować swoich sił to zapraszam. Nie dam gwarancji, że ktoś to wyda, że dostaniesz jakiekolwiek pieniądze za swoją pracę. Stawiam uczciwie sprawę - poszukuje osoby, która włoży w "Postapo" tyle serca ile może (czyt. tyle ile ja) licząc po cichu, że to zaprocentuje i że jakieś fajne wydawnictwo przyklepie ten projekt. Być może to naiwne, ale co z tego?
Ale błagam, tylko poważne propozycje. Jeśli jesteś zawalony zleceniami i nie masz czasu nie zgłaszaj się. Jeśli jesteś osobą, która dopieszcza 4 strony przez 2 lata nie zgłaszaj się. Jeśli nie interesuje Cię tematyka, nie zgłaszaj się. Jeśli liczysz na szybki zarobek i fajny wpis w cv nie zgłaszaj się.
Jeśli nie boisz się cięźkiej pracy i chcesz wziąć udział w fajnym projekcie nawet jeśli jedyną satysfakcją będzie fakt zrobienia komiksu i kilku egzemplarzy autorskich (przy najbardziej pesymistycznym rozwoju wypadków sam to wydam w małym nakładzie) zapraszam.
Chętnie zerknę na każdą propozycję choć nie ukrywam, że najbardziej pasowałby mi rysownik operujący quasirealistycznym stylem. Coś w klimacie rysunków w takich seriach jak "Scalped", "DMZ" czy nasza polska "Pierwsza Brygada".
Tym dramatycznym apelem kończymy dzisiejszą edycję kibicowania. Jak tylko sprawa nabierze tempa, na pewno wrócimy do tematu.
Ciąg dalszy nastąpi...
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.
Autorem ilustracji do dzisiejszego odcinka jest Grzegorz Nita.

