Magazyn komiksowy (1998-2018). Kontakt: ziniolzine@gmail.com

niedziela, 19 grudnia 2010

Laleczki '05 vs '10

Autor: Dominik Szcześniak
Kiedy w 2005 roku Maciej Pałka własnym sumptem wydał sobie "Laleczki" z ekskluzywną wówczas riso-oprawą, komentarzy i recenzji zyskał niewiele, a koledzy mogli sobie pozwolić na żarty polegające na zamianie ról twórcy i tworzywa (Maciej Lalka - "Pałeczki"). Komiks rysował bardzo długo, w związku z czym wypomniano mu nierówności w grafice. Sam Maciej przyznał również, że - według słów jego żony - przypadłoby się w komiksie jeszcze 20 stron - o ścierwojadach, panu w turbanie i komandosach. Myślał również o kontynuacji marynistycznej, a gdy nieliczni fani wyrazili aprobatę, stwierdził, że nie umie już tak rysować.
Minęło 5 lat i musiał się nauczyć. I posłuchał żony. I wspólnie z Robertem Zarębą wydał na świat drugie pierwsze wydanie "Laleczek". Tyle, że tym razem nie startował już z pozycji niemal anonimowego autora zina "Wdruq", a twórcy ze sporym pudłem wydanych komiksów i popularnych gier. Nikt już nie żartował, nikt nie mylił twórcy z tworzywem, a zabiegi promocyjne autora zaowocowały szeregiem recenzji w przeróżnych, nawet najmniej spodziewanych miejscach, od prasy lokalnej po postapo. I w wielu z nich twierdzi się, iż "Laleczki" są najlepszym komiksem Macieja Pałki.
Czy tak jest rzeczywiście? Stwierdzenie tego nie jest celem niniejszego tekstu. Jako związany emocjonalnie z "Laleczkami" nie mogę być obiektywnym recenzentem, w związku z czym poniżej znajdziecie charakterystykę porównawczą komiksu z roku 2005 i jego tegorocznej wersji.
1. Dane techniczne. 48-stronicowa xerowana wersja z roku 2005 posiadała 48 stron formatu A5, wliczając w to grubszą okładkę. Wersja z 2010 roku to już 72 strony na dającej ciekawy efekt gazetówce (tu również wliczyłem okładkę). Obie wersje są symbolem swoich czasów - pierwsza pojawiła się w momencie erupcji xerowanych, undergroundowych fanzinów, druga w czasach lakierowanych okładek i druku.
2. Zawartość. Maciej bardzo sprytnie rozwiązał sprawę - do materiału pierwotnego (w którym wsparcie merytoryczne i pomoc formalną zapewnili mu: Anna Szamruchiewicz i Sławek Kuśmicki) dołączył szorty narysowane do scenariuszy Irka Mazurka ("Ze skrajności w skrajność" - pierwotna publikacja w "Ziniolu" 11,35 z maja 2004 roku) i Daniela Gizickiego ("Ostatnia wyspa"), z którymi niespecjalnie miał co zrobić, a o podrasowanie całości poprosił Bartosza Sztybora. Skutkiem tych fabularnych malwersacji czytelnik tak naprawdę otrzymuje dwa produkty, z dwoma różnymi zakończeniami. Ci, którzy posiadają obie wersje są więc niewątpliwymi szczęściarzami. Ci, którzy posiadają tylko nową, powinni wiedzieć, gdzie zaczyna i kończy się oryginał. Wówczas również będą szczęśliwi co najmniej dwukrotnie.
3. Okładka. Wersja riso posiadała okładkę czarno-białą, choć serwisy internetowe prezentowały kolorową grafikę. Nowa wersja okładki jest o niebo lepsza, ale też 5 lat to dużo czasu na wyćwiczenie ręki. Nowa okładka jest dwustronna. Grafika, stanowiąca tył okładki wersji z roku 2005 została również uwzględniona w nowym wydaniu - stanowi tło dla stopki redakcyjnej, znajdującej się na stronie 68.
4. Dodano równo 20 nowych stron. Są to strony 3-11, 17-19, 60-67. Dostajemy nowe zakończenie i kontynuację wątku z nowelki Daniela Gizickiego, jak również perypetie pana w turbanie. Maciej posłuchał się żony.
5. Plansze są mocno podrasowane - dzięki rastrom i komputerowej czcionce otrzymujemy produkt bardziej profesjonalny, niż wersja riso, której przewaga polega jednak na bardzo sprawnym operowaniu emocjami bohaterów właśnie za pomocą rozedrganej czcionki o różnej wielkości.
6. Strony 48 i 49 nowej wersji, w oryginale były zamienione. Jak widać, dopiero w drugim pierwszym wydaniu autor przedstawił poprawną kolejność stron - tym razem podczas lektury  nic nie zgrzyta. Strona 52 z kolei jest lustrzanym odbiciem oryginału. Obrazki i tekst są na odwyrtkę, ale numeracja stron pozostała standardowa. Celowy zabieg czy wpadka przy składzie?
7. Purystom językowym nie umknie mała wpadka - na stronie 54 mamy słowo "czyż2byś". Dla równowagi jedna literówka znalazła się również w wersji riso - tam Maciej popełnił błąd przy nazwisku Sławka Kuśmickiego i przechrzcił go na Kuśmirskiego.

