Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 31 sierpnia 2016

Patronujemy: Nowa książka Jerzego Szyłaka

1 października 2016 roku nakładem Instytutu Kultury Popularnej do sprzedaży trafi nowa książka Jerzego Szyłaka, zatytułowana „Coś więcej, czegoś mniej. Poszukiwanie formuły powieści graficznej w komiksie 1832-2015”. Prezentujemy okładkę tej publikacji.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Krwawe gody - van Hamme/ Hermann

"Krwawe gody" to album znany polskiemu czytelnikowi od 2003 roku, kiedy to ukazał się w ramach kolekcji „Mistrzowie komiksu” wydawnictwa Egmont. Tegoroczne wydanie, za które odpowiedzialne jest Wydawnictwo Komiksowe, różni się od pierwszego inną okładką, większym formatem, innym rysunkiem na wyklejce i dodatkową grafiką tytułową. Ponadto, na stanowisku tłumacza Martę Bańkowską zastąpił Wojciech Birek – największy specjalista od komiksu frankofońskiego w Polsce. 

Do „Krwawych godów” Jeana van Hamme i Hermanna Huppena zdecydowanie warto wracać. Akcja komiksu rozgrywa się podczas przyjęcia weselnego, kiedy to dochodzi do przykrego incydentu napędzanego ludzką głupotą, skutkiem czego miła i radosna uroczystość zamienia się w pole walki. Przyczyną incydentu jest pomidor nadziewany krewetkami, ponoć nieświeżymi, natomiast jego skutkiem – czterech zabitych, pięciu rannych i milionowe straty. A wszystko dlatego, że dwóch panów, za którymi ślepo poszli inni, wykazało się uporem godnym lepszej sprawy. 

Van Hamme w „Krwawych godach” jest u szczytu formy. Jego scenariusz pokazuje jak łatwo można sterować ludźmi i jak błaha sprawa potrafi wywołać krwawy konflikt. Kierowani przez wodzów zwykli obywatele za pstryknięciem ich palców stają się żołnierzami lub nawet mięsem armatnim, a zajazd „Farma Mańkuta” przemienia się w fort, który jedni chcą zdobyć, a drudzy obronić. I nawet angielski stoicki spokój jednego z niezależnych od stron konfliktu gości hotelowych przestaje być śmieszny w momencie, gdy zostaje przelana pierwsza krew, a ludziom, którzy codziennie mówią sobie „dzień dobry” puszczają hamulce. 

Mocny scenariusz ma gigantyczne wsparcie w rysunkach Hermanna, który ze swoimi brzydkimi, kartoflowymi twarzami idealnie wpasował się w klimat opowieści. Co ciekawe, van Hamme i Hermann dość długo dojrzewali do decyzji o współpracy. W słowie od scenarzysty, zamieszczonym w albumie można przeczytać, że to on zaproponował Hermannowi wspólny komiks, a ten zastanowił się i po - bagatela - dziesięciu latach zadzwonił z informacją, że mogą spróbować. 

I bardzo dobrze, że w końcu się udało. Bo to idealny duet i idealny, niegłupi - ale o głupich ludziach - komiks.
"Krwawe gody". Scenariusz: Jean van Hamme. Rysunki: Hermann. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016.
Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl

środa, 24 sierpnia 2016

Wolfram - Quintanilha

Intensywne przeżycia czekają czytelników komiksu „Wolfram” Marcello Quintanilhii. Jest to komiks, który na początku może wprowadzić w konsternację - autor bardzo dosłownie spija słowa z ust bohaterów, rwąc zdania w połowie, zaczynając je od ostatnich słów lub po prostu wyrywając z kontekstu. Z pozoru wygląda to na chaotyczną serię błędów tłumacza i korektora, w rzeczywistości jest zabiegiem znakomicie urealniającym wizję autora. 

Sam komiks, choć rozpisany na niemal dwieście stron, przedstawia jedną, dość szybką akcję, w którą uwikłanych zostaje kilka osób. Oto w Salvadorze w stanie Bahia ktoś przy użyciu materiałów wybuchowych łowi ryby na plaży u stóp fortu. Zakazany proceder wyłapuje czujnym okiem emerytowany wojskowy, który nie zamierza puścić tego płazem i wraz z drobnym handlarzem narkotyków, który akurat jest pod ręką usiłuje powstrzymać rzezimieszków. 

Ta historia wydarzyła się naprawdę, była jednak ograniczona do krótkiego radiowego komunikatu, który brzmiał mniej więcej tak: „Zatrzymano dwóch mężczyzn łowiących ryby za pomocą materiałów wybuchowych. Zatrzymania dokonał policjant, który akurat przechodził w pobliżu.” Bazując na tych dwóch zdaniach, Quintanilha stworzył trzymającą w napięciu historię, angażującą pełnokrwistych bohaterów i charakteryzującą się dużą dozą prawdopodobieństwa. 