poniedziałek, 15 listopada 2010

"CMP: Konstrukt" 1/10 - Kiyuc, Pomian

Autor: Dominik Szcześniak
Dwadzieścia tysięcy egzemplarzy nakładu plus trzy tysiące wersji z limitowanymi okładkami, nietypowa jak na polskie warunki kampania promocyjna i mocne postanowienie powrotu do komiksowej tradycji zeszytówek. Wydawnictwo Czarna Materia wreszcie zaprezentowało "Konstrukt". Wbrew teoriom wątpliwych specjalistów, projekt Jakuba Kiyuca okazał się nie być happeningiem, choć rzeczywiście na podstawie przyjęcia, z jakim spotkała się jego kampania promocyjna można napisać magisterkę o tępej nienawiści "środowiska komiksowego" do tego, co nowe.
"Konstrukt" jest komiksem, który robi dokładnie takie wrażenie, jakie zostało obiecane przez wydawcę. Standard edytorski to biała, brudna gazetówka, oprawiona w kredową okładkę i pachnąca identycznie, jak za czasów komiksów Tm-Semic. Wszyscy, którzy z rozrzewnieniem wspominają tamte czasy, poczują się jak mali, podjarani chłopcy. Ci, którzy łaknęli zeszytówek już na starcie będą wniebowzięci. Czy ten sprytny zabieg przełożył się jednak na samą wartość rozrywkową i artystyczną? Cóż, na pewno można poczuć niedosyt.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na fakt, że komiks przygotowany jest według znanych od dawna patentów oficyny Vertigo. Idealna gradacja napięcia, eksplodująca cliffhangerami pod koniec strony i tajemnicze wprowadzenie, mające swe ujście w całostronicowej planszy tytułowej wspomagane są przez rzeczy pomniejsze, ale charakterystyczne dla amerykańskiego wydawnictwa: "dymki" komiksowe umiejętnie porozrzucane na planszy i miejsca, w których mamy do czynienia ze zbitym, długim tekstem. Wizualnie prezentuje się to świetnie, choć same rysunki Kiyuca, wbrew wcześniejszym posądzeniom, nie nawiązują bezpośrednio do McKeevera, a jedynie posiłkują się kilkoma wprowadzonymi przezeń patentami. Warstwa graficzna jest uboga, prosta, a momentami wręcz prostacka - grube mazy, rysunki na granicy czytelności, kserowane głowy - ale czy naprawdę ten akurat komiks lepiej funkcjonowałby w innej szacie graficznej?
Pierwszy zeszyt to zaledwie zalążek fabularny. Więcej w nim gadania, niż akcji. Bohaterowie -  Emil Aumbach, Filip Stix  i mięsna kobieta zarzucają się tekstami, a ten pierwszy odsłania się czytelnikowi w dyktafonowych nagraniach. Jest schron, jest motyw podróży w czasie i teoria o czterech stronach rzeczywistości - ten naukowy dryg, Kiyuc wzbogaca wstawkami czysto lubelskimi (i mimo iż ascetycznie, miasto wygląda w tej wersji fascynująco), ale również zupełnie przyziemnymi (choć czasowo zakręconymi) zabawami w odkrywanie zależności między bohaterami.
Nie jest to typowy komiks zeszytówkowy. Bardziej można o nim mówić w kategoriach awangardy, wkręcającej się w umysł i zachęcającej do myślenia.  Miejscami przegadanej, ale po całościowym wchłonięciu sprawiającej wrażenie skrojonej całkiem sprawnie. Narysowanej w sposób prosty, szybki i gwarantujący utrzymanie dobrego tempa publikacji, ale jednocześnie fantastycznie skadrowanej i umiejętnie grającej z kompozycją planszy.
Ta konwencja może okazać się powodem upadku przedsięwzięcia, choć bardzo chciałbym, by było inaczej. Pierwszy zeszyt "Czarnej Materii" to fajne wprowadzenie w serię, ubrane w mundurek, który wyciśnie co niektórym łezkę z oka. Kiyuc i spółka "zagrali na sentymentalnej naturze mego jestestwa" i będę stale kibicował projektowi. Oficjalna premiera zeszytu już jutro, więc zachęcam do wycieczki w stronę najbliższego kiosku i zadania nieśmiertelnego niegdyś pytania"Czy są jakieś nowe komiksy?". Będą.   
"Czarna Materia Prezentuje: Konstrukt" 1/10. Autorzy: Jakub Kyiuc, Gośka Pomian. Wydawca: Wydawnictwo Czarna Materia 2010

Kibicujemy (57)