8. Maciej poświęcił dużo czasu na narysowanie pierwowzoru. Patrząc na nowe plansze należy przyznać mu rację - rzeczywiście, nie umie już tak rysować. Dorysowany materiał to przeplatanka "pleców konia", czyli stylu zbliżonego do realistycznego, z mięsistą, grubą krechą, zastosowaną w scenach z panem w turbanie i zakończeniu. Ostatecznie, otrzymujemy komiks, będący zapisem kilku różnych etapów twórczości Macieja.
Na koniec warto wspomnieć o promocji tytułu. Kiedyś była jedynie sprzedaż bezpośrednia na TRACH!u oraz poprzez sklepy internetowe, aktualnie natomiast autor uruchomił sklepik, w którym sprzedaje egzemplarze autorskie, przyozdobione specjalnie wykonanym rysunkiem. Co ciekawsze, jako, że część nakładu otrzymał z czystą planszą zamiast standardowej okładki, można u niego nabyć album z niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju okładką. Dodając do tego wspomnianą już rzekę recenzji, które sam sobie wychodził, kampanię promocyjną "Laleczek" można podsumować jednym słowem: udana.
"Laleczkom" kibicowaliśmy na łamach "Ziniola". Jeśli nie macie dość materiałów na temat tego komiksu, kliknijcie w poniższe linki, pod którymi znajdziecie:

sobota, 18 grudnia 2010

Luz, Thorgalku

Autor: Dominik Szcześniak
W tym miesiącu do dystrybucji trafiły aż dwa albumy ze świata Thorgala. Do regularnej serii doszedł spin-off poświęcony Kriss de Valnor. Universum się rozrasta, a fabuła ulega telenowelizacji. Zanim przejdziemy do omówienia nowości thorgalowych na www "Ziniola", proponujemy wam przypomnienie tekstu, który poświęcony jest właśnie związkom najpopularniejszej w Polsce serii z tasiemcami serialowymi. Tekst pierwotnie pojawił się w jednym z kserowanych fanzinów, a jego tytuł to "Luz, Thorgalku".