Duży plus za sprawne powiązanie losów wszystkich postaci biorących udział w akcji oraz za wspomniany na początku rwany język. Nieco mniej kupił mnie tytuł, wyjaśniony przez autora w następujący sposób: „Wolfram to metal o najwyższej temperaturze topnienia. Z podobnie wyśrubowaną granicą wytrzymałości będą musieli zmierzyć się bohaterowie komiksu”. Tytuł na pewno lepszy niż „Na rybach”, ale czy idealny? Zachęcam do wyrobienia sobie opinii. „Wolfram” Marcello Quintanilhii to piekielnie dobra rzecz. 
"Wolfram". Autor: Marcello Quintanilha. Tłumaczenie: Jakub Jankowski. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep wydawcy, Sklep Gildia.pl 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Bler: Człowiek ze światła - Szłapa

„Człowiek ze światła” to piąty tom z serii przygód Blera – postaci powołanej do życia przez Rafała Szłapę. To trochę taki Funky Koval współczesności, z tą różnicą, że od swojego poprzednika z czasów PRL-u jest po prostu o wiele lepszy. 
Bler, choć naszpikowany odnośnikami do komiksów superbohaterskich, sam takim komiksem nie jest. Jest wręcz komiksem antysuperbohaterskim. Szłapa w odróżnieniu od wielu współczesnych autorów komiksów nie uległ pokusie stworzenia kalki herosa zza oceanu, lecz wypracował swój własny styl opowiadania, zaczerpnięty jeszcze z czasów kiedy wydawał autorski fanzin, zatytułowany „Lekarstwo”. 
Każdy tom Blera to zupełnie inne doświadczenia czytelnicze – pierwszy wprowadzał w akcję, rzeczywiście sugerując komiks superbohaterski, kolejne tę sugestię niszczyły. Szłapa, zamiast poświęcać się opowiadaniu o facetach w trykotach, położył nacisk na aurę tajemniczości, aspekt społeczny opowieści, aż wreszcie na motywy fantastyczne i postapokalipsę. Trochę tu również politykowania oraz prób pokazania, że poza czernią i bielą są również odcienie szarości, czasem bardzo rozmyte, niczym ksywka tytułowego bohatera. 
Piąty tom opowieści to wizja Krakowa po apokalipsie. W napromieniowanym mieście Bler pomaga samotnej kobiecie w odnalezieniu jej dziecka. Jego tropem podąża senator Rymiński wraz ze swoimi żołnierzami. Dlaczego chce kropnąć tytułowego bohatera? Tego nie zdradzę, ale za to zachęcę do zapoznania się z poprzednimi czterema tomami „Blera”, bo jest to niesamowicie porządny komiks rozrywkowy, podsycony pewną rzadko spotykaną wrażliwością i zalecany wszystkim, którzy odbierają komiks wzrokiem. Rysunki Szłapy to poziom światowy. A kiedy już wzrok zostanie przyciągnięty przez te rysunki, bardzo łatwo doceni się również przemyślaną i zwinną fabułę. 
"Bler: Człowiek ze światła". Scenariusz i rysunki: Rafał Szłapa. Wydawca: Blik Studio, Kraków 2016.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl 

sobota, 20 sierpnia 2016

Kibicujemy (430)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Ledwo zbiorcze wydanie serii o Dzikim Zachodzie opuściło drukarnię, Sławek Lewandowski rozpoczął prace nad kolejnym projektem. "Piraci" to komiks o objętości zbliżonej do westernowej sagi o miasteczku Sallem. Autor, po okresie szkicowania, zaczął "cisnąć komiks na gotowca"...
Sławek Lewandowski: Roman Polański – Piraci. Finansowa klapa, film opluty przez krytyków, kariera reżyserska na zakręcie, baty z każdej strony. Tak było. Superprodukcja owiana legendą została wrzucona do dziury z błotem. 
Szkoda. Przecież ten film, to nie jest film, tylko teatr. Groteskowy klimat, abstrakcyjny humor, temat historii pirackich potraktowany w bardzo komiksowy sposób. Widocznie oczekiwano bardziej poważnego podejścia do sprawy i się pomylono. A jak już się pomylono to się nie przyznano do tego że zaskoczeniem stało się to, co zobaczono. Nie zrozumiano – więc co? Jedziemy po tym. 
Krytycy – kij wam w oko. Ja ten film uwielbiam. Scenę jedzenia szczura oglądałem już milion razy, i mam zamiar obejrzeć ją jeszcze ze dwa miliony razy. Rysuję nowy komiks – co to może być?
Kosmici?
Kowboje? – już byli.
Wikingowie?
Nie!!!
PIRACI!!!
Plansza z Piratów
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Marcin Rustecki

czwartek, 18 sierpnia 2016

Castaka - Jodorowsky/ Pastoras

Saga o Metabaronach to space-opera, która zdobyła fanów rozmachem, konwencją telenoweli, oryginalnym słowotwórstwem i dużą dawką przemocy. Wydany w ubiegłym roku album zatytułowany "Castaka" to prequel tej serii, opowiadający o pierwszym z kastaków – Dayalu i jego rodzinie – żonie i dwóch córkach. 