Witam!
Tu Maciej Redaktor Pałka. Pozazdrościłem znakomitych karier tuzom redaktorskiego fachu takim jak Redaktor Babiel czy Redaktor Chudoliński i postanowiłem wziąć sprawy w swoje sterane pracą komiksowego proletariatu ręce. Informuję, że brutalnie zhakowałem stronę Ziniola i od dziś będę się tu czasami szarogęsił. Zaczynam od supportowania działu kibolskiego i wprowadzenia Ziniola na łono Fejsbooka. Viva la Revolution!
A teraz przejdźmy do rzeczy:
Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Dziś zaczynamy wspierać Daniela Gutowskiego w jego zmaganiach nad albumem "Fear of Life". Oddajmy głos autorowi:
Kochani!
„Fear of Life” jest pokłosiem czterostronicowego komiksu zatytułowanego „One Day with Amy”, który również zrobiłem ze Stevem B. (Brandon? Bradley? Do dziś nie wiem) Wallace’m do amerykańskiej antologii „Reading With Pictures”. Wydaje mi się zasadne cofnąć pamięcią kilka miesięcy wcześniej...
Steve znalazł mnie szczęśliwym trafem na deviantarcie, a jeszcze szczęśliwszym trafem było otworzenie przeze mnie maila, który mi przysłał. No bo koleś którego nie znam, tekst po angielsku, no nie ma bata – pomyślałem w pierwszej chwili – filtr antyspamowy dał dupy. A tu nie, okazało się, że ktoś w Stanach, a dokładniej niejaki Josh Elder, założył organizację non-profit propagującą nauczanie dzieciaków poprzez komiksy. No a jak najlepiej propagować nauczanie poprzez komiksy? Otóż należy zrobić antologię! Szczerze, mail od Steve’a, który chciał w tym wziąć udział, który dodatkowo jeszcze wpadł na pomysł, żeby i mnie do tego zaprosić, to wszystko sprawiło, że chodziłem z bananem na ustach przez kolejny miesiąc. Dodatkowo co chwila byłem czymś zaskoczony. A to tym, że wybrano po kilka osób, z których każda koordynowała kilka zespołów twórców; a to że oferowano pomoc kogoś, kto mógłby zrobić same literki albo kogoś, kto zająłby się tylko kolorami; albo w końcu, że na specjalnej stronie w internecie oferowano umieszczenie czyjegoś wizerunku w komiksie za ileś tam dolarów albo wysłanie oryginałów plansz tylko po to, żeby zebrać pieniądze na wydanie antologii. Człowieka od razu łapał ten pieprzony amerykański optymizm:) Tego samego optymizmu byłem świadkiem wówczas, gdy po wydaniu antologii „RWP” Steve oznajmił mi, że chce zrobić ze mną cały album i zaoferował się, że nawet jak nam tego nigdzie nie wydadzą, to on wyda to za swoje. Nic, tylko emigrować :P
Co do samego „Fear of Life”, który na dzień dzisiejszy planujemy zrobić na 76 stron, to jest on dla mnie komiksem przełomowym, z kilku powodów. Po pierwsze jest to pierwsza tak długa historia, którą rysuję. Zazwyczaj robiłem historie nie dłuższe niż 4 strony, co wynikało z tego, że okropnie długo ślęczałem nad rysunkami i męczyłem papier tak bardzo, że bardziej przypominał linoryt. A to dlatego, że cierpię na chroniczny perfekcjonizm, który uważam za naprawdę ciężką przypadłość, przez którą wylądowałem nawet na kozetce. Zbyt idealistycznemu wyobrażeniu związku, zbyt ślamazarnemu robieniu opracowań do egzaminów (kolejne zagadnienia robiłem kolorowymi czcionkami