Lusessita i Gustawo to para zakochanych z południowo-amerykańskiej opery mydlanej pt. Luz Maria. Zasadniczo serial ten nie różni się niczym od jemu podobnych, jednak po obejrzeniu kilku odcinków pojawia się pytanie, czy to aby nie słynny Jean van Hamme napisał do niego scenariusz.
Gustawo (Thorgal?) i Lusessita (Aaricia?) żyją sobie spokojnie w jakimś miłym zakątku, kiedy nagle pojawia się zła i okrutna - tutaj proszę mi wybaczyć improwizację, lecz prawdziwego imienia okrutnicy nie odnalazłem - Euchenia (Kriss?). Dziwnym splotem wydarzeń dochodzi do tego, że Gustawo traci pamięć, co natychmiast wykorzystuje Euchenia zaciągając go do swojego łoża, przejmując cały jego majątek i pozostawiając biedną Lusessitę z przeświadczeniem o śmierci ukochanego. Na razie wszystko jest proste i nie zagmatwane. Dziwne? No to spójrzmy do "Thorgala". Z pominięciem wątku metafizycznego mamy w komiksie do czynienia z tym samym, co w serialu:Thorgal traci pamięć, opuszcza Aaricię i wpada w sidła Kriss de Valnor. Następnie żyje sobie z tą wredną i przebiegłą (piękną również) brunetką w oddalonym od świata Wikingów zamku. Na tym jednak nie koniec! Kriss, chcąc kompletnie dobić biedną Aaricię, porywa ją z rodzinnej osady i sprowadza do zamku, aby zrobić z niej służącą. To samo robi Euchenia: zatrudnia Lusessitę jako sprzątaczkę w domu, którego ona jest prawowitą właścicielką. Ostatecznie wychodzi na to, że zarówno Thorgal, jak i Gustawo mają swoje żony pod nosem, jednak ni w ząb ich nie pamiętają!! Lusessita i Aaricia są poniewierane przez własnych chłopów, których dopadała amnezja!
Cała histroria z Thorgalem właśnie się skończyła, a jej zwieńczeniem był album "Klatka". "Luz Maria" ciągle trwa, jednak pozwalając sobie na lekki profetyzm stwierdzam, że niebawem uczucie wzrośnie ponad przeciętność i w ostatnim odcinku tasiemca Lusessita i Gustawo ponownie się połączą. Będzie to jednak integracja zgoła odmienna od tej, jaka miała miejsce w "Thorgalu". W komiksie pamięć głównego bohatera została przywrócona przez jakieś pieruńskie moce, w przypadku serialu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w końcu miłość zwycięży - i to na dodatek w taki normalny, romantyczny sposób.
Po prześledzeniu historii obu rodów (?) nasuwa się pytanie kto był pierwszy: czy scenarzysta Thorgala - wielokrotnie nagradzany zbawca kina francuskiego Jean van Hamme, czy może twórca scenariusza "Luz Marii" - człowiek o dziwnie brzmiącym i nic nie mówiącym nazwisku? Porównując daty powstania jednego i drugiego dzieła wychodzi na to, że telenowelistyk musiał przejąć pomysł od komiksiarza, bądź też oba twory powstały niezależnie. osobiście skłaniałbym się do tej drugiej alternatywy, co z jednej strony oznaczałoby, że komiks europejski na szczęście nie musi jeszcze czerpać z telenoweli amerykańskiej; a z drugiej - że coraz bardziej się ku niej skłania. Zresztą te wpływy widoczne są właśnie we wspomnianym "Thorgalu", co znowu przechyla szalę czynnika ściągania na stronę van Hamme;a... A nawet jeśli nie chodzi o zżynanie, to może zajść jeszcze jedna, o wiele gorsza możliwość - van Hamme zaczął pisać po wenezuelsku! Ktoś się nie zgodzi? proszę zajrzeć do ostatnich "Thorgali" - owszem, jest Rosiński, słynny Polak, który dorobił się na komiksie; jest van Hamme - scenarzysta na pewno nietuzinkowy; jest główny bohater - wielbiony przez rzesze maniaków na świecie; ale nie ma historii! Zwieńczeniem całej serii powinna być "Wilczyca", pomimo faktu, iż rozpoczyna ona kolejny wątek tasiemca. Przeniesienia akcji w rejony Grecji? Dajcie spokój... Wszystko razem tworzy węzłowatą papkę, którą karmione są rzesze starszych pań przed ekranami telewizorów. Żenada. Zainteresowanym zalecam obejrzenie sobie choćby jednego odcinka "Luz Marii". Nie będę ściemniał, że warto, bo wcale nie warto - przynajmniej przez wzgląd na walory smakowe (choć jest to rzecz gustu). Na pewno serial przyda się sceptykom nie wierzącym w to, co powyżej. Kto wie, może po takiej konfrontacji posypią się artykuły w stylu "Lusessita i Aaricia - charakterystyka porównawcza"? Całkiem możliwe...
Artykuł pierwotnie opublikowany w magazynie komiksowym "Vormkfasa" nr 16, jesień 2000

piątek, 17 grudnia 2010

DC Maniak (08)

Autor: Damian Maksymowicz
Przegląd newsów z okresu 02.12.10-16.12.10:

*Peter Calloway, który zostało regularnym scenarzystą "Gotham City Sirens" (w miejsce Paula Diniego) zapowiedział dłuższe historie, które będą ewoluować i wpływać jedna na drugą. Już niedługo w serii pojawi się Joker i namiesza w życiu trójki kobiet, zwłaszcza swojej byłej partnerki Harley Quinn.

*W USA ukazała się "The Essential Superman Encyclopedia", obejmująca okres od początku istnienia Człowieka ze Stali do czerwca 2010.

*Gitarzysta grupy Anthrax Scott Ian oraz rysownik Sam Kieth ponownie łączą siły - tym razem stworzą pełen przemocy komiks z demonem Etriganem.