Na łamach tego albumu rodzi i kształtuje się specyficzny kodeks, według którego działają członkowie kosmicznego klanu. Kodeks bezkompromisowy, stawiający w centrum honor i bez litości obchodzący się nawet z najbliższymi osobami. Od zawsze w kontekście tej serii oczkiem w głowie Jodorowskiego były różnego rodzaju rytuały inicjacyjne, przejścia, czy też wierność bezwzględnym, okrutnym, lecz przy tym honorowym zasadom, przy których seppuku to pikuś. Nie brak ich w "Castace". I choć ich wymiar i wydźwięk bywa bulwersujący, to jednak zostaje sprytnie przemycony pod płaszczykiem telenoweli. Bo "Castaka" to przede wszystkim początek pewnej sagi – zdecydowanie lepszej i bardziej naładowanej emocjami, niż saga o ludziach lodu, saga rodu Carringtonów, rodziny Forresterów i klanu Lubiczów razem wziętych. 

Jodorowski, jak na mistrza przystało, w imponujący sposób na ponad 100 stronach ukazał wydarzenia okresu sprzed narodzin Dayala, aż po życie dorosłe jego córek i osiedlenie się Kastaków na tajemniczej planecie, bogatej w specyficzny surowiec – epifit. Ten prequel fanom serii wyjaśni kilka wątków, a tym, którzy nie mieli jeszcze przyjemności obcować z Metabaronami, zaserwuje gładkie i wciągające wejście w temat.

Jodorowski nie bierze jeńców – ten komiks momentami powoduje wytrzeszcz oczu i odruch wymiotny, ale też salwy śmiechu. Wywoływane zarówno przez komiczny drugi plan, jak i przez szybkie wprowadzanie w życie brutalnych zasad kodeksu. Mnóstwo tu ryzykownych pomysłów, zrealizowanych w karkołomny sposób. Wyśmienita lektura dla koneserów dzieł mistrza Jodorowskiego.
"Castaka". Scenariusz: Alexandro Jodorowsky. Rysunki: Das Pastoras. Tłumaczenie: Paweł Biskupski. Wydawca: Scream Comics, 2015.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl

wtorek, 16 sierpnia 2016

Na tropie Catwoman/ Saga 4

Po lekturze albumu „Na tropie Catwoman” zadowoleni będą nie tyle wielbiciele superbohaterów, co fani czarnego kryminału. Wszystko przez Darwyna Cooke’a, czyli człowieka który dał nam komiksowego Parkera i zrewitalizował herosów z uniwersum DC w "Nowej granicy". 

Cooke w swoim komiksie kłania się w pas historiom obrazkowym publikowanym w latach 50. ubiegłego wieku, a jednocześnie odświeża je i nadaje im współczesny sznyt. Catwoman w jego wydaniu nie jest seksowną kotką uwikłaną w bezsensowne fabuły, a porządnie nakreśloną heroiną. "Wielki skok Seliny", czyli jedna z historii zawartych w albumie, to wartka, gangsterska opowieść o cwanych złodziejaszkach i ich porwaniu się z motyką na słońce. Lub raczej na pędzący wagon pełen mafijnej forsy. W tym narracyjnym majstersztyku Cooke zawarł kilka ciekawych komiksowych patentów, na czele z łańcuszkowym opowiadaniem historii, polegającym na ukazaniu jej z perspektywy kilku postaci w niej występujących. 

W klimacie tego świetnego komiksu utrzymane są pozostałe opowieści znajdujące się w albumie. Przygotowała je śmietanka autorów amerykańskiego komiksu, gwarantująca dobrą zabawę. W Polsce Catwoman jako postać nie miała do tej pory szczęścia do solowych historii i zwykle pojawiała się w tle działań Batmana. Album Cooke’a wyciągnął z niej wszystko, co dobre. Klasyczne rysunki i świetna fabuła. Polecam.

Konsekwentnie wydawana przez Muchę Comics "Saga" to opowieść o dwóch światach, które toczą niekończącą się wojnę – planeta zwana Brzegiem i księżyc zwany Wieńcem. Dwójka stworzeń z tych dwóch różnych światów zakochuje się w sobie, tworząc sprawę dość precedensową. Uznani za zdrajców, uciekają przed skumulowanymi złowrogimi siłami. Na dodatek, zadanie utrudnia fakt, że mają ze sobą córeczkę, nad którą muszą rozpostrzeć parasol ochronny. 

Czwarty tom serialu to odcinek pozornie wyciszony, wręcz obyczajowy. Niewiele tu miejsca na akcję i sensację, znacznie więcej na emocje, relacje międzyludzkie i zwykłe życie, z pracą, wychodzeniem na plac zabaw i innymi tego typu sprawami. 