i raz nawet wydałem 15 zł na wydruk, bo musiałem mieć kolorową czcionkę) towarzyszyło zbyt idealistyczne podejście do rysunku. Nad szkicem siedziałem całymi tygodniami, był dopracowany, idealny, linie były proste i łagodne. A kiedy brałem do ręki cienkopis, chciałem aby tusz idealnie pokrywał się ze szkicem, co nigdy mi się nie udawało. Potem gumkowanie tych niby-linorytów prowadziło do wytarcia tuszu, więc potem kładłem tusz raz jeszcze. A co najlepsze, gdy patrzyłem na końcowy efekt, prawie zawsze byłem zawiedziony, bo to nie wyglądało tak jak chciałem i miałem tego serdecznie dosyć. Do tworzenia „Fear of Life” podchodzę więc w pewien sposób jak do terapii. Rysuję na tablecie (który uznaję za najlepszy wydatek w życiu), dzięki czemu znacznie przyspieszam pracę i jestem w stanie narysować jedną stronę w jeden-dwa wieczory. Bez pieprzenia się z gumkami, ołówkami i kartkami. Mogę od razu nakładać kolory, dzięki czemu już na etapie szkicu mam możliwość sprawdzić jak będzie wyglądać kompozycja całej strony. Mogę też wprowadzać poprawki do gotowych już stron. Ostatnio na przykład uznałem, że nie podobały mi się włosy na rękach i klacie głównego bohatera, więc mogłem poprawić gotowe już plansze bez konieczności rysowania wszystkiego od nowa. Wreszcie rysowanie jest dla mnie w pełni przyjemne i relaksujące. Wreszcie kwestia najważniejsza: ostatnio moimi inspiracjami stały się komiksy na pozór niedbałe w formie, przede wszystkim twórczość Sfara i Blaine’a uświadomiły mi jakie rysowanie daje mi prawdziwą radość. Szczerze mówiąc, aż kusi mnie czasem, żeby na cały album składały się te szkice, które dziergam w Photoshopie. Z pierwszymi stronami i między innymi z załamaniem perspektywy kryję też pewien sekret, o którym tylko na piwie:P
Sam scenariusz jest dla mnie o tyle wspaniały, że opowiada o rzeczach uniwersalnych. Punktem wyjściowym jest historia, która przydarzyła się Steve’owi naprawdę, a mianowicie telefon ze szpitala informujący o tym, że właśnie umiera jego wujek. Sęk w tym, że Steve nie miał żadnego wujka:P I o ile w prawdziwym świecie sytuacja szybko się wyjaśniła, o tyle nasz bohater fikcyjny zdecydował spotkać się z umierającym człowiekiem, mimo pełnej świadomości, że o żadnym pokrewieństwie nie może być mowy. Innym punktem wspólnym z rzeczywistością jest to, że główny bohater nazywa się tak samo jak scenarzysta (choć Steve w rzeczywistości jest łysiejącym grubaskiem). Dodatkowo mieszkanie głównego bohatera narysowałem na podstawie zdjęć mieszkania prawdziwego Steve’a, który ma jednak o wiele większy bajzel w mieszkaniu. Natomiast w życiu nie widziałem bardziej uporządkowanego scenariusza. Każda strona komiksu opisana na oddzielnej stronie, różne czcionki, dialogi pisane capslockiem czy skróty, o które muszę się dopytywać (no bo co to jest MCU?:P). Choć może mało miałem scenariuszy komiksowych w ręku. Mam tylko nadzieję, że mój entuzjazm który widać w tym przydługim opisie widać także w samym komiksie, czego dowód poniżej.
Ciąg dalszy nastąpi...
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