*Jeff Lemire udzielił interesującego wywiadu na temat pisanej i rysowanej przez siebie dla Vertigo serii "Sweet Tooth".

*Geoff Johns wypowiedział się na temat pisanych przez siebie serii. Możemy się dowiedzieć między innymi, że DC wypuści serie "Flash: Speed Force" z przygodami innych speedsterów niż Barry Allen.

*Christopher Nolan nie jest już związany z nowym filmem o przygodach Supermana, teraz projekt ten pozostaje w rękach reżysera Zacka Snydera.

*Raven - córka ziemskiej kobiety i demona Trigona, członkini Teen Titans, ma dostać własny serial telewizyjny. Scenarzystą i producentem jest Diego Guitierrez.

*David E. Kelley, wyznaczony do zajęcia się serialem z Wonder Woman przyznał, że na chwilę obecną nic się dzieje w tym temacie, a pisaniem scenariusza zajmuje się pomiędzy innymi pilnymi sprawami.

*Sequel "Green Lantern" podobno ma wejść do kin na początku czerwca (1-10) 2013 roku, "The Flash" trochę ponad miesiąc później (20-31 lipca).

*Zapowiedziany na 2011 rok film animowany "Green Lantern: Emerald Knights" swoją konstrukcją przypomina "Batman: Gotham Knight". W przypadku "GL: EW" historie skupią się na różnych, nawet tych mniej znanych Latarnikach. Wszystkie elementy będą oczywiście ze sobą powiązane i połączą się w jedną logiczną całość.

*Pełny zwiastun gry "Batman: Arkham City".

Okładka tygodnia (02.12.2010): "Jonah Hex" #62, autor Eduardo Risso.
Najlepszy rewolwerowiec DC (fani westernów powinni sięgnąć po tę serię) w otoczeniu cyrku dziwadeł - wszystko to w szarościach narysowane przez ilustratora kultowych "100 naboi".

Zeszytówka tygodnia (02.12.2010): "Doom Patrol" #17. Scenariusz Keith Giffen, rysunki Matthew Clark i Ron Randall.
Najdziwniejsza z dziwnych drużyn DC - Doom Patrol w zdrowo szajbniętym numerze, którego fabuła poniekąd nawiązuje do słynnego w USA najobrzydliwszego dowcipu w historii. Lektura numeru i wysłuchanie dowcipu na własną odpowiedzialność.
Okładka tygodnia (08.12.2010): "DC Comics Presents: Brightest Day" #3, autor TBD.
Gdy na nią patrzę, do głowy przychodzi mi jedno określenie: Sztuka przez duże "S".


Zeszytówka tygodnia (08.12.2010)
"Superboy" #2. Scenariusz Jeff Lemire, rysunki Pier Gallo.
O mały włos wygrałby 15 numer "Justice League: Generation Lost", jednak Lemire napisał tak dobry numer, że zbrodnia byłoby nie oddanie mu uznania. Gościnny występ Poison Ivy oprócz ewentualnego przyciągnięcia  większej liczby czytelników nie wnosi wiele do fabuły, wybaczmy to jednak kanadyjskiemu scenarzyście. Postać Chłopca ze Stali była mi jak dotąd obojętna, ale nowa seria ma w sobie to "coś", że przyciąga. Aż się prosi, żeby jej tytuł brzmiał "Superboy: Tajemnice Smallville". Na minus zaliczam rysunki Gallo, zdecydowanie przy tym tytule na jego miejscu widziałbym Francisa Manapula.

Co powstanie ze skrzyżowania DNA Pasożyta (Parasite - jeden z wrogów Supermana) z żabami? Oto odpowiedź (kadr z "Superboy" #2):

Kibicujemy (81)

Autor: Maciej Pałka Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Pora na cotygodniową dawkę sensacji przedrukowaną prosto z dziennika FAKeT. Na jakim etapie są prace nad albumem o przygodach Człowieka Bez Szyi?
Luke Milkcapski, młody zdolny freelancer, chociaż nie należał jeszcze do niedawna do grona redakcji FAKeTu, błyskawicznie zgodził się wesprzeć nasz projekt swym talentem fotograficznym.

FAKeT: W jakich okolicznościach doszło do przejęcia przez Pana śledztwa, które wcześniej prowadził nieomal zgładzony przez zbłąkane owieczki systemu penitencjarnego Jack Quearthski?