Scenarzysta Brian Vaughan to komiksowy fachowiec. Widać, że jest świadom tego, jak należy budować fabułę, by utrzymać przy sobie zaciekawionego czytelnika. Saga to popisowy przykład komiksowego serialu. Wszystko jest tu na swoim miejscu. Sprawne dialogi, niebanalne pomysły, miks prawdziwego życia z fantastyczną fikcją oraz bohaterowie, wobec których, zwłaszcza po czterech tomach, nie można pozostać obojętnym. Saga nie jest komiksem wybitnym, ale też do takiego miana nie aspiruje. Jako komiks rozrywkowy sprawdza się wyśmienicie. 


"Catwoman: Na tropie Catwoman". Scenariusz:Darwyn Cooke, Ed Brubaker. Rysunki: Darwyn Cooke, Cameron Stewart, Mike Allred, Brad Rader, Rick Burchett. Kolory i separacja: Matt Hollingsworth, Lee Loughridge, Giulia Brusco. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2016.

Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl

"Saga, tom czwarty". Scenariusz: Brian K. Vaughan. Rysunki: Fiona Staples. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Mucha Comics, Warszawa 2016.

Komiks można nabyć tutaj: Sklep wydawcy, Sklep. Gildia.pl  

niedziela, 14 sierpnia 2016

Tymek i Mistrz/ Hilda i czarna bestia

Zbiorcze wydanie serii „Tymek i Mistrz” Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka nareszcie na księgarskich półkach. Seria, która niegdyś publikowana była w dodatku komiksowym do Gazety Wyborczej, a której to następnie ukazało się kilka pojedynczych albumów, wreszcie doczekała się porządnej edycji. Twarda oprawa, mnóstwo stron i szereg krótkich historyjek z parą tytułowych bohaterów. A to dopiero pierwsza część kompletnej edycji!

Mistrz to czarnoksiężnik, Tymek zaś – jego uczeń. Panowie na co dzień parają się magią, walczą ze złem i niedobrem oraz próbują powstrzymać przed rozsiewaniem złych emocji swoich przeciwników – czarnoksiężnika Psuja i jego ucznia Popsuja. Mnóstwo humoru i pięknych ilustracji, fantastyczne pomysły mniej więcej co trzy strony – tak w skrócie prezentuje się "Tymek i Mistrz". Rafał Skarżycki – jeden z najlepszych polskich współczesnych scenarzystów i Tomasz Leśniak – o którym można powiedzieć to samo w kategorii rysowników to duet rozumiejący się bez słów, bo i działający ze sobą nieprzerwanie od wielu, wielu lat. Ich komiks to fantastyczna rzecz dla dzieciaków – tych małych, i tych większych. Polecam! 

Z kolei „Hilda i czarna bestia” Luke’a Pearsona to kolejna część przygód sprytnej dziewczynki, mieszkającej w Trolbergu. W tej przygodzie głównym zajęciem Hildy jest zdobywanie sprawności harcerskich, rozpraszane przez ciągłe pojawianie się pokątków - czyli domowych duszków oraz ogromnego, podobnego do wilków stwora – tytułowej czarnej bestii. Ta seria może bez problemów zauroczyć najmłodszych czytelników komiksów. Jest świetnie narysowana, a - choć momentami wieje z niej grozą - jest generalnie książką przyjazną dziecku. 

Pearson wykreował bardzo sugestywny świat przedstawiony. To taka mikstura, składająca się ze zwykłego życia i delikatnych elementów fantastycznych, wymieszanych w odpowiednich proporcjach.  Z jednej strony jest tu więc zwykłe życie małej dziewczynki, jej pupila i mamy, bogate w humorystyczne, życiowe anegdotki osadzone w przestrzeni domowej. Z drugiej zaś czytelnicy znajdą tu wielkie oczy straszące w mrocznym lesie, małe śmieszne ludki-patyczaki, czy też kłebowisko trolli. Sympatyczni bohaterowie, śmieszno-straszny klimat, efektowne zakończenie i kilka istotnych morałów – wszystko to sprawia, że przygodami Hildy warto się zainteresować. Poza „czarną bestią”, opublikowano jeszcze trzy inne części, zatytułowane „Hilda i Troll”, „Hilda i Nocny Olbrzym” oraz „Hilda i ptasia parada”. Warto!
"Tymek i mistrz". Scenariusz: Rafał Skarżycki. Rysunki: Tomasz Leśniak. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl

"Hilda i czarna bestia". Autor: Luke Pearson. Wydawca: Centrala, Poznań 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia. pl

piątek, 12 sierpnia 2016

Bez przebaczenia/ Staruszek Anderson - Hermann/ Yves H.

W „Bez przebaczenia” nie ma ani Clinta Eastwooda, ani Gene’a Hackmana. Ten komiks, stworzony wspólnie przez ojca i syna komiksiarzy opowiada o relacji między ojcem i synem – bandytami. 