sobota, 13 listopada 2010

"Boska tragedia" - Łazowski

Autor: Dominik Szcześniak
"Boska tragedia" to komiks humorystyczny, rysowany w stylu cartoonowym i nawiązujący do "Dogmy" Kevina Smitha - to są oczywistości, które znaleźć można w opisie wydawcy i wywnioskować z przykładowych plansz. I choć, moim zdaniem, rzeczywistość nie pokrywa się z powyższym opisem w najmniejszym nawet stopniu, nie przeszkodziło to "Boskiej tragedii" zyskać wielu wiernych czytelników, a wydawcy cieszyć się z wyników sprzedażowych. Niestety, sukces komercyjny przedsięwzięcia nie został wsparty przez jego walory artystyczne.
"Boska tragedia" opowiada o tym, że Bóg postanawia wtłoczyć w ruch koniec świata. Komunikuje ten fakt mieszkańcom Ziemi, jednak siedmioro ludzi nie odbiera jego bezlitośnie prostego sygnału. I nad ową grupą rozpoczynają się badania, a pomocnym staje się im sam Jezus Chrystus. Ale mniejsza o fabułę. Komiks Łazowskiego to satyra na współczesność, na konsumpcjonizm, na kler, na durnotę. Satyra, spreparowana z wielu pomniejszych scenek rodzajowych i gagów, powiązanych głównym wątkiem, jakim jest postawa człowieczeństwa wobec końca świata. Brzmi jak punkt wyjścia do fantastycznego komiksu, w rzeczywistości jest jednak niewypałem.
Łazowski sprawia wrażenie jakby "Ósmą czarę" przeczytał niezbyt uważnie na 5 minut przed szybkim narysowaniem "Boskiej tragedii", lub jakby komiks Prosiaka widniał w zapowiedziach wydawniczych na rok 2012 a jego fabuła otoczona była wielką tajemnicą. Nazwanie jego komiksu obrazoburczym byłoby obrazą dla obrazoburstwa, choć Chrystus wymachujący gołym penisem, czy egzorcyzmy odprawiane przez księży w równie adamowym przyodzienku mogą wywołać oburzenie wśród starszych pań i innych osób, które jednak komiksów nie czytają.
Jako rysownik, Łazowski czuje cartoonową stylistykę grepsowego zappingu i skacze między scenami z odpowiednim wyczuciem. Co z tego, skoro jego rysunek pozbawiony jest jakichkolwiek znamion "własnego stylu"? W odróżnieniu od takich twórców, jak Piotr Nowacki, czy Tomasz Pastuszka, Maciej Łazowski jedzie na patentach, które zobaczył w telewizji, irytując gorszym niż w przypadku telewizyjnych guru warsztatem. Graficznie jest jednym z wielu, scenariuszowo niestety również.
Autor wysyła Boga na kozetkę. Poddaje pod wątpliwość jego poczytalność. W niby humorystycznym sosie zdaje się przedstawiać jakąś swoją głębszą filozofię, opartą o przemyślenia, które znacznie wcześniej miało wielu innych. Zadaje na przykład pytanie: Co stałoby się z Jezusem, gdyby ten po raz drugi został zesłany na ziemię? Nie będzie spoilerem, jeśli zdradzę, że ludzie ukrzyżowaliby go ponownie. Łazowski na nowo kreśli wizję drogi krzyżowej - uwspółcześnioną, opartą o postawy ludzi, którzy religię mają w głębokim poważaniu, wzbogaconą celebryckimi występami. Stara się przepisać dokonania anarchistów, którzy te motywy dwadzieścia lat temu przetworzyli na wszystkie możliwe sposoby i robi to bez żadnego polotu i wyobraźni. Tworząc komiks, piętnujący popowy konsumpcjonizm, nie zauważa, że "Boska tragedia" jest tego śmietnikowego konsumpcjonizmu częścią. Na niesionym przez Chrystusa krzyżu, metaforycznie upstrzonym poprzekręcanymi nazwami korporacji, spokojnie można umieścić tytuł tego komiksu.
Są również plusy tej produkcji. Zaliczyć doń można świetnie zaprojektowaną okładkę, której tył fajnie koresponduje z przodem. Obiecująco wypada również to czucie konwencji w jakiej autor się obraca, jak również bardzo dobra stylizacja bezrefleksyjnego i oschłego języka, jakim posługują się media komentując obecność Jezusa na ziemi. Ale to tylko kilka promyczków w całości, która i formą i treścią sprawia wrażenie pamiętnika gimnazjalisty.
"Boska tragedia" jest najbardziej kuriozalną produkcją kultury gniewu. Przez ostatnie tygodnie, w ramach cyklu "Gniewne popołudnia" opisywałem historię tego wydawnictwa, które świetne komiksy wydawało wręcz nałogowo, by w pewnym momencie swego istnienia, owym "gniewno-kulturalnym" hitom dorobić grono kompletnie niepasujących do nich potworków. "Boska tragedia", niegniewna, niekulturalna i nieśmieszna jest z nich najpotworniejsza. 
"Boska tragedia". Autor: Maciej Łazowski. Wydawca: kultura gniewu 2010 

środa, 10 listopada 2010

Gniewne popołudnia (14): Każdy przybysz ma swojego Zordaxa

Autor: Dominik Szcześniak
Nie tylko kultura gniewu obchodzi dziesięciolecie istnienia. To samo spotkało np. Rozmowy w toku. Kultura gniewu w odróżnieniu od wspomnianego talk-show na kompletne dno, wyrażające się w ogłoszeniach typu "Jeśli jesteś dziewicą i chciałabyś stracić cnotę, zadzwoń", na szczęście nie spadła. Żyje i ma się dobrze, a na kartach jej komiksów - co z dzisiejszej perspektywy nieco zadziwiające - padają tytuły i pojęcia z życia i pop-życia wzięte. "M jak miłość" w "Pixy", szereg nawiązań do życia we wznowionych Prosiakach... te dziesięć lat na polskim rynku upłynęło wydawcy nie tylko na wprowadzaniu nowych świetnych komiksów, ale i na gniewnym i kulturalnym komentarzu. Kultura gniewu załapała się na wszystkie ważniejsze nagrody komiksowe w kraju, wygrywała plebiscyty na najlepsze komiksy, a jej pozycje - jeśli już zdarzyło im się nie lądować na pierwszym miejscu - solidarnie okupowały większość z miejsc następnych.
To wszystko samo w sobie nie jest ewenementem, bo podobne, a może nawet i większe sukcesy dotyczą większości polskich wydawców. Każdy z nich wydaje komiksy, z których część dała potężnego kopa polskiemu rynkowi komiksowemu. Każdy z nich sięga po Polaków i grzebie w zagranicznych perełkach. I każdy z nich ma jakiś pomysł na to swoje wydawanie. Gigantycznym plusem kultury gniewu jest to, że ich pomysł - ten, który spowodował u Jarka Składanka chęć wydania "Zakazanego owocu" - jest najbardziej sprecyzowany i ma cholernie jasny przekaz. Wyrasta z nieposkromionego punkrocka i faktycznie jest tym cholernym, charakterystycznym dla niego gniewem, przybranym w kulturalny gajerek. Przed tą ideą chylę czoła.
Czy jednak wciąż jest ona stuprocentowo realizowana? Nie do końca. Można odnieść wrażenie, że gdzieś obok komiksów naprawdę wielkiego kalibru, publikowanych w myśl gniewnej tradycji, funkcjonują marne próby, które tej tradycji przeczą i które można traktować jedynie jako próby prezentacji rodzimych twórców. Promocja polskiego komiksu to rzecz chwalebna, jednak i na tym gruncie pewnych rzeczy należy się wystrzegać. Idealnie obrazuje to rok 2009 w wykonaniu kg. Obok świetnego, zapadającego w pamięć "Przybysza" dostajemy fantastycznie narysowany, ale komiksowo bezwartościowy "Dick4Dick: Harem Zordaxa". Stuprocentowo gniewnemu "Bez komentarza" towarzyszy nieudany "Komiks W-Wa". Czy to jeszcze aby na pewno kultura gniewu?
Wspomniany rok ma na szczęście więcej wzlotów, niż upadków. Fenomenalni "Klezmerzy", świetne polskie albumy "Łauma" i "Hmmarlowe", "Uzbrojony Ogród" oraz najbardziej kulturalnie gniewny zbiorczy tom z przygodami Pana Naturalnego. Wciąż więcej tu tradycji, niż tępego popu.
Rok 2010 jeszcze trwa i - mimo kryzysowej sytuacji na rynku komiksowym - wydawnictwo nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Trzeba przyznać, że z komiksów już opublikowanych można utworzyć bardzo mocną toplistę, ale też kilka z nich byłoby murowanymi kandydatami do wtopy roku (o tym - jutro i pojutrze). Kończąc cykl celebrujący dziesięciolecie wydawnictwa, życzę im utrzymania dobrej passy i nie zapominania o swojej genezie. Jeśli to ostatnie się spełni, o poziom komiksów możemy być spokojni. 

wtorek, 9 listopada 2010

Przygody Leszka (18): Białe skarpety

Autor: Tomasz Kleszcz i Dominik Szcześniak
Poniżej znajdziecie pierwszy odcinek dłuższego komiksu narysowanego przez Tomasza Kleszcza. Jego tytuł ogólny, wymyślony przez Tomka to "Frustracja". Poszczególne odcinki tę frustrację nieco precyzują, stąd dodatkowe podtytuły. Dzisiaj "Białe skarpetki" z gościnnym udziałem dwóch "ekspertek od stylu"...
Za tydzień: "Widok z okna".