Luke Milkcapski: Trochę to wstydliwa historyja, ale co tam. Poszedłem tam gdzie i król piechotą chodzi, czyli do publicznej łaźni. I kiedy wychodziłem z niej nieco odświeżony i lżejszy jakieś dwa kilo, zaczepiła mnie babcia klozetowa (aka jeden z ludzi Dusiciela, który miał już najwyraźniej dość już duszenia się w bandzie i postanowił nawiązać z nami kontakt) przekazała mi dość ciekawe fotki jakie przekazał jej, jemu... Jack Quearthski.

F: Przejmując sprawę, nie obawia się Pan o własne zdrowie?

LM: I tak mam już zgagę i małą niestrawność i bóle zęba. Co gorszego przytrafić mi się może?

F: Jak wiele udało się Panu zaobserwować w trakcie Pańskiej pracy? Czy zna Pan tajemniczy finał głośnej afery, w którą ostatnimi czasy zaangażowany był Człowiek Bez Szyi?

LM: Zauważyłem, że ten domniemany "superbohater" - Człowiek Bez Szyi - nie może do końca być domniemanym "superbohaterem" ale tego nie jestem w stu procentach pewny. Moja słaba kondycja nie pomogła mi w pogoni za CBS'em do kwatery Dusiciela, a jak już się wspiąłem na górę, to dostałem jedną z muszek, wie pan, taką co się pod szyją do smokingu wiąże... i jak się ocknąłem, to były tam już tylko zastępy policji, a po CBS'ie ani śladu. Tajemniczy finał nadal pozostaje dla mnie tajemniczy.

F: Co Pan ma na myśli, mówiąc o "domniemanowości" Człowieka Bez Szyi? Jaki stosunek ma Pan do tego zwyrodnialca?

LM: Podejrzewam - oczywiście nie mam całkowitej pewności - że może na swój zwyrodniały bezszyjny sposób sprzyjać miastu. Nie wziąłbym jednak za to odpowiedzialności, bo może kiedy dotarłem do kwatery Dusiciela to siedzieli i pili razem wódkę i nie chcieli bym cokolwiek zobaczył i stąd ta muszka.

F: To bardzo odważna teza, dlatego sądzę, że powinniśmy urwać w tym miejscu. Proszę jeszcze na zaskoczenie powiedzieć, na jakim etapie pracy się Pan znajduje.

LM: Jestem dokładnie na jej ostatniej stronie ale brakuje mi jeszcze kilku elementów żeby zamknąć całość. Myślę że już niedługo, z nadejściem wiosny nowego roku ujawnię, kto tu jest szumowiną.

F: Dziękuję za rozmowę.
Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

czwartek, 16 grudnia 2010

Kibicujemy (80)

Autor: Dominik Szcześniak Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, z samego rana my to robimy na stronie "Ziniola"! Rozpoczynamy kibicowanie nowemu projektowi: Marcin Rustecki i wyżej podpisany spotkali się już "na planie" "Przygód Leszka". Zanim jednak ta przygoda powstała, mieli już w planach większe projekty. Dzisiaj o jednym z nich, zatytułowanym "Ksionz"... 
 
Jeden z komentatorów przygody Leszka zatytułowanej "Leszek i Obcy-krajowcy", do której rysunki wykonał Pan Marcin Rustecki rzucił pomysł, że fajnie by było, aby Pan Marcin zrobił coś większego. W momencie kiedy tym pomysłem rzucał, on już był u nas na tapecie.
"Leszek i Obcy-krajowcy" to był nasz pierwszy wspólny projekt; świadomy zalążek czegoś większego. Rozgrzewka przed jakimś kosmicznym projektem, co do formy którego nie byliśmy jeszcze pewni. Po wymianie milijona mejli udało nam się wreszcie do czegoś dojść. Rzecz będzie nosiła tytuł "Ksionz". Tytułową postać - księdza, będącego wysłannikiem, demonem-shapeshifterem, mającym za zadanie odnaleźć na ziemi czyste dusze dla stwórcy - wykreował Pan Marcin, natomiast same pojawiające się w komiksie pomysły to już wypadkowa naszych wspólnych przemyśleń. Teraźniejszych bądź przeszłych.
"Ksionz" będzie albumem, składającym się z krótszych, powiązanych ze sobą form. W tej chwili jesteśmy na etapie koncepcyjnym. Powstają zarówno skrawki scenariusza, jak i rysunków do komiksu. Dużym plusem jest to, że robimy sobie tę graphic novel bez ciśnienia, jak również to, że możemy wykorzystywac w niej pomysły, które gdzieś tam kiedyś zostały niezrealizowane przy okazji innych projektów. Niektóre z nich pasują do "Ksionza" jak ulał.
A na dowód tego, że coś robimy:
Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.