Hermann Huppen i jego syn Yves komiksują o tym, jak daleko lub niedaleko pada jabłko od jabłoni i jak bardzo grzechy ojców stają się grzechami synów. Akcja „Bez przebaczenia” dzieje się na przestrzeni kilku lat pod koniec XIX wieku w hrabstwie Sweetwater. Buck Carter, bezwzględny przestępca, ścigany jest przez szeryfa federalnego i jego paczkę. I co prawda ciągle unika złapania i niewątpliwego stryczka, lecz w momencie, gdy bandycka profesja wciąga jego syna, wychodzi z ukrycia… 

Ten niezwykle kameralny, ciągnący się niespiesznie western zrealizowany jest perfekcyjnie. Rysunki to klasa sama w sobie. Przepiękne pejzaże oddają wszelkie uroki Dzikiego Zachodu. Milczące panele wyznaczają tempo akcji. Poezja. Grafice nie ustępuje scenariusz, konsekwentnie podporządkowany głównemu wątkowi i niezwykle ważny w swej wymowie. 

„Bez przebaczenia” nie jest kolejną mdłą strzelanką, traktującą Dziki Zachód jako scenerię. To mocna i dramatyczna wizja relacji ojcowsko-synowskich, która bez przebaczenia traktuje zarówno bohaterów komiksu, jak i czytelnika. 

Co ciekawe, scenarzysta – mimo kilku możliwości – nie poszedł w tym komiksie na żadne kompromisy. Chyba dlatego wyszła tak świetna rzecz. Bo gdyby poszedł, zapewne zabiłby ten komiks. 

To nie pierwszy efekt współpracy Yvesa z Hermannem – w 2014 roku ukazała się ich „Stacja 16” a rok później na rynku pojawiła się kontynuacja średniowiecznej sagi o Wieżach Bois-Maury. Najnowszą produkcją sygnowaną nazwiskami ojca i syna jest "Staruszek Anderson"
To osadzona w Stanach Zjednoczonych w latach 50. ubiegłego wieku opowieść o zemście. Osiem lat po zaginięciu wnuczki, stary Anderson wchodzi wreszcie w posiadanie informacji o ludziach, którzy ją uprowadzili i zabili. Nie zbroi się jednak na wojnę jak Charles Bronson, gdyż nie ma ku temu warunków. Jest czarnym, żyjącym wśród białych, którzy mają prawo traktować go jak psa. Cała akcja rozgrywa się więc po cichu i w akompaniamencie rasistowskich haseł i ludzkiej znieczulicy. 

„Staruszek Anderson” operuje schematem w sposób może nie odkrywczy, ale również bez epatowania tanimi emocjami. To komiks antyrasistowski, ale odżegnujący się od moralizatorstwa. Album o bezsensownym szczuciu, obecnym wszędzie i ciągle. A wreszcie album o tym, że ludzie to jednak niezłe bydlaki. Hermann i Yves H. wymownym zakończeniem nie zostawiają złudzeń co do wartości gatunku ludzkiego. Pokazują też, że bohater bohaterowi nierówny, a jego efektywność uzależniona jest od warunków społecznych. 

Charles Bronson na swoje życzenie śmierci miał pięć szans. Zgadnijcie iloma musiał zadowolić się staruszek Anderson?  
"Bez przebaczenia"
"Bez przebaczenia". Scenariusz: Yves H. Rysunki: Hermann Huppen. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.

"Staruszek Anderson". Scenariusz: Yves H. Rysunki: Hermann Huppen. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016.
Komiksy można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl

środa, 10 sierpnia 2016

Wspomnienie Jerzego Wróblewskiego

W sierpniu obchodzimy 75. rocznicę urodzin (7.08.41) oraz 25 rocznicę śmierci (10.08.91) wybitnego polskiego twórcy komiksów - Jerzego Wróblewskiego.
„Pię-ękna!” – ten pożądliwy okrzyk Zeusa skierowany w stronę księżniczki Europy, przeczytany w dzieciństwie, pozostał ze mną do dzisiaj. Często stosuję go w odniesieniu do mojej żony. Jako łepek odczytałem go sobie jako taki przeciągły, przerwany nagłym jąknięciem odgłos. Pochodzi z obrazka na drugiej stronie komiksu „Legendy wyspy labiryntu” – albumu, który wrył mi się pamięć i nawet archaiczna forma scenariusza tego nie zmieniła. Zresztą, polityczna, czy też propagandowa otoczka obecna w innych tekstach Stefana Weinfelda i współczesnych mu kolegów również do mnie nie docierała. W głowie zostało mi tylko to, co dzieciak przyswajał najłatwiej – wartka akcja, przygody i kreska. I choć dane rysownika nie widniały na okładkach jego komiksów, a dzieciaki nie zawracały sobie wtedy głowy takimi sprawami jak czytanie stopki redakcyjnej, to ja jednak to nazwisko znałem. Jerzy Wróblewski był cichym bohaterem mojego dzieciństwa. Dzięki „Legendom” wsiąkłem w mitologię grecką i pewnie napisałem kilka porządnych wypracowań z polskiego. Na własne potrzeby ogarnąłem też sobie temat Elvisa Presleya, bo przecież Tezeusz z komiksu miał twarz Elvisa. 

Równie wielkim hitem był dla mnie „Skradziony skarb”, z okładką skomponowaną w tak przyciągający wzrok sposób, że mogłem na niej parkować godzinami. Był na niej zwiastun kilku szybkich akcji, był Lee Marvin, była piękna blondyna i jakaś druga laska, której obecność poza okładkę zdaje się nie wypłynęła. Był też główny bohater – porucznik Montellano. Jak sądzę, zamysłem było zrobienie z niego włoskiego przystojniaka, jednak ten jego wąs i zaczes powodowały, że bardziej kojarzył mi się z polskim wujkiem. Każdy w Polsce miał takiego krewnego wśród starszych. Ja też miałem. 
Trzecim ulubionym komiksem mistrza był „Hernan Cortes i podbój Meksyku”. Nie wiem co mogę tu odkrywczego powiedzieć. To jeden z tych komiksów, które zostawiają w głowie ślad na całe życie. Wciąż mam we łbie szufladki ze scenami z tego albumu. Wiem, że zostaną tam już na zawsze.
Choć cenię wszechstronność, nigdy nie lubiłem „Binio Billa”. Do dzisiaj zdecydowanie wolę „realistyczne” plony Wróblewskiego. Rok jego śmierci– 1991 – to z perspektywy czasu data według mnie bardzo symboliczna. Bo umarł jeden z ostatnich mistrzów, o których historia i podręczniki będą pamiętały za te kilkaset lat. Niewielu takich pojawiło się później. Patrząc na prace Wróblewskiego, na jego ogromny dorobek – ten opublikowany i trzymany w szufladzie – odnoszę wrażenie, że był to człowiek, który żył komiksem ( nie mylić z „żył z komiksu”). Taka postawa, której dzisiejsze dzieciaki już nie rozumieją, bardzo mi odpowiada. Jako komiksiarz też oddycham komiksem na co dzień. To przekleństwo, ale i błogosławieństwo. Pewnie nie kochałbym tego tak bardzo, gdyby nie kontakty z komiksami Jerzego Wróblewskiego.
Dominik Szcześniak
Tekst pierwotnie ukazał się w książce Macieja Jasińskiego "Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych"

sobota, 6 sierpnia 2016

Heavy Metal Dredd/ Człowiek z Ciguri

„Heavy Metal Dredd” to – zgodnie z sugestywnym tytułem – ciężkie brzmienia i ostra jazda bez trzymanki. Za album o futurystycznych przygodach stróża prawa z Mega City One odpowiada sztab twórców na czele z Johnem Wagnerem, Alanem Grantem i Simonem Bisleyem. 
Ten tercet w końcowych latach minionego wieku wydał na świat wiele wspaniałych komiksów, takich jak „Lobo” czy „Sąd nad Gotham”, w  którym losy sędziego Dredda zostały splecione z perypetiami Batmana. Historie zawarte w „Heavy Metal Dredd” powstały właśnie w tamtych czasach, w związku z czym dla fanów Bisleya ten zbiór będzie możliwością podziwiania mistrza u absolutnego szczytu formy. Jego rysunki wgniatają w fotel. Każda strona namalowana bądź narysowana przez Biza to mistrzostwo. Gorzej z resztą. Brendan McCarthy jest co prawda jak zwykle znakomity, a Dean Ormston zaskakująco dobry, ale drugi z rysowników, mających najwięcej do powiedzenia przy tym tytule – John Hicklenton – prezentuje poziom o kilka klas niższy od kolegów. Co do scenariuszy – w przypadku antologii krótkich form, jaką jest „Heavy Metal Dreed”, zwykło się mówić, że znajdują się w niej historie lepsze i gorsze. W tym zbiorze przeważają niestety te gorsze, bardzo pretekstowe i niezbyt pomysłowe. 

Ten album zdaje się ciągnąć na swoich barkach Simon Bisley. I robi to z taką klasą, że mimo kilku minusów warto się tą pozycją zainteresować. 

Natomiast sporo radości koneserom sprawić powinien „Człowiek z Ciguri” – album autorstwa Jeana Girauda, czyli Moebiusa wydany w ramach kolekcji ”Mistrzowie komiksu”. Złośliwi mówią o tym albumie, że stanowi portfolio Moebiusa i że jego lekturę można skończyć na obejrzeniu obrazków – wszystko przez wzgląd na improwizowany charakter fabuły, będącej kontynuacją innego szalonego komiksu autora – „Garażu hermetycznego”. 

Ten wesoły zestaw kwasowych scen i wizji rzeczywiście nie jest dla każdego, ale dla świadomych czasu, w którym powstał i kontekstu historycznego może stanowić niezłą frajdę. Jakkolwiek nie ocenilibyśmy osobliwego scenariusza, Człowiek z Ciguri pozostaje niedoścignionym wzorem jeśli chodzi o rysunek komiksowy. Mistrzowska kreska Moebiusa, podkreślona przez duży format publikacji, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się branży komiksowej w całej jej historii. 

Nadmienię jeszcze, że omawiane wydanie to wersja kolorowa – wcześniej, zarówno w pierwszym polskim wydaniu, jak i w amerykańskiej antologii „Cheval Noir” – komiks ukazał się w czerni i bieli. W obie wersje można wpatrywać się w nieskończoność, a publikacja w cyklu „Mistrzowie komiksu” – całkowicie zasłużona.

"Heavy Metal Dredd". Autorzy: Alan Grant, John Wagner, Simon Bisley, Dean Ormston, Brendan McCarthy, John Hicklenton. Wydawca: Studio Lain, Warszawa 2016. 

"Człowiek z Ciguri". Autor: Moebius. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2015.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Saga o Atlasie i Axisie/ Miasto psów

W pieskim świecie Atlasa i Axisa trwa wojna pełną gębą. Cudowne rysunki i piękne kolory nie są tu okolicznością łagodzącą – Pau bez ogródek pokazuje okropieństwa wojny. „Nieważne po której stronie staniesz – w wojnie wszyscy są źli” – mówi autor, ukazując przygody dwóch psiaków tułających się po świecie. 

Trzeci tom tej pisanej i rysowanej z rozmachem historii to opowieść, składająca się z dużej ilości scen walk. Pau swobodnie operuje swoim cartoonowym stylem, rysując mnóstwo kadrów, na których warto dłużej zawiesić oko. Niesamowite w jego wykonaniu są również plenery, rysowane z dynamizmem i dbałością o detal. 

„Saga o Atlasie i Axisie” to komiks tak wciągający, że te 60-stronicowe dawki w każdym tomie to zdecydowanie za mało. Wypada mieć nadzieję, że autor będzie tę sagę tworzył jeszcze przez długie lata i jeśli nie my, to nasze dzieci będą mogły chłonąć ją tysiącami stron. Oczywiście, gdy dorosną. 

Rozwojową serią jest również „Miasto psów”, której pierwszy tom ukazał się niedawno w sprzedaży. Jest to zagraniczny pełnometrażowy debiut niezwykle uzdolnionego polskiego komiksiarza – Jakuba Rebelki, stworzony wespół z Johanem Radomskim, francuskim scenarzystą polskiego pochodzenia. 

To coś dla wielbicieli fantasy osadzonej w średniowieczu. Główną bohaterką jest tu Enora, siostrzenica Volasa, tyrana władającego tytułowym Miastem Psów i stojącego na czele rodu, którego członkowie – jak to w średniowieczu – kochają się i zabijają, krzyżując się między sobą z dowolnością i zapałem godnym „Gry o tron” lub „Mody na sukces”. 

Pierwszy tom jest eleganckim wprowadzeniem w klimat opowieści - urzekającym przede wszystkim warstwą rysunkową, nieco mniej scenariuszem. Radomski wprowadza na arenę zdarzeń główne postaci dramatu, a retrospekcjami kreśli historyczne tło opowieści. Dialogi co prawda nie porywają, a zakończenie jest rwane, ale widać tu potencjał. Czas pokaże, czy scenarzysta jest ugładzoną wersją Jodorowskiego, czy może oddanym fanem Szekspira. 

Nie ma natomiast wątpliwości w przypadku Rebelki, który jest po prostu świetny. Jego debiut na francuskim rynku należy uznać za wyjątkowo udany. Mroczne, pewnie kreślone rysunki, pasujące do nich idealnie kolory i doświadczenie wypływające z każdej planszy. Brawo.

"Saga o Atlasie i Axisie". Autor: Pau. Tłumaczenie:Jakub Jankowski. Wydawca: Timof Comics, Warszawa 2016. 

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl, sklep wydawcy
 
"Miasto psów". Scenariusz: Yohan Radomski. Rysunki: Jakub Rebelka. Tłumaczenie: Olga Mysłowska. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2016.

Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl, sklep wydawcy 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Uga buga!

Zaczęło się tak, jak to się zwykle zaczyna - od kilku kresek i spisanej na kolanie krótkiej historii, stanowiącej preludium do czegoś znacznie dłuższego. „Kraina Herzoga” miała być moim autorskim projektem o galaktykach, przyjaźni, miłości i zdradzie. Trochę komiksem akcji, trochę drogi. Poważnym i wzniosłym, ale nie bez incydentalnych śmieszków wkomponowanych w fabułę. 
Pierwsze plansze powstały w 1999 lub 2000 roku. Po kilku miesiącach trzymania ich w szufladzie stwierdziłem, że jednak nie chce mi się tego dalej rysować. Jednocześnie było mi szkoda powstałego materiału. A muszę wspomnieć, że były to czasy, kiedy w ogóle wszystkiego było szkoda – każdego bazgroła, rysunku, planszy. I żeby nie było szkoda, to te wszystkie rzeczy publikowało się w zinach, ku uciesze właściwie nie wiadomo kogo. Wpadłem więc na pomysł, by „Krainę” również puścić w zinie, ale nie na zasadzie kolejnego niedokończonego projektu, a w formie komiksowego łańcuszka. Skleciłem więc list do moich kumpli-komiksiarzy, w którym to napisałem, że jest świetna zabawa – ja rysuję kilka plansz, wysyłam do Ciebie i Ty kontynuujesz opowieść, po czym odsyłasz mi to, co stworzyłeś, a ja ślę to dalej. Na bank wysłałem listy do Huberta Ronka i Mateusza Skutnika. Do listów dołączyłem kserówki gotowych stron komiksu. I czekałem. A działo się to w czasach, kiedy komunikacja z drugą osobą nie polegała na kliknięciu myszką, w związku z czym trochę sobie poczekałem. 
rys. Mateusz Skutnik
Obaj koledzy zgłosili akces do akcji. I chociaż Hubert redagował wtedy „Komiksową Gazetę Brawurową”, Mateusz „Vormkfasę”, a ja „Ziniola”, to nie myśleliśmy nad miejscem publikacji naszego komiksu. Po prostu słaliśmy sobie te listy jak wariaty. Hubert narysował drugi odcinek, pchając akcję w niespodziewane rejony. Skserowałem, wysłałem Mateuszowi. Poczekałem kilka tygodni i bach, kolejny odcinek gotowy! No i niestety, fragment Skutnika, odchodzący najdalej jak tylko się dało od posługujących się nabzdyczonym, poważnym językiem wymyślonych przeze mnie bohaterów i skupiający się na trzech postaciach drugoplanowych spowodował, że odechciało mi się ciągnąc tę akcję dalej. Wykorzystana na łamach skutnikowego odcinka sentencja „Uga buga!” stała się kultowym powiedzonkiem w różnych punktach na mapie Polski! Mateusz tak wywindował poziom i tak bardzo skręcałem się ze śmiechu podczas lektury jego komiksu, że uznałem, iż wszystko co powstało przed przybyciem Skutnika zasługuje na szybką wycieczkę do najbliższego kosza na śmieci. No więc napisałem list do Huberta, że mi się odechciało, na co on mi odpisał, że jemu się zachciało i że chętnie pociągnie temat dalej. Uga buga i do przodu!
Tym sposobem „Kraina Herzoga” zadebiutowała na papierze w kwietniu 2002 roku w czternastym numerze „KGB”. Stopka autorska tego komiksu-wspólnoty mogłaby wyglądać następująco: Kreacja postaci i zalążki fabuły: ja. Ambicja i konsekwencja: Hubert. To, co najlepsze: Mateusz. 
rys. Dominik Szcześniak
Hubert tak mocno zaangażował się w temat, że zabrał się za tworzenie szorciaków osadzonych w świecie Krainy Herzoga. Jednym z takich krótkich komiksów wygrał konkurs „Roweru Błażeja” – popularnego niegdyś programu dla młodzieży. Co więcej, dzielnie ciągnął dalej temat łańcuszka w KGB, angażując do niego takich twórców jak Krzysiek Kozłowski czy Marcin Ściolny. Dodatkowo, namówił mnie na pisanie kolejnych scenariuszy i kusił wizją albumu. Album rzeczywiście pojawił się w sprzedaży w 2004 roku. Premiera odbyła się podczas lubelskiej imprezy komiksowej TRACH!. Nakręceni naszym debiutanckim, elegancko wydrukowanym komiksem chcieliśmy działać dalej, ale dość szybko odpuściliśmy. Fragmenty niemal gotowego scenariusza albumu zatytułowanego „Kraina Herzoga: Czternasty” ostatecznie po lekkim liftingu wylądowały w narysowanym przez Marcina Rusteckiego komiksie „Ksionz: Era Muriel”, a kilka napisanych przeze mnie szorciaków nie opuściło foldera „Krótkie” na pulpicie mojego kompa.  Okazją na powrót do starych bohaterów był ostatni numer „Znakomiksu”, na potrzeby którego Andrzej Baron skojarzył mnie z Danielem Grzeszkiewiczem. Jak się okazało, Daniel w latach „świetności serii” tworzył własne wersje okładek do „Krainy Herzoga”, o których nie miałem pojęcia. 
Rok temu Mateusz Skutnik podesłał mi (pocztą) oryginalną planszę z ostatniego tomu tworzonej przez niego serii „Rewolucje”. Wcześniej napisał mi na Facebooku, że jest to plansza „z nawiązaniem do naszych czasów xero”. Listonosz zapukał, podpisałem kwity, wyciągnąłem planszę, patrzę, a tam jedna z postaci krzyczy „Uga buga!”. 
Świata być może nie podbiliśmy, ale wspomnienia są bezcenne. I wciąż żyją.


Dominik Szcześniak
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach dziesiątego numeru magazynu "Znakomiks"
rys. Mateusz Skutnik