środa, 15 grudnia 2010

"Podniebny Orzeł" - Taniguchi

Autor: Dominik Szcześniak
Taniguchi to gwarant porządnego komiksu. Wszystkie albumy, które stworzył samodzielnie i o których pisaliśmy na łamach "Ziniola" trzymały poziom i sprawiały, że nawet czytelnicy, którzy zazwyczaj alergicznie reagują na mangę, sięgali po te produkcje. "Podniebny Orzeł" jest pierwszym komiksem tego twórcy, który niekoniecznie dostosowuje się do tej chlubnej tradycji. Bo, choć Taniguchi fantastycznym rysownikiem, dbającym o szczegóły wciąż jest, to scenarzystą w tym akurat przypadku już niekoniecznie.
Dwóch samurajów ląduje w stanie Wyoming. Bratają się z Indianami, pomagają walczyć z białymi. Zakochują się, przyjmują indiańskie imiona, płaczą nad ciałami bezsensownie wymordowanych bizonów i schlebiają wszystkim kalkom, jakie na temat Dzikiego Zachodu powstały. Historia miesza się tu z fikcją? Mało powiedziane. Raczej strzępki historii zmiksowane zostały z motywami, znanymi z "Tańczącego z Wilkami" i "Ostatniego samuraja". To, co zaczerpnięte z Costnera - szlachetność Indian, ukazanie ich kultury w konfrontacji z inną narodowością oraz wola walki o własną ziemię i troska o poszanowanie dla natury - jest bardzo sympatyczne, co niestety nie zmienia faktu, że skopiowane bez polotu i świeżości. Natomiast to, co kojarzy się z Tomem Cruise'm wyprawiającym cuda w Kraju Kwitnącej Wiśni (w filmie aktor był ostatnim samurajem, w komiksie samurajowie są ostatnimi Indianami...) to już lekkie nieporozumienie.

Abstrahując jednak od geniuszu Taniguchiego i od jego fantastycznych komiksów pokroju "Odległej dzielnicy" czy "Zoo zimą", można "Podniebnego Orła" traktować po prostu jako komiks przygodowy, napisany w tzw. "starym stylu". Zwolennicy tego gatunku raczej się nie zawiodą - są tu akcje rodem z westernu, jest wątek romantyczny, jest wyeksponowana przyjaźń, no i są ci samuraje - dla jednych będzie to motyw dość nieszczęsny, inni prawdopodobnie docenią próbę tego misz-maszu. 

Dla tych, którzy  będą potrafili przymknąć oka na liczne mielizny scenariuszowe i dialogi rodem z serialu o perypetiach dr. Quinn, "Podniebny Orzeł" jest lekturą wręcz zalecaną. Ci, których do komiksów Taniguchiego przyciągała ich oryginalność i fantastyczna umiejętność snucia opowieści, niech nie spodziewają się fajerwerków.
"Podniebny Orzeł". Scenariusz i rysunki: Jiro Taniguchi. Tłumaczenie: Radosław Bolałek. Wydawca: Hanami 2010

Kibicujemy (79)

Autor: Dominik Szcześniak Kibicujcie komiksiarzom! W każdy dzień roboczy, o godzinie ósmej zero zero my to robimy na stronie "Ziniola"! Kontynuujemy wątek "Degrengolandu". Po wypowiedzi Macieja Pałki, z minionego tygodnia, dzisiaj kilka słów wypunktowanych przez Pawła Wojciechowicza:
10 powodów dla których powinniście czytywać "Degrengoland":
1. Kanibalizm,
2. Dogłębnie pokazany obraz polskiej wsi,
3. Czytając go możecie nauczyć się co najmniej paru trudnych słów,
4. Główny bohater ma baki,
5. Grzegorz Turnau mógłby stworzyć podkład muzyczny do Degrengolandu i nie miałby nic przeciwko,
6. Można na niego patrzeć i się zachwycać,
7. Wydrukowane plansze są świetnym afrodyzjakiem,
8. Będzie po angielsku,
9. Nic tak nie imponuje kobietom jak znajomość dobrego webkomiksu,
10.  Jest mniej czerstwy od tego tekstu,
Bonus:
11. Zresztą i tak nie macie nic lepszego do roboty jeśli doczytaliście aż tutaj. 
Ciąg dalszy nastąpi...

Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec.